AUTOR

Joanna Kiedrzyńska

Doktora literaturoznawstwa, pracuje jako redaktorka i psychoterapeutka.

W powieści Żulczyka wyjaśnianie i rozliczanie zbrodni w małym miasteczku jest drogą do odkrycia pokoleniowego hamulca, który dziś nie pozwala być ani w pełni żywym, ani w pełni dorosłym.

Na pierwszy rzut oka „Wzgórze psów” jest mashupem: thriller w konwencji „zbrodnia w miasteczku” został ożeniony z powieścią inicjacyjną, ta mieszanka zaś została przedstawiona w – znanym ze „Ślepnąc od świateł” – stylu „Psów” z naleciałością kina moralnego niepokoju. Na poziomie budowy kryminalnej intrygi trudno postawić autorowi jakieś zarzuty, świat powoli ujawnianych połączeń między bohaterami wciąga, fabularne zwroty są tam, gdzie być powinny. Na zakończenie czekałam z niecierpliwością, mimo że niewiele dowiedziałam się o mniej więcej jednej czwartej postaci tłumnie zaludniających świat przedstawiony. Nie tylko dlatego czytelnik skonfrontowany jest z przytłaczającym nadmiarem, Sceny są niezmiernie rozciągnięte, wypełnione drobiazgowymi refleksjami zmiennych narratorów, wyczulonych na każdy szczegół otoczenia i własne emocje, przepuszczających swoje obserwacje przez obsesyjnie analityczny filtr. Każdy z nich myśli i żyje w bardzo podobnym języku, z niemal identycznym, przygnębiającym przeświadczeniem o złu tego świata. Sceny nie są wyrazistymi kadrami o klarownych czasowo-przestrzennych ramach, lecz przechodzą niespodziewanie i płynnie jedna w drugą: postacie przemieszczają się, znikają, spotykają kogoś albo przypominają sobie coś z przeszłości. Strategicznie albo niechcący autor umieścił nas więc w poetyce snu. Albo narkotycznego odlotu.

Jeśli konstelację Zyborka, gdzie rozgrywają się wydarzenia, uznać za sen, proces pierwotny, świat wewnętrzny głównego narratora i zastanowić się nad jego dynamiką, to książkę Żulczyka przeczytać można jako Bildungsroman. Protagonistę, warszawskiego pisarza i freelancera, poznajemy w kryzysie związku: żona, Justyna, zdradziła go z mężczyzną starszym, wpływowym i zaradnym, przez co musiała odejść z pracy. Para traci w efekcie środki pozwalające utrzymać się w Warszawie, bo Mikołaj ma tylko drobne fuchy i sporo długów. Bohater wbrew woli wraca do korzeni, czyli do rodzinnego miasteczka. A my już wtedy zgadujemy, że linia narracyjna podąży ścieżką Jungowskiej indywiduacji: Mikołaj zaczerpnie ze źródeł swojego życia, stanie na nogi i w pełni sił, jako dorosły mężczyzna, będzie gotowy do odważnego stawienia czoła światu. Hej, zaraz, czy na pewno? Mikołaj po konfrontacji z ojcem, poznaniu straszliwej prawdy o zbrodni sprzed lat i spędzeniu z bliskimi wreszcie nietoksycznej wigilii ma wrażenie, że odzyskał siebie, a przynajmniej zdolność twórczą, i może napisać książkę („Wzgórze psów” oczywiście). Tyle że… to prawdopodobnie ściema.

Mikołaj, mówiąc oględnie, nie czuje się wiele wart. Dokładniej – czuje się jak gówno (słowo to i jego derywaty pojawiają się w powieści około sześćdziesięciu razy). Jest mu źle i ze sobą, i w świecie: miejsca, które odwiedza, są śmierdzące, brudne i brzydkie, a ludzie poharatani wszelkimi rodzajami traum, nieładni, biedni, zapici, zaćpani, skorumpowani, zdegenerowani, przegrani. Mężczyźni zmuszają do seksu nieletnich i nieletnie, biją się nawzajem i szantażują, wprowadzają do organizmu nieprawdopodobne ilości alkoholu i innych chemikaliów, zarabiają nielegalne pieniądze, podkładają sobie świnie w ohydny sposób. Kobiety zaś dźwigają to wszystko i są dzielne, albo nie dźwigają i popadają w obłęd. Świat spowija cuchnący dym. To otoczenie, w którym nie da się wytrzymać, dlatego jego mieszkańcy (Mikołaj nie jest tu wyjątkiem) często wymiotują, wszędzie śmierdzi wydzielinami, coś ewidentnie domaga się uzewnętrznienia.

Co takiego? Mikołaj miewa odruchy przymusowego szorowania rąk, jego analityczne skłonności do katalogowania tego, co jest emocjonalnie nie do przyswojenia, są jak syzyfowe prace. Narzucająca się, lecz prawdopodobnie mylna intuicja podpowiada, że idzie tu o zło. Zło polegające zarówno na krzywdzeniu, ostateczności, która w Zyborku wynika z systemowej beznadziei, tłumionej chemią i idiotycznymi przewałami, ale i zło niekonieczne, praktykowane z cynizmem w Warszawie (na przykład przez kochanka i przełożonego Justyny). Powoli jednak okazuje się, że zewnętrznemu złu odpowiada wewnętrzne, zabójcze, rozkładające od środka poczucie winy. Mikołaja, po zyborsku bezradnego i otępiałego, pożera podskórna odpowiedzialność za dawną zbrodnię. W rodzinnej miejscowości dociera do niego, że nękające go, odgrywane niczym zacięta płyta przeświadczenie „gdybym zrobił to albo nie zrobił tamtego, ta straszna rzecz by się nie wydarzyła” wyniszcza go od lat. Dlatego właśnie, za karę, że nie odwrócił losu, bohater nie pozwalał sobie żyć. Po sukcesie pierwszej książki przepuścił wszystkie pieniądze, popadł w uzależnienie, by wreszcie, pobitego po próbie kradzieży torebki na warszawskim Placu Zbawiciela, podźwignęła go… zbawicielka, przyszła żona.

Kobiety z grona pierwszoplanowych aktorek tej powieści to nieugięte, silne, wszystkorozumiejące i dające życie Matki Boskie. Nieobecna zmarła matka bohatera została zastąpiona sobowtórkami – żoną bohatera, Justyną i drugą żoną ojca, Agatą. Obie w toku powieści niemal zlewają się ze sobą. Pozostają przy tym w koalicji z ojcem bohatera, sportretowanym jako ostatni sprawiedliwy. Justyna podnosiła i przytrzymywała Mikołaja tak długo, że ma już dość, zaś on sam ma dość sytuacji, w której jest holowany; podziwia żonę, ale zarazem jego związek powoli pęka od milczącej, przegrywanej przez niego rywalizacji o udowodnienie, kto jest silniejszy. W Zyborku to ojciec bohatera, Tomasz, przejmuje od Justyny odpowiedzialność za Mikołaja, dzięki czemu, przez chwilę, może ona zobaczyć męża nie tylko jako swój ciężar, ale także jako postać w skomplikowanym teatrze rodzinnym i zbliżyć się do niego na nowo. Widzi, że Mikołaj jest traktowany pobłażliwie i nie w pełni serio, on sam zaś czuje się jak domowy pies, wielokrotnie umierający Rocky, wracający do życia wraz z kolejnym, nazywanym zawsze tak samo zwierzęciem. To ojciec decyduje, kiedy pogrzebać psa na tytułowym wzgórzu i kiedy wziąć nowego. Decyduje też, niczym Bóg, kiedy bohater może żyć: działać i samodzielnie myśleć, a kiedy ma pozostać na drugim planie w jego scenariuszu.

W wymiarze fabularnym to ojciec dopuszcza Mikołaja do udziału w wymierzeniu sprawiedliwości, namaszczając go w ten sposób na dorosłego. Mikołaj jednak nie przestaje być bierny i zależny. W chwilach konfrontacji albo kłótni, gdy ma szansę z kimś się zmierzyć – milknie, wychodzi, zostawia swój samochód, zapala papierosa, bierze kolejny łyk wódki, ciska wulgaryzmami. Szarżuje za to impulsywnie i kabotyńsko w sytuacjach, które w świecie pozapowieściowym skończyłyby się źle: zdobywa się na cięte riposty w zamkniętej piwnicy pełnej groźnych łobuzów, po pijaku kłóci się z żoną, używając jako argumentu własnych genitaliów, staje pomiędzy rywalizującymi gangsterami, pozwalając mierzyć do siebie z pistoletu, a w scenie rozstrzygającej, po której podobno czuje się już mężczyzną i spełnia się jako mściciel, wykonuje naprawdę jedynie drobny teatralny gest na przygotowanym przez innych gruncie.

Gdy Justyna z Mikołajem jadą samochodem do Zyborka, spotykają na szosie umierającą sarnę, która daje oznaki życia, ale jest jasne, że nie można jej już uratować. Mikołaj nie wychodzi z roli takiego ofiarniczego, ciągle umierającego stworzenia. Można bardzo pragnąć, aby ojcowskie albo boskie zrozumienie i uznanie zbawiało, i aby dorosłość można było dostać od kogoś w prezencie. Bohater jednak nie dochodzi do dającego wolność buntu; przypisując mordercze impulsy rozmaitym złoczyńcom, idealizując ojca i pospiesznie wymieniając obiekty w imię lojalności rodzinnej, oczyszcza się tylko pozornie. Wciąż daje się definiować ojcu i pozwala, by wewnętrzna wściekłość – być może na rodzinne tajemnice, manipulacje i kłamstwa – wciąż po cichu spalała go na małym ogniu.

Recenzent „Kultury Liberalnej” uznał, że „Wzgórze psów” to powieść o frustracji tyleż mieszkańców wielkich ośrodków miejskich, co polskiej prowincji, społecznej zemście i pragnieniu wyrównania rachunków. Gdyby jednak tekst miał mówić tylko o potrzebie ofiar koślawej transformacji, aby zastąpić niedziałającą demokrację przemocą i samosądem, nie byłby potrzebny wątek wplątywania bohatera w spisek rodzinny. System, w którym uczestnik jest okłamywany, żeby odegrał rolę potrzebną władcy, inną niż ta, z której sam zdaje sobie sprawę, może oczywiście być metaforą polskiego społeczeństwa. Takiego, w którym ludzie sądzą, że realizują wzorzec samodzielności, podczas gdy popadają w coraz większą bezsilność. Jest to też jednak – świadoma lub nie – krytyka tradycyjnego wychowania, gdzie inicjacja do męskiej wszechmocy, oparta na posłuszeństwie i plemiennej lojalności, nie daje zasobów do radzenia sobie z tym, co jest za wzgórzem, poza domem i miasteczkiem. Pragnienie pochwały za przestrzeganie prawa ojca przyczynia się do rezygnacji z bycia prawodawcą i ojcem jakiegoś innego, niezyborskiego życia. Jedynie rozpisanie go na niemal 900 stron zdradza chęć uwolnienia się od niego raz na zawsze.

Ilustracja: niemiecki drzeworyt przedstawiający przemianę człowieka w wilkołaka, 1772.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *