AUTOR

Łukasz Bińkowski

urodzony w 1985 r., pochodzi z Raciąża (woj. mazowieckie). Współzałożyciel i redaktor Nowych Peryferii., człowiek marginesu politycznego. Bliskie jest mu zdanie Emila Ciorana o potrzebie stworzenia języka, którego “słowa, niczym pięści, gruchotałyby kości”, nieregularny publicysta.

Przyznajcie, kim jesteście, że tak zależy na tym wam,
Abyśmy żyli w nędzy i wciąż niszczyli własny kraj,
Nie mogli krzyczeć głośno, o tym co każdy z nas już wie
I co dziś tak naprawdę dla tego kraju liczy się
Walczycie z Polską, z dumą w swym sercu,
A w swoich rękach każdego dnia niesiecie sierp i młot

Horytnica, Sierp i młot

Historia nie robi nic
Marks i Engels, Święta rodzina

Szok komunizmu, rozumianego jako marzenie pozbawionych nadziei, jako alternatywa dla kapitalizmu, która wycisnęła piętno na wyborach i postawach klas posiadających w centrum i na peryferiach, jako idea wcielana w konkret społeczno-polityczny rewolucji bolszewickiej, ZSRR, państw realnego socjalizmu, jako inspiracja dla walk społecznych i ludowych krótkiego XX wieku, oczywiście przeminął wraz z wulgaryzatorami, dogmatykami i pierwszymi sekretarzami. Tak pojmowany komunizm zdychał w tym samym czasie, gdy na świat wydany został potworek spłodzony wspólnie i w porozumieniu przez thatcheryzm, reaganomikę i prawicową kontrrewolucję czasów zimnej wojny.

Tradycja komunistyczna odegrała rolę napisaną przez szkołę Cold War Warriors. Stała się ekscesem kryminalnym, nieskończonym terrorem zrealizowanej utopii. Spolityzowana teoria totalitaryzmu i zajmująca się liczeniem trupów historiografia w rodzaju „Czarnej księgi komunizmu” przyjęły antybolszewicką wersję zbolszewizowanej historii [I]. Słowa o zrzeszeniu, w którym swobodny rozwój każdego jest warunkiem swobodnego rozwoju wszystkich, miały już na stałe ozdabiać muzea osobliwości.

Po tym okresie smuty rehabilitowano Marksa – piewcę kapitalizmu i globalizacji jako sił burzących tradycjonalistyczne lub feudalne porządki. Niektórzy wrócili do tradycji lewicowego radykalizmu i samego Marksa, jako myśliciela par excellence rewolucyjnego, z nadzieją na przewartościowanie kapitalizmu po kryzysie 2008 r., gdy ostatecznie skończył się optymizm końca historii lat 90. Inni przy jego pomocy chcą dobić neoliberalną wersję kapitalizmu, zarówno w jego mutacji stricte złodziejskiej, jaki i postępowej. Marks nadal wiele mówi o nas i świecie, w którym przyszło nam żyć, i nawet „The Economist” radzi traktować go poważnie, by czytelnicy nie skończyli jako następne ofiary marksizmu [II]. Powracają zatem prawdziwie wyklęci. Róża Luksemburg, ta zapoznana prekursorka keynesizmu, której ciągle aktualny Kryzys socjaldemokracji stanowi precyzyjny zapis nadciągających okrucieństw XX w., czy Lenin, jako teoretyk i praktyk wyrąbywania ścieżek oporu w sytuacji historycznych katastrof, szczęśliwie wychynęli zza zakrętu dziejów, otrzepali trupi kurz i jeszcze będzie o nich głośno wśród ludu pracującego i niepracującego miast i wsi. Odżywają klasycy, a my, późne wnuki Lenina [III] czy innych tradycji bojowej lewicowości, powracamy do starych dzieł i wyrugowanych teorii w obliczu nowych katastrof i wyzwań. Oczywiście, towarzyszy nam w tym przemykający cień tragizmu dwudziestowiecznej polityki, który przybiera autorefleksyjną formę lewicowej melancholii czy, jak proponują inni, żałoby po klęsce (walki klas), albo wraca jako akt oskarżenia wysuwany przez naszych antykomunistycznych przeciwników.

Rewindykacje takie mają wymiar przygotowawczy, ograniczony do pracy intelektualnej i samoorganizacyjnej w salach seminaryjnych, redakcjach, ale i na ulicach, gdzie wyraża się gniew i opór społeczny. Mogą mieć wymiar twórczy, krytyczny, jak i wtórny, gdy przybiera się stare pozy tylko po to, by odtworzyć chwile dawnej chwały. Mimo że siły polityczne na lewo od establishmentowej socjaldemokracji odzyskują niezależność i odwagę wypowiedzenia posłuszeństwa konsensusowi, a w państwach europejskiego Południa toczą heroiczne boje z międzynarodówką finansową i jej lokalnymi ekspozyturami, to rozumiany szeroko socjalizm nie jest traktowany jako alternatywa dla zastanych porządków. Przerażenie elit politycznych budzi przede wszystkim mające rzekomo zagrozić aktualnym stosunkom władzy enfant terrible systemu, jakim jest populistyczna prawica. Taktycznie wypiera się przy tym, że główny nurt stopniowo przyjmował prawicowe idee – stawał się coraz bardziej antydemokratyczny, zamordystyczny, wyobcowany, rozmywając postępową i prospołeczną krytykę w celach czysto merkantylnych bądź dla utrzymania władzy. Ulało się jednak, więc decydenci łkają teraz nad populizmem i wzrastającym zagrożeniem nacjonalizmami.

W przypadku krajów postsocjalistycznych (mam na myśli głównie Polskę, choć przykłady Węgier czy Ukrainy także są użyteczne, a z pewnymi zastrzeżeniami dotyczy to również przypadku rosyjskiego, o czym później) wciąż widoczna jest linia Łaby, przysłowiowe granice zaborów czy z lekka tylko zardzewiała żelazna kurtyna. Spory między patriotami a globalistami oraz rehabilitacja ostrzejszych form lewicowej mobilizacji politycznej, napędzające konflikty w zachodniej Europie, odbijają się tu swoistym powidokiem. W centrum życia politycznego umieszczony zostaje komunizm organizujący wspólnotę narodową niczym kozioł ofiarny, który przed śmiercią łypie złowrogo czerwoną źrenicą i wypuszcza trujące gazy. Antykomunizm ostatniej godziny, jako forma antylewicowej krucjaty w Europie Wschodniej, stanowi nowe pole walk społecznych. Jest to zjawisko oryginalne, ale niesamodzielne, bo stanowi ono w krajach tzw. pierwszego świata wyraz ogólniejszego tryumfu przemocy, pogardy i sadyzmu społecznego jako zasad porządkujących. Oczywiście źródłem jest tu opresja systemu kapitalistycznego, nieubłagany ruch kapitału w jego aktualnej fazie (anty)rozwoju. Dualizm, o którym tu piszę, choć ma oczywiście swoje obiektywne uzasadnienie historyczne (i często przeradza się w utrwalanie orientalistycznych stereotypów, jeżeli nie uwzględnia tego, jak nowoczesność świata zachodniego karmiła się kolonializmem, niedorozwojem i wyzyskiem peryferii), staje się pozorny, gdy dostrzeżemy, w jaki sposób przemoc społeczna, ekonomiczna i kulturowa wtłaczana jest w krwiobieg między Władywostokiem a Lizboną. Przemoc ta oglądana jest przez pryzmat Benjaminowskiej interpretacji kapitalizmu jako religii czystego kultu, permanentnego trwania dni krwawych obrzędów, religii, która nie darowuje win, lecz przeciwnie – pogłębia winę [IV]. Nie ma ona wymiaru czysto ekonomicznego, nie jest tylko nagim wyzyskiem, nie jest również opresją stricte polityczną. W ujęciu, które mnie interesuje, mutuje w formach hybrydalnych. Tak właśnie czytam słynny fragment z „Kapitału” Marksa: Przemoc jest akuszerką każdego starego społeczeństwa brzemiennego nowym. Przemoc sama jest potęgą ekonomiczną, która wyraża napięcie i przenikanie się tego, co ekonomiczne, z tym, co polityczne [V]. Prowadzi nas również do konkretu europejskiej polityki czasów niepewności, coraz zajadlejszych form akumulacji, długiego trwania recesji i oczekiwania na katastrofę.

Przykłady z ostatnich lat pokazują, z jak głębokim kryzysem konfrontujemy się współcześnie. Od wzrastającej islamofobii, stającej się nowym antysemityzmem, kryzysu uchodźczego związanego z likwidacją organizmów państwowych w północnej Afryce i na Bliskim Wschodzie, poprzez kształtowany siłą Frontexu i państwowych straży przybrzeżnych nowy paradygmat granic świata europejskiego, jako granic nie tylko dobrobytu, ale podstawowego egzystencjalnego bezpieczeństwa, po tak banalne sprawy, jak Brexit, Trojka, jako zbrojne ramię neoliberalnej UE, i bezprecedensowe stłamszenie Grecji. Rzeczywistość kryzysów, recesji, wzrastających nierówności, braku partycypacji i poczucia sprawczości w procesie wyłaniania władz państwowych i ponadnarodowych, rozmontowywania systemów państwa opiekuńczego w państwach-wzorach opiekuńczości jest być może nowością dla deklasowanego mieszczaństwa. Klasy ludowe zdążyły się już z tym oswoić. Pacyfikacja postępowej i prospołecznej alternatywy wobec ułudy formalnej demokracji liberalnej i władzy kapitału z jednej strony, a z drugiej zaostrzanie negatywnych tendencji odśrodkowych rodzą swoiste konsekwencje. Wielką bitwą naszych czasów, która jednocześnie przysłania istotę kryzysu, staje się konflikt: kapitalistyczna technokracja versus kapitalistyczna (i bardziej lokalna) teokracja. Stąd sukcesy coraz prymitywniejszych trybunów antyestablishmentowej reakcji w rodzaju Trumpa czy zarządców masy upadłościowej z nadania rządzącej oligarchii, którzy mają ratować, co się da (przykład Macrona).

Warto zauważyć, że nie jest to sprzeczne z logiką kapitalizmu w jego aktualnej fazie głębokiej depresji, gdzie progresywny neoliberalizm wije się w konwulsjach sprzeczności, a wszelkie praktyki legitymizacyjne systemu kapitalistycznego zastąpiono, przepraszam za prostotę wypowiedzi, bezwstydnym złodziejstwem. Trudno już przysłaniać ten kryzys i sprzedawać wizję kapitalizmu jako systemu niosącego nawet już nie społeczne wyzwolenie i rozpłynięcie się w kojącej konsumpcji, ale stabilizację na podstawowym poziomie zaspokajania potrzeb. Stąd sukces paternalistycznych wizji tradycyjnej rodziny na swojej ojcowiźnie, wszelkich patriotyzmów gospodarczych, socjalnych konserwatyzmów czy złudnego populizmu pod światłym przewodnictwem miliarderów jako pozornych recept na przerażenie mas i społeczną deprywację. Wybór staje się prosty: kapitalistyczny wyzysk albo to samo w ramach jeszcze surowszego porządku. Na marginesie, ten moment oporu umożliwia nam zrozumienie, że walka o kulturę, w której da się żyć bez poczucia wyobcowania i opresji, nie musi być sprzeczna z działaniami podejmowanymi w ramach konfliktów o bardziej egalitarny system podziału dóbr czy wyzwolenie pracy. W Europie Wschodniej szczególnie mocno widoczny jest ten splot degeneracji kultury politycznej, przybierający postać swoistej kontrrewolucji, z ustanawianymi od przełomu 1989/1991 nowymi porządkami socjoekonomicznymi. Lokalne zróżnicowania (choć oczywiście istotne dla praktyk oporu) – więcej neoliberalizmu czy też mocniejszy kapitalizm państwowy, oligarchia lokalna czy otwarcie się na oligarchie międzynarodowe, demokracja suwerennościowa i nieliberalna czy też nasycana europejskimi wartościami i często równie nieliberalna, gdzie w ramach demokratyzacji uprawia się kult cargo pozornego liberalizmu i zachodniactwa – mieszczą się w ramach kapitalistycznej normalności, dla której nie ma alternatywy. Liberalizm ekonomiczny i nacjonalizm niby są w zwarciu, ale często warunkują swój rozwój lub wręcz stają się jedynymi gwarantami transformacji w posttotalitarnych społeczeństwach.

W Polsce zdziczenie charakterystyczne dla krajów peryferyjnego kapitalizmu przyniosło nie tylko masową emigrację, ale po dwudziestu latach od końca PRL-u rehabilitację najgorszych tradycji politycznych (i nie są to tradycje lewicowe), zwulgaryzowanego patriotyzmu oraz ideału nacjonal-katolickiej, etnocentrycznej wspólnoty. Jako formę i tworzywo kultury politycznej wybrano obsceniczny i absurdalny antykomunizm. Niestety, tutaj szok i trauma komunizmu były, zdaje się, tak wielkie, że polityka i praktyka antykomunistyczna, pod sztandarami której organizowane były w przeszłości postępowe walki – choćby z kontrrewolucją stalinowską czy dominacją antyrobotniczej, partyjnej nomenklatury, współcześnie odzywają się coraz silniejszym i bardziej obleśnym skomleniem o uporządkowanie przyszłości. Ponieważ propagatorzy i wykonawcy tych praktyk nie są materialistami, dodajmy, że chodzi o jej uporządkowanie w duchu integralnej reakcyjności i antylewicowości, a nie tylko sentymentalizmu bogoojczyźnianej celebry znanej z uroczystości. Rozsądna ocena sugerowałaby, że antykomunizm powinien zniknąć z horyzontu społecznego wraz z ostatnimi przejawami realnego socjalizmu. Dlatego jego rozwój wydaje się tym bardziej absurdalny w sytuacji nieistnienia obecnie jakiejkolwiek realnej siły politycznej odwołującej się do radykalnie interpretowanego marksizmu. Między Odrą a Bugiem nawet ostrożna socjaldemokracja jest tłamszona, poniewierana za skrajny program i potencjalny zamordyzm. Ciągle musi zachowywać czujność, zawsze ma wykazywać się wstrzemięźliwością. Lewicę postpezetpeerowską samoograniczano, gdyż przyjęto, że SLD mniej wolno, bo po szkarlatynie, ciężkiej chorobie, jaką była PRL, obowiązuje kwarantanna. Podział postkomunistyczny już nie napędza walk politycznych, ale kwarantanna trwa, rozciągana tym razem na całą lewicę [VI]. Strażnikami poprawności są pospołu prawicowi tropiciele bolszewizmu, dla których przeszłość komunistyczna trwa, liberałowie, obsługujący społeczeństwo obywatelskie pod hasłem dajcie się nam bogacić, czy liberalistyczni symplifikatorzy, okupujący lewe skrzydło rynku idei, zwalczający niebezpieczne, ich zdaniem, miazmaty radykalizmu. Tryumf bojowego antykomunizmu pogrobowców Błękitnej Dywizji i tzw. wyklętych wyznaczył nam również symboliczny kres postkomunizmu, gdy SLD w głosowaniu parlamentarnym opowiedział się za ustanowieniem Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych [VII].

Schemat reinterpretacji historii jako pola walki politycznej o władzę w krótkiej i dłuższej perspektywie został przedstawiony przez Jarosława Kaczyńskiego już ponad 10 lat temu: W tej konstytucji bardzo ważne jest jasne określenie tożsamości historycznej. W przypadku kraju, który przez większość z ostatnich 300 lat funkcjonował w stanie opresji, związanej najpierw z zaborami, a potem z komunizmem, niezbędne jest utwierdzenie tożsamości jednoznacznie nawiązującej do tradycji niepodległościowej, do I i II Rzeczypospolitej. Jednocześnie musi być to tożsamość, mówię to wprost, wyraźnie antykomunistyczna. Był to problem szczególnie dyskutowany w początku lat 90. Wówczas wiele osób wywodzących się z tradycji walki o Polskę niepodległą, demokratyczną tę tożsamość antykomunistyczną zdecydowanie kwestionowało. Otóż nie zgadzamy się z nimi. Konstytucja powinna nadawać państwu polskiemu charakter państwa o tożsamości antykomunistycznej, tak jak powojenne Włochy miały na przykład wyraźnie tożsamość antyfaszystowską. To jest, z naszego punktu widzenia, rzecz oczywista.

Programowa wypowiedź J. Kaczyńskiego z wykładu wygłoszonego w Fundacji Batorego w 2006 r., do której wraca się dzisiaj, analizując działania i pragnienia władz drugiej IV RP, zakreśla obszar, gdzie nowa polityka historyczna, uzbrojona w sankcję państwową, prawną i kulturową, manifestuje swoje najgroźniejsze i najbardziej wybujałe oblicze. Wypowiedź ta precyzyjnie opisuje, rozsianą po wielu obszarach życia społecznego, pracę na materiale ludzkim i historycznym dla aktualnych i przyszłych celów politycznych, powiedziałbym nawet, że cywilizacyjnych. Dwa komponenty wydają się kluczowe dla tych praktyk. Są to werbalny antykomunizm (często rytualny, bo jednak średni szczebel partyjny bywa użyteczny dla budowania struktur i sprawowania władzy) wyradzający się w antylewicowość, gdzie kategorie takie, jak lewactwo, gender, europejskość jako bolszewizm, eurokołochoz, wychodzące poza czystą taktykę polityczną, mają ukazać lewicę jako coś obcego organicznej wspólnocie konstytuowanej przez antykomunizm, oraz hegemonia (nawet przaśna prawica zna Gramsciego), która zapewnić ma trwanie tego schematu dyskryminacyjnego niezależnie od zmian większości partyjnej rządzącej państwem. Sprowadza się to wszystko do wyposażenia decydentów różnych szczebli i rang czy też odpowiednio ukształtowanej opinii publicznej w prawo udzielania imprimatur dla tego, co dopuszczalne w dyskursach. Represjonowany w ten sposób sam będzie czuł się w obowiązku tłumaczyć, że nie jest bolszewikiem z nożem w zębach ani żydokomuną i nie chce grabić zagrabionego czy przerabiać chrześcijańskich dzieci na macę. Jak zauważa dr Piotr Majewski w „Przeglądzie”: Na pierwszym planie są bezrefleksyjność i banalność nacjonalizmu. Jednak nie banalność w potocznym rozumieniu tego słowa, lecz rozumiana raczej jako zdroworozsądkowy, nawykowy i codzienny sposób myślenia. Z pomocą takiego „zdrowego rozsądku” można wywierać silną presję na to, co człowiek myśli i mówi. Od samego początku naszej edukacji naród jest przedstawiany jako zjawisko naturalne, a więc ahistoryczne, niemalże byt pochodzenia boskiego. Nie ma najmniejszej refleksji nad pochodzeniem takich pojęć jak naród, patriotyzm czy wspólnota narodowa ani nad ich historycznymi kontekstami i uwikłaniami [VIII]. Inkulturacja tak rozumianego kodu antylewicowego do kultury powszechnej wykluczać ma ze wspólnoty narodowej wszystkich heretyków, schizmatyków i dzikusów, którzy jeszcze chcą żyć po swojemu i przy okazji trochę poprawić świat. A przynajmniej ma paraliżować potencjalną skuteczność ich działań w przyszłości.

Zasadnicza różnica między dyktaturą kulturową lewicy a hegemonią prawicowego światopoglądu sprowadza się do kierunku pożądanych zmian społecznych. W tym drugim przypadku mamy do czynienia z regresem politycznym i kulturowym jako zasadą, projektem u swego zarania antyrównościowym, elitarystycznym, dyskryminacyjnym, który w rezultacie cofa nas na pozycje przedpolityczne. Znany bon mot Róży Luksemburg dobrze opisuje ten zimny wychów społeczeństwa, gdzie siły postępowe zepchnięte zostają do defensywy i mają stać się nieistotne. Nie przybiera on już formy alternatywy socjalizm albo barbarzyństwo, ale barbarzyństwo albo barbarzyństwo.

Nie twierdzę, że Kaczyński rozpisał ten plan i realizuje go z żelazną dyscypliną. Uruchomił po prostu, tak jak konserwatyści brytyjscy przy okazji Brexitu, pewne procesy społeczne, które znalazły swoje miejsce w kulturowej przestrzeni polskiego społeczeństwa i żyją już niezależnie do woli Prezesa czy obsługujących ten odcinek intelektualistów i naukowców. W jego przypadku mieliśmy przecież do czynienia z chwilowymi zerwaniami (choćby pochwała gierkowszczyzny w czasie jednej z kampanii wyborczych), niekonsekwencjami i dużą dawką cynizmu, choćby przy doborze kadr, o których tak lubią mówić popularne media opozycyjne. Nie jest w tym konkretnym obszarze władcą marionetek, demiurgiem, a na pewno nie jest osamotniony w swych staraniach. Logika kontrrewolucyjna, która mogła być silna w pierwszych latach restauracji kapitalizmu i transformacyjnej destabilizacji, wraca po trzydziestu niemal latach z jeszcze mocniejszą tendencją do patologizacji i kryminalizacji poprzedniego ustroju i funkcją antykomunizmu jako zasadą porządkującą świat polityczny. Formuła propagandowa o walce trzeciego pokolenia UB z trzecim pokoleniem AK i kariera resortowych dzieci są przykładami tych praktyk.

Na pewnym poziomie podobne stanowisko zajmuje nie tylko pozostała część nurtu postsolidarnościowego czy opozycyjna wobec PiS skrajna prawica, ale również liberałowie i socliberałowie protestujący na marszach i w gazetach pod hasłami powrotu do PRL-u, mówienia Gomułką i Moczarem, pis-bolszewizmu, jest Partii i ONR-u spadkobiercą PiS. Polega ono na przejęciu frazeologii ze sztambucha propagandowego prawicy, w którym ubekistan, postkomunistyczne monstrum czy post-PRL były kategoriami używanymi do zohydzenia krajobrazu pookrągłostołowego. Nie chciałbym nadużywać zasady symetrii, ale wysadzone przez Kaczyńskiego z siodła elity zarządzające III RP w specyficzny sposób wspierają tendencje, które niosą prawicę do władzy. Środowiska liberalno-demokratyczne uznają rządy Kaczyńskiego za powrót do dusznej atmosfery późnego Bieruta, wczesnego Gomułki lub środkowego Jaruzelskiego, jak tam akurat fantazje poniesie, niepozwalający Polsce wykonywać pracy modernizacji i powstrzymujący marsz ku europejskości. Figura homo sovieticusa z lat wczesnej transformacji, jako odpadka po reżimie socjalistycznym, zastąpiona została zwykłym sowieciarzem, który niby powrócił do władzy. Mamy tu przykład zrealizowanej logiki antykomunistycznej w wydaniu liberalnym. Charakterystyczna jest w tym kontekście wypowiedź jednego z posłów opozycyjnych, twierdzącego, że model państwa, który buduje PiS, to jest model żywcem przeniesiony z PRL-u, a na pewno nie z Polski lat 20. i 30. [IX]. Pan poseł zapewne uwielbia kawalkady inwektyw pod adresem leninowskiej z ducha polityki Kaczyńskiego, a jedność moralno-polityczną i centralizm demokratyczny uważa za kluczowe kategorie przy analizie praktyk obecnej władzy. Z pewnością ukochał również II RP, tak jak oczywiście każdy, niezależnie od pochodzenia, współczesny Polak i każda Polka. Chciałbym jednak przypomnieć, że rządząca partia odwoływała się swego czasu do tradycji sanacyjnej, dla której charakterystyczny był przecież autorytaryzm i antyparlamentaryzm. Samobójcze ciągoty opozycji są równie silne jak miałkość programowa i tęsknota za słodkimi czasami III RP. Nie jest to tylko specyfika polskiej opozycji odwołującej się do liberalizmu, polityczny antykomunizm buzuje również w innych krajach Europy Wschodniej.

Podobne obrazki przynosiły relacje z protestów przeciwko rządowym planom zamknięcia Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego w Budapeszcie. Pikiety i marsze w maju tego roku odbywały się pod sztandarami proeuropejskimi i prozachodnimi (próbowano nawet wieszać flagi UE na budynkach rządowych) oraz antykomunistycznymi (bo zamordyzm i Rosja jako spadkobierczyni komuny). Skandowano oczywiście „Europa, Europa!” oraz „Rosjanie do domu!”. Długi cień komunizmu radykalizuje walczące strony – prawicowo-nacjonalistyczny rząd usuwa resztki widomych znaków komunistycznej utopii, liberalna opozycja z braku pomysłu na siebie zapatrzona jest w utopię europejską i chce zwalczać komunistów u władzy tu i teraz. Pole walki politycznej można opisać jako bój o to, kto przeprowadzi modernizację wokół metapolitycznego zadania, jakim jest wykorzenienie Wschodu, który jest w nas. Antykomunizm stanowi tu istotny komponent. Jak więc widać, w krajach, gdzie tendencje do ściągnięcia cugli chaosowi nowoczesności znajdują poparcie w społeczeństwie, a marzenia prawicy o własnej drodze w świecie post-demokracji stają się ciałem i krwią, nawet opozycja wraz z masami obywatelskimi miast i wsi pracują wytrwale dla rządu. Za darmo i bez nadziei na wynagrodzenie, ale pewnie szczerze, bo uznają się za tych prawdziwych antykomunistów, czyli jedynych autentycznych modernizatorów. Nie potrafią znaleźć odpowiedniej taktyki odpowiadającej na coraz bardziej autorytarny kurs władzy i aporie (także własnych) dyskursów posttotalitarnych i modernizacyjnych. Na Węgrzech w procedurze oczyszczania ducha węgierskiego ze złogów komunizmu i żydokomuny usuwa się pomnik i zamyka archiwum Györgya Lukácsa. Na Ukrainie surowe prawo dekomunizacyjne dyscyplinuje młodego internautę, który publikuje na portalu społecznościowym śmieszne obrazki z Leninem. W ramach niszczenia narzędzi przestępstwa zarekwirowany zostaje egzemplarz „Kapitału” Marksa, co jest z pewnością ciekawym wkładem w 150. rocznicę jego opublikowania. W Rosji z kolei dyskurs liberalno-antykomunistyczny wierny jest tradycji zerwania i odrzucenia Wschodu, natomiast rządowy ustanawia specyficzną ciągłość. Oba na równi stają się farsowym teatrum. Jak pisze Ilja Budrajtskis: Zgodnie z dyskursem antykomunistycznym, który dominuje w znaczącej części inteligencji, Rosja nie może wyzwolić się od swej przestępczej przeszłości, stać się „normalnym krajem”, tj. bezwarunkowo przyjmującym zasady ideologicznego konsensu globalnego kapitalizmu. Wygnanie widma powinno się dokonać poprzez radykalne oczyszczenie tak na płaszczyźnie symbolicznej (tzw. dekomunizacja, przeprowadzona wedle wzorców znanych z innych krajów postsocjalistycznych), jak i poprzez moralne pokajanie się – kolektywne przyznanie się do odpowiedzialności za grzechy minionych pokoleń [X]. Oficjalna polityka karmi siebie i opinię publiczną wizją narodowego pojednania i naturalizacji różnic w ramach depolityzacji społeczeństwa i stabilizacji władzy wiecznego tu i teraz. Antykomunistyczna polityka historyczna pełni rolę zwornika w konserwatywnych projektach politycznych, które dzisiaj napędzają konflikty lub stają się podstawą współpracy w tej części Europy. Na przykładzie niepokój i nieporozumień historycznych między Polską i Ukrainą – mimo, iż oficjalna polityka obu krajów jest tyleż antyrosyjska, co antykomunistyczna – dobrze widać jej sprzeczności i ograniczenia.

Wracam do Polski i słów prezesa PiS sprzed ponad dziesięciu lat, bo wydaje się, że najbardziej syntetycznie wyrażają to, co aktualnie rozpisywane jest w grantach i dotacjach ministerialnych na promocję patriotyzmu oraz przywracanie pamięci historycznej, co znajduje ujście w popnacjonalizmie i antylewicowym kodzie kulturowym, który inspiruje zarówno anonimowych użytkowników portali społecznościowych, jak i polityków. W tym miejscu trzeba przypomnieć, że nowy model polityki wobec historii skorelowany był z sukcesem obozu politycznego braci Kaczyńskich, a jego realizacja, wraz z późniejszymi mutacjami, nie byłaby możliwa bez aktywności środowisk naukowo-inteligenckich związanych z PiS. Ważnym elementem był klimat przełomu, związany z kryzysem legitymizacyjnym obozu III RP, oraz dominacja dwóch partii postsolidarnościowych, które proponowały nowe pomysły na zorganizowanie przestrzeni politycznej w Polsce. Istotną rolę odegrała rewolucja semantyczna, z której narodziła się nie tylko idea IV RP, pomysły zmian ustrojowych, ale również przekonanie o konieczności przemodelowania formuł patriotyzmu czy mechanizmów kształtowania tożsamości historycznej, co dało początek nowej polityce historycznej [XI]. Jej zręby stworzone zostały przy okazji przygotowywania obchodów 60. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, gdy ustanowiono jego kult państwowy i ogólnonarodowy, a następnie były rozwijane przez instytucje władzy w latach 2005-2007. Jak zauważa Zbigniew Gluza na łamach kwartalnika „Karta”: Obchody 2004 r., w przeciwieństwie do poprzednich, nie były tylko hołdem złożonym powstańcom. To moment, w którym historia znacznie wtedy wyszła poza krąg weteranów czy osób związanych z Powstaniem – ożyła w całym społeczeństwie. To był istotny przełom (…) Nowo definiowaną „politykę historyczną” uzasadniano tym, że jest ona konieczna, bowiem przez poprzednie kilkanaście lat w sprawach przeszłości Polska jedynie biła się we własne piersi, przyznając się do swoich win wobec innych – co było oczywiście interpretacyjnym nadużyciem. Całe uzasadnienie odnosiło się w gruncie rzeczy nie do historii, ale do oponentów władzy. „Polityka historyczna” nie skupiała się na zadaniach, które stawia przeszłość, lecz miała zwiększyć efektywność bieżącej polityki [XII]. To napięcie między upamiętnieniem przeszłości a zadaniami współczesnej gry politycznej dało przestrzeń dla realizacji celów metapolitycznych, gdy nowoczesny patriotyzm jutra, a w szczególności antykomunizm, miał się stać ideą, zwornikiem państwowości.

Polityka historyczna, jak każda polityka, jest sferą mobilizacji politycznej, organizowania siły, ustanawiania porządku – niezależnie od tego, czy będzie to jej wersja liberalna, która zakłada większy pluralizm, neutralność i łagodne formy konstruowania pamięci zbiorowej, czy też konserwatywno-narodowa, gdzie zadania legitymizacyjne, delegitymizacyjne i mobilizacyjne oraz wpływ na społeczeństwo i państwo są wyraźniej podkreślone. Ograniczanie się w jej krytyce do stwierdzenia, że jest wyłącznie odgórną manipulacją i propagandą, którą umożliwia zdobyta większość parlamentarna, zamazuje nam istotę sprawy. W takim ujęciu problem powinien rozwiązać się w 2007 r. przy zmianie rządu, a przecież tendencje nie zostały zatrzymane. Obserwujemy wręcz ich umasowienie i radykalizację. Bronisław Komorowski przejął pomysł ustanowienia dnia upamiętniającego tzw. żołnierzy wyklętych, a z okazji 11 listopada zaczął składać kwiaty na pomniku Dmowskiego wraz ze środowiskami neoendeckimi. Widzimy tu zatem praktyczną realizację tego, o czym mówił Dariusz Gawin w 2008 r.: Politycy mają obowiązek zaproponowania języka, w którym ludzie się odnajdą i który pozwoli im wyrazić dumę z bycia razem. W latach dziewięćdziesiątych nie zaproponowano demokratycznego i nowoczesnego języka dumy narodowej. Z tego powodu stało się dużo złego. Rząd Jarosława Kaczyńskiego popełniał błędy, za które był brutalnie atakowany. Jednak nie da się już odwrócić niektórych spraw. Dziś już nie dyskutujemy o sensowności prowadzenia polityki historycznej. Rozmawiamy o tym, jaką politykę trzeba prowadzić. To wielki sukces. Zmieniła się nasza świadomość [XIII]. Klęskę poniosła liberalna polityka historyczna, która nie znalazła odpowiedzi na społeczną zmianę. Lewicowa nie miała warunków, żeby się narodzić w odpowiednim czasie, a idee, jak wiemy, mają swoje konsekwencje, więc na kamieniu wyrodziły się potworki.

Ostrze nowej wersji polityki historycznej skierowane zostało przeciw III RP, oskarżanej o wierność zasadzie ucieczki od historii, oraz patriotyzmowi krytycznemu w kształcie przedstawionym przez Jana Józefa Lipskiego w rozprawie „Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy”. W Polsce po 1989 r., zdaniem konserwatywnych krytyków, dominował patriotyzm minimalnych środków i liberalne założenie, że państwo nie powinno uczestniczyć w propagowaniu i kształtowaniu świadomości historycznej. Tak opisuje zastaną sytuację Marek A. Cichocki: Z kolei transformacja polityczna przyniosła nie tylko demokrację, ale również usankcjonowanie zniszczenia pokaźnej części archiwów zawierających wiedzę o przeszłości oraz faworyzowanie tych, którzy przez kilkadziesiąt lat starego reżimu dopuścili się ewidentnej zdrady swych współobywateli. Polacy są więc na początku XXI wieku wspólnotą, którą – mówiąc trochę górnolotnie – pozbawiono korzeni, wyjęto jej serce i zresetowano pamięć o samej sobie. Z punktu widzenia klasycznej definicji wspólnoty politycznej stanowi więc ona dość osobliwe monstrum. Dlatego wydaje się, że w polskiej rzeczywistości to, co w pamięci pozostało, owe niepasujące do siebie szczątki różnych tradycji są dla publicznej przestrzeni raczej elementem dezintegrującym, a w każdym razie ich podstawowe publiczne i polityczne funkcje uległy znacznemu zaburzeniu [XIV]. Odpowiedzią na tak zarysowany kryzys tożsamości, erozję pamięci wspólnotowej, anomię społeczeństwa, z którymi nie potrafiły poradzić sobie elity III RP wierne hasłu wybierzmy przyszłość, miała się stać pamięć historyczna jako narzędzie renowacji wspólnoty narodowej: Hasłem przewodnim był odwrót od krytycznego patriotyzmu i powrót do neokonserwatywno-narodowej ideologii, której mottem stał się patriotyzm jutra. Paradoksalnie patriotyzm jutra definiowany był z wczorajszego punktu widzenia. Jego istotą pozostało tworzenie wspólnoty opartej przede wszystkim na wartościach XIX-wiecznego patriotyzmu etnicznego. Dominowała tendencja do utrwalania, a nie rewidowania i krytycznego oglądu wzorów przeszłości przy jednoczesnym założeniu, że przyszłość też winna zostać tym wzorcom podporządkowana [XV]. Negatywny wpływ rewizjonizmu historycznego i krytycznej postawy wobec przeszłości w ujęciu Lipskiego polegał na pomieszaniu cnót wywodzących się z dwóch różnych porządków: religijnej caritas, miłości bliźniego, z wywodzącym się z porządku politycznego patriotyzmem. Istnieje bowiem – pisze Gawin – „nieusuwalne w istocie napięcie” między „ewangelicznym nakazem miłowania wrogów” a „zobowiązaniem do choćby minimalnej lojalności przede wszystkim w stosunku do własnej wspólnoty, własnej zbiorowości, lojalności, jaką narzucać musi – jeśli chce przetrwać – każde ciało polityczne” [XVI].

Źródłem sukcesu, ale i zrealizowanych zagrożeń polityki historycznej wydaje mi się jej powiązanie z konkretnym, zaprzęgniętym w zimną wojnę domową, układem politycznym, z konkretnym polem walki politycznej ze starymi układami, gdzie celem było ustanowienie nowego porządku. Godny pochwały zamiar odbudowania wspólnotowości i solidarności musiał łączyć się z wykluczeniem i stygmatyzacją przeciwnika. Nawet najbardziej inkluzywna i pluralistyczna wspólnota narodowa, jak w założeniach przedstawiali to muzealnicy, musiała mieć swoich wrogów. Odwoływano się zatem do zwulgaryzowanych odczytań Carla Schmitta i jego koncepcji polityczności oraz władzy suwerennej, a koncepcję wróg-przyjaciel, związaną pierwotnie z ochroną fundamentów państwowości, przystosowano do zwykłych walk partyjnych. Przyjmowano koncepcję polityki historycznej jako sporu i konfliktu. Mieliśmy walkę z widmami PRL-u, walkę z post-PRL-em, czyli Polską Michnika i „Gazety Wyborczej”. Dekomunizacja i lustracja coraz wyraźniej nakierowane były na zwykłą kryminalizację i patologizację realnego socjalizmu jako czarnej dziury między dwiema okupacjami a częściowo wolnymi wyborami. Stąd oparcie państwowej pamięci historycznej na odnowionej łączności z dziedzictwem I i II RP. Jak zauważa Rafał Chwedoruk: Ekspansji idei polityki historycznej towarzyszyły także motywy pragmatyczne. Próba wykreowania w rocznicę zakończenia II wojny światowej przez przyszłych zwycięzców wyborów podziału na Polskę historyczną poakowską i nihilistyczną postpeerelowską co prawda zakończyła się fiaskiem, ale usiłowanie ponownego sięgnięcia po antykomunizm jako motyw podziałów socjopolitycznych powróciło po wyborach. Kluczowymi kategoriami organizowania przeszłości i tworzenia użytecznych tradycji tu i teraz stały się: rehabilitacja romantycznego kanonu narodowego, rytuały czczenia bohaterów jako podstawowa forma uczestnictwa w patriotyzmie, heroistyczne koncepcje państwa i wspólnoty narodowej. Wspólnota owa stawać się miała wspólnotą dumy, a nie wstydu, opartą na pozytywnych aspektach przeszłości. Oczywiście te pozytywne aspekty podlegają weryfikacji z punktu widzenia kanonu prawicowej tradycji historycznej. W kanonie tym komunizm jest złem fundamentalnym, najstraszniejszym, więc dla lewicy, nawet dla niepodległościowego socjalizmu, zostaje mało miejsca. Chyba że będzie to Pużak na procesie szesnastu w Moskwie. Tak rozumiana, konserwatywna polityka historyczna złączona została nie tylko z celami integracyjno-społecznymi, ale stać się ma kluczowym elementem trwania państwowości i polskiej racji stanu: Dlatego kiedy słyszymy od polskich zwolenników liberalizmu o patriotyzmie minimalnych środków, nie dajmy się zwieść ich retoryce: przemawia przez nich nie nowoczesny, europejski liberalizm, ale polski zaścianek. Ten zaścianek nie rozumie do końca konsekwencji tego, co wydarzyło się z Polską po 1989 roku i żyje nadal w stanie półdrzemki. Przystąpienie Polski do NATO i nasze członkostwo w UE oznacza dla współczesnych Polaków nie tylko możliwość beztroskiego korzystania z dobrodziejstw gospodarczego rozwoju. Może się zdarzyć, że młodzi Polacy będą musieli ryzykować swoje życie w imię pewnych politycznych interesów i idei. Ciekawe, jak wówczas poradzą sobie nasi liberałowie bez idei polskiego patriotyzmu. Czy będą twierdzić, że ta ofiara jest konieczna w imię obrony idei rzetelnego płacenia podatków i punktualności? Obywatele i obywatelki mogą już odetchnąć z ulgą, bo po okresie burzy i naporów, w ogniu dyskusji, polemik i artykułów prasowych, rekonstrukcji historycznych i państwowych pogrzebów, wykuła się taka wersja patriotyzmu, która pozwala młodzieży ryzykować życie bez wstydu i poczucia straty. Decydenci od historii odrzucają hasło nigdy więcej wojny i wybierają bohaterszczyznę wraz z całym bagażem dziedzictwa heroistycznego. Z pewnością nie jest to już patriotyzm minimalnych środków.

Krótki sens długiej mowy wyrazić można fragmentem cytowanego już tekstu Adama Leszczyńskiego: Prawdziwym fundamentem tych instytucji jest podskórny lęk. Dmowski miał oryginalną wizję polskiej nowoczesności – nawet jeśli była odrażającą w swojej brutalności i apologii plemiennego egoizmu. Jedyne, co ma nam do zaproponowania „polityka historyczna”, to odrobina partyjnej polityki i obrona wspólnoty zbudowanej wokół mgławicowej „swojskości”. I bardzo dużo lęku; albo skomentować jak Rafał Chwedoruk w zbiorze „Ile ojczyzn? Ile patriotyzmów?”: Koncepcja polityki historycznej to prosta droga do wyolbrzymienia różnych epizodów z Polskiej przeszłości i po prostu przejaw niewyszukanej megalomanii narodowej. Podstawowym problemem jest dzisiaj swoista ewolucja nowej polityki historycznej poza sferę czysto partyjną. Zmiana ta, będąca zarazem radykalizacją i patologizacją dyskursu, wyjaskrawiła wszystkie jej zagrożenia i ryzyka polityczne. Być może stanowiła po prostu logiczną konsekwencją tego, jak miał wyglądać patriotyzm jutra. Radykalizację widzimy nie tylko w rehabilitacji tradycji politycznych, które czerpią wprost z radykalnego nacjonalizmu, czy absurdalnych praktykach specustawy dekomunizacyjnej. Centralnym punktem zbiorowej tożsamości stać się ma, kosztem tradycji akowskiej i Powstania Warszawskiego, powojenne podziemie antykomunistyczne. Dziedzictwo, które łatwiej jest kształtować w duchu nacjonalistycznym i antylewicowym niż historię AK.

Na koniec oddaję głos Sławomirowi Cenckiewiczowi: Od tej pory odbicie Parczewa z rąk komunistów przez partyzantów Zrzeszenia WiN na początku 1946 roku będzie dla mnie symbolem powstania Polaków przeciwko narzuconej przez Moskwę władzy. Chwała por. Leonowi Taraszkiewiczowi ps. „Jastrząb” i jego podkomendnym!. I zostawiam czytelników z pytaniem, które stawia w tytule swojego tekstu w „Kwartalniku Historii Żydów” August Grabski: Antysemicki pogrom jako kolejne polskie powstanie?

[I] E.Traverso, Historia jako pole bitwy, Warszawa 2014, s. 85.
[II] Labour is right—Karl Marx has a lot to teach today’s politicians.
[III] S. Skarżyński, Rządzą późne wnuki Lenina, „Gazeta Wyborcza” z 5 grudnia 2015 r.
[IV] W. Benjamin, Kapitalizm jako religia, „Krytyka Polityczna” nr 11/12 2007, ss. 132-134.
[V] K. Szadkowski, Powracająca przemoc kapitału, „Praktyka Teoretyczna” 2 (16)/2015, ss. 11-12.
[VI] Podobnie J. Majmurek w tekście III RP, czyli dwie cele wstydu.
[VII] http://orka.sejm.gov.pl/SQL.nsf/glosowania?OpenAgent&6&84&18
[VIII] Patriotyzm na sprzedaż, z dr Piotrem Majewskim rozmawia Kacper Leśniewicz, „Przegląd” nr 7 (893) 13-19.02. 2017. W tym samym numerze interesujący tekst Kacpra Leśniewicza pt. Historia jako tępe narzędzie o edukacyjnych uwikłaniach polityki historycznej.
[IX] Marcin Kierwiński, poseł PO w TOK FM.
[X] Илья Будрайтскис, Наследие без наследников, http://openleft.ru/?p=8637, tłumaczenie podaję za: http://www.dyktatura.info/?p=4371.
[XI] W tekście korzystam z opracowań: R. Traba, Polityka wobec historii: kontrowersje i perspektywy, „Teksty Drugie” 2010, 1-2, P. Witek, Doktryna polityki historycznej – czyli dramat w kilku aktach, „Historyka. Studia metodologiczne” t. XLI, 2011, Pamięć jako przedmiot władzy, Warszawa 2008, Historycy i politycy: polityka pamięci w III RP, Warszawa 2011, T. Tokarz, Państwo wobec edukacji historycznej. Polskie spory u progu XXI wieku, [w:] Pamięć, historia, polityka, Kraków 2012, ss. 15–36.
[XII] Z. Gluza, Powinności polityki historycznej, Karta 54/2008, ss. 123-124.
[XIII] Wypowiedź D. Gawina w dyskusji zawartej w tomie Pamięć jako przedmiot władzy, Warszawa 2008.
[XIV] M. A Cichocki, Czas i polityka.
[XV] R. Traba, Polityka wobec historii: kontrowersje i perspektywy, „Teksty Drugie” 2010, 1-2, s. 303.
[XVI] A. Leszczyński, Polityka historyczna. Wielki strach, „Gazeta Wyborcza” z 7 kwietnia 2006 r.

Ilustracja: Michaił Łarionow, „Rajonizm czerwony i niebieski”, 1911.

drukuj

KOMENTARZE

  1. Bardzo dobry tekst. Rzucone mimochodem pojęcie „sadyzmu społecznego” uważam za niezwykle trafne. Polecam tekst Mieville’a (tak, tego popularnego pisarza s-f, ale też zadeklarowanego socjalisty) właśnie wokół „społecznego sadyzmu” w skrócie można powiedzieć, że po kryzysie z 2008 roku, który, jak słusznie autor przypomina, miał nie tylko wymiar ekonomiczny, ale był przede wszystkim kryzysem legitymizacji nierówności społecznych, merytokratyczna forma zarządzania niesprawiedliwością jest coraz jawniej zastępowana wulgarnym sadystycznym czerpaniem rozkoszy z cierpienia słabszych od siebie.

    http://salvage.zone/in-print/on-social-sadism/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *