Olga Drenda

Myć ręce, prać ręczniki

AUTOR

Olga Drenda

Dziennikarka i tłumaczka, absolwentka Etnologii i Antropologii Kultury UJ. Publikowała m.in. w "Polityce", "The Guardian", "2+3D", "Glissando", "Dwutygodniku", "Lampie", "Digital Camera Polska", "Tygodniku Powszechnym", "Szumie", "Trans/Wizjach", "Gazecie Magnetofonowej". Współpracowała z festiwalem Unsound i lubelskim Centrum Spotkania Kultur. Współautorka polskiego przekładu "Delikatnego mechanizmu" i "Wybuchowego biletu" W.S. Burroughsa, tłumaczka scenariuszy filmowych oraz fragmentów "Bukaresztu" Małgorzaty Rejmer na język angielski. Ostatnio wydała książkę "Duchologia" (wyd. Karakter, 2016). Mieszka w Mikołowie.

Niedawno serdeczna koleżanka wręczyła mi do przejrzenia wczesnodwudziestowieczną broszurę o wychowaniu dzieci trudnych. Przesunęła ona pewną dźwignię w moim mózgu. Jako jeszcze bardzo mały królik miałam przecież do czynienia ze starszymi tekstami, pisanymi w duchu troskliwej połajanki, łączącymi biadolenie z instruktażem.

To publikacje z czasów, kiedy obowiązywała jeszcze bardziej dojmująca niż dzisiaj terminologia lekarska, w osobliwy sposób ujawniająca sploty miłosiernego pochylania się z pewną bezwzględnością, a ludzi dotkniętych różnymi niepełnosprawnościami nazywano kaleką czy głuptakiem. Lektury z epoki, gdy powszechne było kończenie nazwisk na „-owa” i „-ówna”, i to bez przekąsu, albo noszenie nakryć głowy w zależności od pozycji społecznej. Ta mowa rezonuje dzisiaj w starannych makabreskach-pouczankach Macieja Sieńczyka, który zapewne trafił podczas swoich śmietnikowych wypraw na niejedną edukacyjną broszurkę o losach poczciwych – jak wówczas mówiono – imbecylów czy o pożytkach z utrzymywania higieny na co dzień (dlatego tak bardzo lubię Sieńczyka czytać).

Trzeba wam wiedzieć, że wychowywałam się w niezłomnej wierze w moc nauki. Jedynie króliki i zające wzruszały mnie bardziej niż opowieści o powszechnej edukacji, elektryfikacji, komunikacji publicznej i eliminacji chorób zakaźnych. Czułam wielką wdzięczność i szczęście, wiedząc, że cywilizacja opromienia nas, polskie dzieci, i nie musimy wstawać do szkoły przed świtem, pasać gąski boso po rosie ani umierać na koklusz, jak nieszczęsne dzieci przedwojenne.

Sama mieszkałam blisko tych dóbr, ponieważ babcine kurczęta i porzeczki rosły dosłownie o zamaszysty rzut beretem od wielkiego gierkowskiego kombinatu naukowo-medycznego. Studenci z dalekich krajów kształcili się tam na lekarzy i odbierali dyplomy w pięknych strojach narodowych, a moja mama pracowała na najprawdziwszym komputerze Odra. Co prawda, krążyło groźne widmo Czarnobyla i miejska legenda o japońskich naukowcach, którzy orzekli, że na Śląsku nie ma prawa przetrwać żadne życie, ale z drugiej strony chroniła nas przecież tajemnicza willa Chruszczowa, do której dygnitarz koniec końców nigdy nie dotarł. Schowana w lesie, klinika dziecięca wydzielała szczepionki przeciw chorobom, których same nazwy, jak głosił tytuł innej książeczki, „mąciły rozum i budziły lęk”: tężcowi, krztuścowi, a przede wszystkim niosącej grozę „hajnemedynie”. Wciąż żywa była legenda czarnej ospy, która nie tak dawno przecież nawiedziła Wrocław, i o której przypominały szczepionki, okrągłe jak pieczątki, na ramionach moich rodziców. O gruźlikach słyszałam nadal wesołe anegdotki, jak to kaszleli do termosów. Żartowano makabrycznie, że to taka jajecznica. Uczono nas, by myć ręce przed jedzeniem, bo wszędzie są zarazki, jeść owoce, bo z nich mamy witaminy, i jeździć nad morze, aby nabrać jodu. Co byłoby bez tego, pouczały wczesnopowojenne broszurki, które trafiały przypadkiem w moje młode ręce – biblioteczne resztki, może mamine szkolne lektury, które zaplątały się gdzieś w szafie. A w nich – nieszczęśnicy ginący na suchoty, choleryczne cmentarze i wreszcie choroba, która samą swoją nazwą budziła dreszcz obrzydzenia: jaglica, choroba z brudu i nędzy. Książeczka o Wojtku, który ratował swoich bliskich przed utratą wzroku, chyba kilkakrotnie wznawiana w latach czterdziestych i pięćdziesiątych, uczy podstaw higieny, dzisiaj oczywistych. Jakże można było żyć w takich gniazdowiskach bakterii, głowiło się dziecko ze schludnego mikrogospodarstwa, gdzie regularnie prano ręczniki, a dłonie po pracy myto pastą bhp.

Ale też nowo nabyta technologia, a może i każde inne dobro, szybko staje się przezroczysta. W pierwszych latach powszechnej dostępności Internetu w Polsce również nastąpił taki właśnie przeskok świadomościowy; użytkownicy sieci, beztrosko poruszający się ze skromną jeszcze prędkością po informacyjnej autostradzie, wysyłali sobie mailami wyimki z rzekomego poradnika dla gospodyń wiejskich. Trzeba koniecznie i obowiązkowo mieć w domu oddzielną dużą miednicę do mycia się i mniejszą miedniczkę do podmywania. Karmienie w miednicy prosiąt, cieląt lub kur jest niedopuszczalne. Nie można pozwolić na to, by tuż przed progiem dzieci załatwiały swoje potrzeby naturalne. Prócz tych autentycznych cytatów z poradnika „Dbaj o siebie” z roku 1966 internetowe zgrywusy w łańcuszku szczęścia dodały kilka innych, bardziej wyolbrzymionych. Była w tym chyba jednocześnie brzydka pogarda dla wciąż niecywilizowanego – jak wyobrażano to sobie – człowieka wsi, ale też maskowane śmiechem oszołomienie i niedowierzanie, że całkiem niedawno tak być przecież mogło.

Pogarda to rzecz karygodna, ale niedowierzanie rozumiem. O upiorach jaglicy i krztuśca lubiłam słuchać i czytać, bo wiedziałam, że medycyna zesłała je w niebyt. Moi miejsko-półwiejscy rówieśnicy z podstawówki dorastali już bowiem w większości na schludnych osiedlach, w blokach ozdobionych mozaikową kostką, wyposażonych w łazienki i stałe ogrzewanie, niecierpiący z powodu awitaminoz, jedzący w szkolnej stołówce. Jeśli by mierzyć rozwój pokoleń za pomocą Elementarzy Falskiego, to moja klasa byłaby co najmniej z wydania z ilustracjami Janusza Grabiańskiego – ze świata prostopadłościanów i meblościanek Kowalskich, łazienek w domach, „tu motocykl taty”, a „moja kolacja to kotlet, jajko i kakao”. Na dodatek w telewizji serwowano nam już ekscytujące rzeczy: deskorolki, kosmos, dinozaury, teledyski czy chociażby psa Pankracego. Edukacja tymczasem jakby nie nadążała i tkwiliśmy wciąż w niedolach czasów sanacji, czego symbolem był dla mnie podręcznik języka polskiego dla klasy IV, pełen ciężkiej dydaktyki. Moja młodsza siostra mogła już cieszyć się w szkole opowiadaniami o wesołej gąsienicy i śwince morskiej jedzącej twaróg. My czytaliśmy opowiadania o naszych rówieśnikach, którzy przyuczali się do zawodu u rzemieślnika i zamiast cieszyć się na skromne gwiazdkowe prezenty, jak wystrugany z drewna konik, musieli spędzać dni przy warsztacie. Historie, w których za drobne błędy czekały straszliwe konsekwencje, i w których każda reakcja emocjonalna oznaczała eksplozje patosu w stylu epoki (por. Serce De Amicisa, które wśród doroślejszych bywalców portalu Lubimyczytać.pl nadal wyciska łzy, a dzieciom lat 90. zdawało się irytującym emocjonalnym szantażem). Serwowano nam utwory z dawniejszego świata, w którym do dzieci mówiono zdrobnieniami zdrobnień, jakby chciano ocieplić, nadkruszyć codzienną szorstkość, a jednocześnie w domu i szkole z zasady i dla dyscypliny wymagano i bito. Przede wszystkim utwory skierowane pierwotnie do dorosłych, by wzruszyć ich nieczułe na krzywdę serca, a dla nastolatka późnego XX wieku – jakby przybyłe z innej, obcej planety. Gdy jedenastolatek czytał pozytywistyczne nowelki o niedoli suchotniczych dzieci, reagował bezlitosnym śmiechem, nie zaś współczuciem i zrozumieniem. W ten sposób radziliśmy sobie z dysonansem poznawczym: kazano nam współczuć, a my nie wiedzieliśmy dlaczego.

Dzisiejsze rezultaty ekspozycji na taką edukację obserwowałam na co dzień w przedszkolu i podstawówce: dzieci żyjące w irracjonalnym strachu przed popijaniem jedzenia (a nie: piciem wyłącznie po jedzeniu) lub siadaniem na ławce, ponieważ mogłyby tą swawolą urazić samego Boga, albo dzieci-mali purytanie, zabraniające innym radości, rugające przejawy entuzjazmu. Gdy cieszyłam się z piątki i uznawałam ją za zasłużoną, natychmiast słyszałam za sobą syk kilkuletniej purytanki: „nie chwal się!”. Widzę je i dzisiaj, choć pod nieco innym kątem. Gdy przedstawiciele czy przedstawicielki internetowego komentariatu nie umieją rozmawiać inaczej niż z przekąsem, heheszkując, przebijając zawczasu balony powagi i kierując dyskusję w rejony absurdu, mam graniczące z pewnością podejrzenie, że mieli do czynienia z podręcznikami do polskiego autorstwa Marii Nagajowej. Dla młodszych pokoleń patos, emocjonalnie wysokie rejestry, wielkie słowa są jakby bardziej strawne, nie bolą ich od tego zęby. Nie wiem, co jest lepsze i jak sobie z tym poradzić. Wiem natomiast, że należy często myć ręce i prać ręczniki.

Ilustracje z kolekcji Olgi Drendy.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *