Mikołaj Mirowski

Dekomunizacja? Dobry moment dla lewicy – rozmowa z dr. Mikołajem Mirowskim

AUTOR

Mikołaj Mirowski

Doktor historii, publicysta. Pracuje w Domu Literatury w Łodzi, współpracownik Muzeum Tradycji Niepodległościowych w Łodzi, gdzie prowadzi cykl „Plus czy minus – konfrontacje historyczne”. Zajmuje się problematyką pamięci historycznej, jej stykiem z popkulturą, dziejami ZSRR, historią PRL, a także tematyką stosunków polsko-żydowskich, publikował w Rzeczpospolitej, Gazecie Wyborczej, Polityce, Tygodniku Powszechnym, Znaku, Frondzie LUX. W Muzeum Powstania Warszawskiego kieruje projektem „Warszawa dwóch Powstań”. Autor książki „Rewolucja permanentna Lwa Trockiego. Między teorią a praktyką”.

Trwa ustawowa „dekomunizacja” przestrzeni polskich miast. Najczęściej słyszy się o niej przy okazji działań kontrowersyjnych, a nierzadko po prostu kuriozalnych. Wymownym przykładem jest uznanie za symbol totalitarnego komunizmu… Ludwika Waryńskiego, zamęczonego przez carat w 1889 r. Jednak samej idei przeglądu nazewnictwa ulic i placów trudno całkowicie odmówić sensu. Wydaje się, że niezależnie od antykomunistycznej paranoi pewne postaci, formacje czy wydarzenia chyba nie powinny być upamiętniane w demokratycznym państwie.
 
Mikołaj Mirowski: Zacznijmy od tego, że takie nazwy powinny zostać usunięte bezpośrednio po zmianie ustroju, wtedy, kiedy na placu Bankowym w Warszawie obalono pomnik Dzierżyńskiego. W latach 1989-1991 w przestrzeni publicznej mieliśmy do czynienia z naturalnym, rewolucyjnym powiewem, jednak nie wszystkie tego rodzaju nazwy zostały zmienione i to był błąd. Co do kwestii merytorycznych: chyba nikt sensowny nie będzie bronił ulic Karola Świerczewskiego, Gwardii Ludowej, Bohaterów Armii Czerwonej czy trzeciego garnituru działaczy Komunistycznej Partii Polski. Musimy ustalić pewien kanon i trzymać się go. Jeżeli wartością w jego ramach ma być sama niepodległa Rzeczpospolita, w tym przypadku II RP, to działacze KPP, jacy by nie byli jako jednostki, nie mieszczą się w tym paradygmacie.
Oczywiście od każdej reguły są wyjątki. Chodzi mi choćby o Michalinę Tatarkównę-Majkowską czy Brunona Jasieńskiego. Choć obie te postaci wspierały siły działające przeciwko suwerenności Polski, wydaje mi się, że warto je honorować. Tatarkówna, choć była komunistką, nie uczestniczyła w aparacie przemocy, a uliczka w Łodzi upamiętnia ją przede wszystkim jako człowieka samorządu i społeczniczkę. Jasieńskiego nie honorujemy za to, że był ukąszony marksizmem, tylko za to, co napisał. Tak więc w przypadku każdej osoby trzeba wyważyć „za” i „przeciw”. Jestem w stanie zrozumieć zasady, którymi kieruje się IPN, wydając „dekomunizacyjne” wytyczne. Ważne, by w ramach „nazewniczej polityki historycznej” postawić wyraźną granicę, której również Instytut nie będzie przekraczał.
 
Spróbujmy ją wyznaczyć na konkretnych przykładach. Co z upamiętnianiem brygad, które brały udział w wojnie domowej w Hiszpanii po stronie republikańskiej?
Wielu dąbrowszczaków to bardzo zasłużeni, uczciwi ludzie, ale byli wśród nich także ci, którzy później budowali Polską Partię Robotniczą, jak Bolesław Mołojec czy Marceli Nowotko. Moim zdaniem to przypadek żołnierzy wyklętych à rebours, czyli wrzucenia do jednego worka ludzi przyzwoitych i, oględnie mówiąc, mniej przyzwoitych. Dlatego wolałbym, żeby ulice były w każdym przypadku poświęcane konkretnym postaciom, a nie niejednorodnym grupom. Szlachetna jednostka sama się obroni swoim życiorysem.
 
Idźmy dalej. Jak potraktować ul. XXX-lecia PRL? Jako pamiątkę po pewnym etapie dziejów, który miał też przecież swoje plusy, czy jako zakazane ustawą propagowanie symboli represyjnego, autorytarnego i niesuwerennego systemu władzy w Polsce w latach 1944-1989? Jako inspiracja mógłby posłużyć znajdujący się w centrum Berlina pomnik z czasów NRD, upamiętniający Herberta Bauma, żydowskiego członka ruchu oporu przeciwko nazistom. Nie usunięto go, mimo że zawiera odniesienia do wieczystej przyjaźni ze Związkiem Radzieckim. Zamiast tego nałożono na monument przezroczystą płytę z wyjaśnieniem kontekstu. Pomysł genialny w swej prostocie.
Nieraz spotykam się z argumentem, że gdyby zaproponować pozostawienie podobnych nazw związanych z Trzecią Rzeszą, każdy określiłby to jako karygodne. Problem polega na tym, że Trzecia Rzesza miała tylko jedną twarz – ludobójczą, antysemicką, związaną z Holocaustem. A PRL miał różne fazy: stalinowską, ale też choćby fazę popaździernikowej odwilży. Dlatego pytanie o tego rodzaju ulice jest pytaniem o ocenę Polski Ludowej jako całości. Nazwy takie jak XXX-lecia PRL w zasadzie gloryfikują tę epokę. Jeżeli uznamy, że od początku do końca był to okres braku suwerenności Polski, to raczej powinniśmy się tej nazwy pozbyć. Prędzej broniłbym na przykład ulicy Października 1956 r. [jest co najmniej jedna, w Tarnowie – przyp. red.] niż ulicy XXX-lecia PRL. Październik był widomym końcem stalinizmu, wiele osób wyszło z więzień, akowcy zyskali możliwość normalnego funkcjonowania. Trzeba więc zważyć różne argumenty i zdecydować, co w historii PRL jest warte przypomnienia.
 
Problem w tym, że Polacy fundamentalnie różnią się w ocenach wielu faktów historycznych, np. stanu wojennego. Powinniśmy upamiętniać tylko postaci i wydarzenia „bezpieczne”, te, które łączą, czy także te, które mieszczą się w wartościach jedynie części społeczeństwa?
Powołam się na stwierdzenie Pawła Machcewicza na temat II wojny światowej, które można odnieść również do PRL i do pewnej filozofii historycznej w ogóle: istnieje porządek demokratyczny i porządek antydemokratyczny. Jeżeli chcemy uhonorować oddziały partyzanckie, które opowiadały się za wartościami demokratycznymi, za Polskim Państwem Podziemnym i rządem londyńskim, to do tego zbioru zaliczają się na równych prawach formacje zbrojne PPS, Stronnictwa Pracy, ludowców i narodowców, natomiast nie mieszczą się w nim Narodowe Siły Zbrojne i Gwardia Ludowa/Armia Ludowa. Ten podział można rozszerzyć na okres PRL. Wyklucza on honorowanie działaczy KPP i PPR. Nie skreśla natomiast wspomnianego wcześniej Brunona Jasieńskiego albo Leona Kruczkowskiego czy innych pisarzy i naukowców, którzy mieli poglądy komunistyczne, lecz ich wkład w historię jest częścią polskiego dorobku intelektualnego, a nie działań na rzecz narzucenia porządku totalitarnego. Wydaje mi się, że to słuszne podejście, włączające do „kanonu” również osoby, które części społeczeństwa nie odpowiadają.
Trzeba sobie zadać pytanie, za co stawiamy pomniki np. Dmowskiemu. Czy za antysemityzm, jego spadkobierców z ONR albo ocierającą się o rasizm książkę „Dziedzictwo”, czy jednak za wkład w paryską konferencję pokojową i traktat wersalski? Józef Piłsudski, tak obecnie hołubiony zarówno przez historyków, jak i przez społeczeństwo, również ma w życiorysie ciemne karty. Jednak gdy czynimy go patronem ulic, nie chodzi nam o upamiętnienie zamachu majowego. Kluczowe jest rozstrzygnięcie, czy poszczególne postaci – które oczywiście w większości miały swoje „grzechy” – opowiadały się za porządkiem demokratycznym i niepodległością Polski. Jeżeli tak, to nie wahałbym się poświęcać im ulic, chociaż pewne ich poglądy czy pokłosie ich działań mogą komuś nie odpowiadać ze względów politycznych, moralnych, intelektualnych itd.
 
Kto jednak miałby rozstrzygać, czy dana postać spełnia tak ustalone kryteria?
Moim zdaniem najlepiej, żeby decydujący głos mieli historycy. Ale oni także różnią się między sobą, nigdy nie zobiektywizujemy ich ocen w 100%, dlatego musimy działać w sposób niedoskonały, tak jak niedoskonała jest demokracja. Niech decyzje nazewnicze podejmują instytucje do tego przeznaczone, w tym wypadku IPN, ale w ramach konsensusu społecznego. Nie powinno się wybierać na patronów postaci bardzo kontrowersyjnych. A jeśli już, to ich wybór należy tłumaczyć właśnie za pomocą klucza „porządek demokratyczny kontra niedemokratyczny”. Przy czym całkowite uniknięcie kontrowersji jest niemożliwe. Gdy 11 listopada niektóre siły grupowały się pod pomnikiem Dmowskiego, inni protestowali, zasłaniali monument itd. To naturalne zjawisko. Jednak jeśli mówimy o porządku państwotwórczym, to Dmowski musi się w nim zmieścić.
Dobrym przykładem niejednoznaczności jest też Edward Śmigły-Rydz. Ktoś powie: no ale jak to, w 1939 r. uciekł przez Zaleszczyki, zachował się jak tchórz, co tu upamiętniać? I to jest w pewnym sensie prawda. Ale ten sam Śmigły-Rydz działał w POW i brał udział w bitwie warszawskiej 1920 r. Dlatego zadajmy sobie pytanie: czy opowiadał się za niepodległą i demokratyczną Polską? Tak. Więc upamiętnijmy go za to, nie za Zaleszczyki. Tak postawiona granica powinna być czytelna dla każdego.
 
Nazwy ulic i placów rzadko upamiętniają dorobek demokratycznej, niepodległościowej lewicy.
Trwająca „dekomunizacja” ulic to dla lewicowej polityki historycznej paradoksalnie dobry moment. Gdy planowana jest zmiana nazwy ulicy jakiegoś trzeciorzędnego działacza KPP, powinniśmy zgłosić na to miejsce znaną postać o jasnym, pięknym życiorysie PPS-owskim. I wykorzystać to jako okazję do eksponowania tradycji PPS i budowania pozytywnej narracji lewicowej. Teraz jest zdecydowanie lepiej – nie można powiedzieć, że nic się nie zmieniło od lat 90., kiedy „wybraliśmy przyszłość”. Myślę jednak, że nigdy dość przypominania, że człon „socjalistyczna” w nazwie PPS nie musi być sprzeczny z określeniem „niepodległościowa”. Nie tylko sama nazwa PPS powinna być nadal odczarowywana; jest też wiele postaci wartych przypomnienia. Usilnie walczę np. o uhonorowanie Kazimierza Pużaka.
 
Jedna z najpiękniejszych postaci naszej historii XX w. doczekała się w całym kraju zaledwie kilku ulic.
I żadnego pomnika. Jest pomysł, żeby postawić mu go w Warszawie. Warto budować ponad podziałami front poparcia dla tej idei. Pużak idealnie nadaje się na symbol niepodległościowej, demokratycznej polskiej lewicy. Jest uosobieniem jej losów. Reprezentuje PPS – nie tylko ten przedwojenny, ale nawet ten z okresu sprzed 1918 r. – a po wojnie był sądzony w procesie szesnastu, zginął w Rawiczu. Jest więc nie tylko wybitnym socjalistą, lecz także ofiarą stalinizmu. Również czyn zbrojny PPS, czyli Gwardia Ludowa WRN, nie doczekał się nadal odpowiedniego upamiętnienia.
Poza tym, jeżeli już mówimy o żołnierzach wyklętych, to dobrze byłoby bardziej wyeksponować tradycje Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość. Mało kto wie, że 1 marca – Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych – to data stracenia dowództwa WiN w więzieniu na Rakowieckiej. Jednym z najważniejszych składników pamięci o antykomunistycznym podziemiu powinna być właśnie tradycja WiN-owska. Działacze Zrzeszenia nie mieli poglądów nacjonalistycznych, tylko demokratyczne, lewicowe i liberalne. Co więcej, organizacja ta działała politycznie, a nie militarnie.
 
O czym jeszcze warto przypominać w odniesieniu do okresu tuż po wojnie?
Warto mówić o Mikołajczykowskim PSL, które nie miało nic wspólnego z PSL obecnym, z tradycją ZSL-owską itd. Mało kto pamięta, że jednym z jego ówczesnych działaczy był Jan Olszewski. Warto wskazywać na ludzi, którzy zapisali się do PSL, mimo że wcale nie mieli poglądów ludowych. Uczynili to dlatego, że pod koniec lat 40. była to jedyna realna siła polityczna, która sprzeciwiała się komunistom. Mam wrażenie, że Stanisław Mikołajczyk w ogóle jest mało znaną postacią. To nie jest może idealny człowiek do gloryfikacji, bo był zadufany w sobie, zarozumiały, uważał się za genialnego stratega – trochę casus Wałęsy – ale to był jedyny polityk, który faktycznie podjął demokratyczną walkę o Polskę tuż po II wojnie światowej. Co prawda ją przegrał, ale warto jego starania z lat 1945-47 przypominać. Dużo się mówi o oporze zbrojnym, a prawie nic o walce PPS, o referendum, sfałszowanych wyborach, o zabijaniu działaczy PSL w czasie kampanii przedwyborczej…
 
A wcześniejsze wydarzenia i postaci historyczne?
Dużo już się w tym zakresie dzieje, ale na pewno nadal warto wyłuskiwać ciekawe osoby związane z powstaniem styczniowym. Mam na myśli głównie Stefana Bobrowskiego. Jest mało znany, a był bardzo interesującym reprezentantem tradycji demokratyczno-lewicowej. Samo powstanie ma teraz lepszy czas – skończyliśmy na szczęście ze stereotypem szaleńczego, bezrozumnego zrywu, który tylko zaszkodził Polsce. No i oczywiście rewolucja 1905 r., o której wiele się mówi i wokół której wiele się robi. Czerwcowe obchody powstania łódzkiego są coraz większe, włączyły się w nie władze miasta – i bardzo dobrze. Wydaje mi się jednak, że wspomniana rewolucja jest nadal mało obecna w świadomości ogólnopolskiej, dlatego warto ją przywoływać. Dobrą okazją ku temu mogłyby być przyszłoroczne obchody stulecia odzyskania niepodległości.
Wspomniane święto to w ogóle znakomity moment, by uświadamiać rodakom, że socjaliści też walczyli o wolną Polskę, a następnie budowali fundamenty odrodzonego państwa. Zygmunt Zaremba, Zygmunt Żuławski – kto poza hobbystami zna te nazwiska? Wyobraźmy sobie, co by się stało, gdyby wspomniani działacze zostali patronami ulic. Z początku niewiele osób wiedziałoby, o kogo chodzi. To ogólna prawidłowość: polityka nazewniczo-pomnikowa nigdy nie przynosi natychmiastowych efektów. „Nowe” nazwiska muszą wrosnąć w zbiorową świadomość. Ludzie, którzy będą chodzić taką ulicą, dopiero za rok lub kilka lat zastanowią się, kim jest jej patron. Aktualne zainteresowanie żołnierzami wyklętymi także narastało stopniowo. Na początku lat 90. wiedza na ich temat była niewielka i musiało minąć dwadzieścia lat, zanim wykroczyła poza krąg historyków i hobbystów.
 
Czy są jakieś postaci lub inicjatywy, które w ramach trwającej ofensywy ideologicznej prawicy zostały upamiętnione w przestrzeni publicznej lub zanosi się na ich upamiętnienie, a które nie powinny być honorowane? W Twojej rodzinnej Łodzi ulicę ma m.in. „Łupaszka”.
Na pewno nie chciałbym ulicy „Ognia”, nie mówiąc już o „Burym”, co do którego IPN stwierdził, że dokonywał na Podlasiu aktów o znamionach ludobójstwa. Z „Łupaszką” sprawa jest bardziej skomplikowana, ponieważ wielu jego żołnierzy, na czele z Pawłem Jasienicą, to byli bardzo przyzwoici ludzie. „Łupaszka” jest postacią kontrowersyjną, ale o niego nie kruszyłbym kopii z prawicą. Raczej próbowałbym ją przekonywać, że głoszona przez NSZ i tym podobne formacje ideologia Katolickiego Państwa Narodu Polskiego nie jest warta propagowania. Lepiej popularyzować tradycję WiN-owską, piłsudczykowską czy klasycznych konserwatystów, jakich mieliśmy w II RP i jeszcze przed odzyskaniem niepodległości. Nawet wśród endeków można wskazać postaci bardzo ciekawe i warte upamiętnienia, jak Władysław Grabski. Z drugiej strony mamy do czynienia z tradycją Bolesława Piaseckiego, Falangi i ONR, której kultywowania bym nie chciał. Warto w tym celu szukać porozumienia z przedstawicielami prawicy ceniącymi raczej piłsudczykowski konserwatyzm niż ten wariant tradycji endeckiej, który obecnie przenika do mainstreamu.
 
Nawet jeśli uznamy, że usuwanie z przestrzeni publicznej pamiątek po komunizmie jest w większości przypadków słuszne także z perspektywy demokratycznej lewicy, to jego ubocznym skutkiem może być pogłębienie niezrozumienia i odrzucenia tradycji lewicowych jako całości. W jaki sposób walczyć o to, by pamięć historyczna – w tym ta „usankcjonowana” przez państwo i samorządy – nie była zbyt jednostronna?
Szansy na to, by z czasem zrównoważyć zbiorową pamięć, upatruję przede wszystkim w odczarowaniu postrzegania historii jako domeny konserwatystów i prawicy. Przyjęło się, że szeroko rozumiana lewica zajmuje dominującą pozycję w socjologii, kulturoznawstwie, antropologii społecznej i kulturze, natomiast historia stanowi strefę wpływów prawicy. Ten podział należy podważyć. Bardzo niewielu znanych historyków przyznaje się do poglądów lewicowych, a większość osób o takich zapatrywaniach słabo zna historię. Uważają, że jest passé i że stanowi naturalną ostoję konserwatyzmu i nacjonalizmu. To podstawowy błąd, gdyż w ten sposób działa samospełniająca się przepowiednia. Gdy studiowałem historię, około 80% moich kolegów miało prawicowe i konserwatywne poglądy. Trzeba zacząć od zmiany tego stanu rzeczy, by w skali społecznej można było zacząć ciekawie spierać się o historię.
O spuściznę lewicy również możemy i powinniśmy się spierać, byle w taki sposób, który będzie budził u odbiorców chęć poznawania historii. Tymczasem jak na razie najciekawsze i najbardziej pobudzające intelektualnie dyskusje na jej temat, także popularne w formie, toczą się na prawicy. Dobrym przykładem jest spór o książki Piotra Zychowicza. Jakiś czas temu w tygodniku „Do Rzeczy” czytałem wywiad z prof. Andrzejem Nowakiem o polskich mitach. Według mnie pod jego tezami mógłby się podpisać niejeden człowiek o poglądach lewicowych albo lewicowo-liberalnych. Obok był zamieszczony dosyć radykalny tekst Zychowicza. Proszę mi znaleźć w „Gazecie Wyborczej”, w „Ale Historia”, „Polityce” czy w innych liberalnych periodykach tego typu zestawienia. Można dyskutować o historii interesująco i przystępnie, i w ten sposób ją popularyzować. Robi to prawica, np. spierając się o to, czym był rok 1939. Dzięki temu zwiększa zainteresowanie również swoimi bohaterami. Lewica musi zatem intensywniej działać na tej niwie: powinny powstawać popularne, ale też kontrowersyjne książki – nawet w nielubianej przez zawodowych historyków konwencji historii alternatywnej, która przybliża szerokiemu gronu odbiorców rozmaite tematy historyczne. Jest piękna paleta postaci związanych z lewicą, począwszy od Kościuszki, a skończywszy na członkach Komitetu Obrony Robotników. Przecież to jest idealne paliwo do popularyzowania historii zaangażowanej, społecznikowskiej lewicy. Zajmują się tym ludzie z kręgu „Nowego Obywatela”, znacznie odważniej niż kiedyś czyni to „Krytyka Polityczna”, są też inicjatywy oddolne, ale mam wrażenie, że nadal nie są to tematy, które wywoływałyby szerszą debatę.
 
Dlaczego tak się dzieje?
Wydaje mi się, że wciąż mamy do czynienia z zamykaniem się w swoim środowisku, z mówieniem głównie do już przekonanych, co prawicy udało się przezwyciężyć. Oczywiście obecnie ma ona do tego lepsze narzędzia, jest choćby mocniejsza finansowo, ale przede wszystkim udało jej się uczynić historię po prostu częścią popkultury. Mówi się, że taka masowość banalizuje, ale ucieszyłbym się, gdyby zapanowała moda na koszulki z Okrzeją czy Pużakiem – bohaterami lewicy, ale też po prostu ciekawymi postaciami, niezależnie od indywidualnych identyfikacji politycznych.
 
Dziękujemy za rozmowę.
Łódź, lipiec 2017 r.
Przygotowali MS, JK

Zdjęcie: Wikipedia

drukuj

KOMENTARZE

  1. „Co do kwestii merytorycznych: chyba nikt sensowny nie będzie bronił ulic Karola Świerczewskiego, Gwardii Ludowej, Bohaterów Armii Czerwonej czy trzeciego garnituru działaczy Komunistycznej Partii Polski”.
    A kto ma decydować co jest a co nie jest sensowne? Pan Mirowski?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *