AUTOR

Ewa Jałochowska

Ewa Jałochowska, rocznik 1975; historyczka sztuki.

Fenek biegł po pustyni. Słońce biegło ku zachodowi, koła samochodu toczyły się po piasku, a on wcale się nie bał. Tym razem miał prawdziwy, dobry plan. Na złamanie karku biegł przed siebie. Skarabeusz zaufał przyjacielowi, i gdy ten kluczył, próbując zgubić pościg, on w zaciszu fenkowego ucha oddawał się ulubionemu zajęciu. Jakiemu? Oczywiście gawędzeniu.

– Moja droga gąsienico jedwabnika. Mówisz, że nie chcesz zostać motylem, ale czy ty wiesz, skąd się wzięły motyle?
– Z kokonu – wzruszyła ramionami.
– Z kokonu – zamyślił się skarabeusz.

Gąsienica pomyślała, że wolałaby święty spokój niż słuchanie upartego żuka, który chce zmusić ją do stania się tym, kim ona za żadne skarby stać się nie chce.

– Tylko tyle wiem o motylach, że lepiej pozostać gąsienicą – odparła.

– Opowiem ci więc, co ja o nich wiem i co kiedyś wiedziano, i w co kiedyś wierzono – powiedział skarabeusz. – Ty mówisz, że motyle wychodzą z kokonu i masz rację, ale Aborygeni znają inną historię powstania motyla niż ty. Dawno temu istniał szczęśliwy czas, gdy nie było jeszcze śmierci. Gdy się wreszcie pojawiła, zwierzęta bały się jej i jej nie ufały. Śmierć na różne sposoby starała się przekonać je do siebie. Obiecywała, że ten, kogo zabierze ze sobą do krainy duchów, powróci z niej na ziemię pod inną postacią. Ale nikt nie chciał odejść ze śmiercią, nawet na próbę. Wreszcie na pójście do nieba dały namówić się gąsienice. Postanowiły sprawdzić, jak naprawdę działa śmierć. Odeszły w zimie i na wiele miesięcy słuch o nich zaginął. Zwierzęta już myślały, że gąsienice nie powrócą nigdy. Ale gdy przyszła wiosna, gdy tylko słońce ogrzało ziemię… „Gąsienice powróciły!”, krzyczały ważki na prawo i lewo, „Śmierć nie kłamała!”. I rzeczywiście, gąsienice powróciły i, jak obiecywała śmierć, powróciły całkiem odmienione. Znikły obłe, brzydkie ciała. Zamiast nich zwierzęta zobaczyły unoszące się w powietrzu śliczne, lekkie motyle o bajecznie kolorowych płachtach skrzydeł. I właśnie tego wiosennego dnia zwierzęta zaufały śmierci.

Odwrócona tyłem gąsienica patrzyła w niebo. Jej ciało wyrażało nie te uczucia, na które liczył skarabeusz. On chciał entuzjazmu, a grzbiet gąsienicy wyrażał dystans. Ale dystans to znacznie za mało, żeby zrazić skarabeusza i przerwać jego opowieść. Bo skarabeusze, jak wiadomo, słyną z wytrwałości. On więc nabrał powietrza w tchawki. Co to są tchawki? Nie wiesz? System oddechowy owadów, czyli sieć rurek, które prowadzą tlen do wszystkich części ciała, w tym przypadku do części ciała skarabeusza. A zatem zaczerpnął powietrza w tchawki i zaczął od nowa: 
– Amerykańskie plemię Ojibwa z pokolenia na pokolenie opowiada sobie zupełnie inną historię powstania motyli. Może ona cię wzruszy. Działo się to bardzo dawno temu, gdy żyła jeszcze Kobieta Duch (Spirit Woman). Zwierzęta pomagały jej opiekować się dziećmi, bliźniakami. Jeleń dawał im mleko, wilk przynosił upolowane przez siebie mięso, a pies pilnował bliźniaków, żeby im się nic nie stało. Grubym futrem ocieplał je niedźwiedź. Dzieci rosły szczęśliwe. Czas mijał i powinny już zacząć używać nóg, ale one wciąż tylko siedziały i nawet nie próbowały chodzić. Zwierzęta martwiły się, i gdy tylko spotkały ducha Ojibwa Nanabush, zdradziły mu swoje smutki. Duch popatrzył na dzieci i na zwierzęta, pokiwał głową i powiedział: „Tego się można było spodziewać. Dzieci nie chodzą, bo nie muszą. Przecież dajecie im wszystko, czego potrzebują: jedzenie, bezpieczeństwo, ciepło i troskę. Ale postaram się wymyślić sposób, żeby musiały nauczyć się chodzić.” Jak obiecał duch Ojibwa, tak zrobił. Znalazł kolorowe kamienie, żółte, niebieskie, zielone i czerwone, i rzucił je wysoko w niebo. Gdyby zwykły człowiek rzucił w niebo kamienie, niechybnie spadłyby mu na głowę. Jednak kamienie rzucone przez ducha Nanabush nie spadły, tylko zamieniły się w różnokolorowe motyle. Bliźniaki zobaczyły unoszące się w powietrzu kolorowe skrzydła. Chciały je złapać, wstały więc i w ten sposób błyskawicznie nauczyły się chodzić – skończył i znowu popatrzył na gąsienicę. Wciąż nic nie mówiła, ani na niego nie patrzyła, ale z pewnością słuchała.

Skarabeusz zastanowił się chwilę, która opowieść powinna zabrzmieć w następnej kolejności. Gdy już wiedział, zaczął opowiadać legendę indiańskiego plemienia Tohono O’odham. Mówił o Stwórcy, który pewnego razu zapatrzył się na bawiące dzieci. Patrząc, zrozumiał, jaki czeka je los. Dzieckiem jest się krótko, potem człowiek dorasta i się starzeje. Staje się nieporadny i słaby. Stwórca posmutniał. Postanowił dać dzieciom radość, aby uczynić zadość przyszłym trudom starości. Otworzył szeroko magiczną torbę i zaczął wrzucać do niej promienie słońca, kolorowe liście, kwiaty, niebo, śpiew ptaków. Gdy torba była pełna cudów, zaniósł ją i podarował dzieciom. A gdy one, ciekawe, co też znajduje się w jej środku, otworzyły torbę. Wtedy z wnętrza czarodziejskiego worka wyfrunęło mnóstwo pięknych, śpiewających motyli. Dzieci zachwyciły się nimi, ale ptaki zachwycone nie były. „Jak to, motyle śpiewają?!” Ćwierkały oburzone. „Są piękne, kolorowe, zjawiskowe i jeszcze śpiewają? Nikt nie ma szansy im dorównać. To niesprawiedliwe.” Powiedziały, a Stwórca, słysząc ich skargi, przyznał im rację. Odebrał więc śpiew motylom i pozostawił go ptakom.

– Bardzo miły z ciebie skarabeusz – zaczęła powoli gąsienica, ziewając szeroko w niebo – Tylko, że bardzo sentymentalny. W głowie latają ci tęczowe motylki i ptaszki. Mam nadzieję, że nie opowiesz mi za chwilę o różowych jednorożcach.

Skarabeusz podrapał się po głowie i strapiony pomyślał: „Nie wzruszają jej dzieci, może władza zrobi na niej wrażenie. Władza, którą kiedyś miały motyle.”
– A opowieść o Hinie z Hawajów znasz? – zapytał. Gąsienica westchnęła ciężko i pokręciła głową na znak, że nie zna, ale pewnie niestety zaraz ją pozna. „Cóż, pomyślała, siedzę uwięziona w uchu fenka. Muszę słuchać twoich łzawych opowieści…”.

Skarabeusz uśmiechnął się pod nosem. Żeby nie wypaść i nie stoczyć w dół po pysku fenka, czterema z sześciu łap złapał mocno kępki włosów i odważnie wychylił się z prawego ucha. Przed nim rozciągała się pustynia. „Otóż to! Musi mnie słuchać, bo nie ma dokąd uciekać”. I wtedy powtórzył jej wszystko, co wiedział o hawajskim micie.

Hina nie był zwyczajnym motylem fruwającym z kwiatka na kwiatek. Był motylem, który wziął w posiadanie noc. Mógł rozświetlać ją blaskiem Księżyca lub skąpić jej światła. Mógł, bo posiadał Księżyc. Dlaczego Księżyc należał właśnie do niego? Właściwie należał nie do niego, tylko do niej. Bo Hina była boginią, boginią-motylem, pierwszą kobietą a zarazem boginią Księżyca, na którym mieszkała. Nocą polinezyjskie ludy zwracały twarze ku Księżycowi, gdy ten stopniowo zanikał i zamieniał się w cienką niteczkę rogala i mówiły „Ach tak! Znowu się dzieje to samo. Jak co miesiąc Hina znowu zjada Księżyc”.

– Widziałaś kiedyś potężniejszego motyla? – spojrzał na gąsienicę i ze zdumieniem dostrzegł, że ona także patrzy na niego. „Kto by pomyślał” mruknął do siebie „A jednak coś ją zdołało poruszyć”. Skarabeusz nie zwlekał. Już rzucał jej nową opowieść, jeszcze bardziej niezwykłą i wspaniałą.
Pewnego pochmurnego dnia z nieba na ziemię sfrunął motyl. Chwilę krążył w powietrzu, aż usiadł tam, gdzie łączą się dwie rzeki i gdzie stoją niebieskie klify. Musisz wiedzieć, że tego właśnie motyla zwano ojcem wszystkich zwierząt, bo to on je stworzył. Stworzył i owady, i węże, i żaby, i bizony, wszystkie małe i duże gryzonie…


– I ptaki też? – spytała gąsienica.

– I ptaki też. A tego pochmurnego dnia motyl, ojciec wszystkich zwierząt, postanowił stworzyć jeszcze jedno, ostatnie już zwierzę. „Z czego by je zrobić?”, zastanawiał się krótką chwilę. Wreszcie zdecydował i użył własnego potu. Z potu motyla powstał więc człowiek, w każdym razie tak mówią Indianie Pima.

– Co tłumaczy, czemu człowiek jest tak bardzo nieudany – przerwała mu zdenerwowana. – Wyrządził wiele złego! I ty chcesz, żebym została motylem?! Motylem, który stworzył okrutnego człowieka? Mam nadzieję, że jest w tej historii coś więcej niż tylko… niż tylko niedomyty, spocony owad.

– Jest znacznie więcej, tylko ty nie potrafisz tego dostrzec – skarabeusz wpatrzył się w niebo. – Motyl powołał przecież do życia także wszystkie inne zwierzęta, nie tylko człowieka. Ten fakt umknął ci już jako nieistotny. Ale co do człowieka wcale się nie pomyliłaś. Im więcej było ludzi, tym gorzej się zachowywali. Kłótliwi ludzie myśleli tylko o własnym interesie, co wcale nie podobało się wielkiemu motylowi. Postanowił dać im możliwość poprawy i ostrzec ich, zanim zdecyduje ukarać. Jako pierwszy w imieniu motyla przemówił północy wiatr. Jego mowę zrozumiał szaman. „Jeśli nie staniecie się lepsi, uczciwsi i milsi dla siebie nawzajem – tłumaczył ludziom – spadnie na was kara”. Ale oni tylko wyśmiali szamana, nie traktując poważnie ostrzeżenia północnego wiatru. Ani wschodni wiatr, ani zachodni także nie zdołały przekonać ludu Pimy, że warto żyć uczciwie. Gdy przyszedł czas na południowy wiatr, ten nie próbował już nawet namawiać kogokolwiek do zmiany. Na to było już zdecydowanie za późno. Szeptał tylko szamanowi do ucha, że powinien ratować siebie i żonę z wielkiej powodzi, która będzie karą zesłaną przez ojca motyla. Kierując się słowami wiatru, szaman wydrążył w drewnie zamkniętą kulę, uszczelnił ją żywicą, pozbierał zapasy i gdy nadszedł czas, schował się w niej razem z żoną. Wokół padał deszcz, topiąc stary świat, a oni siedzieli schowani bezpiecznie w drewnianej kuli, z której wyszli dopiero, gdy woda opadła.

– Człowiek zasłużył i motyl słusznie go ukarał – powiedziała ponuro gąsienica. – Żałuję jedynie, że deszcz, którym zalał ludzi, nie wrzał. Jedwabniki giną przecież we wrzącej wodzie.
– Widzę, że chcesz pomścić na człowieku własny gatunek, ale muszę cię uprzedzić, że są tacy, którzy twierdzą, że człowiek pochodzi od motyla.
– Niemożliwe! – oburzyła się. – Niemożliwe, że ten ciężki, bezbarwny, nijaki, zły i głupi stwór ma cokolwiek wspólnego z motylem.

– A jednak ktoś w to wierzył – pokiwał głową skarabeusz, poprawił się w uchu fenka i opowiedział o wyspie Sumatrze, jednej z wysp Archipelagu Wielkich Wysp Sundajskich położonego na Oceanie Spokojnym. Ludzie wierzyli tam, że pochodzą od trzech braci, a ci wykluli się z jaja, które złożył motyl. Uśmiechnął się do gąsienicy.

– W Indiach żyło plemię, które hodowało jedwabniki. Z szacunku i podziwu dla nich plemię wierzyło, że człowiek pochodzi od motyla.

– I na Madagaskarze! – krzyknął pędzący fenek, a piasek zgrzytał mu między zębami. – Ale w Serbii było inaczej! Motyl nie był dobry, pod jego postacią ukrywały się czarownice!

Fenek był zmęczony. Ludzie nie rezygnowali. Samochód wciąż za nim jechał. W pomarańczowej poświacie zachodu słońca ryczał silnik. Wokół zaczynało robić się szaro. Ponownie, jak co dzień, po długim dniu pustynia pogrążała się w mroku i chłodzie. Na tę chwilę czekał fenek.

– Trzymajcie się! – warknął i skoczył do przodu. Gdzieś przed nim powinna być wielka wydma. Dobrze ją pamiętał. „W ciemności ludzie jej nie dostrzegą i samochód po niej nie zjedzie”, myślał. „A nawet jeśli nie zjedzie, może kłusownicy przestraszą się i wreszcie zrezygnują z pościgu? Tak byłoby najlepiej… W każdym razie dla mnie”. Turlając się, spadając i znowu tocząc po piasku w dół, już wiedział, że trafił na właściwą wydmę. U jej stóp zerwał się na równe łapy i otrzepał. Otrzepywali się także skarabeusz i gąsienica, bo piasek wpadł fenkowi nawet do uszu. Po chwili z góry usłyszeli wycie silnika, obroty kół i łomot pędzącej ostro w dół maszyny. Ludzie zahamowali na samym dole wydmy. „Mało brakowało”, mruczał pod nosem roztrzęsiony kierowca, „mało brakowało”. Reflektory oświetlały czarne postacie krążące wokół maszyny.

– Wracamy, jutro poszukamy innego – powiedziała jedna z nich. – Przez tego spryciarza mało nie zginęliśmy.
„Akurat przeze mnie. Sami jesteście sobie winni”, pomyślał fenek.

Ilustracje: Ewa Jałochowska

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *