Michał Wójtowski

Reforma edukacji, czyli konstytucja IV RP

AUTOR

Michał Wójtowski

Michał Wójtowski – absolwent MISH UW i specjalizacji zawodowej animacja kultury, nieudany doktorant; współorganizował projekty animacyjne, uczył przedmiotów humanistycznych w liceum; na emigracji we Francji nauczyciel gimnazjalny i licealny języka polskiego w dwujęzycznej Sekcji Polskiej w międzynarodowej szkole Cité Scolaire Internationale oraz Szkoły Polskiej w Lyonie; publikował m. in. w „Midraszu”, „Kulturze”, „Res Publice”, „Przeglądzie Humanistycznym”, „op.cit.”, „Przeglądzie Nadwiślańskim”, na portalu obywatel.pl; tłumaczył teksty naukowe i publicystyczne z angielskiego i francuskiego. Współautor podręcznika i poradnika metodycznego do wiedzy o kulturze, współredaktor kilku książek, m. in. „Animacja kultury. Doświadczenie i przyszłość”. Mieszka na nowych peryferiach Gdańska. Prywatnie szczęśliwy mąż, tata i grzybiarz. Czasem poprawia przecinki trójmiejskim koleżankom i kolegom z Partii Razem. W Nowych Peryferiach współredaktor działu Dom Kultury.

Pan Prezydent wyraził w ostatnich dniach opinię, iż rok 2018 ze względu na swój rocznicowy charakter, będzie dogodnym z przyczyn symbolicznych momentem na wprowadzenie zmian w Konstytucji RP, uprzednio poddanych pod osąd obywatelek i obywateli w referendum. Moim zdaniem równie ważna, jeśli nie ważniejsza dla ustroju państwa modyfikacja – niepoddana referendum i niezapisana w Konstytucji – wejdzie tymczasem w życie 4 września roku 2017. Tego dnia uczniowie, pracownicy oświaty i rodzice powrócą po wakacjach do zreformowanej szkoły.

Pod koniec roku 2015 wielu rodziców odetchnęło z ulgą, gdy rząd cofnął decyzję poprzedników o obligatoryjnym obniżeniu wieku obowiązku szkolnego. Obawy rodziców o to, że szkoły nie wszędzie i nie zawsze przygotowane są pod względem materialnym i merytorycznym do przyjęcia sześciolatków, przełożyły się wcześniej na rozwój ruchu społecznego animowanego przez państwa Elbanowskich. Rząd PiS przychylił się do jego postulatów, zignorował zaś argumenty za obniżeniem wieku szkolnego, dotyczące chociażby wyrównywania szans dzieci o mniejszym kapitale kulturowym. W ostatnich miesiącach wcześniejszego wyczulenia na głos zorganizowanych grup rodziców zabrakło, choć formułowane przez nie obawy są przecież podobne, a zmiana systemowa – znacznie dalej idąca. Polega wszak na gruntownej transformacji ustroju szkolnego, nie zaś jednego z jego etapów, w dodatku w czasie o wiele krótszym.

Niedopracowanie i pospieszne wprowadzanie reformy edukacji wbrew opinii znacznej części środowiska oświatowego i rodzicielskiego są jednak, moim zdaniem, nie błędem w sztuce reformowania, lecz elementem politycznej strategii. Wykorzystuje ona przede wszystkim społeczne emocje, które od lat narastają wokół polskiej szkoły. Na tym poziomie oddziaływała kampania rządowa, w której uzasadniano likwidację gimnazjów. Szkoły gimnazjalne przedstawiono w niej jako instytucje sprzyjające przemocy, posuwając się przy tym do uproszczonego i niesprawiedliwego obrazu uczniów i nauczycieli gimnazjów. Odwołano się do lęków rodziców, rozegrano też nostalgię pokoleń wychowanych w ośmioklasowej podstawówce. Łatwo przecież, nawet za cenę pokoleniowej autokarykatury, utyskiwać na „dzisiejszą młodzież” i opowiadać o „starej, dobrej szkole”. Wyraźnym sygnałem, że nie należy się zanadto wychylać, nawet w obliczu ryzyka zwolnień, były także próby pociągnięcia do odpowiedzialności dyscyplinarnej nauczycielek, które wzięły udział w Czarnym Proteście.

Należy pamiętać, że na możliwość rozgrywania emocji rodziców i nauczycieli zapracowały poprzednie rządy, w szczególności zaś wszyscy ci, którzy prowadzili politykę edukacyjną w myśl zasady „dziel i rządź”. Praktyka liberalnych rządów, polegająca na eksponowaniu rzekomej roszczeniowości środowiska nauczycielskiego przyniosła swoje żniwo. Obraz nauczyciela-nieroba na dobre utkwił w głowach rodziców. Pomagał dotąd w podtrzymywaniu niedoinwestowania polskiej szkoły i wątpliwych oszczędnościach budżetowych, a zarazem wbijał klin między środowiska rodzicielskie i nauczycielskie. Ponadto część potencjalnych liderów protestu dawno już przeniosła swoje dzieci do placówek niepublicznych, w czym udział polityki oszczędnościowej jest niewątpliwy, a forma sprzeciwu wobec reformy, jaką jest zatrzymanie przez pozostałych dziecka w domu, by solidaryzować się z nauczycielami, w warunkach polskiego rynku pracy w zasadzie wyklucza jakąkolwiek masowość. Nic więc dziwnego, że po latach podważania solidarności całej społeczności szkolnej niedawny strajk nie spełnił pokładanych w nim nadziei.

W związku z faktem, że rząd nie zadbał w wystarczającym stopniu o debatę nad celami i metodami wprowadzania reformy, wchodzi ona w życie przy akompaniamencie sprzeciwu lub głuchej obojętności znacznej części zainteresowanych. Grupom artykułującym sprzeciw odmawia się zarazem prawa do wypowiedzenia się w referendum, co jest sygnałem fatalnym. Oznacza on zignorowanie przez rządzącą większość licznych wątpliwości i obaw współobywateli, dotyczących kluczowego obszaru funkcjonowania państwa. Część społeczeństwa po raz kolejny otrzymuje tym samym sygnał – trafiający w polskich warunkach na podatny, historycznie ukształtowany grunt – że ważna instytucja państwa przybiera kształt narzucony, nie zaś demokratycznie wypracowany. Wydaje się, że w społeczeństwie tak silnie politycznie spolaryzowanym może się to okazać kolejnym krokiem w stronę, i tak już głębokiego, osłabienia instytucji publicznych i zaufania do nich. Na tym jednak nie koniec.

Jednym z najniebezpieczniejszych zjawisk współczesnego świata są narastające nierówności społeczne. Postulat powszechnej i dostępnej edukacji publicznej nie przypadkiem od ponad stulecia należy do najważniejszych składników światopoglądu uznającego solidarność społeczną za istotną wartość. Edukacja powszechna, dostępna i stojąca na wysokim poziomie sprzyja redukowaniu nierówności, co jest tezą niepodważalną i sprawdzoną wielokrotnie praktyką społeczeństw europejskich.

Już dziś możemy powiedzieć, że polski system oświaty zawiera elementy segregacyjne. Mamy bowiem do czynienia z chronicznie niedoinwestowaną oświatą publiczną dla wszystkich oraz oświatą niepubliczną, która – wprawdzie nie zawsze – umożliwia kształcenie na lepszym poziomie tym, którzy są w stanie zapłacić odpowiednio wysokie czesne. Często możliwość taka skojarzona jest z wysokim kapitałem kulturowym rodziców, a także z powstawaniem skupisk tych kapitałów w wybranych placówkach niepublicznych. Obawiam się, że chaos, który z dużym prawdopodobieństwem opanuje wiele szkół tej jesieni, a także – ze względu na nakładanie się roczników – w latach kolejnych, obniży na krótką metę jakość edukacji, bo instytucjonalny bałagan nie sprzyja jej nigdy. Należy więc liczyć się z tendencją do dalszego odpływu uczniów i nauczycieli do placówek niepublicznych.

Dzięki programowi „Rodzina 500+” w portfelach rodzin pojawiły się dodatkowe pieniądze. Nie można wykluczyć, że ze środków tych skorzysta właśnie niepubliczna edukacja. Dotyczy to przede wszystkim tych przypadków, w których środki z programu nie tyle załatały domowy budżet, ile raczej pozwoliły w średniozamożnych rodzinach na powstanie niewielkiej nadwyżki. Jej zainwestowanie w edukację niepubliczną lub zajęcia dodatkowe wydaje się rozsądną, długofalową lokatą, zwłaszcza w rodzinach o wyższym kapitale kulturowym. Obawiam się więc, że reforma edukacji w połączeniu z ważnym programem redystrybucyjnym, mogą przyczynić się do powstania dwóch zjawisk. Po pierwsze, do odpływu kapitału kulturowego do szkolnictwa niepublicznego. Po drugie, do wsparcia ze środków publicznych – już współfinansowanego dotacjami budżetowymi – szkolnictwa niepublicznego. Jeśli tak właśnie się stanie, zjawiska segregacji edukacyjnej mogą pogłębić się, co z pewnością będzie także bodźcem zaostrzającym nierówności finansowe w przyszłości.

Kształt polityki edukacyjnej zawiera w sobie zawsze projekt państwa, jego instytucji, ich wpływu na życie jednostek i wspólnoty. Jeśli wskutek naprędce realizowanej reformy edukacji – przywodzącej skądinąd na myśl słynny postulat „szarpnięcia cuglami” – pogłębi się segregacja edukacyjna, za kilka lat będziemy żyć w państwie jeszcze głębiej podzielonym, w którym awans społeczny, już dziś trudny, będzie jeszcze trudniejszy, a uczniowie szkół publicznych w większości skazani będą na edukację gorszej jakości, w szkołach, które niekoniecznie będą oazą bezpieczeństwa i stabilności. Byłby to ponury paradoks zawarty w działaniach partii, która niegdyś szła do wyborów z hasłami „Polski solidarnej”.

Hasło IV Rzeczpospolitej u swych początków znajdowało się na sztandarach zarówno środowisk dziś rządzących, jak i twórców największej dziś partii opozycyjnej. Ich polityczny sojusz nigdy nie doszedł do skutku, lecz w sprawie reformy edukacji oraz jej skutków możemy być świadkami ponownego połączenia się połówek jabłka zwanego PO-PiS-em, co w obecnych okolicznościach wydaje się zjawiskiem paradoksalnym. Polityka edukacyjna oparta na prymacie oszczędności stworzyła warunki do tego, by mogła zadziałać emocjonalna kampania na rzecz wprowadzenia obecnej reformy. Jeśli nie mylę się w prognozie jej skutków, będziemy mieli do czynienia z niezwykłym zaiste współdziałaniem nienawidzących się dziś sił, które wspólnym, realizowanym przez dziesięciolecie z górą wysiłkiem, stworzą szkołę opartą na ekonomicznych nierównościach i nierówności te reprodukującą. Szkołę przy tym, jak należy się spodziewać, konserwatywną w wymiarze symbolicznym.

Realizacja tego projektu będzie równoznaczna z kresem, powstałego jeszcze pod zaborami, a ugruntowanego ostatecznie w Strajku Szkolnym z początku XX wieku, najtrwalszego i najlepszego bodaj w dziejach projektu społecznego polskiej inteligencji. Jeśli zaś zgodzimy się, że właśnie instytucje edukacyjne decydują o realnej kondycji społeczeństwa oraz jego państwa, obserwujemy właśnie pospieszne, nieliczące się z głosem sprzeciwu, wprowadzanie nowego ustroju Rzeczpospolitej. Obawiam się, że nie będzie ona w tych warunkach… rzeczą pospolitą. Jeśli miałbym w tej sytuacji wskazać kluczowy element programu współczesnej polskiej lewicy, to byłby nim długi, podobny do zapoczątkowanego półtora wieku temu, marsz ku szeroko przedyskutowanej, ewolucyjnej reformie systemu edukacji.

Ilustracja: Giorgio de Chirico, Melancholia, 1916

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *