AUTOR

Andrzej Muszyński

Autor m.in. „Miedzy” i „Podkrzywdzia”, nominowany do Paszportów Polityki i dwukrotnie do Nagrody Literackiej Gdynia. Wiosną 2017 roku nakładem Wydawnictwa Literackiego ukaże się jego powieść „Fajrant” o doświadczeniu prekariatu. Ostatnio otrzymał Nagrodę A. Włodka przyznawaną przez Fundację Wisławy Szymborskiej. Mieszka na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej.

Scena jest literacko seksowna a nawet mocna: Leszek Miller i Tadeusz Iwiński w szczycie formy, a więc w szczycie władzy, siedzą na bambusowym tarasie nad czerwonawą rzeką w państwie sułtana Brunei i popijają whisky z lodem. Tyle wiedziałem o tym kraju, gdy wjeżdżałem, a raczej wpływałem, łodzią motorową, która kładła się na meandrach rzeki jak motocykl Valentina Rossi na wirażach. Wiedziałem tyle, że z piętnaście lat temu polski premier popijał tu prywatnie. Skąd to wiedziałem, a raczej dlaczego mi się tak wydawało? Pojęcia nie mam, pewnie gdzieś przeczytałem bądź zasłyszałem. Pamięć pisarska to jest jednak co innego niż pamięć reporterska. Ta scena wydaje mi się jednak nierealna. Bo w Brunei nie można pić.

Jest jeszcze jeden wariant: wszystko zapamiętałem i wyobraziłem sobie poprawnie, a więc Leszek Miller i Tadeusz Iwiński pili whisky w Brunei, ale potem, po ich wyjeździe, sułtan Hassanal Bolkiah tego zabronił. Jeszcze do niedawna, jak mi mówiono, alkohol można było kupić w najdroższym hotelu na wybrzeżu, mimo wysokich cen dosyć popularnym wśród obcokrajowców, bo dobrze obrazującym unikalność tego kraju. I tu znów mamy pole manewru – Leszek Miller i Tadeusz Iwiński byli w państwie bez procentów, ale trafili właśnie do tej enklawy. Dziś alkoholu nie sprzedają nawet tam. Pół biedy dla miejscowych muzułmanów, czyli zdecydowanej większości społeczeństwa, gorzej z Chińczykami i Hindusami. Ci przywożą towar z sąsiedniej Malezji, również zresztą islamskiej, gdzie jest naprawdę drogi.
Miejscowa prasa oferuje treść średnio sensacyjną, fenomenalnie powtarzalną, choć wydawana jest na dość wysokim poziomie; „Brunei Times” przypomina z oddali „New York Times”. Tylko zawartość ciut inna. Tu dominują relacje z wizyt gospodarskich władcy, czy też donosy o aresztowaniu delikwenta, który sprzedawał nielegalnie papierosy. Bo tych również nie można kupić w sklepie. Sułtan zabronił też ostatnio obchodzenia świąt Bożego Narodzenia. Dzięki takim decyzjom, o Brunei bywa głośno w świecie. Majątek władcy wart jest podobno prawie sto miliardów dolarów, pałac z 257 łazienkami i kolekcja siedmiu tysięcy luksusowych samochodów to też jest wdzięczny temat dla zagranicznej prasy.
Kary finansowe są dotkliwe – pierwszą informacją skierowana do mnie w języku angielskim gdy przekroczyłem granicę, było ostrzeżenie, że za wyrzucenie na ulicy śmiecia zapłacę karę w wysokości tysiąca dolarów. Wyżej to samo było oczywiście napisane po arabsku. Tu dzieci uczą się arabskiego w szkole, napisy w tym języku są wszędzie. Te dwie okoliczności powodują lekkie, co prawda chwilowe, spięcie, które chyba jednak udziela się innym, w szczególności rozwydrzonym backpackerom, którzy po wjeździe do kraju reżimowego zwykle pokornieją jak dzieci skarcone za gadanie na szkolnym apelu. Tym bardziej, że parę lat temu sułtan wprowadził prawo szariatu, które wchodzi w życie stopniowo, i co zdumiewające, wywołało w kraju dyskusję, a nawet nieliczne głosy sprzeciwu. Ostatnia partia opozycyjna przestała działać z pół wieku temu, w każdym razie tak dawno, że kogokolwiek o to spytałem, spoglądał na mnie ze zdumieniem, potem grzecznościowo wysilał pamięć i odpuszczał. Większość narodu poddała się jednak temu pokornie. Mało tego – bogata, oczytana właścicielka hostelu, w którym spałem, do tego pół-Chinka, zaciekle broniła decyzji, w zasadzie każdej myśli władcy absolutnego. Prawo szariatu, mówiła, owszem, chroni przede wszystkim kobiety, wprowadza porządek i dyscyplinę.
O sułtanie nikt nie powie złego słowa: żyje się dostatnio, bezrobocie nieznane, ludzie za granicą marzą, by móc pracować w Brunei, kraj ma złoża ropy jeszcze na wiele lat, edukacja i świetne szpitale darmowe, drogi jak marzenie, nikt nie płaci podatków poza zakatem, jednym z filarów islamu, uiszczanym raz w roku w wysokości 2,5 % majątku (o ile się nie mylę) i przeznaczanym dla najbardziej potrzebujących. W narodzie jest solidarność, bomb nikt nie podkłada, jest pięknie. Domowy hostel mojej gospodyni leży na Kampong Ayer, największej na świecie osadzie na palach, z której dopiero z początkiem wieku stolica została przeniesiona na umiarkowanie suchy ląd. Są w niej szkoły, meczety, muzeum, wiele domów, stacje benzynowe, kanalizacja. Ekipy sprzątające regularnie podpływają motorówkami po odbiór śmieci. Nie widziałem za to sklepów.
Siedziałem na werandzie, która chwiała się nocą, gdy w pobliżu przemykała jak strzała motorówka z kierowcą w kominiarce i fleku, i jakoś nie potrafiłem sobie wyobrazić kary chłosty obok Maca. Na przykład za cudzołóstwo. Bo Mc Donald’s jest – jeden w kraju, obok wielkiej galerii handlowej, w której Brunejczycy kupują i żrą jak na Piątej Avenue. Bo się je, dobrze je, jak tłumaczą miejscowi, gdy nie ma picia. Ale z tym jedzeniem znów półprawda – bo według mnie jedzenie lepsze w Malezji. Tutaj: przewidywalne, słabo pikantne, w ogóle wszystko supermarketowate, wyczyszczone. Taksówkarzy łatwiej wymienić niż policzyć.
Tak działa krajowe bezfakcie i upał: zapał reporterski opuścił mnie ostatecznie na ostatnim piętrze biurowca zajmowanym przez redakcję „Brunei Times”. W recepcji nie było nikogo. Po kwadransie przyszła miła dziewczyna. Chwilę pogadaliśmy. Dowiedziałem się, że Brunei jest w ogonie rankingu wolności słowa, władza zabroniła pisać o reformie religijnej, a jeśli chcę, to może podać mi mejla do ministra do spraw religii, i on wszystko wyjaśni. Wyszedłem na ulicę z drogimi samochodami. Zgubiłem drogę i na pustym placu w pobliżu Muzeum Regaliów Królewskich zobaczyłem małą budkę, jakby parkingową, a w niej kobietę. Otwarła szybę i uderzył mnie taki ziąb, że postawił mnie w pionie. Miała na głowie chustę, w rękach iPhona, a na trupio bladej twarzy czerwoną wysypkę, a raczej przypudrowany, rozpalony trądzik, na który cierpi tu wiele dziewcząt.
Maleńkie Brunei leży na wyspie Borneo, którą opisał Conrad w „Szaleństwie Almayera”. Wyspa wygląda z samolotu jak w tej opowieści, jest czarna i zamglona. Z werandy na Kampong Ayer widać fosforyzujące okienka meczetu Hassana II jak nieruchomą karuzelę w bezgłośnym Disneylandzie. Państwo niby niepoważne, a skupiające uwagę, usypiające, a nie można tam zasnąć. Leje się z człowieka. Dlatego wciskam w uszy słuchawki, a tam na 89.1 FM miejscowe Radio Maryja. Ktoś recytuje słowa „Nie ma Boga prócz Allacha”, które wypowiada się tu do ucha każdemu muzułmańskiemu niemowlakowi.

Ilustracja: Wacław Marat

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *