Justyna Rembiszewska

Noce i dnie lewicy na peryferiach

AUTOR

Justyna Rembiszewska

Urodzona w 1990 roku w Białymstoku. Skończyła socjologię na Uniwersytecie w Białymstoku. Obecnie doktorantka filozofii na UW w Zakładzie Filozofii Społecznej. Lewilna co najmniej od podstawówki, kiedy to jej rodzice zostali wezwani na rozmowę lustracyjno-dekomunizacyjną w związku z szerzeniem przez nią haseł o równości i sprawiedliwości wśród rówieśników. Na co dzień żyje na Podlasiu, gdzie działa jako członkini Zarządu okręgu podlaskiego partii Razem.

Poniższy tekst wpisuje się, chociaż bardzo tego żałuję, w publicystyczny cykl lewicowych poradników i polemik. Choć dla wielu odbiorców będzie on na pewno stanowić kolejny głos w tym kontekście, mam nadzieję, że przedstawiony w nim punkt widzenia pozwoli zwrócić uwagę na nieco inne niż zazwyczaj problemy lewicy w Polsce.

Inbizm i marksizm nasz powszedni

Choć wiele zostało już napisane i powiedziane, czuję, że w publicystycznym dyskursie artykułowana jest tylko jedna perspektywa, reprezentująca lewicową „wielką narrację”. Mimo że sprawia wrażenie arcyważnej i snuje wielki projekt, to nie pochyla się nad codziennymi banałami. Przejawia się w codziennie nowym lewicowym manifeście, coraz to błyskotliwszej diagnozie lub polemice na temat tego, jaka lewica musi być, na czyją patelnię nie wpaść, a do czyjej sałatki już tak. Publicystyczna karuzela kręci się coraz szybciej i jest bardzo absorbująca, jednocześnie teksty wydają się coraz mniej przemyślane, a ich wartość praktyczna – niewielka. Można odnieść wrażenie, że jedyną konsekwencją tego zjawiska jest budowanie dorobku autorów i cementowanie ich pozycji ekspertów środowiskowych. Autorzy manifestów punktują, często niewybrednie, słabości polskiej lewicy, a wyrażane przez nich pretensje zdają się oddawać ogólną kondycję, nastrój czy też frustrację z powodu braku szybkiego i spektakularnego sukcesu aktywnej politycznie lewicy. Trudno oprzeć się wrażeniu, że podejmują w tej dość patowej sytuacji próbę rekompensaty braku lewicowej reprezentacji w politycznym mainstreamie, jakby postanowiono przenieść ciężar debaty politycznej z mediów i programów politycznych do świata publicystyki internetowej. Zjawisko to przypomina nieco polityczną sublimację, a być może bezpieczny eskapizm – pisanie staje się dla wielu jedyną możliwą formą uprawiania polityki.
Autorzy o mniej lub bardziej stabilnych pozycjach w środowisku roszczą sobie prawo do twierdzenia, że wiedzą lepiej, „co robić”. Chociaż, co najistotniejsze, bardzo rzadko są jednocześnie aktywnymi działaczami. Na próżno też szukać w ich tekstach konkretnego planu, praktycznych wskazówek dla realnego działania poza granicami postu. Dyskusje małego, choć nieproporcjonalnie do swojej wielkości głośnego środowiska, skupiają się bardziej na tym, co ma o sobie lewica mówić, niż na tym, że nikt poza nimi samymi nie chce tego słuchać. Zazwyczaj płomienne wymiany zdań nie wykraczają zakresem poza kwestie filozoficzno-ideowej identyfikacji – zbyt abstrakcyjnej jak na realia codziennej działalności politycznej. Przeważnie kończą się też na wzajemnych zarzutach i sporach „reakcyjnej frakcji socjaldemokratycznej” z bardziej radykalnymi obozami subiektywnych interpretatorów dorobku Marksa, czemu z rezygnacją przygląda się niewidzialna i niesłyszalna grupa zastanawiających się, jak wykorzystać w praktyce tę nowo przyswojoną wiedzę i wór wskazówek.

Donkiszoci z peryferii

Na ogół przeceniamy wpływ wielkomiejskiej narracji o typowych dla niej aspiracjach, w której rzadko bierze się pod uwagę, jakim poświęceniem, a dla oponentów politycznych wręcz donkiszoterią, jest praca działaczy poza Warszawą, Krakowem, Wrocławiem czy Poznaniem. Ta sama narracja rzadko oddaje, a czasem nawet w najmniejszym stopniu nie koresponduje z rzeczywistością mikroskali. Trudno się temu dziwić, skoro dla jednych wydarzeniem roku jest sukces Partii Pracy w Wielkiej Brytanii, a dla drugich otwarcie pierwszego wegetariańskiego fast foodu w mieście.
W związku z tym pozwolicie Państwo, że wprowadzę Was w codzienny świat działaczek lewicy ze wschodnich rubieży, czyli mojego rodzinnego Podlasia, choć – jak wiadomo – miejsc o podobnej specyfice jest w Polsce więcej. Konsekwencje publicystycznych strategii lewicowych, sporów środowiskowych i towarzyszącego im (wierzę, że nieuświadomionego) paternalizmu trafiają rykoszetem w działalność aktywistów na samym dole, poza większymi miastami. Podejście, które reprezentują w swoich tekstach starsi i doświadczeni wujkowie lewicy jest zwyczajnie niepedagogiczne i na dłuższą metę demotywujące aktywnych lewicowców, którzy, paradoksalnie, zanim podjęli polityczną działalność, niejednokrotnie inspirowali się czy nawet ukształtowali na tekstach tych, którzy dzisiaj na lewicę pomstują. Z drugiej strony permanentna krytyka swoich nie jest raczej taktyką na drodze do sukcesu lewicy. Jeśli zatem nie jest zamiarem lewicowej publicystyki solidarne wsparcie lewicy, to przykra staje się też próba rekonstrukcji motywacji autorów krytyki. Trudno w tej sytuacji otrząsnąć się z dojmującego odczucia, że lewica ma w Polsce zwyczajnie przekichane, bo że wiatr wieje jej od zawsze w oczy, a nie w żagle, zdążyli się wszyscy przyzwyczaić, ale trudno było się spodziewać jednocześnie kłód rzucanych pod nogi we własnym środowisku.
Tak więc z mozołem próbuje się lokalnie w tych – z wielu powodów nieprzyjaznych – okolicznościach oraz z widmem najniższych sondaży poparcia zbudować: po pierwsze, stabilne i aktywne środowisko lewicowe, po drugie, poparcie wśród mieszkańców, co w porównaniu do miast takich jak Warszawa czy Wrocław zdaje się zadaniem karkołomnym. Organizacja i bezpośrednie dotarcie do większości miejscowości i miasteczek w województwie stanowi nie lada wyzwanie. Bywa też pełne przygód, nadających się w sam raz do opowiadania kombatanckich opowieści o perypetiach lewicy, która robi coś prawie na końcu świata, w zupełnej próżni i z niczego, np. o tym, jak tuż pod wschodnią granicą, pędzący na spotkanie w Sokółce samochód, z prawdopodobnie najwyższym i najbardziej rozpoznawalnym członkiem partii Razem, zatrzymuje do kontroli niewzruszona Straż Graniczna, najpewniej w poszukiwaniu niekoniecznie legalnych suwenirów z Białorusi.
Specyfikę działalności lewicy spoza centrum dobrze charakteryzuje roczny kalendarz świąt i rocznic. Każde obchody święta, z którym po drodze jedynie lewicy, każdą manifestację i demonstrację organizuje w takich miejscach od lat ta sama garstka ludzi z niewielkim okresowym przyrostem nowych zainteresowanych. Powodem, aby widzieć rzeczywistość nieco inaczej, niż widzą ją lewicowcy z większych miast, jest też fakt, że od lat miasta takie jak Białystok są miejscami tranzytowymi, a region jest sukcesywnie drenowany z młodzieży, głównie na rzecz stolicy. Młodzi ludzie napływają z regionu do największego miasta w województwie, aby kontynuować naukę w lepszych liceach i w najbardziej optymistycznym scenariuszu zostają tu na studia. Najczęściej jednak, jeśli tylko pozwala im na to sytuacja finansowa rodziców lub jeśli ci są wyjątkowo zdeterminowani, aby wysłać swoje pociechy do lepszego świata, wyjeżdżają na studia do Warszawy. Z Białegostoku wyjechało wielu wartościowych ludzi z mojego pokolenia. Dzisiaj możemy czytać ich teksty na łamach ambitnych czasopism, niejednokrotnie stali się również działaczami lewicowymi, tyle że już warszawskimi, krakowskimi czy poznańskimi. Tymczasem ci, którzy z różnych powodów obrali sobie Białystok za przystanek końcowy, nie mieli i nadal nie mają na kogo się obrażać ani z kim rywalizować o pierwszeństwo i animację lewicowego życia, tak jak działo się to nieraz w innych miejscach w Polsce. Tu nie ma wyboru: jeśli zależy nam na realizacji jakiejś inicjatywy – robimy to, jeśli nie zrobimy tego my, nie zrobi tego nikt. Od ulicznych demonstracji po animację życia kulturalnego i wieczory z poezją zaangażowaną.
Rafał Woś stwierdził niedawno, że polska lewica w państwie PiS przypomina dziecko, które wyje, bo już ktoś bawi się jego zabawkami. W następnym zdaniu doradził, aby zacząć dorastać i mówić własnym głosem. Jeśli lewica faktycznie „wyje”, to właściwie tylko w Internecie. Jest to establishmentowa, pisząca lewica centrum: promil ludzi działających, którzy – zamiast solidarnie pielęgnować małe sukcesy wciąż niezbyt imponującej armii ludzi – wylewnie dzielą się swoim niezadowoleniem i grożą palcem, wytykając potknięcia i kreśląc ogólny obraz nędzy i rozpaczy, wielkiej porażki „lewicy”. Jest zagadką, jak jawi się autorom viralowych w lewicowej bańce tekstów ich własna rola w tworzeniu lewicy w Polsce; według mnie ta na wskroś krytyczna publicystyka stanowi próbę deprecjacji, która – skoro wpływa raczej negatywnie na kondycję lewicy w ogóle – musi dawać chociaż osobistą satysfakcję, choć ostatecznie stanowi nieraz tylko nieco bardziej wyrafinowany hejt.

Powody aktualnego położenia lewicy nie są jedynie winą jej reprezentantów, choć jak wynika z krytyki, wystarczy przecież „wziąć i zrobić” – wszystko leży w naszych rękach, należy jedynie postępować zgodnie z lewackimi poradnikami, według których gorliwa wiara czyni cuda. Pozwolę sobie nie zgodzić się z zarzutami, że lewica jest winna sama sobie, odnosząc się do problemu podstawowego, mianowicie rozpoznawalności. Słaba słyszalność czy ograniczony zasięg przekazu wiążą się oczywiście ze sposobem funkcjonowania mediów, które okopały się na politycznych frontach, w doktrynach wyznawanych przez kierującą nimi władzę lub stojący za nimi kapitał. Od jakiegoś czasu, a szczególnie od momentu przejęcia władzy przez PiS, obserwujemy, jak media tradycyjne przestają być forum wymiany politycznych poglądów reprezentantów poszczególnych frakcji. Z telewizji nieinformacyjnej zniknęły programy stricte publicystyczne, umożliwiające usłyszenie polifoniczności głosów politycznych. Dzisiaj kilka kanałów o najwyższej oglądalności przekształciło się w tuby propagandowe obecnie nam panujących: aktualnego obozu władzy oraz neoliberalnej opozycji. Wieczorne serwisy informacyjne codziennie ogląda średnio 4-5 mln Polaków, dla których nierzadko są one jedynym źródłem wiedzy o życiu politycznym w kraju. Dużą popularnością na peryferiach cieszą się także kanały regionalne TVP – na Podlasiu wieczorne wydanie lokalnych wiadomości („Obiektyw”) ogląda rekordowa w skali Polski liczba mieszkańców, stanowiąca niemal 15% Podlasian. Byłaby to ogromna szansa i niezwykle atrakcyjny kanał komunikacyjny dla lokalnych polityków lewicy, gdyby nie fakt, że ich głos jest permanentnie blokowany w lokalnych mediach państwowych, tak w radio, jak i telewizji. Nie zobaczymy ani nie usłyszymy tam żadnego lewicowego polityka ani żadnej z lewicowych polityczek. Tę sytuację dobrze obrazowały relacje regionalnej telewizji z obchodów święta 8 marca. Do quasi-publicystycznego programu, emitowanego parę dni po demonstracji, którą miałam okazję prowadzić, stacja zaprosiła reprezentantki białostockiego środowiska akademickiego, notorycznie wykorzystywanego do wygłaszania politycznie neutralnych „obiektywnych komentarzy”, i skonfrontowała je z gorącymi głowami prawicowych polityków w osobach m.in. miejskich radnych. Podobne przykłady można mnożyć. W ciągu dwóch lat istnienia politycznie aktywnej lewicy żaden jej reprezentant ani reprezentantka nie zostali zaproszeni do studia. Znając tendencje i statystyki dotyczące preferencji odbiorców w naszym regionie, można założyć, że bardzo wielu z nich nigdy nie słyszało o jakiejkolwiek nowej lewicowej opcji politycznej. Wyrugowani z lokalnych mediów, nie poddajemy się i metodami sprzed epoki masowego przekazu kolportujemy w tysiącach egzemplarzy własnoręcznie tworzone biuletyny i gazetki – w śniegi, deszcze i wichury, w centrum miasta, w miasteczkach, pod Biedronkami i w okolicach kościołów, do znoju.
Jeśli ktoś spodziewa się tu autorskiej propozycji recepty na sukces lewicy, prawdopodobnie się zawiedzie, bo nic takiego nie nastąpi. Jak wspomniałam na początku, nie jest moim celem wywołanie kolejnej debaty o bazie i nadbudowie wśród tych samych ludzi co zwykle. Tym, co chcę i mogę zaoferować, jest surowy i niewielki skrawek opisu szarej rzeczywistości z określonego punktu na mapie. Z przywiązania do postulatu praktyki teoretycznej, który mam za swój imperatyw, chciałabym jedynie, aby na koniec wybrzmiała prośba do nas wszystkich: let’s practice what we preach, róbmy konsekwentnie swoje, pamiętając, że filozofowie rozmaicie tylko interpretowali świat; idzie jednak o to, aby go zmienić. Szanujmy swoje opinie i argumenty, deliberujmy, nie tracąc z horyzontu celów. Bądźmy dla siebie wsparciem, a nie kolejną przeszkodą, z którą musimy się mierzyć.

Ilustracja: Błędny rycerz, Oskar Kokoschka, 1915, z kolekcji Muzeum Guggenheima.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *