AUTOR

Barbara Brzezicka

Romanistka i filozofka, od 2011 roku pracuje na Uniwersytecie Gdańskim, który trochę próbuje zmieniać na lepsze. Od 2015 roku członkini Rady Krajowej Razem. Działa (w miarę możliwości) w Trójmiejskiej Akcji Kobiecej i w Komitecie Kryzysowym Humanistyki Polskiej.

Filozofowie i filozofki czasem szumnie coś ogłaszają, więc i ja sobie na to pozwolę. Ogłaszam koniec demokracji liberalnej. Wczorajsze wybory w Stanach Zjednoczonych pokazały, że demokracja nie robi się sama.Nie wystarczy uchwalić dobry system i z czystym sumieniem zająć się robieniem biznesu. O demokrację trzeba walczyć – za każdym razem, w każdym pokoleniu na nowo.

Wiele z nas powie dzisiaj, że ludzie są głupi. Tak, żadne z nas nie rodzi się mądre. Ani w rodzinie profesorskiej, ani w robotniczej nie rodzą się kompetentni obywatele i obywatelki. Świadomość obywatelska i umiejętność dokonywania ocen politycznych to wiedza nabyta. Nieliczni szczęśliwcy mogą zdobyć ją w domu. Pozostali muszą liczyć na system edukacji. Jednym z podstawowych jego celów jest wyrównywanie szans. Dotąd było ono często pojmowane wąsko, jako przygotowanie do radzenia sobie na rynku pracy. Ten neoliberalny paradygmat pomijał aspekt społeczny edukacji, a także potrzebę wszechstronnego rozwoju, który wykracza poza wąski zestaw umiejętności zawodowych. Kształcenie humanistyczne, obywatelskie i ekonomiczne to nauka myślenia, która chroni przed szkodliwym populizmem. To edukacja pozwala zapobiegać wyradzaniu się demokracji w autorytaryzm i podejmowaniu przez obywateli wyborów politycznych niezgodnych z własnymi interesami.

Żeby demokracja mogła działać, „suweren”, czyli społeczeństwo sprawujące rządy, musi być do udziału w niej przygotowane. Musi otrzymywać porządną edukację obywatelską w szkole, ale też mieć dostęp do odpowiedzialnych społecznie mediów publicznych, które nie ulegają naciskom podmiotów gospodarczych. Grupy mniejszościowe i dyskryminowane muszą otrzymywać aktywne wsparcie pozwalające na wyrównanie statusu. Równe prawa to warunek konieczny, ale niewystarczający. Jeśli mówimy „Tu macie prawa – korzystajcie” i umywamy ręce, to prędzej czy później przyjdzie ktoś i powie „Believe me”. A obywatele i obywatelki, doświadczający nie tylko wykluczenia ekonomicznego, ale też edukacyjnego i kulturalnego, mu uwierzą.

Bez odpowiedniej ochrony wolność słabszych będzie ograniczana, a bez odpowiedniej edukacji demokracja będzie się rozpadać. Chodzi oczywiście o edukację w szerokim sensie, na który składa się również kultura – tak często postrzegana jako fanaberia wielkomiejskiej klasy średniej. Tymczasem dostęp do kultury pozwala rozwijać się całe życie. Muzea, teatry i biblioteki nie muszą być zarezerwowane dla tak zwanej inteligencji. Mogą być atrakcyjne i dostępne dla wszystkich, ale tutaj znowu trzeba podjąć wysiłek. Samo ich istnienie nie wystarczy. Szerokiego dostępu do kultury ani wzrostu czytelnictwa nie zagwarantują też podmioty prywatne ani niestabilnie finansowane NGO-sy. Badania językowe nad wystąpieniami Trumpa pokazały, że jego sposób wyrażania się trafia do osób, które nie są przyzwyczajone do obcowania ze słowem pisanym. Przeważnie nie da się z jego przemówień zrobić transkrypcji, bo urywane zdania i natłok dygresji sprawiają, że tekst jest nieczytelny. Urywane frazy są jednak czytelne i trafiają do słuchaczy i słuchaczek przyzwyczajonych do języka ustnej konwersacji, w której często dopowiadamy sobie wzajemnie to, co sami chcemy usłyszeć.

Demokracja to także poczucie sprawczości. Jeśli prawa obywatelek i obywateli są teoretyczne, a politycy i polityczki działają na rzecz banków i korporacji (jak choćby Hillary Clinton), to bezsilność prowadzi do głosowania negatywnego. Wiele wskazuje na to, że to właśnie głosy osób chcących skorzystać z okazji dokopania establishmentowi zadecydowały o wyniku wyborów.

Naomi Klein napisała wczoraj, że czas pogrzebać neoliberalizm. Nie możemy jednak zapominać o systemie, na którym neoliberalny kapitalizm był ufundowany w ramach konsensusu, który Fukuyama nazywał „końcem historii”. W latach 90. mogło się wydawać, że mariaż kapitalizmu i demokracji liberalnej to punkt dojścia historii. Że nie pojawi się już żadna antyteza tego systemu, a dalsze zmiany będą zachodzić w jego ramach. Okazuje się to złudzeniem. Demokracja liberalna przestała być oczywistością i coraz częściej jej zasady są porzucane na rzecz takiej czy innej formy autorytaryzmu. Komentarzem, który najczęściej słyszymy, jest nawoływanie do obrony dotychczasowego systemu. Zamiast przyznać, że model ten nie działa i wymaga naprawy, nadal przedstawia się go jako jedyną słuszną możliwość. Tyle że jej zwolenników i zwolenniczek jest coraz mniej, a gloryfikowane przez nich reguły gry działają na ich niekorzyść.

W TOK FM redaktor Kraśko pozwolił sobie na dość optymistyczną diagnozę, która dobrze obrazuje niezrozumienie problemu przez liberałów i liberałki. Stwierdził, że z demokracją jest wszystko w porządku, tylko kampania Hillary Clinton była źle przeprowadzona. Fetyszyzacja marketingu politycznego przy jednoczesnym niedostrzeganiu szkodliwego wpływu finansowania korporacyjnego są charakterystyczne dla neoliberalnej narracji. Fakt, że z kandydatek i kandydatów robi się produkt, który trzeba umiejętnie sprzedać, nie jest normalny i nie powinien być oczywistością. Tylko ograniczenie komercyjnego charakteru kampanii wyborczych (górny limit finansowania, zakaz przyjmowania pieniędzy od firm, zakaz wielkoformatowych reklam) może im przywrócić choćby częściową wartość merytoryczną. Kampania w Stanach Zjednoczonych już od dawna sprowadza się to tego, kto zrobi większy show. Około połowa obywateli i obywatelek w ogóle nie głosuje, podobnie jak w Polsce. Frekwencja spada zresztą nawet w takich krajach jak Francja, co jest efektem oderwania wyborów i kampanii od rzeczywistego przełożenia głosu na konkretne zmiany polityczne. Sprowadzenie wyborów do teleturnieju opłaca się otoczeniu biznesowemu liberalnych polityków i polityczek, ale oni sami przegrywają.

Nie chcę teraz pisać o wszystkich zagrożeniach, jakie wiążą się z prezydenturą Donalda Trumpa, bo trudno je wszystkie wyliczyć i pewnie niewiele jako Europa możemy zrobić. Możemy jednak walczyć o demokrację. Możemy wyprowadzić ją z rozpadającej się fazy liberalnej i udoskonalić tak, żeby lepiej realizowała podstawową ideę władzy ludu, jak niegdyś demokracja liberalna realizowała ją lepiej niż demokracje szlachecka lub ateńska.

Zdjęcie: obraz „Akropolis”, Leo von Klenze, Wikipedia Commons

drukuj

KOMENTARZE

  1. Liberalna demokracja nie może zostać zastąpiona suwerenną ala Rosja. Póki nie będzie aleternatywy trzeba jej bronić ale lepiej niż KOD. Należy ja rozszerzać o elementy bezpośrednie i angażujące, ale podejście rewolucyjne w nadzieji na coś lepszego może mieć straszne skutki. Jestem w Razem, bo wierzę, że praca u podstaw w długiej perspektywie może zachamowaniu fale faszyszmu nienawiści i innych klęsk pochodnych neoliberalizmowych. Świetny tekst Basia :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *