AUTOR

Andrzej Muszyński

Autor m.in. „Miedzy” i „Podkrzywdzia”, nominowany do Paszportów Polityki i dwukrotnie do Nagrody Literackiej Gdynia. Wiosną 2017 roku nakładem Wydawnictwa Literackiego ukaże się jego powieść „Fajrant” o doświadczeniu prekariatu. Ostatnio otrzymał Nagrodę A. Włodka przyznawaną przez Fundację Wisławy Szymborskiej. Mieszka na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej.

1

Dziesięć lat temu mieszkałem w Norwich. Trwało tam wtedy coś w rodzaju wojny polsko-litewskiej. Ktoś przychodził do domu z limem. Pytało się go: „Kto ci nabił tego paprocha pod okiem?”. Tamten odpowiadał: „Litwin, Litwin z Caister-on-Sea”. Litwini specjalizowali się w przemycie ze wschodu. Po prostu bardziej im się opłacało. Polacy spod Obwodu Kaliningradzkiego szmuglowali na potęgę papierosy.

Opowiadali o tym jak o zwyczajnej dniówce, w te angielskie rześkie niedziele, gdy w mieszkaniu zaludnionym przez blisko dziesiątkę wszechstronnie obcych sobie ludzi gościli krewni. Wskazywali na trzecie dna w podwoziu, ubijając mielone na poniedziałek, bo dorabiali na budowach. Ich matki spokojnie piły herbatę, dumne, że wszystko tak dobrze się układa.
Pewnie siedzą teraz w swoich ogródkach z sąsiadami z Radżastanu za żywopłotem i dziwią się, że ktoś w ogóle bierze pod uwagę możliwość ich wyjazdu. Zaszyją się w Sherwood i nikt ich nie wyciągnie. Nie wrócą, ponieważ często nie mają do czego. Już dawno sprzedali swoje domy. Zabrali ze sobą wszystko i opuścili z wielką ulgą kraj, którego nienawidzili. Nienawidzili polityków, sąsiadów, śmierdzących wujków, kamienia w kranówce i wymiętych pieniędzy. Funty jakoś tak się nie mną. Czuli się jak w powieści, w której odświeżony bohater wysiada na dworcu w odpowiednio odległym państwie, w którym nikt nie może o nim nic wiedzieć.
Można zmyślać do woli. Nawet Google było bezradne. Nikt nie mógł niczego sprawdzić. Storytelling kwitł. Było się tym, kim się chciało, i wszyscy akceptowali te uniwersalne reguły. Nie zapomnę emigranckiej Wigilii, na której dwójka wciętych rodaków w papciach wpatrywała się pod lampą przez dobry kwadrans w guzik wart obraz, przekonując się nawzajem o swojej marszandzkiej kompetencji, licytując jego wartość, bez pamięci doszywając mu kolejne epoki. Po pół roku dowiedziałem się, że Temida wystawiła list gończy za moim udanym kumplem z zakładu. Kolega od obrazu po trzynastym piwie przyznał się, że ścigają go za handel fałszywymi antykami.

Większość przyjeżdżała z postanowieniami. Jedni próbowali rzucić palenie, inni picie. Skolonizowaliśmy całą wyspę. Najpierw miasta, a potem wsie. Słyszałem, że w wielu z nich żyje już więcej Polaków niż miejscowych. Wydeptywaliśmy własne ścieżki. „Widzisz ten skrót przez park?” – zapytał mnie stary wiarus spod Sącza. „Albo to ścięcie zakrętu – o metr?”. Nie zrobili tego ani Hindusi, ani Turcy. Pojawiły się wraz z Polakami. Zapełniliśmy czerwone ceglane domy. Z okna jednego z nich w każdą niedzielę cała wielodzietna rodzina długonogich lnianowłosych bydgoszczan machała na pożegnanie synowi wyjeżdżającemu na mecz. I ja z nim byłem. Po latach biegania po kretowiskach stanąłem na błękitno-zielonym gazonie. Nie chciałem wracać do kraju. Przez sześć wcześniejszych tygodni ćwiczyłem wydolność w parku i zacząłem grywać mecze z potomnymi twórców futbolu.
Jechaliśmy na ten turniej przez ołowianą mgłę. Gdy zbliżaliśmy się do celu, zobaczyłem ludzi, którzy z gracją przebierali nogami w nicości. Prawie nie było słychać krzyków, trzaśnięć piłki, jakby wszystkie dźwięki grzęzły w lodowatym roztworze. Wszyscy zawodnicy bez wyjątku wydawali się podejrzanie ciemnoskórzy, ale wydawało mi się, że to przez tę parszywą zawiesinę. Podeszliśmy bliżej, wyostrzyłem wzrok. Ich twarze były tak czarne, że w zasadzie ich nie rozróżniałem. Ktoś wyjaśnił – chłopaki z Gwinea-Bissau: nie chcą w swojej drużynie obcych. Multi-kulti poza Londynem miało się gorzej.
Miałem dzień konia, strzeliłem trzy bramki i kolega z pracy (nie pamiętam imienia) zaproponował mi grę w klubie, w którym występował. Był to mniej więcej odpowiednik naszej okręgówki z szansą na awans. Byłem przekonany w istnienie Opatrzności, która inwestuje w ludzkie błędy i cierpienie, by człowiek dostrzegł drugą szansę w życiu. Perspektywa dorabiania, a w niedalekiej przyszłości zapewne zarabiania na przyjemności, a zatem nic nie robienia, opanowała mnie całkowicie. Niestety w pracy nie zgodzili się zamienić mi dniówki tak, bym zdążał na treningi. W hurtowni książek, jak na ofertę pracy zarobkowej dla Polaków, było zbyt ciepło, by porzucić etat nawet dla niespełnionego niegdyś marzenia.
Zawsze podziwiałem uprzejmość i solenność zbliżających się uczciwe do emerytury Brytyjek, które siadały w przerwie przy okrągłym stole w jadalni, a my wpatrywaliśmy się jak szpaki w dziuplę w stale wiszące ogłoszenie o nagrodzie w wysokości pięćdziesięciu funtów za każdy pomysł na zwiększenie efektywności niemal doskonałego zakładu pracy. Przed świętami polska załoga z fabryki mrożonek tyrała po siedemnaście godzin dziennie. Spożywali fasolę za trzydzieści pi. Czyli pensów. Nie mieć nadgodzin znaczyło nie mieć pracy.
Dopiero w soboty wieczorem z rodaków uchodziło powietrze, jak co noc z materaca, który współlokatorzy wieczorem pompowali w imię oszczędności. Kolonizowaliśmy wtedy puby i kluby. Nie poznaliśmy się bliżej nigdy z żadną z Brytyjek, mimo że bardzo tego pragnęliśmy. Tylko raz udało nam się z nimi porozmawiać, gdy wracaliśmy w sobotę z klubu z dwiema nastolatkami, które zadały pytanie, jakiego nie wolno stawiać żadnemu człowiekowi Wschodu. Oczywiście chodzi o niedźwiedzie: jak nam się żyje wśród nich? A gdy podchodziło się do nich od tyłu w ciemności klubu, i delikatnie trącało ich suchawe, mlecznoróżowe dłonie, płynące w tańcu nagie ramiona, dziewczęta odwracały się, z lekką pogardą skanowały twarz i uciekały w opar wydobywający się z sykiem z podłogi.
Tam kończyły się polskie małżeństwa. Hurtownia co jakiś czas organizowała też w knajpie imprezę integracyjną, Polakom pozwalali grać swoją muzykę. Na parkiecie rządził Zbyszek. Gdy zobaczyłem go pierwszy raz z papierosem w ustach na fajrancie, od razu wiedziałem, że jest ze wsi. Chodził w białych szerokich spodniach z targu i w jasnobrązowych mokasynach z łuską, ze szklącą koszulą wpuszczoną w spodnie. Mokre włosy z przedziałkiem na środku głowy opadały mu na czoło. Paradował z ręką w kieszeni, handlował opowieściami, kucając pod murem z papierosem w kąciku ust, i gestem rąk „taaka ryba” zaznaczał w zasadzie każdy wątek. Tańczył z grubą blondyną spod Wałcza. Z głośników brzmiało: „Tam za rzeką, tam gdzie śpi mgła, tam gdzieś daleko zostały serca dwa!”. – I jeśli kiedykolwiek poczułem w Anglii ojczyznę, to tam, gdy stałem na zewnątrz, a Zbyszek ze szlugiem w ustach wpatrzony w czubki swoich butów zamiatał parkiet nogawkami zwisającymi jeszcze niżej niż zwykle, bo z Nokią 5110 w kieszeni.
A potem wybatożony wiatrem Zbyszek wyruszał na ekspedycję do domu i znaczył moczem teren. Z trudem trafiał tam nawet po trzeźwemu. Przez chwilę było jak na wojnie. Siedzieliśmy o świcie w cisowym parku jak w partyzanckiej brzezinie, piliśmy wódkę i opowiadaliśmy sobie o fikcyjnych światach. Dziewczyny z popruskich ceglaków, chłopcy z ucichłych przysiółków nad Bugiem, geje z okołopoznańskich nizin, których górale z Zęba nawet nie traktowali jak coś na serio. I niejeden tam pewnie przeoczył bądź zlekceważył ten wewnętrzny, nieodczytany w porę błysk, i do dziś szuka, już nie jak dziadkowie przez Czerwony Krzyż, a przez fejsbuk, tej jedynej, jedynego gdzieś na lewo od Bromwich.

2
Po ponad półrocznym drugim pobycie na Wyspach na samą myśl o powrocie do Anglii, o mętnym widoku z okna samolotu w trakcie lądowania na Gatwick dosłownie mnie mdliło. Postanowiłem sobie, że moja noga tam już nie postanie; że zrobię sobie nieodwołalny brexit. Tak, wszyscy tak się zarzekali. Opowiadali o czekających w Polsce przerwanych pasjonujących studiach, o budowanych domach, karierach, a potem spotykało się tego i owego na ulicy po roku, pytało się: „no jak to, ty jeszcze tutaj?”, i widać było na twarzy skrępowanie, podskórny smutek, a może to tylko ta głupia panika czasem ogarniająca przy okazji niespodziewanego spotkania.
Moja niechęć do życia proletariackiego na Wyspach była jednak silniejsza – choćby przez to niestrawne emigranckie story, w którym tylko zmieniają się bohaterowie: ktoś kogoś wsypał szefowi, ktoś komuś nie zapłacił za podnajem, ktoś kogoś okradł. Pomyślałem, że poproszę jakiegoś hakera, by wymyślił mi algorytm, który wymaże mi z internetowych map świata tę niekształtną wyspę. Przeliczyłem forsę i spakowałem się. Suchy, przeźroczysty dzień, gdy odpicowany wsiadałem do autobusu na lotnisko, dał mi wyobrażenie o tym, co czuje człowiek, gdy po latach spędzonych w pierdlu widzi, jak rozsuwa się przed nim stalowa brama.
Chwilę później wylądowałem w birmańskim Rangunie. Miasto wyglądało jak dzielnica Londynu, tylko zniszczona. Paropiętrowe, skruszałe wiktoriańskie kamienice porośnięte drzewami, a niżej azjatycka bardacha. Złote pagody, a obok anglikańskie katedry. Hinduistyczne świątynie, a tuż za rogiem rudera z drewna tekowego zwana niegdyś clubem, w którym kolonialna eskadra popijała whisky, czytała prasę i grała w squasha. Wstępowałem pod namiot rozstawiony na środku jordańskiej pustyni Wadi Rum, młody, handlujący bibelotami Beduin polewał mi herbatę i czystą angielszczyzną, jak w starych filmach, gdy nie uważano tego za czynnik obniżający wiarygodność produkcji, oznajmił: „I spend here some weeks and then I return home, I do it for a living”. Podniosłem się, wdrapałem się na skalną półkę tuż obok, na której noc spędził rzekomo sam Thomas Edward Lawrance vel Lawrance z Arabii. Beduin zbliżył się do mnie bezszelestnie i beznamiętnie objaśnił: „Everybody knows here, he was a gay”. Szwendałem się w chilijskim Valparaiso i trafiałem na brytyjski łuk triumfalny. Pomyślałem, że uwolnię się od Brytoli dopiero na Czarnym Lądzie, w jądrze ciemności, które ich wypluło, na lądzie odpychającym backpackerów, ale natknąłem się na nich już w Ghanie, na dawnym Złotym Wybrzeżu. Został tam po nich na przykład fort w Cape Coast, miejsce kaźni tysięcy niewolników.
Ocalałe serce Imperium pozwoliło mi zarobić, by ujrzeć na własne oczy jego dawne rubieże. Zrozumiałem, że nie uwolnię się od ducha Pax Britannica. Postanowiłem Anglików polubić, a więc bliżej poznać. Zaprzyjaźniony antykwariusz-dziwak w Rangunie sprzedał mi dziesiątki wydrukowanych na lewo wspomnień kolonialistów, osiągających astronomiczne sumy na Amazonie. Jedną z pozycji był raport z czasów drugiej wojny światowej, w którym anonimowy autor – pewnie szpieg – opisuje z niezwykłą precyzją niezbadane do tamtej pory terytoria zamieszkane przez łowców głów Naga. Podaje wymiary każdej ścieżynki, strumyczka, rzeczowe sugestie miejsc na biwak, plastyczne opisy upodobań tubylców. Właśnie wróciłem z tamtej piekielnej okolicy i nie potrafiłem wyjść z podziwu. Spotykałem dziewięćdziesięciolatka u podnóża Himalajów Birmańskich, który zapewniał: „Nawet Chińczycy tu nie dotarli. Nawet królowie birmańscy. Tylko oni.” Chciał wspinać się na wszystkie, zarośnięte nieprzeciętną gęstwą szczyty. Miejscowi mówili: „Tam się nie da wejść, nawet kłusownicy to miejsce omijają”. Brytyjczycy mieli na ten temat inne zdanie.
Imperium to być może ostatnia opowieść w dziejach, w której tak łatwo można było wymyślić się na nowo. W zasadzie wystarczyło załapać się na któryś okręt. Wcale nie było o to tak trudno. Wykształconym wcale tak nie paliło się na Wschód. Z wielu memuarów wynika, że tym, którzy się na to zdecydowali, bywało nieźle. Zostawiali patologiczne rodziny, słabe pensje, smog i uprawiali herbatę w Arunachal Pradesh. Trwała pierwsza wojna światowa, a garstka ludzi siedziała w fortach na rubieżach Imperium. Sączyli whisky i patrzeli w przestwór dzikich lasów. Nudziło im się, więc zachciało im się przygód i podboju. I to ona – przyroda – ich ostatecznie zgubiła.
Człowiek, siedząc trzy tygodnie w mieście, w wygodnym hotelu, może spokojnie pochylać się nad losem miejscowych. Łatwo się bronić: nie dopuścić do głosu siedzącego gdzieś bardzo głęboko, uśpionego kolonialisty. Pouczać, wymachiwać rękami. Kiedy idziesz z tabunem krnąbrnych miejscowych piąty tydzień w deszczu przez las równikowy, wysysają cię pijawki, sypie się pod tobą ziemia, jesteś brudny, głodny, a właśnie skończył się cukier, nagle odkrywasz, że masz lepszy pomysł na organizację całego tego bajzlu. Masz ochotę uchlać się do nieprzytomności, rozerwać ubranie na strzępy, uciec nagi do lasu, a w najlepszym razie komuś wtłuc. Już wszystko rozumiesz. Już wiesz, jak łatwo człowiek może stać się tym aroganckim kolonizatorem. No ale powoli wracasz do siebie. Jest pierwsza wieś. Myjesz się, najadasz. Na twojej twarzy widać pierwszy uśmiech. Dojeżdżasz do miasta.
Znienawidziłem Anglię po raz drugi.
Więc postanowiłem spróbować polubić ją ponownie. Warunek wydawał się tylko jeden: musiałem przestać zdobywać. A długo sprawiało mi trudną do opisania przyjemność przemierzania ziem rzadko odwiedzanych – napieranie. Zaglądanie za skalny załom, za którym na dobrą sprawę nie wiadomo, co jest, potrafię, proszę wybaczyć, porównać tylko do tego przyprawiającego o dreszcz momentu, gdy towarzyszymy człowiekowi po raz ostatni zachłystującemu się powietrzem, i być może jesteśmy właśnie świadkami jego reakcji na to, co po drugiej stronie – albo przynajmniej na samym końcu tej pierwszej i jedynej.
Wyszedłem z lasu i już się nad Wielką Brytanią nie znęcam. Dajmy im już spokój. Wiedzą więcej o ciemnej stronie duszy niż ktokolwiek inny. Bardziej cierpi się od świadomości swoich grzechów niż od czyichś razów. Niech żeglują w tym swoim brexicie własnym kursem. Jakoś mniej nawet przeszkadzają mi już ich pijusy na krakowskim rynku. Pokolonialne ruiny nie psują widoku. Oglądam na You Tube „The British Empire in colour” i piję cejlońską herbatę. Jeżdżę do Afryki z czystym sumieniem.
Myślę sobie – opanowali Złote Wybrzeże. Okej. Ale w głębi kontynentu już pewnie nie ma po nich śladu. Dotarłem do miasta Kumasi, z którego można tylko uciec, i znalazłem się o zmierzchu we wsi z dwoma kościołami, jedną knajpą z dykty i tiulowych parawanów i boiskiem zarośniętym po pas pożółkłą trawą. W telewizji transmitowali na żywo Premiership i z przyjemnością obejrzałem pierwszą połówkę Chelsea-Liverpool. Przy budce z orzeszkami zaczepił mnie miejscowy. „From where? Ah, Poland!”. Oczywiście pracował z Polakami w UK i przyjechał do rodziny na wakacje. Gdy dowiedział się, że i ja tam byłem, przywitał mnie ciepło jak kogoś ze swojego klanu. Drżałem, że zaraz zanuci mi jakiś kawałek Popka. Nie ma się co, ladies and gentlemen, puszyć. Na Wyspach gramy w tej grupie co Ghana, Indie i Burkina Faso.

Ilustracja: Wacław Marat.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *