AUTOR

Joanna Kiedrzyńska

Doktora literaturoznawstwa, pracuje jako redaktorka i psychoterapeutka.

Autor zapowiada Międzymorze informacją, że jest to książka o podróżach i wrażeniach oraz skierowanym do czytelnika zaleceniem, aby ją odłożył, jeśli mu się to nie podoba. Ja nie odłożyłam, idea książki podróżniczej po Europie Wschodniej spodobała mi się bardzo.

Kilkanaście lat temu odwiedziłam Rosję, Białoruś, Litwę i Łotwę, i poczułam, jak bardzo wymagające są to miejsca, niekomfortowe, drażniące mieszanką złudnego podobieństwa i dającej po głowie różnicy. Później, gdy przyszło dorosłe życie, już zupełnie nie miałam w sobie przestrzeni na takie wyzwania. Byłam bardzo ciekawa, jak ktoś ze zbliżonego do mojego rocznika znosi te wszystkie trudy.

Pierwsze wrażenie i pierwsze rozczarowanie: autor poszedł na łatwiznę. Wygodne autko. Nieujawniony towarzysz albo anonimowa towarzyszka, chroniący lub chroniąca przed sparingiem z obcością. Knajpy o akceptowalnym standardzie. Spotkania z tubylcami przelotne, sprowadzone do obserwacji wyglądu i prostych gestów albo fałszywej wspólnoty w popijaniu. Rozmowy z wyedukowaną międzynarodówką pisząco-dziennikarską albo ludźmi znającymi niemiecki.

Narzucił mi się taki obraz, jakby autor przemieszczał się w przestrzeni, ale w swojej głowie siedział wciąż w warszawskiej Amatorskiej, gdzie dyskutuje się ze swoimi, podczas gdy stali bywalcy robią za koloryt lokalny. I jakby wyglądające obciachowo lub fajnie budynki, ulice i szyldy zasłaniały mu ludzi, których poczucie, co jest zwyczajne, i tego, co dziwne albo zagrażające, na pewno będzie inne niż jego własne. Ich świat jest nieprzenikniony, może dlatego, że autor nie bardzo może się z nimi dogadać: Posługiwałem się łamanym czeskim, a tak naprawdę pewnie w dużym stopniu wyobrażonym, ogólnosłowiańskim (s. 100). Zapytałem łamanym węgierskim, ale zerknął na moją rejestrację i odpowiedział w jakimś ogólnosłowiańskim: „na benzinki” (s. 211).

Szczerek koncentruje się na wyglądzie i wyciąga z tych obserwacji potężne wnioski. Często wyobraża sobie, kim inni ludzie są, co mogą myśleć i czuć, a nawet robić, zamiast ich o to spytać. Już na początku czytam: W metrze jakiś koleś łysy, który mógł być równie dobrze skinem, jak działaczem LGBT, słuchał muzyki w słuchawkach i płakał. Jeśli był skinem, wyobrażałem sobie, to pewnie słucha jakichś piosenek o upadku Berlina w czterdziestym piątym i samobójstwie Führera. A jeśli LGBT, to pewnie Erasure, Always I wanna be with you and make believe… (s. 9). Muzyka z rozmaitych kręgów środowiskowych okazuje się autorowi przydatna także w wyjaśnieniu podejścia do życia mężczyzn w Skopje, którzy zamawiali kawę albo piwo i dyskutowali o losach kraju, regionu i świata. I cenach samochodów, bo ich marki pojawiały się w szybkiej macedońszczyźnie jak błyśnięcia. Ale to, że siedzieli, nie oznaczało, że siedzieli przez cały dzień i nic nie robili. I got my own way of workin’ – śpiewał Tom Petty w wychwalającej amerykańskie Południe piosence Southern Accents, a za nim Johnny Cash (s. 15).

Gdy zaakceptowałam, że Szczerek jest turystą, a nie antropologiem, że środkowo-wschodnie osobliwości go pociągają, ale nie na tyle, aby w nie wejść i pozwolić im się pobrudzić, odniosłam jednak wrażenie, że to nieprawda, aby zadowalał go sam przepływ wrażeń. Z turystycznej pozycji wygłasza bowiem zupełnie serio komentarze historyczno-polityczne. Słowianie potrzebują dowartościowania. Polacy, jako Słowianie, podwójnie (s. 103). Niemieckość jednak była starą Europą, stykającą się z Rzymem, tworzącą – czy współtworzącą – centrum cywilizacyjne (s. 160). Polski chaos jest wewnętrznie spójny (s. 331). Przypominają one zalecenia dotyczące życia seksualnego autorstwa kogoś, kto naoglądał się pornografii. Najczęściej z żalem, że rzeczywistość nie zgadza się z fantazją. Czechy to Polska, w której można usiąść i odsapnąć, zająć się sobą (s. 99), pisze, jakby kraj z protestancko-mieszczańską historią mógł być Polską po korekcie. Mówi jednak w ten sposób coś ważnego o swoich preferencjach: on lubi to, co nowoczesne, cywilizowane, „atrakcyjne”. Prowincjonalna mania grandiosa to obciach, trzeba z niej wyrosnąć. I potwierdza to w wywiadach.

Ma do tego prawo. Jednak w takim razie w porządku byłaby książeczka dla wschodzących mieszczan budujących swoją tożsamość między postkomunistycznymi korzeniami a aspirowaniem do Zachodu – powiedzmy przewodnik po nostalgicznych knajpach Środkowo-Wschodniej Europy. Może tylko nie takich hardkorowo tubylczych, gdzie autor zalecałby, co wypić i jak nie popełnić faux-pas w zamawianiu lokalnych specjałów. Ale przeskok od voyeurystycznej turystyki do analizy politycznej jest szalenie ryzykowną akrobacją. Poprzez diagnozę, że kraje naszego regionu tworzą nadmuchane wizje swojej wyjątkowości, podczas gdy oraz dlatego że politycznie mało znaczą, równie dobrze można by wyjaśniać dziewiętnastowieczne zrywy niepodległościowe. Nie dostajemy natomiast próby zrozumienia, jaki rodzaj przeżycia, jaki sposób przerobienia historycznych kopniaków prowadzi ludzi dziś do nacjonalistycznego szaleństwa.

Podróż Szczerka to melancholijny trip, który ze strzępków złapanych pospiesznie obrazów, migawek budynków, ulic, konturów postaci układa się w świat poza rzeczywistością, skansen międzymorza, oderwany zarówno od prawdy obserwatora, jak i od serc i umysłów miejscowych. Autor musi przebywać w Europie wyobrażonej i wyprojektowanej, bo nie ma klucza pozwalającego mu rekonstruować wyobrażenia jej mieszkańców, by w ten sposób odnaleźć jej realność. Być może nawet niespecjalnie go oni obchodzą, bo go drażnią – kiczem, naiwnością, prostactwem uruchamiającymi wstyd w każdym, kto odnajduje w sobie pragnienia kojarzące się z niższym piętrem hierarchii niż to, na którym by wolał być. Ktoś piszący w ten sposób wywołuje karykaturalne skojarzenia: leminga z Wilanowa, który nie odmawia małosolnych ogórków od matki, ale kolegom opowiada, że gdyby znał język, chętnie wyemigrowałby do Londynu; bywalca Zbawiksa, który w domu zaklinowałby królewskim, ale przy znajomych zamawia na kaca smoothiesa; hipstera szukającego wyzwalającej prawdy o sobie w niszowej, folkowej imprezie. Weźmy ten oto fragment: Boże, jak żałowałem, że Polacy nie znają swoich piosenek. Że wypierają się swojego pochodzenia, swojej przeszłości. Swojej chłopskości. Albo traktują ją jako powód do wstydu i wyzywają się od wieśniaków, albo idą w drugą stronę i pierdolą o Jakubie Szeli. […] Kiedyś w Lublinie byłem na imprezie, na którą zaproszono ludowych śpiewaków z Kielecczyzny. Hipsterzy na początku nie ogarniali, co robić, ale chwilę później tańczyli jak szaleni. Matko Boska Medjugorska, jakie to było piękne. Z jaką ulgą odrzucali wstyd swoich rodziców, którzy ze wsi weszli do miast, i tańczyli jak wariaci do muzyki ich korzeni. To była jedna z lepszych imprez, na jakich byłem.
A rano przyszedł kac. I znów wszystko było jak zwykle
(s. 14).

Autor nie musi składać samokrytyki za zażenowanie kiczem Lichenia. Nie ma „poczucia wioski” ani potrzeby wspólnotowego leczenia traum poprzez podzielaną prostą symbolikę. Ucieka, a nie szuka gniazda. Jego imponująca zdolność do błyskawicznego przemieszczania się jest jak fuga, unikanie zakorzenienia, zanim mogłoby się pojawić ryzyko żalu i tęsknoty za tym, czego nie zdążyło się dotknąć. Przez to obcy są zawsze skórzaną kurtką, parą różowych adidasów, fajną albo niefajną kompanią do picia, którą zaraz porzuca się dla następnego towarzystwa.

Ziemowit Szczerek, Międzymorze. Podróże przez prawdziwą i wyobrażoną Europę Środkową, wydawnictwa Czarne i Agora, Warszawa 2017.

Ilustracja: Atlas kataloński, 1375.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *