AUTOR

Andrzej Muszyński

Autor m.in. „Miedzy” i „Podkrzywdzia”, nominowany do Paszportów Polityki i dwukrotnie do Nagrody Literackiej Gdynia. Wiosną 2017 roku nakładem Wydawnictwa Literackiego ukaże się jego powieść „Fajrant” o doświadczeniu prekariatu. Ostatnio otrzymał Nagrodę A. Włodka przyznawaną przez Fundację Wisławy Szymborskiej. Mieszka na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej.

Jest Sylwester roku 1944, schronisko w Morskim Oku, w środku ze dwadzieścia osób. Przed północą do drzwi dobija się trzech Grenzschutzów, zwyczajny patrol, który stacjonuje niżej w schronisku w Roztoce.

Polacy raczej ich się nie boją, bo to starzy Austriacy, którzy myślą przede wszystkim o powrocie do domów. To by się zgadzało – gospodarze wpuszczają ich do środka, a tamci o północy rozpoczynają kanonadę. Strzelają w niebo, huk niesie się od Rysów po Szpiglasy, i krzyczą „Hitler kaputt!”.

Popili i wracali chwiejnym krokiem do swojej bazy. Stanisław Siedlecki, wybitny polski taternik, geolog, polarnik, członek The Explorers Club, opowiada o tym we wspomnieniu opracowanym przez Adama Liberaka i Ryszarda W. Schramma. Dostał się do Morskiego Oka przez Kasprowy. Wjechał kolejką „nur für Deutsche”, bo znała go cała polska obsługa. W końcu od paru miesięcy kursował tam i z powrotem w ramach akcji „Waga”. Przeszedł od Kasprowego do Pięciu Stawów, gdzie przenocował pod stertą koców w wyziębłym budynku, drżąc z zimna z niedoleczonym zapalaniem oskrzeli. Przyniósł ze sobą na Sylwestra sporo nafty i jedzenia.

Schronisko w Morskim Oku znajdowało się pod kontrolą grupy od października. Do Siedleckiego przyjechało wtedy z Warszawy dwóch przyjaciół, Tadeusz Orłowski i Wawrzyniec Żuławski. Byli wykończeni po powstaniu, bali się Niemców. Mieli pieniądze i papiery, szukali tylko bezpiecznego kąta. Byli bardzo zdziwieni, gdy Siedlecki zaproponował Morskie Oko. Miał układy z administratorem schroniska – Skrodzkim – a patrol w Roztoce, jak widać, nie był groźny. Siedlecki wszedł jesienią do pustego schroniska z Orłowskim. Zobaczyli na ścianach portrety Hitlera i Goeringa, wyjęli pistolety i podziurawili je jak sita. W piwnicy zbudowali schron.

Sylwestra spędzała już z nimi Ruth. Ruth ciągle przewija się w tej opowieści, jakby na marginesie. Kim była? Nie mówiła po polsku i niewiele rozumiała. Oczywiście nauczyli ją toastu: „W dupie mam cały ten kram, piję zdrowie pięknych pań”. Ruth była niemiecką Żydówką. Wiemy z relacji tyle, że pracowała dla Niemców przed wojną. Gdzie? Nie wiadomo. Przeszła na stronę polską w czasie powstania warszawskiego, gdzie wyróżniła się w walkach ulicznych. Nie jeździła na nartach, nigdy wcześniej nie chodziła po górach.

Pogoda była w tamte święta piękna, księżyc oświetlał granie. Siedlecki poszedł się wspinać. Nocą weszli z Orłowskim na Hińczową Przełęcz. Siedlecki wspominał potem ten widok: „wspaniały Boży świat”. Po Sylwestrze Ruth została w Tatrach. Jak wszyscy kursowała między schroniskiem a Zakopanem, ryzykując życie. W mieście gościła ich Róża Drojecka w willi „Bajka”. Coraz częściej zjawiał się w schronisku austriacki patrol, bo Ruth częstowała ich płatkami owsianymi na smalcu, co przypominało im keks. No i pewnie mogła sobie wreszcie pogadać, jakby nie było, w swoim języku.

Niemiecka Żydówka z górskimi partyzantami pod zlodzoną ścianą Mięguszów… W takiej scenerii kwestia żydowska staje wyjątkowo wyraźnie, na tle Tatr, w szczególności zimą kwestia ludzka w ogóle nabiera ostrości. Długo nie zdawałem sobie sprawy, że t a m też to się działo. Tatry, góry wysokie, wydawały mi się nietykalne, zupełnie jak Indianinowi, który ośnieżone szczyty uważa za święte. A poza tym, bo po cóż komu strzelać się tak wysoko? A oni tam byli. Skórzane bryczesy esesmanów lśniły na ośnieżonych zboczach Małołączniaka, na zielonych upłazach Grzybowca. Fotografie dowodzą, że czasem wychodzili tak wysoko w mundurach. Często przewodzili im górale. Wspinali się tam, bo tamtędy przemykali kurierzy, łącznicy między Warszawą, Krakowem, a Budapesztem i resztą świata, którzy opowiadają o swoich niebywałych perypetiach w zapomnianej już książce Alfonsa Filara „Opowieści tatrzańskich kurierów”. Ogień, który oświetlał grapy Wołoszyna, gdy płonęło schronisko w Pięciu Stawach, albo grzędy Ornaku, gdy paliło się legendarne schronisko na Pysznej, jest hańbą dotkliwszą, bo zderzoną z harmonią gór, przynajmniej stwarzających pozory wieczności.

Gdy w roku 1943 Niemcy wycofywali się spod Stalingradu, Siedlecki wpadł na pomysł, by wyruszyć w góry i zabezpieczyć schroniska, które okupanci mogli spalić przed przybyciem Sowietów. Wokół tej akcji, której nadano kryptonim „Waga”, narosło wiele nieporozumień, ale niech wyjaśnią je historycy, ja opieram opowieść na wspomnieniach Siedleckiego. Grupa spotkała się dopiero 30 lipca 1944 roku u Mari Krzeptowskiej w schronisku na Pięciu Stawach. Dzień później wybuchło powstanie warszawskie. Za swoją bazę wybrali schron pod Wagą, tuż poniżej wierzchołka Rysów po słowackiej stronie, na wysokości 2250 m n.p.m. Wspinali się, patrolowali teren, bo właśnie wybuchło także powstanie słowackie, zdobywali żywność, polowali na świstaki i kozice, nasłuchiwali dobiegającego z oddali pomruku dział. Z Warszawy? Gdy leciałem kiedyś samolotem z Gdańska do Krakowa, pilot powiedział: „Po lewej wieżowce Warszawy, przed nami Tatry”. Po upadku powstania w stolicy zeszli do Morskiego Oka. Siedlecki, za poleceniem Skrodzkiego, pracował jeszcze chwilę przy wyrębie, a potem nadszedł ten Sylwester.

A co z Ruth? Przecież Ruth jest tu najważniejsza. Ruth, przynajmniej w mojej opowieści, jako ta stojąca ciągle z boku, semicka przybłęda, dziwna cząstka tła, musi po latach wyrosnąć na główną bohaterkę. Niechże przeszłość ożyje dla niej.

30 stycznia 1945 roku zjeżdżają na dół. Koło Wodogrzmotów Siedlecki widzi w śniegu ślady prowadzące w krzaki. Widzi w zaspie, obok ludzkich odchodów, napis cyrylicą: „MINA”. Ruth boi się, że Sowieci od razu zastrzelą ją jako Niemkę. Siedlecki jedzie rowerem do Krakowa, by odszukać jej znajomych, zwierzchników z czasów powstania. Droga jest pełna śladów po gąsienicach, mosty zniszczone, w dołach leżą trupy. Załatwia dla niej w Urzędzie Bezpieczeństwa zaświadczenie po polsku i rosyjsku. Wraca do Zakopanego. Ruth mieszka w „Bajce”. 15 marca wsiadają na rowery i popylają sto kilometrów w śniegu, Ruth pada na twarz pod Mogilanami, prawie traci przytomność. Nocują w miejscowej szkole. Ona udaje niemowę. W Krakowie Siedlecki oddaje ją pod opiekę swojej siostrze, po dwóch dniach przenosi się do rodziców Jerzego Piotrowskiego, a potem do swoich przyjaciół. Podobno po jakimś czasie wyjeżdża. Siedlecki dostaje po roku list z Berlina, w którym Ruth dziękuje za pomoc. Pisze, że wyszła za Niemca polskiego pochodzenia. Nazywała się odtąd Golansky. Nazywa się Golansky?

Ilustracja: Wacław Marat

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *