Marcin Giełzak

Konkrety, nie komplementy

AUTOR

Marcin Giełzak

Urodzony w roku 1987. Przedsiębiorca, publicysta, badacz dziejów lewicy antykomunistycznej. Absolwent historii oraz zarządzania na Uniwersytecie Łódzkim. Autor książki "Antykomuniści lewicy" (2014), współautor pracy "Crowdfunding" (2015).

Wbrew krajowym zachwytom nad amerykańskim prezydentem, jakie towarzyszyły jego warszawskiej wizycie, wszystko wskazuje na to, że Donald Trump wyżej ceni partnerów w „Starej Europie”. Nie najlepsze relacje z Niemcami i słabość brytyjskiego rządu sprawiają, że Biały Dom zaczyna postrzegać Francję jako głównego partnera.

Kraj nad Sekwaną pozostaje przecież członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ i mocarstwem nuklearnym, ma ugruntowaną pozycję w UE oraz NATO, dysponuje też realną siłą zbrojną mogącą wspierać amerykańskie interesy. Pozycja europejskiego głosu w Białym Domu musi odpowiadać nowemu lokatorowi Pałacu Elizejskiego, którego kraj nigdy nie pogodzi się z oddaniem Niemcom roli lidera Starego Kontynentu. Francja chętnie wykorzysta też problemy wewnętrzne Anglii, aby lepiej spozycjonować się w transatlantyckich rozgrywkach.

Choć trudno wyobrazić sobie dwie bardziej odmienne osobowości niż Trump i Macron, wydaje się, że amerykański prezydent widzi we francuskim przywódcy kogoś, z kim może robić interesy. Przywódca En Marche! to tak jak on biznesmen i człowiek spoza tradycyjnych elit partyjnych, wyrażający zmęczenie elektoratu zasadą business as usual.

Gdy patrzymy na rozkład akcentów, musi uderzać charakter wizyty amerykańskiego przywódcy w Paryżu, zupełnie odmienny od tego, czego byliśmy świadkami w Warszawie. Trump nie dziękował Macronowi za to, że Karol Młot rozbił saraceńską armię pod Poitiers w 732 r. Wolał rozmawiać o współpracy wojsk amerykańskich i francuskich dzisiaj, na odcinkach dla Paryża najważniejszych: w Libii, Syrii, subsaharyjskiej Afryce. Bo Trump wie, że pod względem wydatków ponoszonych na walkę z terrorem Francja zajmuje drugie miejsce po Stanach Zjednoczonych.

Macron, jak pokazał już nie raz, takie rozmowy woli prowadzić z pozycji siły, więc zadbał o to, aby Trump na własne oczy zobaczył czołgi, myśliwce, wozy opancerzone, które produkuje francuski przemysł zbrojeniowy. Upewnił się też, że Trump zobaczy, że akcje zbrojne – realizowane wcześniej w Mali w ramach operacji Serwal oraz dzisiaj w Ghanie, Nigrze czy Mauretanii – przynoszą efekty. Skoro Trump mówi, że z Al-Kaidą, ISIS i Boko Haram trzeba walczyć, to kraj, który to robi przy pomocy wojska i wywiadu, będzie cenił bardziej niż te, które angażują do tego trolli i dziennikarzy. Oczywiście, Francja ma tu własną partię do rozegrania. Paryż wolałby, aby narody zachodniej Afryki same dbały o własną stabilność i aby w walce z dżihadystami umierali tamtejsi żołnierze, nie zaś siły Legii Cudzoziemskiej czy 17 Pułku Spadochronowego z Montauban (czyli, aby pokazać pewną ciągłość, dawnego „17 Kolonialnego Pułku…”). Paryż, inaczej niż Waszyngton, nie ma praktycznie nieograniczonych zasobów, zatem bardzo dba o to, aby wojna dawała maksimum rezultatu w zamian za minimum nakładu. Żadne nation-building, w stylu tego, jakiego Amerykanie próbowali w Iraku, nie wchodzi tu w grę. Problem w tym, że Al-Kaida wybrała za cel region Sahelu właśnie dlatego, że wypełniają go państwa, gdzie administracja i wojsko są skrajnie niewydolne. Rywalizując z ISIS o „rząd dusz”, organizacja ta musi odwojować w Afryce to, co straciła na rzecz tzw. Państwa Islamskiego na Bliskim Wschodzie. Aby jej to uniemożliwić, potrzebna byłaby jednak koordynacja wysiłków i połączenie sił aktorów państwowych, odpowiednio wspartych i pokierowanych przez zewnętrzną siłę. W tym celu Francja patronuje inicjatywie realizowanej przez tzw. G5 Sahelu (Burkina Faso, Czad, Mali, Mauretania oraz Niger), które ogłosiły wystawienie siły zbrojnej zdolnej walczyć z islamistami. Nasuwa się tu oczywiste pytanie: kto za to zapłaci? Sahel stanowi obszar niewiele mniejszy od całej Europy Zachodniej. Projektowane wydatki to ponad 400 mln euro – na początek. Zasoby Francji, jak wiemy, są ograniczone, a Unia Europejska oferuje nie więcej niż 50 mln. Ktoś musi pokryć deficyt.

Amerykanie również umieją liczyć i zdają sobie sprawę, że kraje G5S, jeśli już kupują broń, to właśnie we Francji. Nietrudno zatem przejrzeć plan Macrona: mało, że Francja mniej wyda na stabilizację swojej strefy wpływów, to jeszcze zarobi na sprzedaży uzbrojenia. Z drugiej jednak strony, poprzednie amerykańskie administracje konsekwentnie wspierały Francję finansowo, logistycznie, wywiadowczo. Cel jest prosty: lepiej, żeby Francuzi brali to na siebie, nawet jeśli później przyślą rachunek, niż aby Ameryka miała otworzyć kolejny front. Trump w przeszłości zdawał się sugerować, że to się skończy – teraz raczej zmieni linię. Pewnie też zdaje sobie sprawę, że jeśli będzie chciał trafić kogoś pociskiem z drona w Jemenie, to przyda mu się francuska baza wojskowa w Dżibuti. Obaj prezydenci zdają się też przeć do tego samego rozstrzygnięcia w Syrii: zawieszenia broni na bazie pozostawienia al-Asada u władzy. I w takim tonie toczy się rozmowa: ile pieniędzy, jakiego rodzaju wsparcie, jakie wspólne inicjatywy. Konkrety, nie komplementy. Twarde negocjacje, nie gładkie słowa.

A skoro o komplementach mowa… Jeszcze w 2015 r. Trump mówił, że Paryż nie jest już Paryżem. Teraz zachwycał się miastem, które jest piękne i bardzo, bardzo spokojne, zasypywał Macrona i Francuzów komplementami. Trump określił Francję mianem pierwszego i najstarszego sojusznika Ameryki. Opowiadał o doniosłości Rewolucji Francuskiej czy heroizmie francuskiego żołnierza w bitwie pod Marną (1914), zaś o samym Macronie powiedział, że wszystko będzie dobrze, bo macie naprawdę wspaniałego prezydenta. Tyle w temacie „zmierzchu Zachodu” i przesunięcia się środka ciężkości amerykańskiej polityki ku „dumnym peryferiom” i „suwerennym demokracjom” na Wschodzie.

Nie sposób zaprzeczyć, że między Francją i USA istnieją też rozbieżności interesów i zapatrywań. Obydwaj prezydenci patrzą odmiennie na Rosję – Macron powiedział Putinowi w twarz o „kłamliwej propagandzie” Kremla i zarzucił mu próbę ingerowania we francuskie wybory; Trump nawet w Warszawie nie umiał otwarcie potępić cyberataku na własny kraj. Amerykański establishment wojskowo-wywiadowczy oraz Kongres nie pozwolą jednak Trumpowi pójść zbyt daleko w rusofilii. W tej mierze spodziewam się, że zachodnia linia niebawem się ujednolici, a wyzwaniem pozostanie raczej sprawienie, aby doszlusowały do niej Niemcy. Odpowiednie do tego forum stanowi Normandzka Czwórka (Rosja-Ukraina-Francja-Niemcy), która zaczyna ewoluować w kierunku piątki, poszerzonej – formalnie lub nie – o USA. Jednocześnie nie należy przeceniać antyrosyjskości Macrona. Francja nie graniczy z Rosją, nie musi się jej obawiać, w odróżnieniu od nas. Może za to ją wykorzystywać do balansowania wpływów potęgi amerykańskiej. Nie mam wątpliwości, że jeśli Quai d’Orsay [ulica, przy której mieści się francuskie MSZ – przyp. red.] dostrzeże w tym francuski interes, natychmiast zmieni obowiązującą politykę wobec Kremla, Ukrainę traktując jako użyteczną kartę przetargową. Dobrze obrazuje to retoryka samego Macrona w czasie wspólnej konferencji prasowej z Trumpem: najpierw Putina krytykuje, potwierdza, że stoi na gruncie suwerenności i nienaruszalności granic Ukrainy, ale później stwierdza, że Rosja jest zbyt duża, by ją ignorować.

Kwestią bardziej trwale polaryzującą jest porozumienie klimatyczne; dla Macrona sprawa ma charakter ambicjonalny, bo przecież jest to „porozumienie paryskie”. Francuski przywódca już prowokował Trumpa m.in. zaproszeniem amerykańskich naukowców do tego, by kontynuowali swoje badania w bardziej oświeconej Francji, czy niedawnym spotkaniem z byłym gubernatorem Kalifornii, podczas którego rzucił hasło rozmyślenie parodiujące slogan kampanii Trumpa (Make Our Planet Great Again). Prezydent USA, co ciekawe, spuścił z tonu i już nie wypowiada się w tej sprawie tak jednoznacznie, jak dawniej. Goszcząc we Francji powiedział, że coś może się w tej kwestii zmienić, zobaczymy, co będzie się działo. Byłoby wspaniale, gdyby tak się stało, choć jeśli nie, to też będzie OK. Może to puste deklaracje, ale ich wygłoszenie podkreśla, że Trumpowi zależy na dobrych relacjach z Macronem.
Oczywiście, w czasie paryskiej wizyty nie zabrakło symbolicznych gestów i odwołań do historii: prezydenci odwiedzili grób Napoleona, złożyli wieńce pod pomnikiem marszałka Focha, upamiętnili poległych w I wojnie światowej. Proponuję jednak następujące ćwiczenie intelektualne: proszę porównać, jaką część doniesień w prasie francuskiej i amerykańskiej zajęły te sprawy symboliczne z tym, ile na podobne tematy w kontekście Polski rozpisywał się nasz komentariat. Myślę, że nawet na podstawie tej powierzchownej analizy dobrze widać, że gdy Francja gra w szachy, nasze elity zatrzymały się na poziomie warcabów.

Zdjęcie: Wikipedia

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *