DOM KULTURY, Karol Templewicz

Dyskretny dół na zremiksowanej wojnie

AUTOR

Karol Templewicz

Urodzony w 1985 roku, socjolog, publikował m.in. w Krytyce Politycznej, Dzienniku Opinii i Tygodniku Powszechnym. Stale prowadzi blog w witrynie Nowych Peryferii. Od 2011 roku związany zawodowo z Instytutem Adama Mickiewicza.

Długi marsz w połowie meczu Bena Fountaina to jedna z tych pozycji, której życzę, by nie została potraktowana jak ciekawostka lub znak czasów i zapomniana. Bo chociaż nie wiem, czy książka Fountaina zasługuje, by postawić ją obok ikonicznych dzieł literatury wojennej takich, jak Cienka czerwona linia, Na zachodzie bez zmian czy Paragraf 22, to z pewnością znakomicie ukazuje absurd amerykańskiej „wojny z terroryzmem”.

Autor znalazł sposób na opowiadanie o tej dziwnej wojnie – bardzo realnej, pochłaniającej ludzkie życia i ogromne środki, a jednocześnie tak odległej, że równie dobrze mogłaby przynależeć całkiem do sfery fikcji.

Akcja książki toczy się niedługo po tym, jak ekipa prezydenta Busha decyduje się wykorzystać zburzenie World Trade Center jako pretekst do inwazji na Bliskim Wschodzie. Wojna nie jest jeszcze tak niepopularna, jak stanie się za kilka lat, kiedy na jaw wyjdą wszystkie kłamstwa Białego Domu. Śledzimy losy ośmiu żołnierzy z drużyny Bravo, którzy w zasadzie są „z kompanii Bravo, pierwsza drużyna drugiego plutonu, rzeczona drużyna składa się z sekcji alpha i bravo, ale towarzyszący im dziennikarz z Fox News ochrzcił ich drużyną Bravo i tak pokazano ich światu”. Dzięki obecności dziennikarza film z potyczki, jaką amerykańscy żołnierze stoczyli w Iraku, obiegł wszystkie media i uczynił „drużynę Bravo” bohaterami. Tak narodził się pomysł tournée, którego punktem kulminacyjnym ma być udział drużyny w show, jaki odbędzie się w połowie meczu futbolu amerykańskiego, a jego celem jest utrzymanie wojennego entuzjazmu.

Głównym bohaterem jest szeregowy Billy Lynn, dziewiętnastolatek, który jako szanujący się bohater literacki w wojnę zostaje wplątany przypadkiem. Ściślej: na wojnę rzucają go emocje, przez które popada w konflikt z prawem. Billy zdemolował samochód chłopaka, który rzucił jego siostrę po tym, jak uległa wypadkowi. Od prokuratury dostaje wybór: więzienie albo wojsko. Wybiera wojsko.

Obraz armii w książce Fountaina nie odbiega znacząco od stereotypu znanego z filmów rozprawiających się z wietnamską traumą Amerykanów: krzyczą, biegają, krzyczą. Byłoby to nie do wytrzymania, gdyby instytucja wojska nie przybierała także postaci ludzi, którzy dzielą z Lynnem los. Są braćmi. Jeśli wojsko jest w Długim marszu metaforą całego społeczeństwa, to z figury tej wywieść można przesłanie, by ci na dole trzymali się razem. Nikt ich bowiem nie zapyta o zdanie i pozostaje im jedynie wykonywanie brudnej roboty w poczuciu miłość do braci. Brzmi optymistycznie?

Optymizm, jak często w książkach wojennych bywa, jest w Długim marszu cechą cynicznych członków elity, podniecających się wojną bogaczy albo idiotów. Entuzjazm do walki cechuje także psychopatów. Jedną z dziwniejszych scen książki jest rozmowa Billy’ego z futbolistami, którzy pytają o możliwość zorganizowania wycieczki, podczas której mogliby sobie pomordować Arabów. W przeciwieństwie do optymistów, którzy „wspierają naszych” i cieszą się z „dokopania szmaciarzom”, psychopaci nie dostają szansy realizowania swoich mokrych snów. Optymiści za to nie mają problemu, by mokrą robotę odwalał za nich kto inny. Na przykład drużyna Bravo.

Książka Fountaina pokazuje, jak bezbronni wobec mieszanki cynizmu i entuzjazmu stają się przyzwyczajeni do niebezpieczeństwa żołnierze. Okazuje się bowiem, że poza wiwatami i odrobiną „burdelowego luksusu” Ameryka nie ma swoim bohaterom zbyt wiele do zaoferowania. Żołnierzom pozostaje więc chlanie i „zaliczanie dyskretnego doła”. Ani z Billym, ani nawet z jego dowódcą, sierżantem Dime’em, nikt nie ma zanadto ochoty rozmawiać. Fountain znalazł świetny sposób, żeby oddać to, że główny bohater wraca do ojczyzny, jak bohaterowie Lema: całkowicie zmieniony, kosmita, który nie bardzo umie rozmawiać ze swoimi rodakami. Jak w tej (pokazującej kunszt tłumacza) scenie:

– Sam nigdy nie byłem w wojsku – zwierzał się gestykulując kubłem kawy ze Starbucksa (…) – I pojechało, nieskładna perora o wojnie, Bogu i ojczyźnie. Billy się wyłączył, dał słowom wirować po mózgu jak w bębnie pralki:

teroRysta
wolnoś
źli
dynastyrześnia
dynastyrześnia
dynastyrześnia
żołnierze
waleszni
wsparcie
poświęcenie
Bush
wartości
Bóg

Billy uczestniczył w potyczce, która uczyniła z niego i jego kolegów gwiazdy. Chociaż ma 19 lat, wie, że medialny hałas nie ma wiele wspólnego z tym, co się wydarzyło. Wie, że miał szczęście. Bo wojna to przypadek i rządzi nią chaos. Śmierdząca mgła, którą media usiłują pokroić i zapakować w ładne pudełka do skonsumowania dla zwykłych obywateli.

Naga prawda, która szybko dociera do Billy’ego, jest taka, że albo plan tej wojny jest do niczego, albo w ogóle nie ma żadnego planu. Z dzisiejszej perspektywy uderzające jest to, do jakiego stopnia amerykańska reakcja na traumę 11 września poprowadziła Stany w wietnamskie koleiny. W Długim marszu Wietnam przewija się co jakiś czas. Okazuje się, że nic się nie zmieniło, a jeśli już, to na gorsze.

Przeżycia Billy’ego są echem doświadczeń jego rodaków na azjatyckiej eskapadzie w latach 60. i 70. Na początku XXI wieku trudniej jednak uciec. Nie ma nawet kontrkultury, która wówczas przynosiła choćby chwilową ulgę.

Skoro jesteśmy przy Wietnamie, to cofnięcie się na chwilę do tamtej wojny pokazuje, że wiara, iż w przypadku Amerykanów można mówić o nauce wyciągniętej z własnych błędów, jest raczej złudna. Jasne – Irak i Afganistan to trochę inna para kaloszy. Niemniej analogie są naprawdę uderzające. Główna różnica polega prawdopodobnie na tym, że interwencja wietnamska rozkręcała się przez dobre dziesięć lat. Najpierw stale rosła liczba amerykańskich doradców, a dopiero potem rzucono tam znaczne siły. W wypadku bliskowschodniej wojny z początku wieku atak nastąpił od razu.

Ciekawe jednak, że refren o niesieniu demokracji i rychłym wycofaniu się to remiks starej śpiewki z lat 60. Południowowietnamska dyktatura zapewniała wprawdzie jakąś namiastkę struktur państwowych – czegoś, co po rozpędzeniu partii Baas w Iraku przestało istnieć – ale była koszmarnie słaba i niepopularna. Podobnie jak w przypadku Iraku i Afganistanu, trudno było też mówić o jakiejś południowowietnamskiej tożsamości. Ponieważ była to wojna partyzancka, wspierana na dodatek przez regularną armię z Północnego Wietnamu, którego nie można było zaatakować, bo groziło to otwartym konfliktem ze Związkiem Radzieckim, Stany nie potrafiły sobie poradzić. Bardzo szybko stawką przestała być militarna dominacja – z tym USA akurat nie miały problemu. Prawdziwym wyzwaniem było zapewnienie władzom legitymacji i zaufania obywateli. Tych, na nieszczęście dla amerykańskich władz, nie przynosi się na bagnetach.

Na początku lat 70. amerykańskie władze stanęły przed dylematem, który ponad trzydzieści lat później stanie się największą bolączką administracji Baracka Obamy: co zrobić z wojną, której nie można ani wygrać, ani się z niej wycofać? Wyborcy nie chcą więcej trumien z „naszymi chłopcami”, z kolei wycofanie grozi całkowitą klęską. W obu wypadkach pomysł był taki, by to sojusznik, w imieniu którego przecież oficjalnie występowały Stany, „wziął na siebie ciężar”. I tak Sajgon nazywa się obecnie Ho Chi Minh, a na Bliskim Wschodzie rozpycha się ISIS.

Przywołana scen z Długiego marszu w połowie meczu pokazuje, skąd się bierze ta pułapka. Nie tak trudno wzbudzić entuzjazm dla wojny. Ale wojna ma to do siebie, że bardzo szybko wciąga w swoje tryby tysiące Billych Lynnów. I to nie tylko w Stanach. W Wietnamie, podobnie jak w Iraku i Afganistanie, USA przewodziły koalicji wielu państw. Władze tych krajów wierzyły, że w zamian dostaną coś od Ameryki. Wraz z przeciąganiem się wojny nadzieje słabły, aż w końcu USA zostały ze swoją awanturą właściwie same. Ilu brytyjskich albo polskich Lynnów walczyło w Iraku? I czy to nie oni, poza Irakijczykami oczywiście, są najbardziej tragiczną ofiarą tego konfliktu?

Jestem przekonany, że każdy człowiek ma głęboką potrzebę, by nadać swojemu życiu sens. Książka Fountaina pokazuje jednak, że narzucanie komuś własnego sensu: „dynastyrześnia, terorrrrr”, może być straszne. Te zewnętrzne, polityczne uzasadnienia najtrudniej ukorzeniają się w tych, którzy stają na pierwszej linii frontu. A oni sensu potrzebują najbardziej. Mimo to Billy Lynn czuje ulgę, wracając na wojnę. Bo jedynym sensem staje się miłość do braci w czasie walki. Obawiam się, że na nastanie powszechnego pokoju musimy jeszcze poczekać.

Ben Fountain Długi marsz w połowie meczu
przeł. Tomasz S. Gałązka
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017, s. 360

Zdjęcie z serwisu Flickr.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *