AUTOR

Wioletta Grzegorzewska

Pisarka na stałe mieszkająca w Wielkiej Brytanii, gdzie publikuje jako Wioletta Greg. W kraju ukazały się jej cztery tomy wierszy: „Wyobraźnia kontrolowana”, „Parantele”, „Orinoko” i „Inne obroty” oraz książka prozatorska „Guguły”. W tym roku opublikuje powieść „Stancje” (wydawnictwo W.A.B.)  oraz wybór wierszy "Czasy zespolone" (Wydawnictwo Eperons -Ostrogi).

Fragmenty powieści „Stancje”, która ukaże się w sierpniu tego roku w wydawnictwie W.A.B.


PACYNA

Widujesz ty czasem na stacji takiego bezdomnego dziadka, co gapi się na tory, kolędy śpiewa i święte obrazki rozdaje? – Cynga zatrzymuje samochód przy dworcu i podaje mi papierosa. Boję się odmówić, więc zaciągam się z niechęcią.
– Tak, bywa tu taki. Kilka razy go widziałam – odpowiadam nieśmiało, pokasłując.
– To Pacyna jest.
– Zna go pan?
– Sam mu dałem takie przezwisko na zamku w Herbach, bo miał, co tu dużo mówić, zrytą pacynę i śpiewał zawsze te kolędy na stacji, wiadomo.
– A za co go wsadzili?
– Za masło.
– Jak to?
– Po prostu. Był zamknięty za nic, bo coś tam z głodu ukradł, bułkę chyba, no a że nie miał miejsca zamieszkania, a prawo w naszym kraju jest takie pierdolnięte, przepraszam bardzo, że jak nie masz adresu, to sankcję musisz przebyć do sprawy. Na początku siedział na drugim oddziale, na górze, ale że był lekko chyły, taka prawda, nie umiał się dostosować do zasad, to go chcieli stamtąd wyrzucić. A na Herbach był, nie żartuję, komendant Herbik.
– Herbik na Herbach?
– No przecież sam bym tego nie wymyślił?
– No tak.
– Komendant miał układy z jakimś masarzem: szwagrem, zięciem, wujkiem, nie wiem dokładnie, bo w szpitalu, jak byłem na badaniach, to jedzenie moje było siedem razy gorsze niż w puszce: na śniadanie kilo kiełbasy, na kolację kilo kiełbasy. Dzień w jebany dzień była kiełbasa. Nie mogliśmy już patrzeć na nią po prostu. A że dziadek Pacyna bezdomny większość życia był, to nauczył się odkładać jedzenie na potem i chował sobie kiełbasę w poszewkę od poduszki. W końcu zaczęło tak śmierdzieć pod celą, że ci mówię. Róże rzeczy mu dawaliśmy do jedzenia z paczek, żeby przestał, ale on i tak chował kiełbasę w poszewki. Nie dało się tego wyplenić, taka prawda.
Pacyna codziennie listy do sądu pisał, jak dziecko literami po dwa centymetry wysokości, do sędziny, Pani Ani Jakiejś Tam: „Ja nic nie zrobiłem, ja nic nie zrobiłem” i wsadzał do środka święty obrazek, z Matką Boską, wiadomo, jak to w Częstochowie. Ja myślałem, że jestem twardziel jak twój ojciec, Rysiu, który uciekł z wojska i pół jednostki wyprowadził w pole, ale jak patrzyłem na Pacynę, to mi się naprawdę serce krajało, bo tylko on z nas wszystkich tak tęsknił za wolnością, że potrafił cztery, pięć godzin bez przerwy stać przy oknie, gapić się przez blindy w las, na tory i krzyczeć, że chce do domu. Do domu, którego nigdy nie miał.

ATANDA

Ulica przed dworcem zaczyna pachnieć dymem z kominów i spalonym olejem. Krążą po niej niespokojni podróżni. Z parteru hotelu Polonia docierają do mnie stłumione dźwięki orkiestry. Studzienki kanalizacyjne parują. Wiatr odrywa strzęp folii i nabija go na drut wystający z ogrodzenia. Cynga wyjmuje z czarnego etui komórkę centertel i podjadając kebaba, rozmawia z kimś niespokojnie. Zerkam na jego ogorzałą, nieogoloną twarz, a potem na peron: właśnie odjeżdża pociąg, którym mogłabym wrócić do domu.
– To ja się już pożegnam, panie Cynga. Dziękuję za podwiezienie.
– No ale gdzie się tak śpieszysz? Nie zjem cię przecież – mówi ze śmiechem Cynga. – Chciałem ci podać walizkę i opowiedzieć o naszym wspólnym przyjacielu, Waldku. Wiesz, dlaczego on kuleje?
– Nie.
– Atanda go tak załatwiła.
– A co to jest atanda? – Przysiadam obok Cyngi na ławce.
– Zaraz, zaraz, wszystko opowiem ci po kolei. Waldek ze mną pod celą siedział za jakąś rozróbę po pijaku i przez cały czas do nikogo się nie odzywał, no chyba że musiał. Zaniemówił po prostu. Czytał jakieś pisemka o gwiazdach, księżycach, planetach i czasem w nocy budził się z krzykiem: „Adelka! Adelka!”. Adelka mieszkała z Waldkiem i w tym samym czasie zadała się z kolesiem, co ma fabrykę luster; dwa lata w jego burdelu na Mirowskiej pracowała.
– Nam też o niej wspominał.
– Suka. Ja bym się z taką nie patyczkował… – Cynga chrząka i pociąga z piersiówki. – Przed Bożym Narodzeniem kombinowaliśmy z chłopakami, skąd by tu zacier wziąć. Niby pastówkę, z pasty do zębów i relanium dało się upędzić, taką trzydzieści, czterdzieści procent, ale śmierdziała i była niedobra, a my chcieliśmy coś lepszego. Na widzeniach kupiliśmy w kantynie pięciolitrową wodę mineralną, więc butelki już były, jakiś zaczątek był. Potem dostaliśmy na święta drożdżówkę wszyscy, no i nikt jej nie zjadł, tylko je pozbieraliśmy, zadowoleni, że będzie fermentować. Nasypaliśmy tam cukru i dbaliśmy o to, jak o dziecko. Naprawdę. Owinięte kocami, gazetami, trzymaliśmy to za łóżkiem, ale że nie było tej rurki z odpowietrznikiem, to trza było co godzinę na zmianę wstawać, korek odkręcać i gazu upuścić, żeby nie wybuchło. No i tak to psykało, psykało trzy tygodnie, ale jak zaczynało już ładnie pachnieć winem, wpadają nam na celę klawisze i jest kipisz tak zwany. Gnają nas razem z celą małolatów…
– Małolatów?
– Do dwudziestego piątego roku życia. No więc gnają nas na peronkę, rozbierają do naga całkiem, buty sprawdzają, spodnie, każą kucnąć i tak dalej. Nic nie ma, więc wracamy. Pod celą rozjebane wszystko, burdel taki, że masakra: chleb w ubikacji, skarpetki w cukrze. No i ogólnie już wiemy, że mamy przejebane, bo znaleźli zacier. Raz, że zatrzymają nam paczki, widzenia, telewizor zabiorą i tak dalej, dwa, że nam dojebią z atandy.
– Co to jest atanda, panie Cynga?
– Atanda to jest taka specjalna jednostka klawiszy jak antyterrorka na mieście. Byłe ZOMO głównie. Ich się nie widzi ogólnie, bo non stop nachlani gdzieś tam siedzą. Taka prawda, że od komuny to im zostało. Jak ktoś jest niebezpieczny, zakładają kaski, biorą tarcze, biorą pały, otwierają celę, wbiegają w sześciu chłopa i biją wszystkich po prostu. Biją i nie patrzą. Spróbuj się uśmiechnąć, a zębów nie masz.
– Bał się ich pan?
– No a jak? Największe kozaki się ich boją. Nieraz chłopaka zabili, z czego później było napisane, że się powiesił albo cokolwiek, umarł na zawał albo nie wiadomo na co. Ale wracając do sprawy tego zacieru. Stoimy goli na peronce. Z kondomu, czyli takiej okratowanej budki dla klawiszy, wychodzi ten chuj, pan Frania i mówi:
– Panowie, teraz krótko, jak nie powiecie, czyj to zacier, to macie przejebane.
My twardo do niczego się nie przyznajemy. Cela małolatów też siedzi cicho.
– Panowie, ostatni raz się pytam, jak nie, to wołam atandę i spuszczą wam wpierdol. Kto pędził ten zacier?
Na to wstaje Waldek, drapie się po klacie, bo od dłuższego czasu ma świerzba, i mówi:
– Ja!

KWIATECZKI

Budzę się zziębnięta koło dziesiątej i ułożywszy stopy na wypełnionej gorącą wodą butelce, która według patentu Natki ma zastąpić ogrzewanie w moim pokoju, włączam Eltra Hanię. Po wieściach o zamachach pocztowych w Ameryce leci piosenka George’a Michaela Last Christmas. Odgarniam kołdrę i opatulona kocem wyglądam przez okno. Grudniowy poranek jest chłodny, pachnie sadzą i benzyną. Wychodzę z pokoju i szukam Waldka, żeby poprosić go o wrzątek na herbatę. W stróżówce jest pusto. Na krześle drzemie Adelka zwinięta w kłębek i popiskuje cicho, jakby we śnie z czymś się zmagała. Skręcam w stronę świetlicy, odchylam koralikową zasłonę i staję na progu, wdychając zapach świeżo parzonej kawy, który tłumi mdły fetor zeszłowieczornej bibki.
Dobroje utro – wita się jeden z rosyjskich bliźniaków, którzy poprzedniej nocy biegali po Wedze. Odnajduję go wzrokiem w kącie świetlicy. Siedzi w fotelu w samych slipkach i założywszy nogę na nogę, kiwa stopą w klapku z tak zadowoloną miną, jakby nie mieszkał w nieogrzewanym hotelu robotniczym, tylko w pięciogwiazdkowej rezydencji na Kanarach. Nieprzyzwyczajona do widoku obcego gołego faceta odwracam wzrok i gdy zamierzam się wycofać ze świetlicy, on ku mojemu zdziwieniu zagaduje mnie po polsku:
– Ja zauważył, że wy, medaliki, macie wronę w herbie miasta. – Wskazuje przypięty do futryny proporczyk z godłem Częstochowy.
– No nie tylko w herbie. – Uśmiecham się. – Obecny prezydent Częstochowy też nazywa się Wrona.
– Ty żartujesz?
– Serio.
– A wiesz, dlaczego w niektórych miastach Rosji kopuły na cerkwiach są porysowane?
– Nie.
– Wrony tak się bawią, że biorą wieczko od majonezu i z dachu na nim jak snowboardziści zjeżdżają.
– Nie mów?
– Albo ślizgają się na kopułach i w ostatniej chwili hamują pazurami.
– Ja cię!
– Albo rzucają orzechy na pasy. Na czerwonym samochody im te orzechy zgniatają, a one na zielonym zlatują i je jedzą. Miałem kiedyś wronę w domu. Karkusza miała na imię. Kara na nią mówiłem.
– Znalazłeś ją poranioną?
– Pisklaki za duże były i wypadły z gniazda, no i nie dało rady wciągnąć ich tam z powrotem. Duże były, ale jeszcze nie potrafiły latać, no i zginęłyby tam w tym parku. No i każdy, a pamiętam, że było nas trzech, ja i moi znajomi, każdy po jednym pisklaku do domu wziął. Na początku wydawało mi się, że taka wrona głupia jest i nie różni się mózgiem od kury czy gołębia. No i wydawało mi się. Dopiero teraz wiem i nawet naukowo to potwierdzone jest, że intelekt wrony czy tam kruka zbliża się do małp. Są bardzo mądre. No i w domu właśnie było to widać, jak ona się zachowywała i co robiła.
– Chodziła za tobą?
– Tak. I jeść prosiła! Później ja jej zrobił gniazdo i ona do tego gniazda wszystko, co jest błyszczące, ściągała, ale najlepsza była taka sytuacja, że moja mama miała przy sowchozie ogórki i one takie żółte kwiateczki miały, religijki.
– Reli… co? – pytam, bo nie dosłyszałam.
– Czasami trzeba było niektóre kwiatki powyrywać, żeby ich było mniej, ale za to większe. No i mama tak robiła, wyrywała je i składała na kupkę, a ta wrona cały czas obok latała i wszystko obserwowała. Następnego dnia przychodzi sąsiad: „Ja tę waszą wronę zabiję!”, krzyczy. „Ale o co chodzi? Dlaczego?”, pytamy. Ja przez nią bez ogórków zostanę! Ona mi wszystkie kwiateczki pozrywała i poskładała je w kupki.

Ilustracje: Aga Gójska – ilustratorka i animatorka. Współautorka komiksu „Tak, super!” i „Prace i robótki”. Prowadziła projekt animacji zmysłowej „Brzuchomówcy”. Współtworzy kolektyw komiksowy Dream Team, prowadzi warsztaty, ilustruje między innymi dla „Świerszczyka” i „Zeszytów komiksowych”.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *