AUTOR

Maciej Konieczny

Urodzony w Gliwicach. Działacz społeczny, polityk. Należał do Młodych Socjalistów oraz Partii Zieloni. Jeden z założycieli i członek Zarządu Krajowego Partii Razem. Przepracował wiele lat między innymi jako magazynier, dziennikarz, sprzedawca, menadżer kultury, ochroniarz, tłumacz, koordynator dużych imprez i pracownik fizyczny. Zawodowo zajmował się także partycypacją publiczną.

Kacper Leśniewicz: Jesteś współzałożycielem lewicowej Partii Razem, jedną z jej najbardziej rozpoznawalnych twarzy. W młodości byłeś jednak związany z prawicą, i to raczej z jej radykalnym skrzydłem.

Maciej Konieczny: Miałem prawicowe poglądy, identyfikowałem się ze skrajną prawicą, byłem rasistą, seksistą, homofobem. Takie miałem przekonania, ale nie działałem w sposób sformalizowany w żadnej organizacji. Było w tym dużo przypadkowości. Trafiłem po drodze np. na kasety skrajnie prawicowego zespołu Honor. Jako młody chłopak z liceum potrzebowałem poczucia sensu i prawica jakoś odpowiadała na moje potrzeby.

Jakie wnioski wyciągasz z tej swojej historii?

Jasno wynika z niej, że ludzie korzystają z tego, co mają akurat pod ręką. Nie jest tak, że zawsze analizują wszystko dokładnie i dokonują jakichś świadomych wyborów politycznych. Może gdybym trafił w tym samym momencie na angażujący przekaz lewicowy, to już na tamtym etapie stanąłbym po lewej stronie. Pamiętam, że identyfikowałem się ekonomicznie jako lewicowiec, zawsze były mi bliskie idee równości ekonomicznej i sprawiedliwości społecznej. Nie miałem jednak pod ręką żadnego lewicowego punktu odniesienia i ludzi myślących tak samo, brakowało czegoś, co byłoby jednocześnie angażujące i zmuszające do krytycznej refleksji. Wyszło tak, że jakaś potrzeba zmiany świata na lepsze, którą w sobie nosiłem, sprawiła, że zostałem faszystą. Taka forma kontestacji była akurat dostępna.

Zwróciłeś uwagę na towarzyszącą ci już na tym wczesnym etapie potrzebę sprawiedliwości społecznej. Jak to jest, że myśląc o sprawiedliwości społecznej, młody człowiek trafia pod skrzydła prawicy?

Prawica zapewniała realizację emocjonalnej potrzeby, która była związana z poczuciem wspólnoty. Wspólnoty opartej na tym, że bronimy czegoś, co jest nasze, przed obcymi, którzy chcą nam to zabrać. W prosty sposób identyfikowała wroga, ale, o ile dobrze pamiętam, element sprawiedliwości społecznej był tam zupełnie nieobecny. To był ordynarny rasizm, przekonanie o wyższości własnego narodu. Oprócz tego zapewniał on pewną atrakcyjną otoczkę symboliczną. Można było się wzruszyć i poczuć jak rycerz, który broni Polski. Przede wszystkim zaś była w tym wszystkim obietnica siły, atrakcyjna szczególnie dla tych, którzy czuli się słabi i zagubieni. Prawicowa opowieść była i jest ufundowana na patriarchacie. Młody mężczyzna uczy się od dzieciństwa, że ma dominować, nie może okazać słabości, a potem zderza się z realnym światem i okazuje się, że nie żadnej nad nim kontroli, więc ucieka w fantazje o rycerzach.

Wtedy swoją pomoc oferuje prawica.

Tak, na ratunek przychodzi mu prawica: zagubiony młody człowiek dowiaduje się, że jego frustracja jest uzasadniona. W pakiecie otrzymuje nieskomplikowaną opowieść o obcych, wrogach narodu czy lewactwie, którzy są winni temu, że świat stał się niepojęty. I ładuje swój gniew w „ciapatych”, „pedałów” czy kogoś, kto jest akurat na tapecie.

Pamiętam rozmowę z badaczem ruchów nacjonalistycznych, który postawił tezę, że działając lokalnie, zastępują one instytucje, których nie ma. Problemem jest to, że lewica nie działa na takim poziomie.

Opowieści o społecznym zaangażowaniu skrajnej prawicy można włożyć między bajki. Tego typu działania są incydentalne, są kwiatkiem do kożucha. Celem organizacji nacjonalistycznych nie jest pomoc. Oni mówią, że będzie lepiej, bo pogonimy tych i tych, a nie dlatego, że solidarnie o to, by było lepiej, zadbamy. Prawica nie czuje się zobowiązana dostarczać realnych rozwiązań. Raz na ruski rok zbiorą fundusze na dom dziecka, ale to nie jest główna treść tego przedsięwzięcia. Jest nim obsługa męskich lęków i frustracji.

Niemniej jednak to prawica zarządza antysystemowym gniewem i pozwala go wyrazić.

To prawda. Mam wrażenie, że na lewicy nie doceniamy potrzeby poczucia godności. Zastanawiamy się, jak powinien wyglądać kodeks pracy, którego w tym momencie i tak nie jesteśmy w stanie uchwalić, a nie potrafimy powiedzieć ludziom: „Ciężko pracujecie, szacun. To niesprawiedliwe, że kasę zgarnia ktoś inny. Wy jesteście dobrzy, a wstydzić powinni się nieuczciwi szefowie, spekulanci i skorumpowani politycy”. Musimy umieć opowiedzieć świat, w którym ciężka praca pielęgniarki jest powodem do dumy, a bycie przedsiębiorcą zatrudniającym na śmieciówkach jest powodem do wstydu. Bo tak jest. Tu i teraz. I ludzie zasługują na to, żeby to usłyszeć. Czasami po prostu trzeba powiedzieć, co jest dobre, a co złe, zamiast spekulować o przyszłości czy też pisać programy, które czytamy głównie my sami.

Przez ostatnie 25 lat prawica te odwołania do godności i potrzeby jej zaspakajania niemal zmonopolizowała. Powoli to się zmienia, Partia Razem wychodzi do pracowników In Postu czy Almy, od wielu lat działa w ten sposób Piotr Ikonowicz i związki zawodowe, ale na tym odcinku przed lewicą jeszcze wiele pracy.

Prawica wygrywa i trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego tak jest. Mieliśmy w ostatnich dekadach dwa silne obozy. Jeden pozwalał czuć się dobrze osobom, które identyfikowały się jako nowoczesne, były przekonane, że nadążają za postępem i doganiają Zachód. Niektórym faktycznie się powiodło, zarabiali niezłą kasę. Inni wyciągali półtora tysiaka i ledwie wiązali koniec z końcem, ale też głosowali na liberałów, czytali „Wyborczą” czy „Politykę” i na tej podstawie budowali swoją samoocenę na zasadzie, że może i żyją biednie, ale za to po stronie zwycięzców i modernizatorów. Oprócz nich była jednak masa ludzi, która również ledwie wiązała koniec z końcem albo z innych powodów nie odnajdywała się w nowym wspaniałym świecie polskiego kapitalizmu. Dla nich liberalni demokraci mieli łatki nierobów czy homo sovieticusów, podczas gdy prawica oferowała im rodzaj opowieści-pocieszenia o prawdziwych Polakach, którzy bronią konserwatywnych wartości przed obcym zagrożeniem. A lewicy, która potrafiłaby zaproponować swoją opowieść, nie było.

Potrafisz sobie przypomnieć jak wyglądał stosunek sił między liberałami i prawicą w okresie twojej młodości? Jak na to wówczas patrzyłeś i co na ten temat myślałeś?

W ogóle nie wyglądał, bo nie przyszłoby mi do głowy myśleć w takich kategoriach. Mam wrażenie, że pod tym względem byłem normalsem. Oczywiście, nie mówimy o okresie ostrej prawicowej fiksacji, tylko o późniejszych czasach. Głosowałem mocno z przypadku. Etap mojego świadomego zaangażowania po stronie lewicy zaczyna się tak naprawdę dopiero po studiach. Dopiero wtedy spotkałem ludzi, którzy na poważnie angażują się w politykę i rozmawiają o niej w kategoriach stosunków sił. Gdy patrzę na swoją historię, mam wrażenie, że ludzie zaangażowani czynnie w politykę, szczególnie po lewej stronie, często przeceniają polityczne zorientowanie ludzi spoza swojego środowiska.

Co takiego się stało, że przeszedłeś z prawej strony na lewą? Jak od kulis wygląda taki lewicowy zwrot?

Kluczową rolę odegrała tutaj zmiana środowiska. Studiowałem kulturoznawstwo w Katowicach. Jest to na pozór lewicowy kierunek, ale prawdę mówiąc, nikt specjalnie nie konfrontował mnie z moim seksizmem czy chociażby homofobią. Seksistowskie czy homofobiczne teksty były zupełnie przezroczyste, a w każdym razie bardzo rzadko spotykały się z reakcją. Z takim absolutnym lewicowym standardem spotkałem się późno, dopiero, gdy trafiłem do Młodych Socjalistów, poznałem lewaków z Warszawy, feminizm czy antyrasizm.. Dla mnie to był przełomowy okres. Szczególnie feminizm wiele zmienił nie tylko w moich poglądach, ale i w życiu. Wiele z moich frustracji wynikało z przymusu realizowania szkodliwej roli prawdziwego mężczyzny. To bardzo kiepska rola, a do tego mi nie wychodziła, więc feminizm bardzo mi pomógł – w końcu ktoś ode mnie wymagał niebycia seksistowskim czy homofobicznym bucem, wyszedłem na ludzi. Pytanie, co zrobić, żeby przeciętny chłopak miał taką szansę u siebie w miasteczku w wieku lat 16, a nie 26.

No właśnie – w jaki sposób według ciebie należy komunikować się z ludźmi z mniejszych miast, gdzie relacje i codzienne życie wyglądają inaczej niż w dużych miastach? Dzisiaj często jest tak, że nawet potencjalny wyborca lewicy odbija się od intelektualnej ściany. Czy lewica jest skazana na paternalistyczny typ komunikacji, bo wie wszystko to, czego nie wie tzw. lud?

Pewnie całkiem dobrego wyjścia nie ma. Ja mam wrażenie, że kiedy zaczynasz myśleć o tym, jak kto był socjalizowany i co możesz w związku z tym powiedzieć, a co nie – zamiast po ludzku zagadać – to już jest kłopot. Ludzie są różni. Trzeba mówić tak, aby zostać zrozumianym i nie bać się możliwych spięć i konfliktów. Pochodzenie klasowe czy wykształcenie oczywiście mają ogromne znaczenie i nie można od nich uciec. Trzeba wziąć to na klatę, zaakceptować, że różnice generują konflikty, nie mam lepszej rady. Czasem uda się różnice przekroczyć, czasem nie.

Właściwie nikt już dzisiaj nie dyskutuje z tym, że część lewicy jest zamknięta w swojej bańce. Wpływa to niekorzystnie na przepływy informacji, postaw, ale przede wszystkim wiedzy o tym, jak żyją i jakie problemy mają ci spoza bańki. Próbujecie przełamać te bariery?

Mamy za sobą dość optymistyczne doświadczenie ze zbiórki podpisów przed wyborami 2015. Wtedy trzeba było rozmawiać z każdym po kolei, więc siłą rzeczy lądowało się poza swoją bańką. Nie tylko mnie lepiej i łatwiej gadało się z wyborcami Kukiza niż Nowoczesnej. Szliśmy do wyborów z programem likwidacji śmieciówek i wprowadzenia minimalnej płacy godzinowej, więc było o czym z nimi rozmawiać. Za to zabiegana klasa średnia, ceniąca sobie każdą sekundę swojego czasu, to był dramat. I tak inteligencka partia Razem wróciła ze zbiórki z przekonaniem, że jak chce się zostać po ludzku potraktowanym, to lepiej zagadać do pary „dresów” niż do bizneswoman. Są to oczywiście duże uproszczenia, ale pokazują, że na poziomie dotarcia z przekazem lewicowym od inteligencji zaangażowanej do ludu sprawa nie jest beznadziejna. Pozyskiwanie wyborców spoza bańki, spoza największych miast, już się jakoś Razem udaje. Wymaga to pewnej dyscypliny i pilnowania, żebyśmy nie gadali do siebie samych, ale jest do zrobienia. Nasz program jest dla ludzi. Jeśli uda nam się go opowiedzieć bez słów „progresja”, „narracja” i „paradygmat”, to jest szansa na niezły wynik. Pewnie jesteśmy w stanie wiarygodnie reprezentować politycznie szersze masy, gorzej z zaproszeniem tych szerszych mas do wspólnego robienia demokratycznej polityki. To jest piekielnie trudne zadanie.

Chcecie przejąć elektorat prawicy?

Ludzie nie wstają rano z myślą, że są elektoratem prawicy, centrum czy lewicy. Część społeczeństwa zagłosowała na PiS, ponieważ uwierzyła w zapowiedź dobrej zmiany. Nie jest tak, że PiS nie realizuje jej, jeżeli chodzi o rozwiązania socjalne czy prawo pracy. Ale równocześnie „jedzie po bandzie”, jeżeli chodzi o zawłaszczanie państwa i autorytarne tendencje, a będą się również „zużywali” wskutek afer. Część z wyborców PiS-u może zacząć się rozglądać za inną opcją. Dla tej części z nich, dla której kwestie pracownicze czy też wsparcie rodzin są ważniejsze niż obrona krzyża, Smoleńsk czy też gonienie uchodźców, oferta lewicy socjalnej może okazać się atrakcyjna. Na scenie politycznej mamy w tym momencie dwa wielkie bloki: liberalno-modernizacyjny i zamordystyczno-konserwatywny. Jestem przekonany, że masa ludzi życzyłaby sobie bogatszego politycznego menu. Istnieje chociażby ogromny elektorat etatystyczny, propaństwowy, który niekoniecznie podziela PiS-owskie fobie i obsesje.

Często te wspomniane przez ciebie fobie i obsesje bywają jednak wykorzystywane jako argument za tym, żeby po prostu zrezygnować z ubiegania się o jakąś część elektoratu. Jeśli cały elektorat PiS-u utożsamimy z „twardą tożsamością”, to jedyną dostępną grupą potencjalnych wyborców lewicy będą nam się jawić przedstawiciele klasy średniej. Dostrzegasz w tym jakieś niebezpieczeństwo?

Pełna zgoda. Przy czym to nie oznacza, że lewicowa bańka ma teraz sięgać do prawicowej bańki, a mam wrażenie, że różni romantyczni lewacy mają takie ciągoty. Chodzi o to, żeby spróbować otworzyć się na normalsów. Można zacząć od tych, którzy są najbliżej. Pracowników budżetówki, nauczycieli, pielęgniarki, małomiasteczkową inteligencję, wszystkich o lewicowych intuicjach. To jest droga, którą podąża Razem. Bez sięgania po skrajności i bez udawania, że walczymy już teraz o 40 procent wyborców, ale konsekwentnie staramy się poszerzać pole swojego oddziaływania, przekraczać swoje ograniczenia krok po kroku.

Dzisiaj można odnieść wrażenie, że jesteście zakładnikami elektoratu z dużych miast. Największe przepływy elektoratu zachodzą między Razem i Nowoczesną. Jest się czym martwić?

W Polsce powoli zaczyna się pojawiać wielkomiejski, modernizacyjny elektorat lewicowy. Czasy się zmieniają. Po kryzysie 2008 roku nawet do Polski dociera lekki lewicowy powiew w sferze idei, a myśl profesora Balcerowicza już niekoniecznie uchodzi za wyznacznik nowoczesnej postawy. Powoli dorabiamy się lewicującej inteligencji i części klasy średniej, która dostrzega coś więcej niż czubek własnego nosa. Sprzyja tej tendencji również doświadczenie części „młodych, wykształconych z wielkich ośrodków”, którzy rozbili sobie głowę o polski rynek pracy i wyciągnęli z tego wnioski. Wysoki kapitał kulturowy nie chroni przed śmieciówkami, a bycie statecznym mieszczaninem niekoniecznie kłóci się z czytaniem Piketty’ego czy Krugmana. Jest też sporo ludzi, którzy mają po prostu dość feudalnej, zabetonowanej sceny politycznej, skorumpowanych politycznych karteli i chcą czegoś nowego. Gdyby z tej racji zagłosowali na lewicę, to dramatu by nie było. Istnieje wiele powodów, dla których wielkomiejski elektorat może na Razem głosować, a i nam – z racji tego, gdzie mamy najsilniejsze struktury i w jakich mediach jesteśmy najbardziej obecni – najłatwiej w tym momencie do tego elektoratu trafić. W żadnym jednak razie nie możemy się do niego ograniczać. Na dłuższą metę, nawet przy najlepszych chęciach, ciężko utrzymać lewicowy kurs, będąc jednoznacznie partią uprzywilejowanych. Podsumowując: nie ma co się obrażać na „młodych, wykształconych, z wielkich ośrodków”, ale należy też konsekwentnie stać po stronie pracowników. Razem od początku wspiera nauczycieli w ich walce ze skandaliczną reformą oświaty, byliśmy z oszukiwanymi pracownikami InPostu i Almy. Wspieraliśmy strajkujące pielęgniarki, ale także dotarliśmy do setek małych miejscowości, walcząc, skutecznie zresztą, przeciwko wprowadzeniu barbarzyńskiego prawa antyaborcyjnego. Jestem przekonany, że te działania pozwolą nam przekonać do siebie wystarczająco dużo ludzi, aby Razem znalazło się w przyszłym Sejmie. Wtedy będzie czas, żeby pomyśleć, jak przekonać do lewicy w Polsce nie 10, a 30 procent wyborców. Podziały polityczne i dominujące przekonanie nie są dane na stałe. Rolą demokratycznych partii jest skutecznie je zmieniać.

Dziękuję za rozmowę.

Maj 2017 r.

Zdjęcie z serwisu Wikipedia.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *