Agata Młodawska

Turyści kontra podróżnicy, czyli nauki społeczne jadą na wakacje

AUTOR

Agata Młodawska

urodzona w roku 1983. Absolwentka wiejskiej podstawówki oraz Instytutu Socjologii UJ, gdzie w 2007 roku obroniła pracę magisterską. Współzałożycielka i współpracowniczka Nowych Peryferii. Najczęściej mieszka w Hiszpanii, z kilkumiesięcznymi przerwani na wizyty w Polsce. Interesuje się teoriami postkolonialnymi, które stara się twórczo zmiksować z teoriami rozwoju, wskutek czego znajduje pewne podobieństwa między procesami społecznymi w różnych częściach globu. Duże wrażenie zrobiły na niej publikacje Fatimy Mernissi, Michaela Buroway’a, Elisabeth Dunn, Davida Osta, Brunona Latoura, Saskii Sassen, Edwarda Saida, Amartyi Sena, Chantal Mouffe, Juana Goytisolo, Pierra Bourdieu oraz Ani Loomby. Zawodowo zajmuje się realizacją i koordynowaniem badań społecznych, co sprowadza ją na manowce współpracy z rozmaitymi instytucjami (m. in. Bankiem Światowym). W wolnych chwilach blogerka i autorka reportaży.

„Czym się różnią ludzie podróżujący do Benidormu od podróżujących do Mongolii?” – zapytał podręcznik do angielskiego, z którego właśnie przygotowywałam lekcje.

Jedni mają więcej pieniędzy, a drudzy… – pomyślałam odruchowo. Nie byłam nigdy w Benidormie (wspólnota autonomiczna Walencja) nad Morzem Śródziemnym, ale większość znanych mi Basków uśmiechała się z politowaniem na samo wspomnienie tej miejscowości. Benidorm był dla nich odpowiednikiem hot dogów i lodów świderków owiniętych w parawan złożony pod plastikową palmą, symbolem wakacyjnej tandety, do którego na wakacje zjeżdżał cały Kraj Basków w pogoni za słońcem.

Pytanie o Benidorm i Mongolię było wprowadzeniem do lektury tekstu, traktującego o podróżnikach i turystach. Zamyśliłam się jeszcze raz. Jak to szło? Włóczęga i turysta, pierwszy przemieszcza się, bo musi, a drugi, bo chce. Kiedy to było? 2004 albo 2005, zajęcia z globalizacji albo ze współczesnych teorii socjologicznych. Model tak prosty, że dawał nieograniczone wręcz możliwości krytyki. Bo nie ma statystyk, które to potwierdzają. Bo opozycje binarne. Bo Bauman powtórzył to samo w pięciu różnych książkach. Bo uprościł: ludzie, którzy podróżują z własnej woli, jako duża zbiorowość skazani są na podzbiory – podział na zwiedzających i podróżujących jest tego najlepszym dowodem.

Podręcznikowa czytanka o turystach i podróżnikach stworzona została na podstawie tekstu opublikowanego w „The Telegraph” w 2012, przeciwstawiającego zbiorowego turystę samotnemu podróżnikowi. Ten drugi na ogół pogardza tym pierwszym, chociaż – w oczach autora – nie ma ku temu najmniejszych powodów. Wprost przeciwnie, turyści mają wiele zalet. Przede wszystkim są bardziej skłonni do kupowania suwenirów, odrzucanych przez podróżników jako kiczowate, przez co wspomagają lokalna gospodarkę, podnoszą PKB i dają pracę. Ponadto są znacznie milszymi ludźmi niż nadęci i ponurzy podróżnicy, konsumujący smutne mięso jaka gdzieś w Mongolii, ewentualnie spoglądający melancholijnie na turystów samotnie sącząc drinki w barze. Ich postawa jest głęboko podszyta hipokryzją, ponieważ w głębi duszy marzą o tym, aby móc stać się częścią kolorowego tłumu, wespół w zespół ruszyć na lwy by; co i tak im się nie uda, bo są smutasami. Szczególnym przypadkiem hipokryzji była znajoma autora, socjalistka, która pogardzała Benidormem – a powinna przecież zażywać wywczasu z masami, shouldn’t she?

Tymczasem turyści są zawsze w grupie i wesoło się bawią. Sam autor artykułu, Anthony Peregrine, destination expert, miał przyjemność uczestniczyć w autokarowej wycieczce i spędził wiele radosnych chwil, bynajmniej nie ironicznie. Nie rozumie też, dlaczego podróżnicy mają ochotę unikać za granicą turystów z Wielkiej Brytanii – z anegdotycznych dowodów, jakie zebrał na południu Francji, wynika, że Brytyjczycy cieszą się wyjątkowym szacunkiem, choć w obleganych śródziemnomorskich miejscowościach lokalsi mogą być nimi nieco zmęczeni.

Peregrine odżegnuje się wprawdzie od wartościowania wakacyjnych wyborów; z artykułu jasno jednak wynika, że tym, co wyróżnia podróżników, są paskudny charakter, dziwaczny snobizm oraz szerzenie nienawiści do wesołych turystów.

Kwestie materialne są w artykule wątkiem pobocznym – autor nie pisze o bogaczach pogardzających biednymi, ale o kulturalnych ludziach tworzących swoisty przemysł pogardy. Na całą sprawę można jednak spojrzeć z nieco szerszej perspektywy, uznać, że style konsumpcji są częścią różnic klasowych (Pierre Bourdieu, o panu mowa) i ruszyć w dalszą drogę.

Łatwo zauważyć, że czynnikiem odróżniającym turystę od podróżnika jest ilość czasu wolnego. Wyjazd na własną rękę w nietknięte turystycznym przemysłem tereny (o ile jeszcze takie istnieją, może lepszym określeniem byłoby „mniej dotknięte”) wymaga dłuższego planowania i większych nakładów czasu. Podróżnicy nie wydają się ograniczeni dniami urlopu, mogą dzięki temu pozwolić sobie na poszukiwania i dogłębne poznawanie lokalnej kultury. W przeciwieństwie do nich turyści mają w najlepszym wypadku dwa tygodnie wolnego – jeśli oczywiście mają płatny urlop, a nie przerwę pomiędzy umowami o dzieło. Muszą zaoszczędzić na czasie, więc jeżdżą na zorganizowane wycieczki, udają się do sprawdzonych miejsc, kupują oferty typu „Polska: 10 miast w osiem dni” (autentyczna oferta jednego z naszych biur podróży), tak aby zobaczyć jak najwięcej w jak najkrótszym czasie, biegając od zabytku do zabytku, od muzeum do muzeum. W czasach, kiedy wielu pracowników nie może liczyć na stałe godziny pracy, o płatnym urlopie nie wspominając, podróżnicy mogą być łatwo zaszufladkowani jako bobos i budzić resentyment, znany już z Dwurnikgate.

I nie chodzi o to, czy przeciętny turysta zachowuje się gorzej od przeciętnego podróżnika. Nie są problemem statystyki dotyczące zakupów lokalnego rękodzieła wyprodukowanego w Chinach. W realnym świecie nie obroniłoby się też zapewne twierdzenie, że wszyscy podróżnicy są zawsze bardziej zamożni od turystów. Osoba podróżująca autostopem po Afryce nie wydaje przecież o wiele więcej pieniędzy niż wczasowicze na dwutygodniowym urlopie w Maladze. W dodatku Captain Obvious podpowiada, że zapewne znaczna część podróżujących balansuje pomiędzy tymi dwoma modelami, w zależności od aktualnej sytuacji życiowej.

Problemem jest sprowadzanie alternatywnej turystyki do dziwacznego snobizmu, podyktowanego przede wszystkim mizantropią. To uproszczenie jest równie niefajne, jak pogarda dla beneficjentów rządowych programów, którzy masowo stawiają parawany na bałtyckich plażach za pieniądze podatników. Podobne stereotypy często powtarzane są przez media, które do schematów dopisują kolejne elementy. W 2012 roku podróżnicy byli nielubiącymi innych Brytyjczykow ponurakami, a gdyby tekst powstał kilka lat później, autor niewątpliwie dodałby, że są rozgoryczonymi przeciwnikami Brexitu, którzy nie lubią Wielkiej Brytanii i dlatego optują za pozostaniem w UE.

I tak zwykły wyjazd wakacyjny przerabia się na deklarację polityczną opatrzoną niewyszukaną psychoanalizą. Znani z literatury socjologicznej My i Oni, nie są bynajmniej polską specjalnością. Tym samym, media wzmacniają istniejące podziały społeczne po to, żeby móc później załamywać ręce nad coraz bardziej podzielonym społeczeństwem…

Zdjęcie: Pixabay

drukuj

KOMENTARZE

  1. Wydaje mi się, że problemem nie jest już dość wydumany konflikt turyści-podróżnicy tylko przemysł turystyczny, którego niezrównoważony rozwój zaczyna przeciwstawiać turystów (ale zarazem tych, których mogłybyśmy nazwać podróżnikami) miejscowej ludności. Na pewno śledzisz obecną debatę w Hiszpanii i fakt, że powstają organizacje jakby miejskiej partyzantki skierowane przeciwko turystyce. Problemem jest masowa turystyka, która zmienia piękne wybrzeże w wielokilometrowy szereg Benidormów, a Barcelonę w zapchany do granic możliwości Disneyland, w którym życie staje się za drogie i zbyt uciążliwe. W masowej turystyce zyski czerpią wielkie koncerny produkujące choćby te niby lokalne pamiątki, właściciele linii lotniczych, franczyz restauracyjnych, sieci hotelarskie czy fundusze skupujące mieszkania na wynajem. Traci na tym lokalny mieszkaniec, bo jego mały hotelik czy klimatyczna restauracyjka musi przyjąć reguły biznesu wymuszone przez wielkich graczy, a jego czynsze i inne koszty rosną. W każdej chwili też obok pojawić się może należący do wielkiej sieci lokal, który będzie stosował ceny dumpingowe do momentu wykończenia konkurencji.
    A jeśli chodzi o to, że „podróżnik” ma więcej pieniędzy niż „turysta”, to z własnego doświadczenia wiem, że nigdy nie wydałabym takich kwot na wylegiwanie się w Maladze, bo za połowę tego w tym samym czasie udaje mi się zwykle przejechać kawał jakiegoś kraju. Masowa turystyka to tak naprawdę oddanie się w ręce „eksperta”, który podsunie pomysł, załatwi, zawiezie, ubezpieczy i zaopiekuje się na miejscu. To też kosztuje, a często niestety towar, jaki się otrzymuje jest wybrakowany. Jednak nadal są ludzie, którzy z jakichś powodów (na pierwszym miejscu jest nieznajomość języków obcych, potem pewnie nieznajomość realiów w innych częściach świata) są na to skazani, jeśli w ogóle chcą się gdzieś ruszyć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *