Jerzy Kociatkiewicz, Monika Kostera

Mroki pod latarnią, czyli o polskiej edukacji zarządzania

AUTOR

Monika Kostera, Jerzy Kociatkiewicz

Czy możecie sobie wyobrazić studiowanie na Wydziale Biologii, gdzie uczą was tylko o zwierzętach czworonożnych, a pomijają milczeniem wszystkie pozostałe? Czy zostanie magistrem historii jako zwieńczenie studiów dziejów Staffordshire w XVII wieku? To właśnie robią szkoły biznesu (Martin Parker, 2008).

Jeśli podążymy za powyższą analogią, polskie szkoły biznesu przypominają studia nauk biologicznych ograniczone do poznawania psów rasowych i naukę historii polegającą na uczeniu się o rodach szlacheckich w siedemnastowiecznym Staffordshire. Jako osoby zaangażowane w pracę naukową i dydaktyczną tak w Polsce, jak na Zachodzie, widzimy kuriozalny wręcz obraz niespójności, jakby dwa światy: z jednej strony – światowe nauki zarządzania, niezwykle zróżnicowane, dynamiczne, prowokujące do myślenia. Może w ograniczonym stopniu przekłada się to na wiedzę oferowaną studentom, ale uświadamia się im przynajmniej tyle, że istnieją nurty krytyczne, humanistyczne, artystyczne i inne we współczesnym zarządzaniu. Z drugiej strony – polski monolit, jednolita bryła, tak naukowa, jak i dydaktyczna. Co się na nią składa – wszyscy wiedzą. I to właśnie jest tragedia.

W Polsce istnieje kilkadziesiąt kierunków studiów pod nazwą „zarządzanie” i co roku kończy na nich różne formy studiów wiele tysięcy studentów (według danych GUS na studiach z zakresu biznesu i administracji studiuje ponad 250 tysięcy studentów). Wcześniej do studiowania zarządzania przygotowują uczniów licea, ucząc ich „podstaw przedsiębiorczości”. Zarządzanie jest jednym z najbardziej powszechnych języków, nowoczesną łaciną, wspólnym mianownikiem. Często korzystają z niego media, a czerpane z teorii zarządzania argumenty bywają przedstawiane jako ostateczne i niepodważalne. Jednak ten język i te argumenty nie mają zbyt wiele wspólnego ze stanem światowej nauki zarządzania – jest to raczej ideologia, silnie nacechowane normatywnie myślenie życzeniowe. Jeśli ktoś się z nim nie zgadza, traktowany jest jako dywersant, niezależnie od wiedzy i kompetencji. Tak rozumianego zarządzania uczą się „wszyscy” i „wszyscy” mówią o nim i jego językiem. To sztuka zakładania i prowadzenia zyskownego przedsiębiorstwa, korzystania z zasobów naturalnych i ludzkich celem pomnażania zainwestowanego kapitału. Ewentualnie – prowadzenie innych organizacji tak, jakby były zyskownymi przedsiębiorstwami. A wszystko to okraszone „oczywistym” przekonaniem, że tworzenie nowych przedsiębiorstw i poprawianie zyskowności istniejących firm to najważniejsze cele, którym poświęcać powinni się młodzi ludzie po studiach.

Takie studia są nie tylko nieprzydatne, ale wręcz szkodliwe, zarówno dla jednostek, jak i dla całego społeczeństwa. Żadne przedsiębiorstwo, żadna gospodarka nie potrzebuje takiej rzeszy menedżerów i przedsiębiorców. Wiemy więc, że większość studentów nie będzie pracować w wyuczonym zawodzie, będzie natomiast wykorzystywać wyuczony przez trzy do pięciu lat studiów aparat pojęciowy do radzenia sobie w zawodowych i prywatnych sytuacjach niewiele mających wspólnego z prowadzeniem zyskownej firmy. Ale tak, jak posiadanie młotka zwiększa widoczność gwoździ w otoczeniu, tak obeznanie z zarządzaniem pozwala zobaczyć firmę w szpitalu, w szkole czy we własnej rodzinie.

Nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nabyte w ramach studiów umiejętności rzeczywiście poszerzały horyzonty, pomagały w zrozumieniu złożoności stojących przed nami problemów. Niestety, zdecydowana większość programów nauczania w dziedzinie zarządzania oferuje przede wszystkim miksturę ideologii (często okraszonej pseudopsychologicznymi pogadankami motywacyjnymi o zaletach przedsiębiorczości i przywództwa) i uproszczeń, które faworyzują siłowe rozwiązywanie nieuchronnych konfliktów interesów. Nawet jeśli uznamy, że programy te bazują na doświadczeniach i osiągnięciach szefów najlepszych korporacji (a trudno sobie wyobrazić, żeby rzeczywiście tak było), nie ma żadnego powodu, byśmy wszyscy chcieli się wzorować właśnie na nich. Nie bez powodu szereg badań (najbardziej znane są badania psychologów Paula Babiaka i Roberta Hare) wskazuje, że wśród szefów firm znaleźć można najwyższy w społeczeństwie odsetek psychopatów: mają oni cechy, które promują wspinanie się na szczyt we współczesnych organizacjach. Sugeruje to problemy z rozpowszechnionymi modelami kierowania organizacjami, ale też niedorzeczność stawiania profesji menedżera jako rekomendowanego wzorca dla studentów rozpoczynających swoją przyszłą ścieżkę pracy.

To istotne, jako że problemy stojące obecnie przed nami wymagają nowych rozwiązań. Niezależnie od tego, czy spojrzymy na rosnące zanieczyszczenie środowiska i wyczerpujące się zasoby naturalne, na niestabilność globalnego systemu finansowego, czy na rynkowe wynagrodzenia nijak nieodzwierciedlające społecznej przydatności wykonywanej pracy, jasno widać, że musimy kształcić ludzi zdolnych poradzić sobie z tymi wyzwaniami, a nie kierowników umiejących rozwiązać problemy, które trapiły stabilny kapitalizm lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku.

Wielu badaczy zarządzania zdaje sobie z tego sprawę. Artykuły w najwyżej cenionych (również w polskim oficjalnym rankingu) pismach z naszej dziedziny, książki najbardziej cenionych naukowców od dawna zajmują się problemami organizowania (i ich rozwiązaniami) daleko wykraczającymi poza kwestię sukcesu firmy na rynku. Niestety, w Polsce wiedza o takich nurtach w naukach o zarządzaniu jest znikoma. Intelektualiści, praktycy i dziennikarze, sprawiają wrażenie, jakby byli całkowicie niezainteresowani jej zdobyciem. Wręcz przeciwnie, odnosimy wrażenie, że niemal nikt w głównym nurcie nie chce jej zdobyć, choć dziedzina ta ma do przekazania sporo dobrych wieści, których ludzie wszelkich zawodów i z wszelkich społecznych klas i grup są tak bardzo spragnieni. Można odnieść wrażenie, że żyjemy w zaczarowanym świecie, a po przekroczeniu jego granic znacząca część nauk i praktyk zarządzania przestaje istnieć. Czujemy, że mamy do pokazania Graala, a wszyscy odwracają od niego wzrok i udają, że nie istnieje.

Na szczęście istnieją wyjątki. Nam najbliższym jest Wydział Zarządzania i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jagiellońskiego (z którym oboje współpracujemy), gdzie istnieje przestrzeń dla rozwoju nauki i dydaktyki ponad kuriozalnymi liniami demarkacyjnymi. Studenci uczą się o biznesie, ale i o teatrze, o ochotniczej straży pożarnej, o spółdzielniach. Wykładowcy zadają im, ale również sobie, pytania o przeszłość, przyszłość i sens, również o sens studiowania zarządzania. To ważne, bo bez tych pytań nie wymyślą ani prochu, ani nawet nowych form organizacyjnych, które koniecznie potrzebne są nam do poradzenia sobie z wyzwaniami współczesności.

Żyjemy w czasach określanych przez Zygmunta Baumana jako interregnum, a więc okres, gdy stare instytucje społeczne, polityczne i ekonomiczne przestają działać. To, co wydawało się nam jeszcze do niedawna „prawami natury”, zawodzi w życiu społecznym, a nie ma nowych instytucji i mechanizmów, które zajęłyby opuszczone miejsce. Widać to w wykazywanym w coraz to nowych badaniach braku zaufania do instytucji publicznych, w nieprzewidywalnych wyborach politycznych, w rozchwianiu światowej gospodarki. Bez instytucji społecznych, czyli stabilnych struktur, na ogół przyjmowanych jako pewnik i w ogóle niezauważanych w zwykłym codziennym życiu, bardzo ciężko jest funkcjonować, snuć plany, organizować swoje życie. Bez ludzkiej i społecznej sprawczości trudno nawet wyobrazić sobie, jak poprawiać swój los, a nawet zapewnić sobie bezpieczeństwo. Stąd tak ogromny obecnie pęd, tak korporacji, jak i całych społeczeństw, do władzy autokratycznej, stąd nieodparty urok socjo- i psychopatów w zarządzaniu. Tylko taka władza potrafi niejako „wymusić” skuteczność wobec braku wspierających instytucji. Jest to oczywiście rozwiązanie niosące więcej problemów niż korzyści, a dalekosiężne skutki mogą być tragiczne. Na pewno zaś, i to już w krótkim okresie, są wyniszczające – dewastują resztę podstaw życia społecznego: zaufanie, nadzieję na lepsze jutro, uczucia wyższe, więzi społeczne, i prowadzą szybko do wypalenia.

Desperacko potrzebujemy nowych pomysłów, nowych struktur i instytucji. Owszem, jest to może szczególnie widoczne na poziomie państw i organizacji ponadpaństwowych, ale także w naszych organizacjach, gdzie ludzie pracują, tworzą, spędzają sporą część dorosłego życia. Naukowcy zajmujący się badaniem tych organizacji, tacy jak Mats Alvesson, Peter Fleming, Nancy Harding, Andre Spicer czy Carl Cederström, przedstawiają w swoich publikacjach, naukowych i popularnych, widok tragiczny. Jest to właściwie Ziemia Jałowa, gdzie wszelkie iskry zainteresowania, bystrości, życzliwości czy po prostu zadowolenia gasną, nim zdołają wywołać jakikolwiek realny efekt. Wszechobecna alienacja przybiera kształt wrogości i mrocznej gnuśności w wielu miejscach pracy, także tych wyposażonych dotąd w etos cieszących się spokojem, jak służba zdrowia czy uniwersytety. Nie jest bynajmniej tak, że jesteśmy skazani na ten stan rzeczy, ani że powinniśmy pogodzić się i przyjąć za swoje to wszystko, co polski główny nurt tak często kreśli jako nieuchronną przyszłość: roboty zamiast pracowników, powszechna utrata prywatności, kryzys na wszystkich frontach, zanik radości i więzi między ludźmi. Nie jest to bowiem prawo natury, lecz jedynie efekt upadku instytucji społecznych. Społecznych – a więc w jakimś stopniu podlegających naszej ludzkiej sprawczości, zależnych od tego, na co nas intelektualnie i pragmatycznie stać. A powinno być nas stać na wiele, przynajmniej na poziomie organizacji, bo przecież wszyscy uczymy się zarządzania, wszędzie o nim czytamy i słyszymy.

Tymczasem w naszym kraju istnieją przecież znakomite praktyki nowatorskiego zarządzania. Zajmujemy się badaniami porównawczymi tych praktyk i zapewniamy, że budzą one szacunek i zainteresowanie zachodnich czytelników. Polskie organizacje alternatywne, niebędące przedsiębiorstwami nakierowanymi w pierwszej kolejności na zysk, takie jak spółdzielnie, organizacje nieformalne, ale także prywatne biznesy, zorientowane przede wszystkim na wartości i poszanowanie dla pracy ludzkiej rozumianej jako wartość, są co najmniej równie dynamiczne i interesujące jak analogiczne organizacje brytyjskie, greckie, hiszpańskie czy skandynawskie. Mamy się czym pochwalić i mamy się od kogo uczyć. Tylko kto, oprócz garstki aktywistów i badaczy, wie o ich istnieniu? Gdzie kursy, szkolenia, artykuły w głównych mediach, wywiady i szeroko dostępne wzorce do naśladowania i refleksji? Gdzie choćby cień ciekawości ze strony głównych nurtów edukacji i mediów, zapatrzonych na ogół w coś, co jawi im się jako „zachodnie”? Dodamy, jako osoby uczestniczące w tym, co dzieje się na Zachodzie, że polski obraz „zachodniości” w naukach zarządzania jest, o ile to możliwe, jeszcze bardziej kuriozalny i idiosynkratyczny niż nasze własne, specyficzne polskie poletko. Zasada „cudze chwalicie, swego nie znacie” jest chyba najbardziej polską ze wszystkich i, jak się zdaje, jedną z najmniej wartych pielęgnowania.

W konsekwencji – zamiast potencjalnie niezwykle inspirującej, otwierającej nowe horyzonty, przecierającej nowe szlaki i wzbudzającej zainteresowanie całej Europy edukacji zarządzania w Polsce – mamy tak często do czynienia z formułkami magicznymi, jałowo i bezskutecznie próbującymi zaklinać rzeczywistość, by stała się prostszą, bardziej instrumentalną, bardziej skoncentrowaną na narcystycznej postaci menedżera. To nie jest magia zrozumienia świata rodem z Czarnoksiężnika z Archipelagu, to nie są nawet elastycznie dostosowywane do sytuacji czary z Harry’ego Pottera. Magiczne formułki zarządzania, których recytacji nauczyć się można zarówno w szkołach biznesu, jak i na uniwersytetach (przymiotnikowych bądź nie), władzy nad rzeczywistością nie dają, nie powodują, że wreszcie pomieści się ona w dyscyplinie nauk zarządzania. Co najwyżej pomogą uprawomocnić pomiatanie podwładnymi i mile łechtać poczucie wyższości menedżera. Dopóki więc gruntownie nie zmienimy wartości przyświecających kursom zarządzania, nie powinniśmy się dziwić, że tak wielu uczniów i studentów na kolejną wieść o potrzebie przedsiębiorczości jęczy niczym Gałkiewicz w Ferdydurke: Ale kiedy ja się wcale nie zachwycam! Wcale się nie zachwycam! Nie zajmuje mnie! Nie mogę wyczytać więcej jak dwie strofy, a i to mnie nie zajmuje.

O autorach:

Monika Kostera: absolwentka uniwersytetów Warszawskiego i Lund, profesor zwyczajna nauk zarządzania w Polsce, Wielkiej Brytanii i Szwecji, autorka licznych publikacji w językach polskim i angielskim: artykułów w międzynarodowych pismach naukowych i książek, m.in. napisanej wspólnie z Zygmuntem Baumanem, Ireną Bauman i Jerzym Kociatkiewiczem: Zarządzanie w płynnej nowoczesności, Warszawa: Bęc Zmiana. (pierwsze ang. wydanie 2015, London: Polity Press)oraz Occupy Management! Inspirations and ideas for self-organization and self-management (2014) wydanej nakładem Routledge.

Jerzy Kociatkiewicz: doktor habilitowany nauk zarządzania, profesor Uniwersytetu SWPS, wykładowca na Uniwersytecie w Sheffield. Prowadzi badania nad sposobami doświadczania organizacyjnej codzienności przez jej uczestników i przedstawieniami organizacji w popkulturze. Autor licznych artykułów w anglojęzycznych i polskich czasopismach naukowych.

Ilustracja: Witold Wojtkiewicz, Orka, 1905

Numer 5 (16)/2017

drukuj

KOMENTARZE

  1. Jest jeden wniosek – w procesie rzekomej „naprawy” polskiej edukacji rozwiązujemy złe problemy – w dodatku przy udziale amatorów.
    Jak pisze prof. Z Kwieciński („Edukacja do naprawy”, Akademia 1 (33)/2013, PAN)
    „..Brakuje nam nowoczesnej i odpowiadającej wyzwaniom przyszłości koncepcji wychowania, która umiałaby zmienić negatywne cechy mentalności i nawyki Polaków, takie jak :
    • niezdolność do współpracy,
    • bierność obywatelska,
    • brak umiejętności samodzielnego,
    • krytycznego i
    • kreatywnego myślenia,
    • a także nieprzestrzeganie reguł przyzwoitości w relacjach społecznych.
    Powiększane w ciągu dziesięcioleci bariery kulturowe oraz skala zaniedbań i patologii systemu formalnej edukacji i wychowania zmuszają do wypracowania wizji rozwoju systemu edukacji i strategii jej realizacji. ..”

    A 104 lata temu inż. Stefan Górka (Sztuka zdobywania majątku, Kraków 1913), pisał :
    „…Wszystkie warstwy polskiego narodu ogarnia i zalewa we wszystkich postaciach wszędzie rozwielmożnione niedbalstwo.
    Ma ono swoje ciekawe nazwy.
    1. Jako niedbalstwo w interesach zowie się u Polaka bezinteresownością;
    2. jako niedbalstwo w przestrzeganiu zasad zowie się tolerancyą;
    3. jako niedbalstwo w zwalczaniu złego zowie się ludzkością,
    4. jako niedbalstwo w przestrzeganiu porządku i czystości zowie się oryginalnością;
    5. jako niedbalstwo o własne dobro i korzyści zowie się wspaniałomyślnością;
    6. jako niedbalstwo wśród działania i walki zowie się rozwagą.
    …Młodzież polska idzie niechętnie, lub zmuszona koniecznością , do tych zawodów i powołań, które wymagają samodzielności , pomysłowości , energii i wysiłku.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *