AUTOR

Marta Stefaniak

Marta Stefaniak, urodziła się i wychowała na Podkarpaciu, studiowała w Warszawie i tam też mieszka od czasu studiów. Z wykształcenia jest matematyczką, pracuje zawodowo jako projektantka systemów informatycznych, a literaturą zajmuje się z zamiłowania.

1

Słońce padało na wąską szafkę przy oknie, co znaczyło, że jak na sobotę jest wcześnie. A właściwie – jak na jego sobotę jest wcześnie. Bo z salonokuchni po drugiej stronie mieszkania dochodziła już gadanina TOK FM, a gdyby otworzyć drzwi, do sypialni z pewnością napłynąłby zapach kawy.

Przez chwilę zastanawiał się leniwie: wstawać, czy jeszcze poleżeć. Wreszcie odrzucił kołdrę, usiadł, rozejrzał się za koszulką, która powinna być na podłodze, znalazł ją i włożył na siebie. Przez otwarte okno – pomimo czerwca – ciągnęło chłodkiem. Wypatrzył korek walający się na podłodze, zatkał nim butelkę z winem, którego została jeszcze prawie jedna trzecia, zgarnął na koniec wczorajsze bokserki, a potem otworzył drzwi i wyszedł naprzeciw radiowej gadaninie i kawowym aromatom.

Nata siedziała na wysokim stołku przy kuchennym blacie, jadła swoje muesli i czytała babski dodatek do „Wyborczej”. Jej świeżo umyte włosy zdążyły już trochę przeschnąć i zaczęły się skręcać, tworząc zwykłą chmurkę wokół szczupłej trójkątnej twarzy o spiczastej brodzie.

– Cześć, królewno – powiedział Kuba.

– Cześć, królewiczu – odparła i podniosła głowę, żeby dać się pocałować.

Jej oddech pachniał kawą z mlekiem, a skóra waniliowym żelem pod prysznic. Poczuł na tym tle własny oddech nieświeży po nocy i własny pot zastarzały od wczorajszego wieczora.

– Ile dziś przebiegłaś? – zapytał, wstawiając wino do lodówki.

– Prawie ósemkę – odparła, wracając wzrokiem na gazetę.

– Kupiłaś bułki?

– Kupiłam.

Ziewnął, pstryknął przyciskiem podgrzewacza pod dzbankiem z kawą i poszedł wziąć prysznic. Wrócił szybko, czysty, mokrawy, owinięty na biodrach ręcznikiem, ubrał się w sypialni i ruszył na śniadanie. Przyszykował sobie bułki z ogórkiem i serkiem topionym, nalał kawy i zasiadł z tym wszystkim naprzeciwko swojej dziewczyny. Najbardziej lubił takie właśnie poranki. Nigdzie nie trzeba się śpieszyć. Nic do roboty aż do obiadu. Po południu co prawda obiecał pomóc Pawłowi z przeprowadzką, ale Paweł miał raptem parę kartonów na krzyż do przewiezienia. Więc potem będzie można jeszcze skoczyć na basen. A wieczorem…

– Przeczytam ci coś – odezwała się Natalia. I nie czekając na jego reakcję, zaczęła:

– …większość moich pacjentów chciałaby umierać w domu, wśród rodziny. Próbujemy to uświadomić ich bliskim, najczęściej jednak bezskutecznie. Rodziny reagują agresją, oskarżając nas, że nie chcemy ratować chorego. W efekcie nasi pacjenci konają na szpitalnej sali, za parawanem, często w zupełnej samotności, bo nie mamy, niestety, wystarczająco personelu, żeby zawsze ktoś mógł siedzieć przy konającym i trzymać go za rękę.

Patrząc płonącym wzrokiem Kubie prosto w oczy, zapytała:

– Wyobrażasz to sobie? Umierasz za parawanem, żeby nikogo nie brzydzić? Kompletnie sam? Porzucony przez rodzinę? Jak się musisz bać? Jak się musisz czuć, kiedy ciebie, umierającego, traktują jak odpad?

Nata łatwo się oburzała na wszystko, na co gazety lub stacje radiowe kazały jej się oburzać, cieszyła się tym, czym kazały jej się cieszyć i wyciągała takie wnioski, jakie kazały jej wyciągać.  I ta właśnie ogólna jej cecha, a nie dzisiejsze szczególne oburzenie, skusiła Kubę, aby się z nią podrażnić:

– Czemu od razu jak odpad? Bo za parawanem? Lepiej tak, niż na oczach całego szpitala.

– Bo to nie powinno być na oczach szpitala, tylko na oczach własnej rodziny! – Natalia położyła zaciśniętą pięść na blacie – We własnym domu! Na własnym łóżku! Każdemu się należy godna śmierć!

– Godna śmierć? – Kuba ugryzł kęs bułki, przeżuł go i przełknął. – Nie ma czegoś takiego. – oznajmił.

Chociaż dobrze wiedział, że takie słowa tylko Natalię nakręcą.

– Nie ma czegoś takiego w szpitalu, za parawanem!  Ale może być w domu, pośród rodziny! I właśnie tak dawniej było! Babka mi kiedyś opowiadała, jak umierała jej znajoma. Powiedzieć ci, jak to wyglądało? Leżała we własnym łóżku na czystej pościeli, z zapaloną gromnicą w ręku, dookoła stała cała jej rodzina, a ona powiedziała do swojej córki: Otwórz drzwi. Córka otworzyła. Potem ona, ta umierająca, powiedziała: A teraz zamknij. Córka zamknęła, a wtedy ta umierająca oznajmiła swoim dzieciom: Tyle trwało moje życie. Czujesz to? Czujesz, czym się taka śmierć różni od tej w szpitalu za parawanem?!

Kiedy Kuba pierwszy raz zobaczył Natalię na imprezie u wspólnej znajomej, siedziała na podłodze z plastikowym kubkiem wina przed sobą i gadała podniesionym głosem bodajże o wojnie w Gruzji. Jej wielkie oczy sypały iskrami, szare włosy burzyły się jak naładowane elektrycznością, szczupłe nogi drgały z emocji, a jeszcze szczuplejsze ramiona gestykulowały tak gwałtownie, że w końcu kubek z winem przewrócił się, plamiąc szeroko wykładzinę; a Kuba patrzył na tę drobną, zapalczywą dziewczynę i coraz wyraźniej uświadamiał sobie, jak bardzo mu się ona podoba.

Za to dziś uświadomił sobie coś innego – że już od dłuższego czasu egzaltacja Natalii działa mu na nerwy. Przełknąwszy jeszcze jeden łyk kawy zapytał:

– Coś się tak uczepiła tego parawanu? W co drugim zdaniu o nim wspominasz.

– Nie uczepiłam się! A zresztą, nawet gdybym! To właśnie jest symbol, symbol tego, że najważniejsze zdarzenia w naszym życiu, śmierci, porody, obdziera się z godności, medykalizuje, że to, co kiedyś było naturalne, ludzkie, przypomina teraz przetwarzanie jakichś odpadów w fabryce!

– Pamiętam, że niedawno wkurzałaś się, że przed rodzącymi nie stawiają parawanów. 

Kuba poczuł uśmieszek na swoich wargach i przemknęło mu przez głowę, że musi być w tej chwili bardzo podobny do ojca. W krótkim przebłysku przypomniała mu się nienawiść, jaka go zawsze zdejmowała, kiedy widział u ojca ten uśmieszek i słyszał go szydzącego z matki. Ale wstyd, który podpłynął do brzeżków jego świadomości, cofnął się prawie natychmiast. Może po raz pierwszy w życiu Kubie wydało się, że rozumie swojego ojca. I że się z nim solidaryzuje.

– No to zdecyduj się – powiedział – Stawiać te parawany czy zdejmować?

Dziewczyna poczerwieniała, strzeliła w niego złym wzrokiem, a potem wypuściła głośno powietrze i oznajmiła płaskim głosem:

– Nie będę z tobą więcej o niczym rozmawiać.

Przysunęła sobie z powrotem gazetę i udała, że wraca do lektury.

Resztki mleka i płatków zaschły zupełnie w miseczce, podobnie jak resztka kawy w kubku, a Natalia siedziała nieruchomo nad gazetą, choć zgodnie ze swoim sobotnim obyczajem powinna już dawno po sobie posprzątać, ubrać się i wziąć się za naukę włoskiego.

Kuba zmył swój kubek i talerzyk, w łazience wyszorował dokładnie zęby, a gdy wróciwszy, zobaczył dziewczynę nadal siedzącą przy blacie, nachylił się nad nią i spróbował ją objąć.

– Może wieczorem skoczymy do kina? – chuchnął jej do ucha.

– Przeszkadzasz mi. Czytam – odpowiedziała sucho.

Wzruszył ramionami. Nie to nie. Poszedł do sypialni, wyciągnął się z rozmachem na łóżku i zaczął grać na telefonie.

Natalia siedziała ze wzrokiem utkwionym w nieczytelnych czarnych rządkach i słuchała irytujących melodyjek dobiegających z sypialni. Złość powoli się w niej dopalała, zostawiając po sobie – tak jak zwykle – czczość i pustkę. Zawsze po takich spięciach myślała, że może naprawdę czegoś jej brakuje. Jakiegoś luzu, zdrowego dystansu, wdzięku, humoru, czegoś, co nie pozwoliłoby się jej zacietrzewiać, robić z siebie głupiego Jasia, czerwonego ze złości i nieodparcie komicznego w swoich próbach złapania czapki przerzucanej nad jego głową przez roześmianych ludzi. Ale była też druga możliwość. Taka, że to inni mają jakąś skazę. Jakiś defekt, jakiś drobny feler, sprawiający, że każda rzecz zdawała im się pomniejszona i śmieszna. Że na niczym im nie zależało. I że wszystko było dla nich wygłupem. 

Nie chciała już dłużej odgrywać się na Kubie, ale wiedziała też, że nie ma sensu tłumaczyć mu swojej urazy. Trzeba będzie tylko odtąd bardzo uważać, żeby nie dać się więcej podpuścić. Choć na samą myśl o tym Natalię ogarnęło znużenie  i poczuła przejmującą tęsknotę za tym jedynym miejscem i tym jedynym czasem, u zbiegu których nigdy nie potrzebowała się obawiać ukłuć ani ciosów.

2

Lipę mijało się dużo wcześniej niż zielony znak z napisem “Czarnowody”, ale dla Natalii to właśnie ona wyznaczała początek wsi babki. Była tak gruba, że nie można było jej objąć we dwie pary ramion, a w jej pniu czerniała olbrzymia dziupla. Wyprawy do tego drzewa były wspólnym sekretem Natalii i Doroty. Przekradły się do niego po raz pierwszy trzy lata przed tamtym lipcem, od strony lasów, aby nikt nie zobaczył ich z drogi: ani babka Natalii, ani rodzice Doroty nie pozwalali im zapuszczać się aż tak daleko. Straszyły się co chwila, że się zgubiły, aby jeszcze bardziej nakręcić swoją ekscytację. A znowu rok później, pod koniec wakacji, włożyły do dziupli blaszane pudełko, w którym wcześniej zamknęły ciężką, ozdobną i kompletnie poczerniałą łyżeczkę o nieprzyjemnym cebulowym posmaczku, bryłkę bursztynu, którą Natalia kupiła sobie nad morzem oraz bardzo długi list do odkrywcy tych skarbów, spisany na kartce wyrwanej z zeszytu do matematyki. A gdy jeszcze rok później, dwa dni po przyjeździe Natalii do Czarnowodów, wyjęły z dziupli nietknięte pudełko, ich przyjemność była pewnie o wiele większa niż niedoszłego znalazcy.

Jeżdżąc do Czarnowodów, Natalia zawsze siedziała po lewej stronie, za fotelem kierowcy, żeby móc się dobrze napatrzeć lipie, kiedy ją będą mijali. I tak zrobiła także tamtego lata, kiedy jechały do babci tylko we dwie z mamą, więc przednie siedzenie było wolne, i mogłaby na nim usiąść.

Tamte wakacje od początku poszły krzywo, jakby źle wkręcane przez gigantyczny śrubokręt. Zaczęło się od tego, że rodzice nie pozwolili Natalii przyjąć zaproszenia od Patrycji i jej rodziców, którzy w pierwszym tygodniu lipca wybierali się z przyczepą kempingową na Mazury.

– Kotku, Patrycja ma małą siostrę, będziecie mieszkać w pięcioro w przyczepie, będzie wam naprawdę ciasno… – mówiła mama.

– Przecież nawet nie widziałaś tej przyczepy. Patrycja mi ją pokazywała. Jest ogromna!

Po półgodzinnej kłótni matka uderzyła otwartą dłonią w stół.

– Natalia, dość tego! Nie będziesz się narzucać obcym ludziom!

Natalia zdrętwiała jak od chlaśnięcia prosto w twarz. Wreszcie zdołała wydusić przez ściśnięte gardło:

– Jeśli chcesz wiedzieć, to mama Patrycji błagała mnie, żebym z nimi jechała. I sama Patrycja też!

Uciekła do swojego pokoju i nie rozmawiała więcej z rodzicami na ten temat. Nie odzywała się do nich w ogóle aż do wieczora, a następnego dnia otwierała usta tylko po to, aby rzucić jakieś drwiące półsłówko albo przedrzeźniać Szymka.

Przez pierwszą połowę lipca na dworze było coraz skwarniej, a wypaczona śruba krzywiła się coraz bardziej. Natalia odmawiała sprzątania w swoim pokoju, pomocy przy szykowaniu obiadów, robienia zakupów i wynoszenia śmieci. Spędzała całe dnie przed telewizorem i robiła dzikie awantury, kiedy rodzice usiłowali jej to ukrócić. Przeganiała Szymka z miejsca na miejsce, wyrywała mu każdą rzecz, do której rościła sobie prawa, i biła się z nim wściekle pod byle pretekstem. Drwiła z prób wymierzania jej kar przez rodziców, aż w końcu twarz matki kurczyła się, oczy zwężały, a głos syczał:

– Zaraz ci przywalę!

Natalia stała z zaczepnie podniesioną brodą i z oczami podobnie zwężonymi jak u matki. Ale tamta nigdy nie podnosiła ręki. Zaciskała tylko pięści, a potem odwracała się i znikała bez słowa w sypialni.

– Grabisz sobie – mówił ostrzegawczo tata.

Pierwsze dwa tygodnie lipca nie miały w sobie nic z wakacyjnej radości, z wakacyjnej beztroski, z zapachu lasów, rzecznego mułu, wygniecionej trawy.

Z początkiem trzeciego tygodnia krzywo wkręcana śruba w końcu się zerwała. To była sobota i rodzice od rana bardzo się starali, by upłynęła przyjemnie. Wzięli Natalię z Szymkiem na basen a potem na lody. Kiedy na basenie Natalia odepchnęła mocno brata, który niechcący ją ochlapał, udali, że tego nie widzą. Gdy powiedziała do taty wygłupiającego się z Szymkiem: “Czy musisz z siebie robić największego błazna w okolicy?”, tata się tylko roześmiał i rzucił do małego:

– Chodź, zejdziemy twojej siostrze z oczu.

A gdy na pytanie, jaki lody sobie życzy, Natali odburknęła opryskliwie: “Truskawkowe!”, mama po prostu kupiła jej te lody, bez słowa komentarza. Jakby postanowili, że w żaden sposób nie pozwolą się rozzłościć. I dopiero przy obiedzie wyszło na jaw, z jakiej to okazji pielęgnowali ten dobry nastrój. Mama oznajmiła:

– Mamy dla was niespodziankę. Jedziemy wszyscy do Włoch w następny poniedziałek. Nie mówiliśmy wam o tym do tej pory, bo nie było jeszcze pewne, czy dostanę urlop. Ale dostałam i jedziemy! – zaśmiała się krótko. – Będziemy mieszkać u naszych znajomych, w pięknym domu, niedaleko morza.

Serce Natalii zaczęło mocno walić już przy drugim zdaniu mamy, jeszcze zanim zrozumiała, co zamierza zrobić. I co zrobiła – przekręcając wreszcie z trzaskiem krzywo idącą śrubę.

– Ja nie pojadę do żadnych Włoch.

Kiedy rodzice już uwierzyli, że Natalia mówi poważnie, w domu zrobiło się naprawdę nieznośnie.

– Nie ma dyskusji, czy chcesz pojechać, czy nie! Dla twoich fochów nie odwołamy wyjazdu! – mówił twardo tata.

– Zabraniacie mi jechać  tam, gdzie chcę, a zmuszacie mnie, żebym jechała tam, gdzie nie chcę! Czemu mam się męczyć dla waszej przyjemności?!

– Natalia, do niczego byśmy cię nie zmuszali, ale nie możemy cię tutaj zostawić samej na dwa tygodnie – głos mamy był jeszcze spokojny, ale twarz już napięta i blada.

– Przecież mogę pojechać wcześniej do babci!

– Ale dlaczego nie chcesz z nami jechać? Nigdy nie byłaś we Włoszech. Nie chcesz popływać w ciepłym morzu? Skosztować prawdziwych włoskich lodów?

Te pytania próbowały przyprzeć ją do muru, zmusić ją do przyznania, że tak, to prawda, w głębi serca chce popływać w morzu i skosztować lodów; a poprzez to przyznanie osłabić ją, odebrać jej siły do tego, co najważniejsze – do dotrzymania swojego postanowienia. Toteż ze łzami wściekłości Natalia krzyknęła w odpowiedzi:

– Nienawidzę morza! Nienawidzę gorąca! I mam dość lodów do końca życia! Wy będziecie tam mieć swoich znajomych, swoje rozrywki, a ja nie będę tam miała nikogo!

– A ja bardzo chcę pojechać do Włoch – Szymek nie stracił okazji, żeby się podlizać rodzicom – Poznam nowy kraj, nauczę się nowego języka…

Oczy Natalii jeszcze nie obeschły od łez, ale i tak spojrzała nimi na brata z pogardą.

– Ja nie pojadę do żadnych Włoch – powtórzyła mocno.

Tata złamał się pierwszy.

– Niech zostaje, jak ma nam zrobić piekło z wyjazdu – powiedział niechętnie po czterech dniach kłótni.

Mama wytrzymała jeszcze do wieczora. Dopiero po burzliwej kolacji wzięła wreszcie słuchawkę telefonu i zamknęła się w sypialni. Poprzez ścianę nie dało się rozróżnić słów, ale dało się pochwycić ton – oschły i rzeczowy. Po paru minutach mama stanęła na progu kuchni i rzuciła do córki:

– W sobotę odwożę cię do babci.

W piątek wieczorem, kiedy Natalia leżała już w łóżku, zaszemrały otwierane drzwi i światło zajaśniało pomiędzy framugą a ciemną sylwetką matki. Potem drzwi się zamknęły, mama przeszła szybko przez pokój i powiedziała do Natalii:

– Posuń się, położę się przy tobie.

Pachniała szamponem i była jeszcze przyjemnie chłodna po niedawnym prysznicu. Milczała przez chwilę, leżąc obok córki, a potem odezwała się szeptem:

– Wiesz, ludziom często trudno się wycofać z tego, co powiedzieli, bo się wstydzą pokazać, że zmienili zdanie. A to żaden wstyd. Brnąć głupio w złym kierunku, to jest dopiero wstyd. Zrobić samej sobie na złość, tylko przez głupi upór, to dopiero wstyd.

Przez otwarte na oścież okno napływało stygnące powoli powietrze, a ciało mamy wyciągnięte obok nabierało dla odmiany ciepła. Natalia uświadomiła sobie, że nie czuje już żadnej złości, żalu ani rozgoryczenia. I bez złości, bez żalu, goryczy, prawie błagalnie odszepnęła:

– Mamo, ja naprawdę wolę pojechać do babci.

Mogłaby próbować wytłumaczyć to, co właśnie w tym momencie pojęła. Że wybierając wyjazd do babci, wybiera lepszą siebie. Wierną temu, co zna i kocha, zachwyconą światem, otwartą na wszelkie przygody. A jadąc z rodzicami, zamieniłaby tę lepszą siebie na odętą, sfochowaną dziewczynkę, umęczoną przez własną złość, i pełną wrogości wobec obcych ludzi paplających w niezrozumiałym języku. Nie wytłumaczyła jednak mamie żadnej z tych rzeczy. Nie potrafiła znaleźć odpowiednich wyrażeń. Matka leżała jeszcze przez chwilę obok niej, choć już zesztywniała i spięta, a potem wstała i wyszła z pokoju.

Nie odzywała się do Natalii przez całą drogę do Czarnowodów. Nie powiedziała nic, kiedy córka usiadła z tyłu zamiast na wolnym siedzeniu obok kierowcy, i nie odwróciła się do niej ani razu w trakcie podróży. Dopiero, gdy mijały zieloną tabliczkę z nazwą wioski, rzuciła przez ramię:

– Zobaczysz, będziesz żałować.

Skręciły w uliczkę prowadzącą do domu babci. Asfalt był tutaj wyblakły i pokruszony, wybrzuszony na poboczach przez korzenie rosnących tam drzew. Jechały długo, aż wreszcie, wreszcie, pośród innych, pokazał się nieduży dom z czerwonej nieotynkowanej cegły. Od strony drogi wydawał się prawie do pół ściany przysłonięty przez kwiaty rosnące w ogródku: malwy i lewkonie, nasturcje i róże. Natalia co wakacje spędzała długie godziny w tym ogrodzie, który rozrastał się na jej oślepionych słońcem oczach do odrębnego świata, gdzie kwiaty czasami zyskiwały świadomość i osobowość, staczały między sobą walki, przeżywały dramatyczne przygody, kochały się i nienawidziły, a kiedy indziej zamieniały się w domy i pałace dla tajemniczej, bajkowej rasy. 

Mama zatrzymała samochód.

– Otwórz bramę – poleciła.

Natalia otworzyła, zaczekała, aż auto przetoczy się wolno koło niej, po czym ruszyła za nim.

Babcia już schodziła z ganku, potykając się z pośpiechu, plącząc się o swoją kulę i śmiejąc się całą twarzą: wargami, oczami, czołem. Prawie biegła pomimo swojego kuśtykania. Prosto do Natalii. Bo babcia zawsze witała się najpierw z Natalią. Dziadek, który właśnie wychodził z głębi ogrodu, zawsze najpierw obejmował mamę, potem – jeśli tata przyjeżdżał – tatę, a potem wnuki w kolejności jak wypadło, ale babcia zawsze pierwszą ściskała Natalię. I w tym gorącym uścisku, w promienności babcinego uśmiechu Natalia niezmiennie czuła, że może bezpiecznie stopnieć, zmaleć i zdziecinnieć. Przy babci. U babci. Najukochańszej.

– Głodne jesteście? – zapytała babka, wyściskawszy także i mamę. – Już wam obiad odgrzewam!

– Nie, mamo, nic nie odgrzewaj, jadłyśmy obiad tuż przed wyjazdem – zaprotestowała mama.

– To przynajmniej pić wam dam! Taki gorąc!

Siedli wszyscy w wielkiej kuchni, a babcia postawiła na stole cztery szklanki i dzbanek z kompotem. Głaszcząc włosy Natalii, powiedziała:

– Stasiaki pojechali do rodziny nad morze, ale pojutrze mają już wrócić, to będziesz, Natalcia, miała Dorotę do towarzystwa przez cały sierpień.

– …tak samo, jak przódzi – odpowiadał tymczasem dziadek na pytania mamy – Ani lepiej, ani gorzej. Jak lekarstwo biorę, to mnie nie boli.

Dopił nieśpiesznie swój kompot i podnosząc się, zawołał:

– Natalcia! Chodź, nazrywasz sobie malinek.

Dziadek klęczał w trawie, powoli i metodycznie dopasowując deseczki do furtki w niskim płocie wokół warzywnych grządek, a Natalia szybko i łapczywie wpychała do ust zerwane maliny, przesuwając się wzdłuż linii krzaczków, aż do tego kąta podwórza, gdzie rząd malin rozsypywał się i mieszał ze zdziczałymi krzakami porzeczek, i gdzie pachniało pokrzywami. Natalia lubiła to miejsce tak samo jak kwiatowy ogródek przed domem. Kiedyś znalazły tu z Dorotą gniazdko z maleńkimi jajeczkami, a  innym razem kilka poszarzałych kosteczek. Zrobiły też sobie tutaj kryjówkę, gdzie chowały się przed Szymkiem i przed rodzeństwem Doroty. Wychodziło się stąd z wielkimi bąblami na nogach i z przyjemnym musowaniem w sercu pozostałym po prawdziwej przygodzie.

Natalia weszła pomiędzy krzaki i pokrzywy, pozwoliła się poszarpać i poparzyć, a potem ruszyła witać się z resztą ogrodu. Usiadła na ławce pod ścianą, na brzegu kwiatowego ogródka i zmrużyła oczy, żeby obudzić jego magię. Ale głosy mamy i babci, dochodzące przez uchylone okno, przytrzymywały jej wyobraźnię przy ziemi. 

– …uparła się tak, że nie było na nią sposobu.

– I dobrze! Po co ciągnąć dziecko taki świat, jak tu ma kawał ogrodu, koleżankę, może nad rzekę polecieć, do lasu… Szymka też powinniście z nią przywieźć.

– Mamo, ciężko pracujemy razem ze Staszkiem. Dzieci widzimy tylko wieczorami i w weekendy. Dobrze to by było spędzić z nimi trochę czasu, kiedy mamy urlop!

– Ale po co tyle pieniędzy wydawać, jechać nie wiadomo gdzie, kiedyście mogli tutaj przyjechać razem z dziećmi. I dzieci by miały gdzie sobie polatać, i wy byście odpoczęli!

– Mamo, jak ci przed chwilą mówiłam, ciężko pracujemy razem ze Staszkiem. Ani nie pijemy, ani nie palimy, po restauracjach nie wysiadujemy, ja sobie nie kupuję drogich ciuchów ani kosmetyków. Ale raz do roku możemy sobie chyba pozwolić przynajmniej na tyle, żeby pojechać na dwa tygodnie za granicę do znajomych!

Zawsze i nieodmiennie, gdy mama i babcia przebywały ze sobą dłużej niż godzinę, ich rozmowa zabarwiała się kłótnią. Bo ona ze wszystkimi się kłóci, pomyślała Natalia ze złą satysfakcją. I ze mną, i z babcią, i ze wszystkimi.

Ale jeszcze zanim ta gniewna i zawzięta Natalia, ta, która nie mogła przez cały lipiec wybaczyć rodzicom, ta, która wciąż jeszcze nie bledła i nie znikała, zanim ta Natalia dokończyła swoją myśl, to już druga Natalia, ta czarnowodzka, niedawno obudzona i coraz bardziej rosnąca w siłę, dostrzegła jej niesprawiedliwość. I zarazem uświadomiła sobie, że potrafi szczerze współczuć kobiecie, która przychodziła nocą pogodzić się z dwunastoletnią córką, a sama nie umiała bez kłótni rozmawiać ze swoją matką. Na tyle jej współczuć i na tyle ją rozumieć, aby godzinę później, gdy ta kobieta wsiadała już do samochodu, pożyczyć jej z dorosłą serdecznością:

– Bawcie się dobrze!

Czas do wieczora spłynął szybko i babka stanęła przy kuchni, żeby nasmażyć naleśników na kolację. Lała chochelką ciasto na syczącą, rozgrzaną patelnię, przewracała je drewnianą, wyślizganą łopatką na drugą stronę, a pomiędzy tym wszystkim kuśtykała żywo po kuchni, ucierając ser z malinami na nadzienie, zawijając gotowe naleśniki i układając je na talerzach.

– …nie chodzi mi o to, jak jest u ciebie, babciu, że ty gotujesz i sprzątasz, ale za to dziadek  robi więcej rzeczy na podwórku i w polu – mówiła tymczasem z żarem Natalia siedząca za stołem. – Ale jak ktoś mieszka w bloku, to przecież nie ma żadnych rzeczy do roboty na podwórku! No to czemu kobieta ma sprzątać, gotować i wszystko, a jej mąż nic? A jeszcze w dodatku kobiety są słabsze fizycznie! No to nie powinny pracować więcej, tylko mniej! Taka moja koleżanka z klasy, ma dwóch braci, starszego i młodszego, ale im rodzice nic nie każą w domu robić, a ona musi pomagać swojej mamie i sprzątać, i gotować! A jej tata też nic w domu nie robi! To takie podłe, podłe, że się w głowie nie mieści! Zgadzasz się, babciu?

– Pewnie –  babcia  zdjęła z patelni kolejny naleśnik. – Chłopy mają tak samo po dwie ręce, jak i kobiety. Pamiętam, kiedy mi teściowa, twoja prababka, dokuczała, że nic nie umiem mężowi ugotować, to jej w końcu powiedziałam, że on też ma dwie ręce i sobie może sam żreć naszykować.

– Ale przecież ty, babciu, rewelacyjnie gotujesz! – oburzyła się Natalia.

Babcia westchnęła.

– To, co się sama nauczyłam, to umiałam. Ale tego, co inne panny od matek się ponauczały, to nie wiedziałam.

Podeszła do otwartego okna, wychyliła się przez nie i zawołała:

– Józef! Chodź na naleśniki!

Zaczęła rozkładać talerze, a tymczasem dziadek wszedł do kuchni nieśpiesznym krokiem, umył ręce nad zlewem, wytarł w ścierkę i zasiadł za stołem.

Natalka zjadła cztery naleśniki. Nikt inny nie umiał zrobić takich jak babcia, takich cienkich, a chrupiących, o takim maślanym posmaku, z takim pysznym nadzieniem. Powiedziała to, kiedy dziadek zniósł już talerze do zlewu i zabierał się teraz, po swojemu, powoli i metodycznie, do zmywania. Babcia ziewnęła poprzez zadowolony uśmiech i zarządziła:

– Myć się, dziewczynka, i spać!

Natalia spała zawsze w największym pokoju, w tym samym, który kiedyś zajmowała jej mama razem z ciocią Wandzią i wujkiem Stefanem. A babcia zawsze – tak jak i tamtego wieczoru – siadała przy niej na łóżku.

Ręce babki,  z których jedna głaskała Natalię po głowie, były popękane i spierzchnięte, i Natalia czuła, jak jej włosy co rusz zahaczają o zgrubienia i zadziory.

– Słyszałam, jak się przeze mnie kłóciłyście z mamą – powiedziała szeptem.

Babcia jeszcze czulej przesunęła spierzchniętą ręką po włosach Natalii.

– To nie przez ciebie, dziewczynka.

– Wiem – westchnęła Natalia – z mamą jest czasem ciężko.

Babka również westchnęła.

– I twojej mamie ze mną nie jest letko. Nieraz sobie myślę, że się przez to nie możemy dogadać, bo wciąż mi się zdaje, że z niej dziewczynka nie większa od ciebie.

Natalia spojrzała z zaskoczeniem na babcię, próbując w półmroku odczytać wyraz jej twarzy, a potem wybuchła śmiechem.

– Śmiej się, śmiej, Natalcia, ale ci powiem, że ludzkie pojęcie przechodzi, jak ciężko się na starość przyzwyczaić do tego, jak szybko to wszystko się zmienia. I jak się kurczy i to, co przed człowiekiem, i to, co za nim. Pamiętam, co mi kiedyś znajoma opowiadała: jak jej matka umierała, kazała jej najpierw otworzyć, a  potem zamknąć drzwi. I powiedziała: „Tyle moje życie trwało”. I tak się właśnie człowiekowi na starość zdaje.

Ręka wciąż przesuwała się miarowo po kręconych włosach, zahaczając o nie zgrubieniami i zadziorami. Natalia leżała nieruchomo, a przed jej szeroko otwartymi oczami zasłyszane przed chwilą słowa zamieniały się w obrazy, w których mieszały się i nakładały na siebie i tapczan z pokoju babci i dziadka, i łóżko z drewnianym, rzeźbionym zagłówkiem, widziane kiedyś na filmie, i kosmaty koc w białej poszewce, i pękata pierzyna w pasy jak łowicka spódnica, i różowawa tapeta, i ściany w chałupie w skansenie malowane na niebiesko, zdobione wokół okien w kolorowe kwiaty, i kobieta w wielkim czepcu, na spiętrzonych poduszkach, z gromnicą w dłoniach zgrubiałych i spierzchniętych, a ponad nią taka sama Matka Boska, jak w pokoju babci. Wszystko to zlewało się ze sobą i nakładało na siebie, aż w końcu pomieszane i zamglone rozpłynęło się we wzbierającym śnie.

3

Irena zatrzymała rękę na włosach uśpionej dziewczynki. Nie wstawała z łóżka, jakby ciężar narosły w piersi przykuwał ją do miejsca. Ania wciąż się szarpie i kłóci z tym dzieckiem. Nie umie się z nim dogadać. Tak jak ona, Irena, nie umiała się dogadać z własnymi dziećmi, tak jej dzieci też teraz tego nie umieją. Ona ich tego nie nauczyła. Bo sama tego nie umiała. Bo nie miała się od kogo nauczyć.

Nawet zdjęcia swojej mamy nie miała. Ciotka jej żadnego nie dała, a po śmierci ciotki Irena żadnego nie znalazła. Z tego czasu, kiedy mama żyła, Irena zapamiętała tylko kawałek granatowej sukienki w drobne czerwone kwiatuszki, kształt mocnego uda pod sukienką, miękki brzuch, wyciągnięte ręce. A i tego nie była pewna, czy naprawdę pamięta, czy tylko sobie wymyśliła. Jak mama umarła, nie było Irenie przecież więcej niż trzy lata. Ciotka ją wzięła do siebie, i u ciotki była i przez wojnę, i po wojnie, aż do dorosłości. Ciotka była panienką, własnych dzieci nie miała i matkować Irenie też niewielką miała ochotę. Kiedy się złościła, najgorszymi słowami wykrzykiwała, kto, co i komu nadstawił, przez co ona się musi się teraz męczyć z cudzym znajduchem. A przecież sama dawała się różnym panom zapraszać na wódkę, jeździła za nimi do miasta, jak nieraz na wieczór pojechała, to wracała następnego dnia na południe. Żadnych zwierząt, nawet kur, nie trzymała, żeby jej w tych wycieczkach nie przeszkadzały. Zostawiała Irenę z kawałkiem chleba i leciała do tych swoich kawalerów. Wymalowana, wystrojona – była przecież krawcową, umiała się ubrać – myślała pewnie, że w końcu którego na męża złapie. Że sama z panieńskim dzieckiem nie skończyła, to cud boski, bo na pewno z niejednym robiła to samo, za co matkę Ireny wyzywała od kurew. 

Poza tymi strojami i kawalerami niewiele więcej ją obchodziło. W domu był wieczny bałagan i mało kiedy coś gotowanego do jedzenia. Żyły głównie tym chlebem, który ciotka przywoziła z piekarni w mieście, i czasami kawałkiem słoniny do niego. Irena na całe życie zapamiętała, jak się nauczycielka na zajęciach praktycznych dziwiła, a inne dziewczynki śmiały, że Irena chce pół godziny jajko gotować, żeby było na miękko. Ciotka tak samo się nie przejmowała, żeby w domu posprzątać czy ugotować, jak i żeby sierotę po swej jednej siostrze nauczyć żyć, tak jak ludzie żyją.

Toteż Irena musiała się tego uczyć sama, bez niczyjej pomocy. Ale ile by nie podpatrywała innych dzieci, ile by ich nie próbowała naśladować, ile by nie podsłuchiwała dorosłych, szukając w ich gadaniu dla siebie jakichś wskazówek, zawsze przy takiej czy innej sposobności wychodziło na wierzch, że czegoś nie wie, że czegoś nie umie i że inni mają z niej pośmiewisko. Kiedy dziewczynki we wsi wszystkie zaczęły się czesać w warkocz pleciony naokoło głowy, ona jedna nie umiała sobie takiego zrobić. W szóstej klasie, kiedy pojechali ze szkoły do miasta na film „Zakazane piosenki” i po filmie nauczycielki poprowadziły ich na spacer do parku, Irena jedna ze swojej klasy rzuciła się na huśtawki. Pół szkoły miało używanie, że taka stara, a chce się huśtać z maluchami. Nawet to, że ciotka przynajmniej tyle o siostrzenicę dbała, żeby jej szyć sukienki nie gorsze niż sobie, więcej Irenie przynosiło szkody niż pożytku. Chłopaki w głos się śmiali z jej kokardek, wstążeczek i falbanek, a jedna z dziewczynek docięła jej kiedyś złośliwie:

– Moja mama mówi, że ciotka ci jeść nie daje, za to cię do szkoły stroi jak na wesele!

Nic jednak nie ubodło Ireny boleśniej, niż podsłuchana rozmowa pomiędzy ciotką a nauczycielką, tą samą, która kiedyś dziwiła się, że taka duża dziewczynka nie umie jajka ugotować. Ciotka kazała tego dnia Irenie odnieść do klientki gotową robotę. Irena odniosła i wracała nieśpiesznie, trochę klucząc opłotkami, a trochę przystając przy dzieciach ganiających za piłką na drodze. Kiedy wchodziła już na własne podwórze, usłyszała krzyk ciotki dochodzący z uchylonego okna:

– …krzywdę u mnie ma? Głodna nie chodzi! Ja z siostrą nieraz chodziłyśmy! Od książek jej do roboty w polu nie gonię! Nas ojciec cały czas gonili! Bosa ani goła też nie chodzi, a myśmy we dwie jedną parę butów na zimę miały i jeden kożuch na spółkę!

– Pani Bartniak, ja nie mówię, że Irka głodna chodzi, choć samym chlebem ze słoniną też dziecko żyć nie powinno – odezwał się stanowczy głos nauczycielki. – Jak pani ciężko ją samej utrzymać, to niech się pani wystara o alimenty u jej ojca. Szkoła w tym panią poprze.

– Ale co mi pani o alimentach gada, jej ojca w wojnę banda zabiła! – odparła ciotka ze złością.

O tym Irena wiedziała już wcześniej. Choć musiała mieć wtedy niecałe siedem lat, jeszcze dziś dobrze pamiętała dzień, kiedy po raz pierwszy o tym usłyszała. Tego dnia pojechała z ciotką do miasta na targowicę. Pamiętała furmankę sąsiada, na której trzęsły się z ciotką przez całą drogę. Pamiętała niemieckich żołnierzy na ulicy z karabinami przewieszonymi przez ramię. Pamiętała stragany na placu. I pamiętała kose oczy kobiety, która zaczepiła ciotkę:

– A pani to nie będzie córką Jaśka Bartniaka ze Zwolin?

– A będę! – odparła ciotka.

– A pani siostra nie służyła czasem u Jakuba Boruty w Starzyskach?

– A służyła – odparła ciotka prostując się i mocniej ujmując rękę Ireny. – A pani co się tak wypytuje?

– A wie pani, że jego starszego syna banda zabiła zeszłego tygodnia? – spytała kobieta wpatrując się wciąż w ciotkę kosym wzrokiem. – Przyszli do niego za jedzeniem albo za czym, nie chciał im dać, to jego kobietę poturbowali, a jemu samemu łeb na pół rozwalili. Może go Pan Bóg za paniną siostrę pokarał – spojrzenie obcej kobiety ześlizgnęło się z ciotki i ze złodziejską chytrością obleciało Irenę od stóp do głów.

Ciotka milczała. Potem pociągnęła za sobą mocno siostrzenicę i ruszyła dalej. Tego samego dnia wieczorem odezwała się do Ireny poprzez klekot maszyny do szycia:

– Wiesz, kto to był ten zabity, o którym mi dziś kobieta na targu mówiła?

Irena nic na to powiedziała, czekając w napięciu na dalsze słowa.

– Twój ojciec.

Zatem Irena wiedziała o śmierci swojego ojca dużo wcześniej. I to nie wzmianka o tej śmierci wzmagała łomotanie jej serca i przykuwała ją do miejsca tamtego wieczora, kiedy stała pod uchylonym oknem ciotczynego domu.

– No to skoro ojciec Irki nie żyje, niech pani zwróci się do państwa o zapomogę – powiedziała nauczycielka. – Szkoła pani pomoże wniosek napisać.

– Ja tam żadnej zapomogi nie potrzebuję i nie potrzebuję też, żeby ktoś przychodził w moje sprawy się mieszać! – zawołała ciotka.

– Pani Bartniak, jestem wychowawczynią Irki i mój obowiązek mieszać się do jej wychowania – odparła twardo nauczycielka. – Może pani faktycznie zapomogi nie potrzebuje, bo stroi pani Irkę do szkoły jak na bale, i to też muszę pani powiedzieć, że dziewczynka powinna przychodzić do szkoły ubrana skromnie, ale za to czysto! Nie przegania jej pani od nauki, dobrze, ja się z tego cieszę, bo Irka jest zdolną dziewczynką, uczy się dobrze, i dlatego właśnie szkoda by było, gdyby się to dziecko zmarnowało. Sama się pilnuje z nauką, bardzo dobrze, ale ktoś inny powinien przypilnować, żeby nie zdziczała. Bo powiem pani, że choć się tak dobrze uczy, to jak z nią czasem pogadać o zwykłych, życiowych sprawach, to jakby się mówiło z pięcioletnim dzieckiem. Z żadną dziewczynką się nie koleguje, nigdy się…

Nauczycielka mówiła coś jeszcze, ale Irena nie słuchała więcej. Odwróciła się i uciekła, ogarnięta duszącym wstydem.

Błąkała się tamtego wieczoru po wsi, dopóki się nie ściemniło. Kiedy wróciła wreszcie do domu, już od progu usłyszała wściekły klekot maszyny do szycia. Ciotka siedziała przy lampie naftowej i szyła, z wypiekami na twarzy i z wargami mocno zaciśniętymi. Irena podeszła do szafki, wyjęła chleb i ukroiła sobie kromkę. Zanim zaczęła jeść, ciotka odezwała się zjadliwie sponad maszyny:

– Twoja nauczycielka tu była.

– Wiem – odpowiedziała Irena. I przemógłszy się, aby spojrzeć prosto na ciotkę dokończyła: –

Słyszałam, jak rozmawiałyście.

Po siódmej klasie Irena poszła do szkoły krawieckiej w mieście. Uczyła się dobrze, czytała dużo, więc po pierwszym roku dyrektorka namówiła ją, żeby się przeniosła do technikum odzieżowego, które właśnie było otwierane. Dostała nawet miejsce w internacie, żeby nie musiała codziennie chodzić sześć kilometrów w jedną i sześć kilometrów w drugą stronę.

W jej szkole uczyły się głównie dziewczynki. Ale w tym samym budynku mieściło się również technikum elektryczne. Tam uczyli się prawie sami chłopcy, Józek pomiędzy nimi. I jeszcze w drugiej klasie wypatrzył sobie na przerwach Irenę.

W tygodniu chodzili spacerować do tego samego parku z huśtawkami, na których kiedyś Irena tak się wygłupiła przed całą podstawówką. A co niedzielę Józek przyjeżdżał na swoim “Bałtyku” odwiedzić Irenę u ciotki. Jak nastawało lato i wakacje, to przyjeżdżał nawet i trzy razy w tygodniu. Czasami coś pomógł przy domu albo na podwórzu, coś naprawił albo coś przekopał. Ciotka go lubiła. A jak nie było nic do roboty, to jeździli z Ireną na zabawy po okolicznych wioskach albo chodzili na spacery nad rzekę. I tak jakoś – bez dużego gadania – stanęło pomiędzy nimi, że się pobiorą, jak tylko Józef wróci z wojska.

Ostatniego lata przed jego poborem do jednostki siedzieli nad rzeką i całowali się tak, jakby się chcieli pozaduszać. Ale kiedy zaczął odpinać guziki u jej bluzki, przytrzymała jego rękę.

– Nie chcesz? – wydyszał jej w ucho z rozczarowaniem.

Irena milczała przez chwilę, nie puszczając ręki narzeczonego. A potem pomyślała: „A niechże tam. Nawet jak zajdę, a on mnie zostawi, to będę tak jak mama”.

Mieli bardzo ciężko z początku po ślubie. Józef po wojsku zaczął robić przy zakładaniu elektryki na wsiach, jeździł po całym województwie. Od razu też zaczęli dom stawiać na siedlisku, które dostali od teściów. Przy tym wszystkim pole trzeba było obrobić. Nawet gdyby Irena miała serce do tego wyuczonego w szkole krawiectwa, to i tak nie starczyłoby jej czasu się nim zajmować.

Najciężej jej zawsze było po urodzeniu dziecka. Zwłaszcza po pierwszym, Anusi, długo nie mogła się ogarnąć. Prosić ciotkę o pomoc nie było nawet mowy. Odkąd sama została w domu po ślubie Ireny, zdziwaczała do reszty: nigdzie nie chciała się ruszać, z nikim widywać i tylko wciąż opowiadała, jak jej sąsiedzi dokuczają. A z kolei teściowa tylko się obruszyła, kiedy Irena pożaliła się do niej, jak ma ciężko.

– Ja piątkę dzieci odchowałam, najmłodsze w wojnę rodziłam, a ty z jednym sobie nie umiesz poradzić? – rzuciła pogardliwie.

Toteż Irena więcej już się teściowej nie skarżyła. I nawet nie miała jej za złe, że kiedy jej własna córka dziecko urodziła, to teściowa całymi dniami przesiadywała przy nim do pomocy i rozpływała się w żalach, jaka to Kasia obolała i niewyspana. Wiadomo, że córka to córka. Co naprawdę Irenę gryzło i gryźć nie przestawało, to różnica, jaką babka robiła pomiędzy wnukami. Dzieci córek były te ukochane i wychwalane. Dziećmi Ireny teściowa niezbyt się interesowała i nie za bardzo je nawet lubiła. Tak jakby nie czuła się ich babką. Jakby dzieci nieślubnego znajducha nie zasługiwały na babkę. Jakby Irena po części przeniosła na swoje dzieci własne sieroctwo. I nawet nie mogła im wynagrodzić obojętności jedynej żyjącej babki opowieściami o tej drugiej, zmarłej. Bo i o czym by im opowiedziała? O sukience w drobne czerwone kwiatuszki?

Na tę krzywdę, przyniesioną przez nią, przez matkę, własnym dzieciom w dziedzictwie, Irena nic zatem poradzić nie umiała. Starała się więc, jak tylko mogła, żeby innym krzywdom zapobiec. Namawiała całą swoją trójkę do kolegowania się z innymi dziećmi, do zapraszania ich do domu, wypychała na zabawy, zapisywała i do harcerstwa w szkole, i do oazy przy kościele. Ale do towarzystwa ciągnęło tylko Stefka, o którego się akurat najmniej bała – chłopak przecież. Dziewczynki zawsze wolały w książkach siedzieć. Starała się tak ubierać dzieci, żeby nie musiały cierpieć tego, co ona przez te ciotczyne sukienki. Ale Anusia jeszcze w podstawówce zaczęła się stroić w jakieś koraliki, chustki dziwacznie wiązane na rozpuszczonych włosach, bransoletki wyplatane z kolorowych nitek. Podpatrzyła to może w telewizji, może u jakichś panieneczek z miasta i nie sposób było przemówić jej do rozsądku.

– Po coś tę chustkę nałożyła, chcesz wyglądać jak Cyganicha? – pytała ją Irena.

Albo prosiła:

– Zdejmij te sznurki z szyi, no przecież żadna dziewczynka we wsi takich nie nosi…

Jednak Ania nie chciała jej słuchać.

– Sama popatrz lepiej, jak ty wyglądasz! – krzyczała. – Nawet na wesele chodzisz jak na wykopki! To ja cię powinnam pouczać, jak się ubierać, a nie ty mnie!

Józef, który zawsze za córkami obstawał, zamiast upomnieć dziecko, żeby się do matki tak nie zwracało, powtarzał Irenie:

– Daj jej spokój, z gołą dupą nie lata, niech się tam stroi jak chce.

Zresztą Irenie samej ciężko było złościć się na córkę, bo po cichu musiała przyznać, że ona ma rację. Irena nigdy nie nabrała wyczucia, jak się ubrać, żeby nie odstawać od innych ludzi. I zawsze się przez to wystawiała na pośmiewisko.

Ania wytykała jej to wesele, na które Irena poszła w starej sukience, ale gdyby zobaczyła matkę tamtego razu, w przeddzień Wszystkich Świętych, dopiero by na nią krzyczała.  Ale była już wtedy na studiach i nie miała przyjechać, aż wieczorem.

Irena tamtego dnia od rana się dziwiła, że tak ciepło, choć tak późna jesień. Kiedy przed południem zaczęła się zbierać, żeby jechać na cmentarz uprzątnąć groby na jutro, długo nie mogła się namyślić, jak się ubrać. Nie chciała przyjechać na cmentarz zgrzana i sczerwieniona, ale też nie chciała zjawić się tam wyletniona jak do sianokosów. W końcu nałożyła koszulę z krótkim rękawem, flanelową spódnicę i zamiast półbutów sandały na gołe nogi. Siadła na rower i pojechała.

Wybrała się skrótem, toteż dopiero pod samym miastem, przy cmentarzu, na którym chowały swoich zmarłych i Zwoliny, i Czarnowody, i inne okoliczne wioski, napotkała ludzi. Od razu ukłuło ją w oczy, że żadna z kobiet nie ubrała się tak jak ona. Żadna nie miała gołych nóg, bluzki z krótkim rękawem, żadna nie miała sandałów, tylko wszystkie półbuty albo czółenka. Niektóre paniusie z miasta miały jeszcze do tego na głowach kapelusze, a większość kobiet ze wsi – chustki. Irena szła przez cmentarz i czuła się tak jak wtedy, kiedy śniło jej się, że w szkole albo w kościele pełnym ludzi zauważa nagle, że jest na golasa. Uwinęła się więc jak mogła najszybciej ze sprzątaniem i grobu mamy, i grobu teściowej, i grobu swoich dziadków. Wszystkim napotkanym znajomym mówiła ze śmiechem, który jej samej zdawał się głupawy:

– Tak mi się jakoś zdawało, że tak jakoś gorąco, że się bez rajstop wybrałam…

I kiedy tamtego dnia spotkała, już na ścieżce do bramy, Maryśkę Osuch, której młodszy syn chodził z jej Wandzią do jednej klasy, przywitała ją dokładnie taki samymi słowami. I przez całe życie pamiętała wstyd, który buchnął jej gorącem do głowy, kiedy się spostrzegła, że mówi takie głupoty do kobiety, która ledwo parę tygodni temu pochowała na tym cmentarzu matkę.

Żeby zagadać ten palący wstyd Irena zapytała:

– Pewnie dziś pierwszy raz po pogrzebie sprzątałaś na maminym grobie?

Maryśka machnęła ręką.

– Co tam było sprzątać.

Irena szła starając się znaleźć jakieś dobre słowo. Kiedy spojrzała ukradkiem na Maryśkę, zobaczyła, że w jej twarzy, naraz postarzałej i poszarzałej, trzęsą się broda, policzki i wargi. Głos także jej się trząsł, kiedy się odezwała:

– Jeszcze by mi na trochę sił starczyło, żeby się nimi zajmować, ale Pan Jezus widać nie chciał, żeby się dłużej męczyli.

Irenie wreszcie nasunęły się odpowiednie słowa, ale długo zbierała się na odwagę, żeby je wypowiedzieć. Dopiero, gdy już stanęły z Maryśką za bramą, udało się jej przełamać:

– Jak już trochę przebolejesz, to się będziesz cieszyć, że tak długo żyli, ciebie wychowali i twoje dzieci wyniańczyli.

Podniosła rękę, żeby pogłaskać Maryśkę po ramieniu, ale tamta odsunęła je troszkę i popatrzyła gdzieś na bok.

– Może bym tak sobie pomyślała – odezwała się. – Ale pamiętam, jak mnie parę dni przed śmiercią zawołali. Kiedy do nich weszłam, i drzwi za sobą zamknęłam, to powiedzieli mi, że ich życie dłużej nie trwało niż co te drzwi otworzyć i zaraz zaprzeć.

4

Kobiety stojące w słońcu przed cmentarzem milczały długo. Wreszcie Maryśka spytała Irenę:

– Wracasz do wsi PKS-em?

– Nie, rowerem przyjechałam.

– Ja jadę PKS-em.

Pożegnały się i Maryśka ruszyła w stronę miasta, na przystanek. Usiadła na ławeczce, czekając na swój autobus. Przytelepał się po jakimś kwadransie, Maryśka kupiła bilet u kierowcy i zajęła miejsce. Zapatrzyła się w okno. Tamtego dnia też była taka ładna pogoda. Maryśka dała śniadanie matce, wyprawiła chłopaków do szkoły i nastawiła wodę w czajniku na kuchence elektrycznej w kuchni. Było za ciepło, żeby rozpalać pod piecem w dużym pokoju, gdzie stała rozkładana wersalka, na której Władek sypiał teraz samotnie, i gdzie rok temu przenieśli tapczany chłopaków. Maryśka spała teraz w drugim pokoju, razem z dziewczynkami – młodsza, Agnieszka, zjeżdżała zresztą ze swojego internatu tylko na niedziele – zajmując łóżko przy samych drzwiach, zawsze uchylonych, żeby w nocy móc usłyszeć matkę.

Władek wrócił od krów, wziął szklankę z kawą świeżo zalaną wrzątkiem, i powiedział:

– Trzeba dzisiaj zebrać marchew z pola przy Topielce. Nie wiadomo, ile się jeszcze taka pogoda utrzyma. Kubicki stał już wczoraj ze swoją marchwią przed skupem.

– To jedź ją wyorywać, a jak chłopaki wrócą ze szkoły, to ci pomogą zbierać. Ja nie pojadę, bo mama kiepska, Danka śpi, a jak się zbudzi, to musi do roboty.

– Może ją teraz zbudzić i niech ze mną jedzie? Jak by się zebrało do południa, to bym zdążył jeszcze do GS-u skoczyć odebrać nawozy.

– Chyba zgłupiałeś! – warknęła Maryśka. – Danka przez cały tydzień na drugą zmianę chodzi, mama jej jeszcze po nocach spać nie daje, i ma się zrywać marchew z tobą zbierać?!

– A co się tak, babo, od razu wydzierasz… – mruknął Władek niechętnie.

Maryśce ostatnio rzeczywiście łatwo przychodziło się wydzierać. Razem z ciągłym bólem w dole kręgosłupa, pieczeniem w oczach jak od piasku i otumanieniem od wiecznego niedospania, czuła wciąż rozdrażnienie, jakby nieustannie tlące się pod cienką warstwą popiołu, nigdy do końca nie wygasające i strzelające od byle czego w górę. Toteż jeszcze bardziej podniosła głos mówiąc do męża:

– Jedź do GS-u teraz, a jak wrócisz, to pojedziesz do marchwi! Jak chłopaki wrócą ze szkoły, to ci pomogą.

Władek nic nie odpowiedział, co znaczyło, że zrobi, co mu żona kazała. Dopił kawy, dojadł chleba, wstał i wyszedł. Po chwili jego traktor przejechał z pyrkotaniem za oknem i ścichnął gdzieś na drodze. Maryśka sprzątnęła po śniadaniu, nastawiła kości na zupę, schowała pościele i przykryła łóżka kapami, w łazience wrzuciła śmierdzące prześcieradła do Frani i włączyła pranie, obrała parę marchwi i pietruszek, umyła je, pokroiła i dodała do mięsnego wywaru. Później opłukała ryż i także wsypała do gotującej się zupy, zmyła naczynia, dodała do zupy przecieru, a potem jeszcze rozbełtanej z wodą śmietany. Gdy skończyła, poszła nastawić w parniku ziemniaków dla świń. Wróciwszy, zajrzała do pokoju, gdzie córka spała niezmąconym snem.

– Danusia, wstawaj, już po dziesiątej!

Dziewczyna przeciągnęła się, ziewnęła i otwarła oczy.

– Wstawaj! – powtórzyła Maryśka.

Gdy siedziała w kuchni strugając ziemniaki, słyszała jak Danka myje się i ubiera.

– Zupy zjedz, zanim wyjdziesz! – zawołała do niej.

Wstała, opłukała ręce i nalała gorącej zupy na talerz.

– Na stole ci stawiam! – krzyknęła z dużego pokoju do córki.

Znów pochylona nad ziemniakami słyszała, jak dziewczyna siada przy stole i je. Po chwili zaszurało odsuwane krzesło. Danka przystanęła na progu kuchni i powiedziała:

– To ja lecę, mamo.

– Leć – odparła Maryśka.

Córka wyszła. Maryśkę, zgiętą w pół na stołku, kręgosłup rozbolał tak bardzo, że zsunęła się na podłogę i dokończyła obieranie oparta o ścianę, trzymając garnek między rozkraczonymi nogami. Podniosła się z trudem, umyła ziemniaki i postawiła je na kuchence. Zajrzała do pokoju matki. Stara kobieta spała z szeroko otwartymi ustami i z siwymi, wilgotnymi od potu włosami rozsypanymi na poduszce.

– Pewnie, teraz śpij, a w nocy się będziesz darła! – szepnęła ze złością Maryśka.

Spojrzała na wyłączone radio stojące w kącie na małym taboreciku. Nie zdecydowała się jednak go włączyć. Zamiast tego wycofała się i poszła przebić kołki od łańcuchów krowom pasącym się między jabłonkami, a potem dać żreć świniom na południe. Pościel skończyła się prać tymczasem. Maryśka wypłukała ją w wannie i wywiesiła na dworze. Ziemniaki też się dogotowały, więc odcedziła je i ubiła z serem. Kiedy stygły, zrobiła sobie kawy i siadła na chwilę w dużym pokoju – kręgosłup bolał ją coraz bardziej i coraz bardziej piekł piasek pod powiekami. Słyszała, że Władek wrócił z nawozem, ale nie miała sił iść mu pomagać rozładowywać. Zresztą zaraz zza okna doszły ją krzyki wracających ze szkoły chłopaków, brzęk ich rowerów i głośne szuranie opon po piasku, a pies przy budzie zaniósł się uradowanym szczekaniem. Maryśka wstała i włączyła w kuchni płytkę pod zupą. Kiedy synowie wpadli do domu z hałasem, warknęła:

– Ręce myć, przebrać się i siadać do stołu! Zjecie, a potem pojedziecie z tatą marchew zbierać!

Zbyszek, starszy, zatrzymał się w pół kroku.

– Niech Maciek jedzie! – zawołał. – Ja mam trening za godzinę!

– Jak zaraz wezne pasa, to będziesz miał trening! – podniosła głos Maryśka.

Zbyszek cisnął ze złością tornister w kąt korytarza, a potem szturchnął młodszego brata w ramię:

– Co się pchasz? – syknął do niego.

Kiedy chłopaki siedzieli już nad zupą, Władek wszedł do domu, więc Maryśka nalała także i jemu. Maciek zaczął natychmiast przymilać się i zagadywać do taty, ale Zbyszek jadł w milczeniu, zły i odęty. Maryśka zjadła razem z nimi i zaczęła ich poganiać:

– Jedźcie, jedźcie, bo przed wieczorem nie zdążycie!

Wreszcie Władek z chłopakami pojechali. Maryśka nalała zupy do miseczki i poszła do matki. Postawiła miskę na stole, przekręciła gałkę radia, a gdy z głośników buchnęło: „…tych lat, idących lat, już nam nie weźmie nikt..”, pochyliła się nad matką i szarpnęła ją mocno za ramię. Stara kobieta otworzyła oczy.

– Będziesz jadła? – spytała Maryśka.

Matka nic nie odparła. Już od tygodni ciężko było z niej wydobyć odpowiedź na najprostsze pytanie. Jeśli nie spała, leżała z szeroko otwartymi oczami, jakby w osłupieniu, jakby rozważając coś, czego nie sposób zrozumieć. Z każdym dniem zapadała się w siebie coraz głębiej i głębiej, i coraz więcej wysiłku zdawało się ją kosztować, aby wydźwignąć się choć na chwilę, skupić się, usłyszeć zadane sobie pytanie i zobaczyć pytającego.

Maryśka podniosła jej poduszki, podciągnęła ją trochę, siadła przy niej i zaczęła karmić szorstko, bez certolenia, łyżka za łyżką. Skończywszy, wytarła jej brodę, opuściła ponownie na płask i odniosła brudną miskę do kuchni. Zeszła do piwnicy po cebule, żeby je zasmażyć ze słoniną i dodać do nadzienia na ruskie, a kiedy wspinała się z powrotem na górę, usłyszała monotonne wołanie:

– Maryśka, Maryśka, Maryśka…

Rzuciła cebule na ziemię i twardym krokiem ruszyła do pokoju matki.

– Co?! – spytała ostro stając na progu.

– Wyłącz to. Wyłącz to.

– Jak ci wyłączę, to znowu spać pójdziesz!

– Nie pójdę. Wyłącz to. Nie pójdę.

Tym samym twardym krokiem Maryśka podeszła do radia i przekręciła gałkę, ucinając muzykę. Potem odwróciła się do matki.

– Wstawaj, posadzę cię.

– Nie chce mi się. Zostaw mnie.

– Wstawaj, nie będę co dnia pod tobą pościeli zmieniała!

Pochyliła się, próbując uchwycić matkę pod ramiona. Stara kobieta opędzała się, bijąc na oślep rękami, ale wreszcie zwisła bezwładnie, pozwoliła się zawlec na stojące ponad blaszaną miednicą krzesło z wyjętym siedziskiem, zdjąć sobie majtki i posadzić się. Po chwili cienki strumyk zabrzęczał o dno miednicy.  Maryśka zaciągnęła matkę z powrotem na łóżko, wzięła miednicę, zaniosła ją do łazienki, wylała siki do klozetu i przycisnęła metalową rączkę spłuczki. Opłukała ręce i wróciła do kuchni.

Pokroiwszy słoninę i wrzuciwszy ją na patelnię, wzięła się za siekanie cebuli. Kiedy cebula smażyła się już na wytopionym tłuszczu, Maryśka wyjęła stolnicę, przesiała na nią mąkę i dodając stopniowo wody, zaczęła wyrabiać ciasto.

Ledwo wsadziła ręce w szaroburą paćkę, monotonne wołanie powtórzyło się, nieustępliwe i nie do zniesienia niczym płacz niemowlęcia.

– Maryśka, Maryśka, Maryśka…

Zmywając śpiesznie ciasto z rąk po kranem, ciągle je słyszała:

– Maryśka, Maryśka, Maryśka…

I kiedy parła z wściekłością przez korytarz, cały czas trwało:

– Maryśka, Maryśka, Maryśka…

– Czego się znów drzesz?! – krzyknęła Maryśka, stając w drzwiach pokoju matki i walcząc z przemożną pokusą, żeby przycisnąć z całej siły te mamroczące usta, wtłoczyć tę spoconą głowę w poduszkę i trzymać tak, dopóki się nie zamknie.

– Zakryj okna, razi mnie. Zakryj okna, razi.

– Jak cię razi, jak z tej strony nawet słońca nie ma!

– Razi mnie. Zakryj okna.

Maryśka szarpnęła wściekle za zasłony, zrywając parę żabek i zasłaniając do połowy okna. Wychodząc z pokoju matki, chwyciła za klamkę i z całych sił trzasnęła za sobą drzwiami.

Stanęła z powrotem nad stolnicą. Ugniatając wściekle ciasto czekała tylko, aż wołanie znowu się powtórzy, stłumione tylko, lecz nadal niemożliwie do wytrzymania. Ale w miarę jak czas upływał, a Maryśka słyszała tylko tykanie zegara na lodówce i własny zdyszany oddech, złość powoli z niej uchodziła, wgniatana w ciasto mocnymi pięściami. I gdy ciasto leżało już w rogu stolnicy gładkim, owalnym bochenkiem, Maryśka czuła tylko zmęczenie, piasek pod powiekami i tępy ból w kręgosłupie. Odstąpiła z tym zmęczeniem od stolnicy, umyła dokładnie ręce, przykryła ciasto ściereczką, a potem wzięła czystą szklankę z szafki, nalała na dno trochę gęstego, wiśniowego soku, który sama przygotowywała latem, dopełniła wodą z kranu i poszła do pokoju matki.

– Chodź, mamo, napoję cię.

Matka dała sobie podciągnąć poduszkę i wypiła kilka łyków, ale potem stanowczo odsunęła szklankę.

– Dosyć – powiedziała.

Maryśka pomogła jej się położyć i wyszła, zamykając za sobą po cichu drzwi. Nie zdążyła jednak jeszcze ujść dwóch kroków, kiedy zawrócił ją okrzyk:

– Maryśka!

Skóra matki świeciła się od potu, ale spojrzenie było ostre, przytomne, szukające oczu córki. Stara kobieta oddychała ciężko, a na jej twarzy znać było wielki wysiłek, jakby starała sobie przypomnieć coś bardzo ważnego. Wreszcie powiedziała z trudem, przerywając i dysząc co chwila:

– Tyle coś te drzwi otwarła i zaparła… tyle moje życie trwało!

Maryśka nic nie mówiła przez długą chwilę. Wreszcie spytała cicho:

– Dać ci co jeszcze jeść albo pić, mamo?

Matka jednak nie patrzyła już na nią. Wlepiała przed siebie szeroko otwarte oczy, jak gdyby wciąż roztrząsając to coś, czego nie sposób zrozumieć. Maryśka zostawiła ją wreszcie. Ale nie wróciła od razu do kuchni. Stała jeszcze przez chwilę w ciemniejącym korytarzyku, jakby tak stojąc i nasłuchując, trzymała czubek buta w szparze powoli zatrzaskujących się drzwi.

Ilustracja: Wacław Marat.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *