AUTOR

Sylwia Wawrzyniak

Urodzona w 1974 r. w Ostrowie Wielkopolskim. Mieszka w Brukseli. Publikowała w dwumiesięczniku literackim „Topos” (Nr 3 (64) 2002), w 2003 roku zdobyła wyróżnienie w Konkursie Literackim im. Marka Hłaski (magazyn „Jupiter” Nr 16-17 2003).

Jest wojna. Tak mówią. Ja nie słyszę nic, bomb nie słyszę, wystrzałów. A słyszę osiemdziesięcioletnią matkę. Słyszę, jak mówi, że jest wojna i że ona mówiła, że będzie, że czemu miałoby być inaczej, że od wieków była wojna i tyle. Ona sama urodziła się po wojnie, więc od dziecka wiedziała, że jej nie ominie. W każdym pokoleniu była, a teraz co, koniec tak nagle? To byłby koniec świata, mówiła, bez wojen.

Piję powoli kawę. Tak mówię tylko, bo to sam wrzątek, skąd kawa tutaj. Ale ćwiczę się w niezapominaniu. Nie martwię się o córki, chociaż mam dwie, ale są w domu, nie ma pracy. Mama mówi, że źle wychowałam, tak mówi, że robota zawsze się znajdzie dla chcącego, ja się kłócę, odpowiadam, że czasy się zmieniły, a córki krzyczą z pokoju jednym głosem, jak w wojsku, że czasy się zmieniły i krzyczą przeciwko mnie, nie przeciwko babci, ale to nie znaczy, że praca jest dla wszystkich, to znaczy, że czasy są zawsze inne, a przecież jakby takie same. Mam jeszcze dwóch synów, są w wojsku, tak mówią, przyszedł list, nie od nich, zajęci, nie ma czasu na pisanie listów. Notatka służbowa, jedna na dwóch, bo bliźniaki. Wojsko nie ma papieru, żeby na bliźniaków osobno. Dziękuje mi, że matką. Zdjęcie też jedno przysłali, w mundurze, odbitka niewyraźna, nawet ja nie mogę poznać, który to. W ręku karabin.
Włączam telewizję. O gotowaniu.
– Mamo! – wołam. – Mamy ulubiony program.
Nie wolno stać się barbarzyńcą, trzeba się starać, trzeba trwać w cywilizacji, w technologii, w postępie.
– Noc!!! – odkrzykuje. – Noc, a ty spać nie pozwalasz.
To z głodu taka nerwowa. Ja też. Na zegarek patrzę. Wiadomo, która godzina, jak nie mogę spać. Zawsze o tej samej godzinie patrzę, zerwę się, ręka do oka i już. Ani minuty później. Człowiek tajemnica. Ale o takich sprawach nie rozmawiamy.
Nie pozwalam. Nie pozwalam jej spać. To nerwy tak, niby się człowiek nie denerwuje, a przecież się denerwuje. Wszystko w środku napięte. Sznurek na bieliznę, na nim czarne myśli, ale nic ciekawego, wypłowiałe, przeprane kilkakrotnie, a i tak suszyć trzeba, innych myśli w człowieku nie ma. Aż się kiedyś pralka zatrzyma, bo zatrzyma się, to wiadomo, ale i o tym nie mówimy.
Ciemno. Ale nie tak ciemno, jak wcześniej. Czarno. Tamta ciemność była elektryczna, ta jest prawdziwa. Nocą, w Ostrowie. Tak objawiła mi się prawda.
– Widzę prawdę – chcę powiedzieć córkom i matce, ale nie mówię. Już byli tacy, co widzieli prawdę.
Zresztą one też nic nie mówią, a mogłyby. Sama widzę? Sama jedna? Już swoje lata mam, za późno, żeby uwierzyć w wyjątkowość. Stara nic nie mówi, lubi leżeć w ciemności, trochę, twierdzi, ma wtedy spokoju dla siebie i do trumny się przyzwyczaja. Córki za dużo ze mną nie rozmawiają, pokładały w tej wojnie nadzieję, wyszły z internetu, z Facebooka, gotowe na rzeczywistość, jak na filmach, a tu internet odcięty, a rzeczywistość nie nabrała kolorów. Nawet czerwonego nie widzi się. Krew tylko menstruacyjna, choć niektórym ze stresu się zatrzymała. Nieważne, nie ma mężczyzn. Na wojnie. Albo pod ziemią. Jak mój ojciec. Płytko, kopałyśmy zimą, ziemia zmarznięta, pogrzebany, a raczej przysypany piachem, szarawym. Cmentarze przepełnione, przywożą naszych. Bez nazwisk przywożą, ale naszych. Medale na szyjach. Miejsc na wschodzie kraju brakuje, my cieszymy się z każdego, który niemiejscowy. To idzie od Wschodu. Te drony, te samoloty bezzałogowe, ten cały kosztowny szmelc XXI wieku.
W nocy nic nie lata. Zakaz. Międzynarodowy. Nocą nie ma licencji na zabijanie. Taki wypracowano kompromis. W telewizji nie nadają wiadomości, tylko programy rozrywkowe. Niech będą, rozrywka zawsze się człowiekowi przyda. O czym tu mówić, przed wojną mówiono, mówiono, kłócono się, a nikt się nie spodziewał. Z polityką jest jak z prognozą pogody. Ja odetchnęłam, kiedy politycy zniknęli z telewizora. Matkę mam od gadania, zwłaszcza od kiedy nie ma ojca. „Naturalnie zmarł”, cieszyła się. „Całe życie nic mu się nie udawało, a tu proszę”, chodziła z dumą po podwórku, „wojny nie doczekał”.
– Śpisz? – pyta, a jak tylko odpowiadam, że nie, córki drą się, że one śpią. To dlatego, że nie pozwalam im wyjść.
– Jest wojna – mówię. Poczekamy, aż bracia wrócą.
Ale nie wiem, czy chcę, żeby wrócili. Te wszystkie stresy pourazowe, potem nic już nie jest normalne.
– Jutro położymy deski na ojcu – zarządzam, żeby nie tracić kontaktu z rzeczywistością. – Wyrwie się trochę z pokoju Józefa.
I teraz zapada cisza. Nie żeby posnęły. Nigdy nie mówiłam o mężu, od roku ani słowa. Nie wiedzą, co teraz, czy wariuję, jak sąsiadka, czy przeciwnie, to oznaka ozdrowienia. Traktowałam Józefa jak umarłego.
– Żyć można wszędzie – mówił. – W Ostrowie też. – A miesiąc później uciekł. Po tylu latach małżeństwa. Wyszedł po wkład do papierosa elektronicznego. Po trzydaniowym obiedzie, ostatnim trzydaniowym obiedzie, nieraz słyszę matkę, jak mówi, że szkoda, że zjadł, że człowiek na drugi dzień by zjadł, bo następnego dnia wszystko się skończyło, ale może było tak już kiedy tu dojechaliśmy, tylko człowiek zajęty swoimi sprawami.
– Jak pies uciekł – powiedziała.
– Niech babka przestanie – to starsza córka. Nie żeby stała po mojej stronie. Nie dla mnie tak mówi, to dla jej ojca. Z początku dostawała listy, wiem, że dostawała, teraz poczta odcięta, nie przychodzi już nic.
– Ja się nie dziwię, że ojciec z tego piekła spierdolił – szepcze, bo jednak się mnie boi, ale ja słyszę każdy szept, w nocy słychać wszystko, to ciemność tak przewodzi dźwięk. Nigdy nie myślałam, że tu mi się wszystko objawi, tu mi się rozwiąże i wyklaruje. Gdyby nie stara matka, nie wrócilibyśmy z Anglii. Dzwoniła, pisała, nauczyła się smsować i skajpować. Wracajcie. Wybuchy w metrze w Londynie, wybuchy w muzeum, nożownik w autobusie, nie żal ci dzieci?, u nas spokojnie.
Teraz radio BBC nadaje o nas programy. Nazywamy się „Strefa zakazana”. Nie mają wiadomości z pierwszej ręki, mówią o bombardowaniach, szacują liczby zabitych. My wojny nie widzimy z okien. Gdzieś tam słuchają o nas ludzie tacy jak my, a my razem z nimi. Po Józku zostało radio. Nic oprócz BBC nie łapie.
– Ojciec kupił na Camden, to co chcesz? – śmiali się synowie. Przypomina mi się o moim ojcu.
– Grzebiemy? – pytam, zimno, nie chcę sama z łopatą, jesteśmy przecież rodziną.
– Ty o piekle nic nie wiesz – odpyskowuje wnuczce moja matka.
– Dla babki to też pierwsza wojna – krzyczy młodsza córka, ale bez bojowego tonu starszej. Nie wiem, jak sobie poradzi. Lubi malować. Ja w jej wieku też lubiłam. Teraz patrzę na sztalugi ze zdziwieniem. Szubienica.
– Józek już chyba nie wróci – mówię i sama się sobie dziwię, że mówię tak spokojnie, jakbym komentowała „Wiadomości” albo „Fakty”. Co to wojna robi z człowiekiem.
– Dla starszej cię zostawił – jątrzy stara. – Wszystkich zostawiają dla młodszych, a ciebie dla starszej.
Nagle chce mi się śmiać.
– O czwartej nad ranem najwięcej ludzi się wiesza – ciągnie. Straszy nas. Nie powiesi się. Za bardzo ciekawska.
– Grzebiemy czy nie? – wołam zniecierpliwiona.
Wstają wszystkie. Odpędzić głupie myśli. Odpędzić myśli. Myśli jak wirus w komputerze.
Przed pokojem stoimy, gdzie kiedyś Józefa i moja sypialnia, teraz sypiam w kuchni. Sypiam właśnie, nigdy nie śpię głęboko, wydaje mi się, że wcale, ale przecież bez snu nie mogłabym funkcjonować.
Naciskam klamkę, drzwi skrzypią, wcześniej nie skrzypiały. Dobrze, że rzeczy się zużywają, że nie tylko człowiek. A niech się wszystko rozpadnie. Z sufitu cieknie, podstawiłyśmy wiadro.
– Bierzemy z łóżka – rozkazuję. Człowiek od razu nabiera energii, kiedy ma zadanie. Zresztą, to moje łóżko, dwadzieścia pięć lat nocy z Józefem, niech z tego teraz wieko trumny. I znowu mi się zachciewa śmiać.
Odrywamy deski gołymi rękami, drzazgi wchodzą pod skórę, ból koi. W końcu młodsza idzie po siekierę. Zaczyna się hałas, rąbanie. Wstępuje w nas nadludzka siła, w pół godziny rozwalamy łóżko, nawet stara pomaga, jakby przestał dolegać jej reumatyzm.
Potem z tymi deskami na dwór.

Pierwsza idzie matka. Proszę, jak każdy zna swoje miejsce. Rodzina niby w rozsypce, a utworzył się naturalny łańcuch.
Pewnie, że idzie pierwsza, te deski przecież na grób jej męża, należy się, nawet jeżeli jest ciemno, nawet jeśli świeca drży w jej ręku, przestraszone światłem zwierzę. Wzdycham, ale nie mówię, że źle niesie, że nie oświetla ścieżki, że zaraz połamiemy nogi, stara się. Widzę. Świecę unosi wysoko, z myślą o nas, rozumie, że trudno nam z tymi deskami, ręce jeszcze nieprzyzwyczajone do wojny.
W ogrodzie zarośnięte. Niedługo i nas zakryją chwasty. Głupotami się człowiek przejmował, a teraz trzeba będzie wytrząsać robaki z uszu, wyplątywać stopy z korzeni, wyrywać kolce z ramion. Wszystko przemija, prześlizguje się. Czas kradnie nam życie, złodziej, w końcu wszystko zabierze i zakopie nas pod ziemią, żeby się pozbyć dowodów. Daję kopniaka chwastom, a masz. Ćma krąży koło świecy, spali się. Łatwo znajdujemy prostokąt czarnej ziemi, gdzie ojciec. Nic tu nie urosło od zimy, czemu nie urosło? Stajemy. Nie bardzo wiadomo, jak zabrać się do roboty.
– Nie będziemy rozkopywać – komenderuje matka, mówi to, co chciałyśmy powiedzieć, ale żadna nie miała śmiałości. Kładziemy deski, jedna obok drugiej. Babka przysuwa nam świecę (odwłok ćmy w środku), mruczy pod nosem, co może brzmieć jak modlitwa, ale ja ją znam, przeklina nas, że nierówno, niemrawo, że do usranej śmierci będziemy kłaść, że o dupę potłuc, klnie nas tak prawem starych ludzi. Potem łopata, trzeba deski okopać, starsza córka macha łopatą, nawet umie, dziwię się, że umie. „I znowu wojna kobiety wyedukuje” – mówi stara, jakby wszystko już widziała. Skończone. Czuć potem.

– Taki most – krytykuje młodsza córka. Zazdrosna o łopatę, niełatwo być młodszą.
– Most między życiem i śmiercią – podchwytuje matka, zadowolona.
– Amen – mówimy jak na komendę. Odruchy wyuczone zostają. Nawet wojna nie zdołała wytrzebić tego „amen”, choć szczerze mówiąc, nie spodziewamy się już nadejścia Chrystusa. Ktoś stoi za płotem.
– Trzeba było psa nie zjeść – warczy matka. – Każdy obcy się tu kręci.
Młodsza na wspomnienie psa zaczyna płakać. Robię znak krzyża. Ręka sama do czoła, do piersi, do lewego ramienia. Mężczyzna słania się na nogach, jego głowa znika za ogrodzeniem, upada. Może chciał przejść przez płot, ale nie dał rady? O płot dbamy wszystkie. W domu kruszeje tynk, rozłazi się farba, odpada noga od stołu, rdzewieją rury, materac przesiąka wilgocią, tłuką się talerze, ale płot musi stać. Co innego ma nas oddzielać, odróżniać, ochraniać? W każdy poniedziałek zadaniem córek jest sprawdzić ogrodzenie i załatać, wyprostować, naostrzyć. Czy belka nie zmurszała, czy nie puściły gwoździe, czy końce drewnianych pali niestępione? Potem, jak granice królestwa, podwórze obchodzi matka.
– Wszystko się wali – narzeka – a twoje syny na wojnie. Za stare duchy, za starych zmarłych. Zamiast w obejściu pomόc.
– O Chryste – mówi teraz, i to powoduje, że mężczyznę do domu. – Panie – dokańcza.
I już niesiemy go, nieprzytomnego, z początku spokojnie, powoli, dopóki nie słyszymy delikatnego bzyczenia.
Uszy do góry, dosłownie mogę zaświadczyć, uszy w szpic, tak się człowiek do wojny przystosowuje.
– Komar – mówi stara, choć jej tłumaczyłyśmy tysiące razy, że nie komar, że drony, mordercze drony, ale uparta tak od początku wojny – dla niej wojna to żołnierz z karabinem.
Więc niesiemy, ciągniemy, z nogami po ziemi, mężczyznę, ja narzucam tempo. Biec trudno, ale biegnę, pięćdziesiątka za pasem, a przez ogród jak trzydzieści lat temu! I już zamykamy drzwi, zabijamy od środka gwoździami.
– Jaka z ciebie matka, żeby obcego, dwie córki w domu.
Córki popatrują na rannego, już widzę ten błysk w oczach, wreszcie coś się dzieje, wreszcie ta wojna nie taka nudna.
Mężczyzna jęczy, gorączkuje, wody, myślę, i już chcę lecieć po wiadro.
– A może to… – zaczyna młodsza i milknie.
– A bo on ci nasz? – mówi matka.
– A widziała tu babka jakiegoś żywego naszego? – fuka starsza, bo głowę ma napchaną romansami i bardzo liczy, że jakiś obcy ją z tego wszystkiego wyciągnie.
– Marek! – krzyczy nagle młodsza, tak, że umarłego by obudziła, ale rannego nie budzi. W czasie wojny żadne powiedzenia się nie sprawdzają. Podskakujemy.
Patrzę na mężczyznę, wychudzony, że żebra spod skóry. Patrzę, nie widzę syna, ani jednego syna nie widzę. Przypatrujemy się. Wszystkie. Cisza. Taka cisza, jak na tamtym świecie. Tak wyobrażam sobie. Ale syna w tym człowieku, ani jednego z bliźniaków wyobrazić sobie nie umiem. Ani Marka, ani Jacka.
Matka ściąga okulary, zawsze ściąga, żeby lepiej widzieć.
– Rany, blizny, tyle tego – mruczy. Okulary z powrotem na nos. Na mnie wzrok. – Ty rodziłaś, a nie rozpoznajesz.
Nie rozpoznaję. Im bardziej się wpatruję, tym bardziej nie rozpoznaję. Ale jak tylko odwracam wzrok, boję się, że to jednak on, jeden z moich, przekonana jestem, dopóki nie spojrzę znowu.
Świta. Gra światła i cieni. To przez szpary w deskach. Drobiny kurzu w powietrzu.
– Uchodźca – szepcze stara.
Przewracamy oczami.
– Od wojny się ucieka – tłumaczę, bo to przecież matka. Ale kto wie. Ludziom w głowie nie tylko kierunki się mieszają.
Zazdroszczę Józefowi.
Że odszedł, że uciekł, że nie ma go tutaj teraz, i pewnie już nie będzie, a ja tkwię, uwięziona.
Wszystkie oczy na mnie. Zastanawiam się, czy sztuczne oko drona też na mnie patrzy.
Mężczyzna jęczy przez sen. Nieludzko. Matka odsuwa się ze wstrętem, młodszej zaczynają kapać łzy, starsza spojrzenie ma całkiem dzikie.

Znowu ode mnie wszystko.

Ilustracje: Natalia Kulka– ilustratorka, graficzka i tatuatorka. Ukończyła ASP w Krakowie. Spędziła dwa lata w Finlandii, ilustrując fiński magazyn o polityce zagranicznej oraz sprzątając. Prowadziła magazyn rysunkowy „Zeszyt” i współorganizowała wystawy towarzyszące publikacji. Z grupą rysowniczek Dream Team wydała album komiksowo-rysunkowy „Prace i robótki” w wydawnictwie Centrala. Współpracuje jako rysowniczka z pismem prowadzonym przez PAN: „Studia Litteraria et Historica”. Rozpoczęła swoją wielką przygodę z tatuowaniem, czyli poszerzyła terytorium rysowania. Więcej jej prac można obejrzeć na stronie: http://lakulla.blogspot.com/.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *