DOM KULTURY, Krzysztof Mroczko

W niewoli u polskiego widza – Miłoszewscy i inni

AUTOR

Krzysztof Mroczko

Wrocławianin. Zafascynowany historią i literaturą PRL. Miłośnik literatury popularnej, zwłaszcza powieści milicyjnej i szeroko rozumianej fantastyki. Współpracuje z portalem Poltergeist. Patrzy na świat przez różowe okulary.

Anglicy i Skandynawowie odnoszą sukcesy dlatego, że są osadzeni w tym, co tu i teraz. Polscy twórcy uważają tymczasem, że odbiorca szuka rozrywki w świecie zmyślonym. Nie ma tu zatem miejsca na mniejszości seksualne lub etniczne, nie ma problemów emigracji i imigracji. Prostytucja i narkotyki są obecne jedynie jako niezbędne atrybuty królów półświatka. W sterylnym świecie prokuratora Procha jest bar mleczny, ale nie jadają w nim brudni bezdomni czy ubodzy emeryci.

Nie ma nic złego w czerpaniu z wypróbowanych wzorców, zwłaszcza w popkulturze. Z założenia odwołuje się ona do schematu, mieli go i przetwarza, by przykuć odbiorcę do odbiornika za pomocą wielokrotnie sprawdzonych szablonów i formatów. Podobno nie sposób zepsuć dobrego popkulturowego pomysłu. Jak jednak udowadniają polscy twórcy seriali, zepsuć można wszystko. Znakomitym tego przykładem jest „Prokurator”.

W zamyśle miał on być polską odpowiedzią na najlepsze skandynawskie i anglosaskie seriale kryminalne. Efekt tych starań jest jednak taki, że nie tylko dystrybutorzy skandynawskich i brytyjskich seriali, ale też twórcy najlepszych produkcji polskich, „Gliny” i „Pitbulla”, mogą spać spokojnie. Promowany z taką werwą serial TVP dowodzi jedynie, że wzorcem polskiego kryminału telewizyjnego pozostaje sympatyczny „Ojciec Mateusz”.

Na pierwszy rzut oka w „Prokuratorze” wszystko jest na swoim miejscu. Jest ciekawy protagonista, nieco mniej rozgarnięty pomocnik, postaci patologa i technika również starannie przerysowano z najbardziej znanych formatów. Jest też obowiązkowa nitka z przeszłości, spajająca całość w niemalże epicką opowieść, która ma zatrzymać telewidza na dłużej niż jeden odcinek. Wszystko jest, ale  –  podobnie jak w przepisach Makłowicza odtwarzanych we własnym domu  –  rezultat końcowy ma się nijak do dzieła mistrza.

Prokurator Proch może początkowo budzić sympatię widza, jednak przy bliższym poznaniu traci wiele ze swojego pierwotnego powabu. Przyczyna jest dość banalna. Protagonista został skrojony według wzorca zbyt idealnego, by mógł pozostać człowiekiem z krwi i kości. W jednej postaci po prostu nie da upchnąć się wszystkiego, a wyścig ekscentryków dawno temu wygrał doktor House lub, jeśli kto woli, Herkules Poirot. Bo czy komukolwiek chce się dociekać, dlaczego prokurator przestał słuchać kaset magnetofonowych, chociaż znalazł cudotwórcę od naprawy walkmana? Albo dlaczego zamienia nieśmiertelną szklankę z kawą na najtańszy kubek z Ikei, by z jakichś powodów powrócić w ostatnich minutach serii z cudownie odnalezionym w zakamarkach prokuratury naczyniem?

Jeśli nawet cały gatunek serialu kryminalnego jest kliszą, to jednak należy traktować widza z szacunkiem. Niestety, w „Prokuratorze” objawia się tymczasem nieznośna maniera, ciągnąca się za twórczością Miłoszewskiego co najmniej od czasów „Ziarna prawdy”. O ile to, że klisza goni kliszę można jeszcze uznać za podjęcie gry z gatunkiem (pościg na lotnisku niczym z najlepszych czasów porucznika Borewicza trzeba chyba uznać za kampowe puszczenie oka w kierunku widza), o tyle łopatologiczne tłumaczenie zagadek, motywu i całej reszty wymaga nadludzkiej wręcz cierpliwości od każdego, kto w życiu obejrzał więcej niż dwa seriale kryminalne.

Poziom skomplikowania fabuły jest tu niekiedy niższy niż we wspomnianym „Ojcu Mateuszu”, a przygody sympatycznego księdza są przecież opowiastką dla emerytek, którym wtłacza się podprogowo reklamy usług Banku Pocztowego. Od serialu kryminalnego, który aspiruje do statusu pełnoprawnego przedstawiciela gatunku wymagałbym jednak nieco więcej. Może nawet sporo więcej.

Trzeba przyznać, że są w „Prokuratorze” momenty, gdy dzieje się coś ciekawego. Niestety, są to jedynie chwile ulotne, zawarte zazwyczaj w dwóch lub trzech ciekawych ripostach słownych. Najlepszym ich przykładem jest scena z odcinka, w której dwaj lekarze chwalą się, że mają alibi, bo byli w czasie zabójstwa w kinie. Na pytanie o seans, którym było „Ziarno prawdy”, jeden odpowiada niczym bohater „Rejsu”: Wie pan, polski film, wyszliśmy w połowie. Te same słowa odnieść można do serialu, w którym padają.

Trudno po przejściu pokuty polegającej na obejrzeniu wszystkich dziesięciu odcinków serii nie odnieść wrażenia, że zamiast oczekiwanego serialu kryminalnego, trzymającego w napięciu od pierwszych do ostatnich chwil, dostaliśmy telenowelę przywodzącą na myśl historię, która przed trzema dekadami wyludniała ulice polskich miast i wsi. Bracia Miłoszewscy, wzorem „Niewolnicy Isaury”, stali się niewolnikami… oczekiwań widzów. Ci zaś spośród nich, którzy prawdziwie kochają seriale, dawno temu porzucili nadzieję, że polska telewizja jest w stanie wyprodukować coś więcej niż marne odegranie zagranicznego formatu.

Jeśli pozostawimy na boku wspomniane już niedociągnięcia, za największą bolączkę „Prokuratora”, podobnie jak i innych seriali kryminalnych tworzonych między Bugiem a Odrą w ciągu ostatnich lat, należy uznać całkowite oderwanie od rzeczywistości. Anglicy i Skandynawowie dlatego odnoszą sukcesy, że są osadzeni w tym, co tu i teraz. Polscy twórcy uważają tymczasem, że odbiorca szuka rozrywki w świecie zmyślonym. Nie ma tu zatem miejsca na mniejszości seksualne lub etniczne, nie ma problemów emigracji i imigracji. Prostytucja i narkotyki są obecne jedynie jako niezbędne atrybuty królów półświatka. W sterylnym świecie prokuratora Procha jest bar mleczny, ale nie jadają w nim brudni bezdomni czy ubodzy emeryci. Młodość, czystość, bajkowość  – oto telenowela z dreszczykiem pełną gębą.

Tu właśnie łapiemy za rękę nawyk peryferyjnego imitacjonizmu, który pozwala nam jedynie na reprodukowanie dawno przebrzmiałych gdzie indziej form. Posunięte do karykatury odbicie tego trendu najlepiej widać było ostatnio przy okazji emisji serialu „Belle epoque”, gdzie w dziewiętnastowiecznym Krakowie prostytutki z nizin społecznych nie miały na sobie ani grama brudu. Popularne seriale i filmy obnażają najbardziej nie tyle uprawnione w swoim gatunku zapożyczenia, ile raczej niemożność wyjścia poza nieudolne naśladownictwo i spotkania się z lokalną rzeczywistością. Nic dziwnego, że na przestrzeni ostatnich lat najlepszym filmem o morderstwie pozostaje „Dom zły” Smarzowskiego, a wybijającym się kryminałem „Jeziorak”, czerpiący wprawdzie pełnymi garściami z tego, co modne po północnej stronie Bałtyku, ale poruszający problemy znane z rodzimego podwórka, takie jak pędzenie bimbru. Zauważmy przy tym, że była to jedyna produkcja, w której pojawia się kobieta detektyw prowadząca śledztwo na głównym planie. Ciężarna policjantka z prowincjalnego komisariatu zagubionego wśród mazurskich jezior mówi więcej o współczesnej Polsce niż pół tuzina formatów w stylu „Komisarza Alexa” lub nieudolnych kopii Twin Peaks w rodzaju „Belfra”. Zaiste, miła to odmiana po wielu serialach, w których płeć żeńską może reprezentować co najwyżej policjantka w stopniu sierżanta, grzecznie wykonującą polecenia przełożonych, której jedynymi problemami pozostają te sercowe.

Z polskim kryminałem nie musi być więc aż tak źle. W literaturze, o której szerzej innym razem, mamy już wiele udanych realizacji tematów ważnych, podejmowanych niegdyś jedynie przez twórców poruszających się w wyższych rejestrach twórczości. Podejrzewam, że nie tylko ja chętnie obejrzałbym coś zrealizowanego na podstawie choćby jednej książki Czubaja, Grzegorzewskiej, Chmielarza lub Krajewskiego. Kino gatunkowe i serial kryminalny nadal czekają na tych, którzy będą w stanie wyjść poza schemat i odnaleźć się w formule będącej udanym połączeniem ważnego tematu, osadzenia w realiach i atrakcyjnej dla widza formy.

Zmiany wydają się leżeć w zasięgu ręki. Powinno być to tym łatwiejsze, że dostaliśmy właśnie do ręki cały szereg świetnych powieści kryminalnych, które domagają się przeniesienia na duży bądź mały ekran. Nie chcę tu niczego sugerować, bo lista tytułów byłaby z całą pewnością subiektywna, ale nie wątpię, że ekranizacje choć jednej czy dwóch spośród nagradzanych powieści mogłyby ozdrowieńczo wpłynąć na kondycję całego gatunku. Inaczej po prostu nadal będziemy patrzeć na kolejne wcielenia zdziwaczałych prokuratorów układających puzzle przy akompaniamencie muzyki z wysłużonego walkmana. I tęsknić za dreszczem towarzyszącym wędrowaniu po Warszawie w towarzystwie komisarzy Gajewskiego i Despera.

Odwołania do „Gliny” czy „Pitbulla” są tu o tyle zasadne, że Pasikowski i Vega starali się, by ich protagoniści byli gliniarzami osadzonymi w realiach. Dorabiający po godzinach jako cieć na parkingu Gebels jest znacznie bardziej realny niż Proch przewijający ołówkiem kasetę magnetofonową. Najsmutniejsze jest to, że sami Miłoszewscy doskonale zdają sobie z tego sprawę, o czym świadczy wypowiedź dotycząca jednego z serialowych detali, kiedy to widzowie ujrzeli obraz na desce, choć prawdziwy obraz został namalowany na płótnie. Zygmunt Miłoszewski z rozbrajającą szczerością przyznał, że też go to denerwuje, ale przecież twórcy nie mieli nic do gadania, bo wszystko kręcone jest i zatwierdzane przez producenta bez ich udziału. Z tego wynika, że autora interesuje jedynie stan konta, co oczywiście nie jest niczym nagannym, oznacza jednak przyzwolenie na bycie wyrobnikiem bez własnej wizji.

Właśnie, wizja. Ona istnieje, lecz w zupełnie inny sposób, niż widz mógłby oczekiwać. Podobnie jak w Polsce ma to miejsce z wieloma zawodami kreatywnymi, artysta musi być niewolnikiem. Sponsorzy i producenci dają nie tylko pieniądze, ale również własną wizję świata. W tym świecie jest też miejsce dla idealnego widza. A Polacy w swej masie nie chcą być zaskakiwani, nie chcą być kształceni ani nawet straszeni. Mają się „rozerwać” i tak też się dzieje, bo w trakcie oglądania można faktycznie boki zrywać ze śmiechu.

„Prokurator”, jak każdy serial z ambicjami, posiada otwarte zakończenie, pozostawiające furtkę dla następnych sezonów bezbrzeżnej nudy i okropnej żenady, obrażających inteligencję miłośników kryminałów z prawdziwego zdarzenia. Doczekamy się zatem pewnie kontynuacji zupełnie niefascynujących przygód prokuratora Procha et consortes. Czego jednak i sobie, i Państwu z całego serca nie życzę.

Zdjęcie: fotosy z serialu „Prokurator”, materiały prasowe TVP.

Numer 5 (16)/2017

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *