AUTOR

Aleksandra Bilewicz

Zawodowo socjolożka, pracuje na Uniwersytecie Warszawskim. Naukowo interesuje się historią i socjologią spółdzielczości, antropologią ekonomiczną, socjologią wsi. Stara się oddzielać pracę naukową od publicystyki, co nie zawsze do końca się udaje. Trochę postępowa, trochę konserwatywna.

Po doświadczeniu dobroczynnego wpływu odpowiedniej troski i uwagi poświęconych narzędziom mechanicznym doprawdy łatwo rozważnemu umysłowi przyjść od razu do wniosku, że co najmniej równe pożytki wynikną z otoczenia podobną troską narzędzi żywych. Gdy dostrzeżono, że utrzymanie akuratności i solidności bezdusznego mechanizmu wielce ulepsza jego działanie – i że istota dobrego gospodarowania polegała na utrzymywaniu go w schludności i czystości, na regularnym zaopatrywaniu najlepszą substancją dla uniknięcia niepożądanego tarcia, na odpowiednim zabezpieczaniu celem utrzymania w dobrym stanie – tedy naturalnym było dojście do wniosku, że delikatniejsze, złożone mechanizmy żywe byłyby również ulepszone, gdyby ćwiczyć je w sile i aktywności, i że prawdziwą gospodarnością okazałoby się utrzymywanie ich również w schludności i czystości, a także ich życzliwe traktowanie, tak by ruch ich umysłów nie doznawał nadmiaru drażniących tarć; nadto należałoby dołożyć wszelkich starań, by mechanizmy owe udoskonalać, dostarczać im zdrowego jadła i wszystkiego, co tylko niezbędne do życia, by ciało ich zachować w należytym stanie technicznym, zabezpieczone przy tym przed nieodwracalnym zepsuciem lub przedwczesnym rozkładem.

Robert Owen o robotnikach w swojej fabryce w New Lanark (1816)

Rozpoczynam coś, co miało być komentarzem powyborczym, cytatem z XIX-wiecznego filantropa-utopisty, podobno wynalazcy terminu „socjalizm”. Mam bowiem wrażenie, że założenia jego pozornie archaicznej, naiwnie oświeceniowej doktryny do dziś trwają w kręgach, które ogólnikowo można nazwać progresywnymi. Owen uważał, że człowiek jest całkowicie kształtowany przez środowisko, w którym wzrasta, a więc zmieniając warunki egzystencji można dowolnie kształtować jego „charakter”. Ten przemysłowiec i reformator społeczny był także prekursorem idei spółdzielczej, która mnie bardzo interesuje – co jakiś czas wracam więc do tych początków. Przeszywa mnie jednak dreszcz, kiedy czytam, że robotnik jest „żywym instrumentem”, którego tak ciało, jak i świadomość mają być dowolnie kształtowane przez oświecone elity, których Owen był przedstawicielem. Elity, które wiedzą, jak świat urządzić tak, by na zawsze zniknęła nędza oraz inne bolączki społeczne i zapanowało powszechne szczęście.

Duch Owena unosi się nad szeroko rozumianą progresywną sceną polityczną i opinią publiczną (do której siłą rzeczy lgnie część środowisk lewicowych). Mam wrażenie, że – choć w znacznie zmienionej formie – kształtuje też mentalność, swego rodzaju formację światopoglądową, której emanacją była kampania Hillary Clinton. Przekaz jest oczywiście inny od tego, który składał się na socjalizm utopijny – to wizja, która musi dać się pogodzić ze swobodą globalnych przepływów kapitału i podążających za nim mas ludności. W wizji tej nowoczesne społeczeństwo składa się z koegzystujących grup i tożsamości, w założeniu bezkonfliktowych i cieszących się jak najdalej idącymi uprawnieniami. Niepełnosprawni wymieniani tu są jednym tchem z LGBT, kobietami, mniejszościami etnicznymi, imigrantami i społecznościami wiejskimi. Wizja ta nie uwzględnia tego, że wymienione grupy mogą się głęboko różnić pod względem zapatrywań, tradycji, światopoglądów, a także być w konflikcie interesów – zarówno między sobą, jak i w sensie podziałów wewnętrznych. Jednocześnie imperatyw identyfikacji przede wszystkim z tożsamością mniejszościową może osłabiać sferę publiczną, która służyła do tego, żeby porozumiewać się, także artykułując konflikty, w odniesieniu do kategorii wspólnych dla wszystkich.

Na płytkość i iluzoryczność tego rodzaju strategii zwracał uwagę już w latach 70. i 80. ubiegłego wieku Christopher Lasch. Jego diagnoza rosnącej polaryzacji społecznej – na postępowe „elity” oraz zacofaną resztę, połączona z niepokojem o los demokracji – okazała się niezwykle trafna i prorocza. Pokazuje on, że dyskurs sprawiający, że Amerykanie stali się narodem złożonym z mniejszości, umiejętnie zamazuje rzeczywiste konflikty i prawdziwy stan rzeczy – pełen podziałów etnicznych i klasowych. Różnorodność – pisał w 1994 r. – slogan powierzchownie atrakcyjny – zaczął oznaczać odwrotność tego, co wydaje się znaczyć. W praktyce różnorodność okazywała się legitymizować nowy dogmatyzm, w którym rywalizujące mniejszości kryją się za systemem przekonań impregnowanym na racjonalną dyskusję. Fizycznej segregacji społeczeństwa w zamkniętych, rasowo jednorodnych enklawach towarzyszy bałkanizacja opinii [sic!].

Wydaje mi się, że istotą problemu, jaki stwarzają dziś rządy tzw. liberalnych elit (zarówno w Unii Europejskiej, jak i w USA), jest ich coraz bardziej widoczna hipokryzja. Wzrastające nierówności społeczne w świecie zachodnim są przede wszystkim problemem ze względu na brak ich oficjalnej legitymizacji – to wciąż, nominalnie, społeczeństwa demokratyczne i względnie egalitarne. System polityczny tych państw kształtował się w okresie dominacji licznej klasy średniej i jej względnie liberalnych wartości. Tymczasem lata neoliberalizmu, przypieczętowane kryzysem 2008 r., sprawiły, że struktura ta zaczęła się załamywać.

W porządku społeczno-politycznym, którego instytucjonalne ramy wciąż trwają, ogromne bogactwo nielicznych kosztem coraz większej niepewności i niestabilnej przyszłości większości jawi się jako efekt niejawnych machinacji, odbywających się za plecami społeczeństwa. I, w pewnym sensie, tak jest w istocie. W społeczeństwie rosyjskim, czy innych społeczeństwach bez tradycji demokratycznych, jakkolwiek smutno by to nie brzmiało, władza oligarchii i pozaprawne sposoby zdobywania przez nią majątku posiadają w zasadzie społeczną legitymizację, przynajmniej w oczach większości. Społeczeństwa zachodnie jeszcze do tej formy władzy „nie dorosły”, a staje się ona faktem. Władza ta ma w dodatku charakter coraz bardziej transnarodowy, co jeszcze bardziej utrudnia społeczną kontrolę i wywołuje poczucie bezsilności. Jest też – wydawałoby się, że skutecznie – maskowana dyskursem o „różnorodności”, prawach mniejszości i awansie. Symbolem tej elitarnej hipokryzji stała się właśnie Hillary Clinton – postępowa feministka i od niedawna zwolenniczka opodatkowania korporacji, jednocześnie finansowana przez Wall Street i Dolinę Krzemową, prowadząca w swojej fundacji szemrane interesy i konsekwentnie zatajająca istotne informacje przed opinią publiczną.

Narzędzia, które progresywiści stosują, aby urządzić świat zgodnie ze swoimi wartościami, niekiedy obracają się przeciw nim samym. Tak jest z powszechną dostępnością Internetu oraz rozprzestrzeniającymi się w tempie kosmicznym mediami elektronicznymi, które w zamierzeniu miały „łączyć ludzi” ponad różnicami płci, narodowości, miejsca zamieszkania. Tymczasem raczej umożliwiły ekspansję fali nienawiści i eskalację konfliktów, które uległy daleko idącej brutalizacji, co wpłynęło na drastyczne obniżenie jakości całej debaty publicznej. Wulgarność, Laschowska „bałkanizacja opinii” stały się codziennością, a prymitywne, „populistyczne” idee, upatrujące rozwiązań problemów społecznych w przemocy i ksenofobii, mogą rozpowszechniać się bez ograniczeń. Szerzą się w ten sposób różnorodne odmiany „rewolucyjnej reakcji”, buntu przeciwko establishmentowi, które żywiołowo negują wszystkie elementy liberalnego światopoglądu. W swoim defensywnym radykalizmie niewiele mają zresztą wspólnego z konserwatyzmem.

Dzisiejszą lewicową odmianą Owenowskiego optymizmu społecznego inżyniera jest przekonanie, że zwiększenie interwencji państwa i wzmocnienie mechanizmu redystrybucji położy kres frustracji, rasizmowi i wpływowi „populistów”. Z pewnością za dzisiejszą rosnącą społeczną frustrację odpowiedzialne są czynniki ekonomiczne, erozja usług publicznych i postępującą niepewność degradującej się eksklasy średniej. Niekiedy jednak ważniejsze niż zasoby materialne są społeczne uznanie, poczucie bezpieczeństwa, stabilności, które wiąże się z trwałością więzi społecznych (rodzinnych, sąsiedzkich), poczuciem zakorzenienia w miejscu i tradycji, tożsamością inną niż ta, która wiąże nas z przynależnością do mniejszości. To właśnie, jeśli cokolwiek, „lewica powinna dziś zrozumieć” – choć coraz dalsza jestem od tego typu politycznych sugestii i przekonania, że jestem w stanie udzielić pożytecznych rad.
Trump – czy inni szermierze „rewolucyjnej reakcji” – może być sobie biznesmenem, kapitalistą i zwolennikiem obniżenia podatków (zarówno dla uboższych, jak i najbogatszych). Dla wielu osób jest to zupełnie nieistotne, bo nie w sferze ekonomii (a przynajmniej nie bezpośrednio) leżą źródła ich największych frustracji. Może wolą oni „szczerego” kapitalistę od pozującej na lewicowość sojuszniczki sfer finansowych, a tym samym dryf w stronę oligarchii jawnej zamiast ukrytej?

Jak pisał uparcie przywoływany przeze mnie Karl Polanyi, interesy człowieka nie są przede wszystkim ekonomiczne, lecz społeczne. Podczas gdy dzisiejszy kształt kapitalizmu uderza zarówno w bezpieczeństwo ekonomiczne, jak i więzi społeczne oraz związaną z nimi kulturę, uogólniony zachodni establishment proponuje co najwyżej, choć i to można by podać w wątpliwość – remedium na pierwszą, czysto ekonomiczną grupę problemów (część lewicy chwaliła Clinton za progresywny i prospołeczny program). Ale człowiek nie jest maszynerią, jak chciałby Owen – autor paternalistycznych projektów społecznego wyzwolenia.

Dopóki sfery „postępowe” tego nie zrozumieją, dopóty budzić się będą z ręką w nocniku i wyrażać rozpacz, żal, nieme oburzenie, bezsilność i rozczarowanie społeczeństwem, od którego dawno się wyalienowały. Tak było w przypadku Brexitu, który nikomu się nie śnił, tak było w przypadku zwycięstwa Trumpa.

Zdjęcie na podstawie Metropolis Fritza Langa

Tłumaczenie fragmentu pism Roberta Owena z jęz. angielskiego – Michał Wójtowski

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *