Kultura i Natura, Mateusz Sowiński

Pluskwiaki, z którymi lepiej nie zadzierać

AUTOR

Mateusz Sowiński

Przyrodnik, fotograf, a od wielu lat także popularyzator wiedzy o dzikiej przyrodzie, przede wszystkim o owadach. Od ponad 6 lat prowadzi https://swiatmakrodotcom.wordpress.com/, blog przyrodniczy poświęcony makrofotografii oraz owadom, na którym można znaleźć obszerne, bogato ilustrowane teksty poświęcone bardzo wielu gatunkom.

Wiosna to niebezpieczny okres dla miłośników kąpieli w rzekach czy jeziorach. Przynajmniej tak mówią stare, słowiańskie przesądy, przepełnione najróżniejszymi kreaturami, często o zabójczych zapędach. Wodniki, utopce, mamuny, dziwożony, brzeginki… Wszystkie one miały być najbardziej aktywne właśnie w czasie wiosennych miesięcy poprzedzających Noc Kupały. Wierzono, że właśnie tego dnia ich aktywność zdecydowanie spada.

Co najciekawsze, strach przed wiosennymi kąpielami okazał się na tyle silny, że przetrwał do dziś. Wielu z nas słyszało od babć, że jak kąpiel w jeziorze, to tylko po nocy św. Jana. Rzecz jasna, nie musimy się obawiać wodnych demonów, choć trzeba przyznać, że matka natura postarała się o godne zastępstwo. Pluskwiaki wodne prezentują się bowiem nie mniej strasznie od słowiańskich straszydeł i chociaż daleko im do ich złowrogości, to jednak mają z nimi całkiem sporo wspólnego.

Nie takie straszne, na jakie wyglądają?

Pluskwiaków wodnych mamy wielkie bogactwo. Dzielą się one na te, które zamieszkują powierzchnię wody, czyli Gerromorpha (z nartnikami na czele), oraz żyjące pod jej powierzchnią, czyli Nepomorpha. Zaprezentuje kilka gatunków z tej drugiej grupy, bo ich wygląd i zachowania czasem naprawdę bardzo przypominają te, którymi cechowały się słowiańskie demony.
Wodne pluskwiaki nie są zbyt sympatyczne, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Większość z nich to drapieżniki, a jakby tego było mało, są jadowite. Tak, po schwytaniu ofiary, wstrzykują do jej ciała toksynę, która ma ją natychmiast unieruchomić i przygotować do szybkiego spożycia. Potrafią wykorzystać taki jad również do obrony. Złapane do ręki lub przygniecione, mogą ukąsić, co możemy odczuć bardzo boleśnie. Warto jednak pamiętać, że czynią to wyłącznie w samoobronie, dlatego nie musimy się obawiać, że gdy będziemy zażywać kąpieli, wszystkie zechcą nas pokąsać. Jeśli nie będziemy ich zaczepiać, one odwdzięczą się nam tym samym. Ponadto, choć wyglądają złowrogo, oddają nam bardzo ważne przysługi. Polują na wiele wodnych organizmów, które bywają dla nas niezwykle kłopotliwe – na larwy komarów, meszek i innych muchówek, ograniczając tym samym ich liczebność.

Podwodna modliszka

Na naszą szczególną uwagę zasługuje topielnica (Ranatra linearis), której wygląd i zachowanie sprawiają, że chyba najbliżej jej do demonicznych utopców i topielic. Na pierwszy rzut oka przypomina patyczaka – jej ciało jest smukłe i bardzo długie. Tym samym może się upodobnić do kawałka gnijącej gałązki zaczepionej o podwodną roślinność. Przednie odnóża chwytne o wiele bardziej kojarzą się jednak z modliszką. Mimo to topielnica nie jest spokrewniona ani z patyczakiem, ani z modliszką, ponieważ jest rasowym pluskwiakiem, o czym najlepiej świadczy jej kłująco-ssący aparat gębowy.
Na końcu jej odwłoka znajduje się rurka oddechowa, której długość może być równa długości całego ciała. Razem z nią topielnica może mierzyć do 6-7 cm, co czyni z niej najdłuższego pluskwiaka w Polsce. Rurka oddechowa jest niezbędna, ponieważ – mimo wodnego trybu życia – topielnica może oddychać wyłącznie powietrzem atmosferycznym. Z tego też względu, siedząc na podwodnych roślinach zazwyczaj stara się trzymać blisko powierzchni wody, tak by w każdej chwili móc wystawić koniuszek rurki ponad nią i zaczerpnąć powietrza. Topielnice mają najczęściej dobrze rozwinięte skrzydła. Dzięki temu mogą opuszczać zamieszkiwane przez siebie wody i zasiedlać kolejne. Szykująca się do lotu topielnica wychodzi na jakiś unoszący się na wodzie patyk albo liść i cierpliwie czeka, aż jej skrzydła wyschną, gdyż dopiero wtedy może wystartować. Czasami zdarza się, że w trakcie lotu zboczy z kursu, np. zwabiona światłem, i wleci komuś do mieszkania lub przyleci do ulicznej latarni.
Chociaż ma dość delikatną budowę ciała, nie przeszkadza jej to być groźnym drapieżnikiem. Poluje z zaskoczenia na drobne bezkręgowce, takie jak skąposzczety czy larwy muchówek i komarów. Atakuje również owady lądowe, które przez przypadek spadły na powierzchnię wody. Ofiary chwyta przednimi odnóżami, po czym uśmierca je jadem wstrzykiwanym przez potężną kłujkę, a następnie wysysa.

Skorpion z sadzawki

Topielnica jest jednym z dwóch rodzimych pluskwiaków należących do rodziny płoszczycowatych (Nepidae). Jej drugim przedstawicielem jest płoszczyca szara (Nepa cinerea), która prezentuje się zupełnie inaczej. O ile topielnica przypomina krzyżówkę patyczaka z modliszką, o tyle płoszczyca wygląda raczej jak połączenie skorpiona z… uschniętym liściem! Jej ciało jest bowiem szerokie, a do tego mocno spłaszczone. Płaskie są także przednie odnóża. Choć również chwytne, wyglądają inaczej niż u topielnicy. Płoszczyca jest mniejsza, osiąga tylko 2 cm, nie licząc rurki oddechowej, która osiąga podobne wymiary, co całe jej ciało. Niektóre osobniki potrafią fruwać i w ten sposób zasiedlać kolejne zbiorniki wodne, jednak wiele z nich ma uwstecznione mięśnie skrzydłowe, co uniemożliwia im odbywanie lotów.
Płoszczyca szara zamieszkuje praktycznie wszystkie typy zbiorników. Dorosłe osobniki można spotkać przede wszystkich przy brzegu, gdzie bez trudu mogą wystawiać rurkę oddechową ponad taflę wody. Młodsze lubią też przesiadywać na rzęsie wodnej oraz dużych liściach pływających po powierzchni. Mimo wodnego trybu życia płoszczyce są fatalnymi pływakami, dlatego najczęściej wolno kroczą po dnie, bądź czają się wśród opadłych liści, gdzie znakomicie się maskują. Dzięki temu mogą nie tylko uniknąć drapieżników, ale również napaść z zaskoczenia na potencjalną ofiarę.
Chociaż poruszają się niezgrabnie, płoszczyce są sprawnymi, a do tego bardzo silnymi drapieżnikami, które potrafią upolować znacznie większe od siebie zwierzę. Bez trudu pokonują równie drapieżne larwy ważek czy wodnych chrząszczy, ale od czasu do czasu zdarza im się upolować kijankę czy małą rybkę. Podobnie jak topielnice, płoszczyce chwytają ofiary przednimi odnóżami, po czym nakłuwają kłujką i uśmiercają jadem.

Groźne grzbietopławki

Wśród wodnych pluskwiaków nie brakuje również znakomitych pływaków. Wśród nich są pluskolce (Notonecta spp.), których mamy aż 6 gatunków. Niestety, są one do siebie bardzo podobne, a odróżnienie ich jest wyjątkowo trudne, zwłaszcza gdy widzimy jedynie spód ich ciała. Właśnie od tej strony pokazują się nam najczęściej, ponieważ pływają grzbietem do dołu, przez co dawniej były zwane grzbietopławkami. Wbrew pozorom takie nietypowe zachowanie ma uzasadnienie. Spód pluskolców jest dużo ciemniejszy niż wierzch, dlatego trudniej je dostrzec na tle ciemnego dna. Podwodne drapieżniki mają ten sam problem, gdy widzą jasną stronę tych pluskwiaków na tle nieba.
Pluskolce dorastają mniej więcej do 1,5 cm. Ich tylne odnóża są pływne, co zresztą widać na pierwszy rzut oka, ponieważ przypominają ogromne wiosła. Dzięki nim pluskolce pływają nie tylko sprawnie, ale również bardzo szybko. Najczęściej można je zauważyć tuż przy tafli wody, gdy pobierają powietrze atmosferyczne, które następnie gromadzą pod skrzydłami. Zaniepokojone natychmiast nurkują, po czym chwytają się jakiegoś patyka lub wodnej rośliny, by nagromadzone powietrze nie wypchnęło ich do góry. Pluskolce świetnie pływają, ale również dobrze latają, co bardzo im się przydaje do przemieszczania się między zbiornikami wodnymi.
Podobnie jak wiele innych wodnych pluskwiaków, pluskolce są groźnymi drapieżnikami, które polują głównie na inne owady, także te latające, które przypadkiem spadły na powierzchnię wody. Od czasu do czasu chwytają również kijanki lub narybek, choć najczęściej ograniczają się do osłabionych bądź chorych osobników.

Podwodna pszczoła

Niektóre wodne pluskwiaki, ze względu na możliwość bolesnego ukąszenia, bywały w przeszłości nazywane „wodnymi pszczołami” lub „wodnymi osami”. Dotyczy to pluskolców, ale również żyrytwy pluskwowatej (Ilyocoris cimicoides), która przypomina połączenie płoszczycy z pluskolcem. Jej ciało jest mocno spłaszczone, szerokie. Przednie nogi są chwytne i nieco podobne do odnóży płoszczycy, choć wyraźnie mniejsze. Tylne nogi żyrytwy są natomiast pływne, podobnie jak u pluskolców, dzięki czemu jest ona znakomitym i szybkim pływakiem, który dziarsko przedziera się pomiędzy podwodną roślinnością w poszukiwaniu pokarmu i jedynie czasami podpływa na moment do powierzchni, by nabrać powietrza.
Chwytne odnóża oraz umiejętność szybkiego pływania są ważnymi atrybutami, które czynią z niej groźnego, aktywnie polującego drapieżnika. Jej celem są przede wszystkim inne owady, drobne skorupiaki czy pierścienice, a okazjonalnie również osłabione kijanki czy narybek. Część osobników potrafi świetnie latać, inne jednak mają uwstecznione mięśnie skrzydłowe i nie są w stanie odbywać aktywnych lotów. Nie jest to jednak dla nich żadną przeszkodą. Żyrytwy, choć nieco nieporadnie, całkiem sprawnie poruszają się po lądzie. Dzięki temu mogą dotrzeć do lądowych zimowisk, a wiosną powrócić do wody.

Wodne cykady

Wioślakowate (Corixidae), zwane też wioślakami, to rodzina wodnych pluskwiaków bardzo bogata w gatunki – w naszym kraju mamy ich aż 34. Praktycznie wszystkie one są do siebie bardzo podobne, właściwie nie do odróżnienia dla osób nieobeznanych z owadami. Spośród zasadniczo drapieżnych pluskwiaków wodnych wyróżniają się tym, że w dużej mierze są wszystkożerne, ale w diecie większości z nich dominuje pokarm roślinny. Pożywiają się przede wszystkim glonami oraz drobnymi szczątkami organicznymi, które wychwytują z mułu za pomocą przednich odnóży. Wyróżniają się spośród pluskwiaków wodnych także np. obecnością gruczołów zapachowych, które są typowe dla pluskwiaków lądowych. To one właśnie odpowiadają za wydzielanie nieprzyjemnych zapachów.
Z wyglądu wioślakowate przypominają pluskolce, ale pływają normalnie, czyli grzbietem do góry. Prócz tego są zwykle mniejsze (choć bywają wyjątki) i mierzą od kilku do kilkunastu milimetrów. Rzadko można je zauważyć przy powierzchni wody, zazwyczaj podpływają do niej jedynie na chwilę po to, by nabrać powietrza. Dużo częściej można je dostrzec, gdy pływają w pobliżu dna. Trzeba przyznać, że są znakomitymi, a do tego bardzo szybkimi pływakami. Od czasu do czasu zdarza im się jednak zaczepić środkową parą nóg o dno lub jakieś zatopione gałęzie i wówczas można im się przyjrzeć. W razie potrzeby wioślakowate potrafią również sprawnie latać; czasami w nocy przylatują do światła.
W okresie godowym samce niektórych gatunków potrafią wydawać dźwięki. Dzięki temu bywają nazywane „wodnymi cykadami” (co ciekawe, cykady również zaliczają się do pluskwiaków). Szczególnie wyróżniają się pod tym względem reprezentanci rodzaju Micronecta, a zwłaszcza Micronecta scholtzi. Naukowcy, którzy badali ten gatunek, wykazali, że malutki (mierzy najwyżej 2 mm) pluskwiak potrafi wydawać dźwięki o natężeniu dochodzącym do 99,2 decybeli, co można porównać z hałasem młota pneumatycznego albo pędzącego pociągu! Inna sprawa, że woda znacznie tłumi wydawane przez niego dźwięki, ale i tak, będąc w ich pobliżu, można je usłyszeć jako całkiem głośne ćwierkanie. Ciekawy jest również sposób wydawania tych dźwięków, ponieważ nasz bohater tworzy je poprzez pocieranie falistego spodu odwłoka swoim własnym… penisem! Wioślaki z niektórych innych rodzajów także głośno ćwierkają, ale czynią to w mniej perwersyjny sposób, bo poprzez pocieranie udami przednich odnóży o boczne krawędzie głowy.
Ćwierkanie wioślaków to podobno niejedyne dźwięki, jakie możemy usłyszeć podczas spacerów nad wodą. Jeśli wierzyć legendom, niektóre jeziora potrafią nam zaserwować dodatkowe doznania akustyczne, w postaci dźwięku… dzwonów, który ma się rzekomo wydobywać z ich głębi. Ponoć mają pochodzić z zatopionych świątyń, a nawet całych wsi! Czy jest w tym choć ziarenko prawdy? Któż to wie. Jeśli jednak chcemy przeżyć niezapomnianą przygodę nad jeziorem, z całą pewnością możemy liczyć na wodne pluskwiaki. Nie potrzeba nam odwagi godnej Geralta z Rivii – wystarczy przykucnąć nad brzegiem wody i z uwagą spojrzeć w jej toń.

Zdjęcia: Mateusz Sowiński.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *