Krzysztof Posłajko

„Ziemia obiecana” po raz drugi

AUTOR

Krzysiek Posłajko

Urodzony w 1981. Doktor filozofii i niedoszły socjolog ze stajni UJ. W idealnym świecie nauki interesuje się analityczną filozofią języka i ontologią. Używa słowa „socjolog” w liczbie pojedynczej na oznaczenie Pierre’a Bourdieu. Pracował jako tłumacz i leksykograf. W wolnych chwilach publicysta-amator. Nieuleczalny socjaldemokrata. Z lewackiego tłumu wyróżnia go negatywny stosunek do jazdy na rowerze, mieszkań w zapuszczonych kamienicach i psychoanalizy.

Lektura lokalnych krakowskich portali informacyjnych jest ostatnio zajęciem dość monotonnym. Co najmniej kilka razy w tygodniu czytelnik raczony jest informacjami o podobnej treści: chciwy deweloper, budujący osiedle mieszkaniowe (galerię handlową, biurowiec), niszczy ostatni niewielki skrawek zieleni w okolicy, budowa powoduje chaos komunikacyjny, a użytkownicy nowej inwestycji nie dość, że nie znajdą już miejsca do parkowania, to nigdy też nie ujrzą światła słonecznego, bo gęstość zabudowy dawno przekroczyła wszelkie normy. Wściekli mieszkańcy pobliskich osiedli bezradnie protestują, aktywiści się oburzają, ktoś wrzuca memy na Facebooka, urzędnicy bezsilnie rozkładają ręce – prawo nie daje im możliwości zablokowania inwestycji, skoro plan zagospodarowania dla okolicy powstanie najwcześniej w 2030 r.

Wydaje się, że powoli następuje zmiana społecznej recepcji tego typu „niusów”. Umęczeni mieszkańcy cesarsko-stołecznego miasta – tłoczący się w wiecznie spóźnionych środkach publicznego transportu, wdychający zatrute powietrze – w coraz mniejszym stopniu skłonni są wyrażać radość z tego, że „buduje się, panie, buduje”. Coraz częściej za to okazują niezadowolenie z powodu kierunku rozwoju swojego miasta.

Jednak zarówno zwykli mieszkańcy, jak i środowiska medialno-aktywistyczne, które od dawna narzekają, że Kraków w coraz szybszym tempie oddala się od wizji miasta idealnego rodem z pism Jane Jacobs i Jana Gehla, wydają się nie dostrzegać systemowych źródeł krakowskich problemów. Zgodnie z najlepszymi tradycjami polskiego mieszczaństwa tutejsi aktywiści miejscy zdają się widzieć wszystko osobno – tu zaorany skwerek, tam przeskalowana miejska autostrada, ówdzie jeszcze dwudziesta z kolei galeria handlowa. Tymczasem szerszy obraz zmian, jakim podlega metropolia, chyba zainteresowanym umyka. A zmiany te są głębokie – Kraków to być może, poza Warszawą, najszybciej rozwijający się ośrodek w Polsce, przy czym rozwój ów stoi w całkowitej sprzeczności z utrwalonym w przekazie kulturowym obrazem tego miasta. Kraków padł bowiem ofiarą chaotycznego rozwoju postindustrialnego. Jak Łódź w wieku XIX, tak Kraków na początku XXI w. stał się paradygmatem polskiej miejskości. I o ile ta pierwsza przechodziła gwałtowny rozwój jako mekka przemysłu włókienniczego, o tyle obecny rozwój tego ostatniego wynika z niespodziewanego wejścia w rolę centrum postindustrialnych gałęzi gospodarki.

Świt transformacji ustrojowej zastał Kraków jako miasto w pewnym sensie dwoiste: z jednej strony zrujnowane kamienice w Rynku, studenci UJ w czarnych swetrach, niedobitki Piwnicy pod Baranami i wciąż młody Marcin Świetlicki; z drugiej – olbrzymie blokowiska późnego PRL-u, zbudowane dla wcale licznej klasy wielkoprzemysłowej silnie podówczas zindustrializowanego ośrodka. Rozwój Krakowa planowano wtedy centralnie, kierując się zasadą obudowywania zabytkowego centrum pierścieniem blokowisk. Mieszkanie na tych osiedlach, często kiepsko wykonanych i pozbawionych podstawowej infrastruktury, było dla wielu mieszkańców dopustem. Z dzisiejszej perspektywy trzeba przyznać, że przynajmniej z lotu ptaka bywały one jednak całkiem nieźle rozplanowane.

Choć zapaść przemysłu po 1989 r. mogła spowodować powolny upadek miasta, to tak się jednak nie stało, a złożyło się na to kilka czynników. Po pierwsze, atrakcyjność turystyczna Krakowa sprawiła, że zaczął on funkcjonować w obiegu międzynarodowym. Po drugie, jego swoistą cechą była duża podaż relatywnie dobrze wykształconej i relatywnie taniej siły roboczej (przez całe 25-lecie płace były tu niższe nie tylko niż w Warszawie, ale też w pobliskich Katowicach). W konsekwencji, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, podaż wygenerowała popyt, a Kraków stał się jednym z głównych światowych centrów outsourcingu. Gwałtowny rozwój sektorów BPO (Business Process Outsourcing, czyli popularnego outsourcingu) i IT (czyli technologii informacyjnych) w Krakowie jest ewenementem na skalę ogólnopolską. Prognozuje się, że do 2020 r. zatrudnienie w tych sektorach wzrośnie do ponad 100 tys. pracowników. W gospodarce późnokapitalistycznej zaś każde miejsce pracy w sektorze „bazowym” generuje kilka kolejnych w tzw. otoczeniu.

Oznacza to, że mamy w Krakowie do czynienia z masowym przyrostem miejsc pracy – jest to eksplozja porównywalna z epoką gwałtownej industrializacji. Ta eksplozja zatrudnienia przekłada się na raptowny skok demograficzny. Kraków już oficjalnie zastąpił (coraz bardziej wyludniającą się) Łódź na pozycji drugiego pod względem liczby mieszkańców miasta w Polsce, jest także jednym z nielicznych miast wojewódzkich, które oficjalnie notują wzrost liczby ludności na poziomie od kilku do kilkunastu tysięcy w ciągu ostatnich dekad. Co więcej administracyjne wskaźniki nie oddają realnego wzrostu, gdyż wielu nowych mieszkańców po prostu nie melduje się w nowym miejscu zamieszkania. Znaczący wzrost lokalnej populacji sugeruje natomiast olbrzymia liczba inwestycji mieszkaniowych – od czasu pęknięcia w roku 2004 bańki na rynku nieruchomości w Krakowie buduje się rocznie kilka tysięcy mieszkań, które sprzedają się na pniu. Do tego dochodzi lawinowa suburbanizacja i przyrost liczby mieszkańców „niedomiejskich” gmin ościennych. Szacuje się, że Kraków funkcjonalnie jest już aglomeracją obsługującą ponad milion osób.

Ta postindustrialna eksplozja odbywa się całkowicie na dziko. Stąd wynika – widoczna już gołym okiem – degeneracja tkanki miejskiej. Co gorsza, nikt z odpowiedzialnych za politykę miejską nie zdaje sobie sprawy z rozmiaru wyzwania, jakie stanowi tak gwałtowny przyrost masy ludzkiej. Urzędnicy rezerwują dla siebie funkcję administratorów chaosu, lokalnie tylko łagodząc najbardziej palące problemy: gdzieniegdzie zbuduje się park, a gdy układ komunikacyjny w danej dzielnicy przestanie funkcjonować, podciągnie się – wybudowany za unijne pieniądze – tramwaj. Niestety, równie ciasną perspektywą zdają się operować aktywiści miejscy. Ich ambicje zdają się ograniczać do takich marzeń jak przerobienie ulicy Krupniczej na woonerf, co oczywiście byłoby miłą zmianą, nieprzystającą jednak do skali wyzwań stojących przed miastem. Nikt nie umie – albo nie chce – powiedzieć wprost, że Kraków przechodzi transformację z sympatycznego, otoczonego blokowiskami grajdołu w postindustrialną metropolię.

Stolica Małopolski potrzebuje działań na miarę Barcelony z drugiej połowy XIX w. albo Sztokholmu z połowy wieku XX. Oba te miasta stanęły wówczas przed podobnym do krakowskiego problemem – relatywnie stare i nieduże ośrodki stały się punktami gwałtownej urbanizacji. Tamtejszą odpowiedzią były narzucone centralnie i bezwzględnie egzekwowane plany urbanistyczne, które umożliwiły zrównoważony rozwój. Takie rozwiązanie wymaga jednak woli politycznej i umiejętności wzięcia w karby interesów prywatnych inwestorów. Dobrego wzorca działań dostarcza tu zwłaszcza XIX-wieczna Barcelona, budowana przez prywatnych przedsiębiorców, którym jednak władze miejskie precyzyjnie wyznaczały warunki inwestycji. Tak precyzyjnie, że okna kamienic znajdują się na tej samej wysokości.

Wydaje się, że czasu na radykalną zmianę filozofii zarządzania Krakowem pozostało niewiele. Grozi nam to, że wszyscy przyzwyczają się do prowizorki i życia w byle jakiej przestrzeni. To zaś na dalszą metę może być dla miasta samobójcze. Wzrost zamożności biurowej klasy średniej, tego krakowskiego postindustrialnego proletariatu, będzie prawdopodobnie skutkował wzrostem aspiracji niemożliwych do spełnienia w źle urządzonym, dysfunkcjonalnym mieście. Po eksplozji demograficznej może nadejść exodus, a Krakowowi zagrozi masowa depopulacja, jaka od początku transformacji ustrojowej stała się udziałem Łodzi. Nie pozostaną po niej jednak malownicze ruiny XIX-wiecznych fabryk i secesyjnych pałacyków, lecz puste galerie handlowe i ciągi martwych wieżowców.


Zdjęcie: Ewa Korzeniowska

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *