Drobiazgi

Janusz Radwański – cztery wiersze

AUTOR

Janusz Radwański

Mieszka w Kolbuszowej Górnej. Tata Hani, Franka, Łucji i Kaliny. Wydał dwie książki z wierszami: „Księga wyjścia awaryjnego” (Brzeg 2012) i „Chałwa zwyciężonym” (Olkusz 2013). Opublikował trochę wierszy i przekładów z ukraińskiego w prasie literackiej. W czasopiśmie „Salon literacki” prowadzi dział z prezentacjami ukraińskiej młodej poezji. Jest współtwórcą audycji „Wszystko jest folkiem” w radio Studnia i folkowym muzykantem. W przygotowaniu jest jego trzecia książka „Kalenberek”.

Tini zabutych predkiw

Kasia prosiła, żebym nie mówił do siebie,
kiedy pracuję w obejściu, bo sąsiedzi.
I chociaż mnie jebie opinia,
w imię miłości trzymam gębę na kłódkę.
Przerzucam opał, rozłupuję krótkie polana
na trzaski w absolutnej ciszy.
To ma być wiersz mistyczny, więc skłamię,
że słyszę w niej cienie przodków,
jak wywożą pradrzewa na prakońskich cieniach.
Płacz sęków, rżenie, jedna wielka ściema.
Jest tylko skóra, co pęka na lutowym mrozie,
gołe jak ona życie i też nie w żadnej tam grozie
czy pięknie. W bladym, płaskim świetle,
we mgle, w siwym szronie.
Tak je teraz widzę. W tym jestem jak oni.

Odpust

Odpust, więc pachnie siarką i siarką pachną nam palce.
Handlarze, cukierki z bibuły. Całkiem przyjemny skansen.
Spongebob nadęty helem spogląda łaskawie spod nieba.
Maszyna rozmnaża watę. To lepszy numer niż z chlebem.
Odpuszczenie spływa na nas wprost z puchatego obłoku
jak deszcz plastiku i siarki gdzieś z nierealnych sweatshopów.

Sonorożec i lejeń

Sonorożec i lejeń w jednym stali domu.
Troszeczkę w języku, a troszkę gdzieś pod nim.
Nieme, niewinne memy. Całkiem nie pasują
do czarnych okularów, lata, krótkich zbrodni,
łopatek i piasku i wszystkich tych zabaw,
do których nie idziesz, chowasz się za szafę.
Sonorożec i lejeń nie wybiorą drużyn,
nie wezmą w dwa ognie, nie wcisną się w szarfę.
Z uchem przy podłodze słuchają, co tam stuka.
Kołatki, drukarze, bądźcie tak uprzejme,
otwórzcie im korytarz, kiedy padnie „szukam”.

Łączność

Niekliknięcie „wyślij” ma mniej dramatyzmu
niż podarcie jakiegoś, choćby krótkiego, listu,
ale żeby komuś od tego lżej było, w to wątpię.
Nocą z pociągu zawsze podglądam, domyślam wątki
domowym sieciom. Wplątuję się w nie łatwo.
Innego znaku nie będzie niż ten, że jesteście, światło.

Ilustracja: Wacław Marat.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *