AUTOR

Angelina Kussy

Urodzona w 1991, studiowała w Instytucie Kultury Polskiej oraz w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej na Uniwersytecie Warszawskim (w tym dwa lata na Uniwersytetach Barcelońskim i w Granadzie). Pisała m.in. o ekonomii społecznej i ruchu spółdzielczym, recenzowała reportaże, tłumaczyła z hiszpańskiego. Jedną nogą w Barcelonie, drugą w Warszawie.

I

W połowie września miałam lecieć z Barcelony, by przystąpić do egzaminu na Uniwersytecie w Granadzie. Od dotarcia na miejsce zależało ukończenie przeze mnie studiów. W przeddzień podróży, próbując odprawić się przez Internet, dowiedziałam się, że muszę zrobić to na lotnisku. Zjawiłam się tam niecałe półtorej godziny przed odlotem. Ponieważ automatów do drukowania biletów nie znalazłam, skierowałam się do stoiska bagażowego hiszpańskiej firmy Vueling.

Urzędujący tam pan wytłumaczył mi jednym tchem, że po przejściu przez kontrolę lotu muszę udać się do jego kolegów z firmy lotniczej i powiedzieć, że mój bilet jest z nadsprzedaży, że tutaj jestem, że czekam, żeby pamiętali o mnie, jeśli zostaną jeszcze miejsca w samolocie. I żebym koniecznie zapamiętała, co mam mówić.

Wydało mi się, że mnie z kimś pomylił.
– Co takiego? Jakiej nadsprzedaży? – uniosłam brwi ze zdziwienia. – Chce Pan powiedzieć, że sprzedajecie dwa razy ten sam produkt?
– Nie, zawsze ktoś nie pojawia się na pokładzie. To czysta statystyka – odparł pracownik, zdziwiony, że zadaję jakieś pytania, zamiast zgodnie z instrukcją powtarzać w pamięci „Dzień dobry, mój bilet jest z nadsprzedaży…”.
– Nie wierzę. Ile jest takich osób jak ja?
– Dwie – po chwili zastanowienia wydusił z siebie na obronę firmy. – Tylko dwie – powtórzył.
– A co jeśli wszyscy przyjdą i wasza statystyka pozostanie tylko statystyką?
– Wtedy jest następny samolot o 17.00.

Zgarnęłam z lady bilet, który nie gwarantował miejsca w samolocie, i pobiegłam do bramki.
– Przepraszam, dowiedziałam się, że mój bilet jest z nadsprzedaży, że Vueling sprzedaje dwa razy ten sam produkt, zatem… – zwróciłam się do pracownicy firmy lotniczej po długich usiłowaniach ściągnięcia na siebie uwagi.
– To normalne – odpowiada, zanim udaje mi się skończyć myśl.
– Ale co jest normalne?
– To jest legalne. Zawsze można sprzedać o 10% biletów więcej – kontynuuje kobieta.
– To jest legalne, proszę Pani, ale to jednak nie jest normalne – odpowiadam lekko poirytowanym głosem.
– Proszę poczekać. Zobaczymy, może będą miejsca – pociesza mnie.

Przez następnych 20 minut biernie uczestniczę w kabarecie. Okazuje się, że osób w sytuacji podobnej do mojej jest czternaście. Wpuszczają pierwszego pasażera figurującego na magicznej liście nadsprzedaży. Wtedy nagle pojawia się podróżny, który ma na bilecie konkretny numer siedzenia.

– Ale przepraszam, to Pan ma miejsce? Pan powinien już wejść. Dlaczego Pan się nie odzywa?! – rzuca z oburzeniem i złością inny pracownik Vuelinga.
– Wciąż jest kolejka – pada odpowiedź. – Po co mam się odzywać?
– Ale to nie jest kolejka dla tych, którzy mają przypisane miejsca! – wykrzykuje w panice pracownik. – Wpuściliśmy już kogoś na Pana miejsce!
Pasażer patrzy na niego jak na wariata. Uznaje, że nie warto odpowiadać.

Pracownicy firmy przyswoili sobie jej ideologię i mają ją za własną. To normalne, że na miejsce kogoś z biletem wpuszczają kogoś, kto również ma bilet, ale sprytnie nie pozwolono mu na wybór siedzenia. Sprzedają zatem dwa razy to samo. Posługujący się wirtualnymi pieniędzmi współczesny kapitalizm niczym mnie już nie zdziwi.

Tymczasem pracownicy zawracają dziewczynę, którą udało się dogonić w rękawie prowadzącym do samolotu. Ta pani jednak nie poleci, chociaż ma w ręku opłacony bilet. Na jej miejsce na pokład wchodzi mężczyzna posiadający bilet z przypisanym siedzeniem. Mnie pozostaje nadzieja, że dziewczyna nie leciała, przypuśćmy, na operację. Nie mówi po hiszpańsku ani po angielsku, nie powie, co o tym wszystkim myśli.

– Ale Pan powinien był się odzywać!!! Trzeba się odzywać! – znów słyszę krzyk skonfundowanego, ale próbującego zachować twarz pracownika Vuelinga.
Oczywiście. Winę za tę sytuację ponosi ten, który kupił bilet. Powinien był się odzywać. Powinien był się domyślić. Poziom upupienia w kolejnych uwagach pod naszym adresem sięga zenitu. Gdybyśmy przyszli na lotnisko o piątej rano, mielibyśmy szansę wygrać wyścig o miejsca w samolocie. Nie zadbaliśmy wystarczająco o nasze interesy. Nagle wszyscy jesteśmy małymi dziećmi, które zrobiły coś złego i dlatego otrzymają słuszną karę.

Idę do okienka firmy, żeby zapewnić sobie chociaż miejsce w samolocie o 17.00. Bo przecież jeśli dyktat maksymalizacji krótkoterminowych zysków (kosztem marki firmy i zysków długofalowych) doszedł jeszcze silniej do głosu i na przykład opchnęli pięciu osobom to samo krzesło, to już chyba lepiej pojechać pociągiem.

– Dzień dobry, okazuje się, że mój bilet, tak samo jak czternastu innych osób, został zakwalifikowany do „nadsprzedaży” – intonuję ironicznie ostatnie słowo…

To nieco złości obsługującą mnie kobietę. „Nadsprzedaż” to poręczne słówko, które wbijają im do głów na szkoleniach, aby „wyrabiali normę” i wierzyli, że szef to wszystko sprawnie wymyślił. Ja zaś myślę, że to Orwellowska nowomowa, tyle że dostosowana do realiów tej firmy. Po kolejnej rozmowie z identycznie odpowiadającymi pracownikami nachodzi mnie niewesoła refleksja. W oczach Polaków nowomowa komunistyczna to dobrze już zbadane zło wcielone, narzędzie władzy. Dziś – tacy z tej niewoli wyzwoleni – nie zauważymy otaczających zewsząd współczesnej nowomowy, ideologii i manipulacji dopóty, dopóki nie powiedzą o nich w szkole. Następny system stworzą w opozycji do neoliberalnego. Wymyślą nowy słownik kontroli, zaciemniania sensu i nowy język władzy. Większość pomyśli wtedy, że oto jest wolna, nie to co w neoliberalizmie…

– Nie. Po prostu można sprzedać o 10% więcej biletów. To legalne – przerywa mój stan zamyślenia pani w okienku, gdzie usiłuję złożyć reklamację po odlocie mojego samolotu. Mówi życzliwym głosem, protekcjonalnie, dokładnie tak, jakbym nie potrafiła zrozumieć nieskomplikowanej kwestii.

– Można sprzedać 10% biletów spośród tych, które już sprzedano. Oznacza to, że sprzedają – tym razem decyduję się na formę „sprzedają”, a nie „sprzedajecie”, w końcu wiem, że nie robi tego szeregowa pracownica – dwukrotnie ten sam produkt.
– To jest legalne – padają słowa, które mają być rozstrzygającym argumentem.
– Od kiedy istnieje taka praktyka? – pytam. – Zrozumiałabym, gdyby informowano wcześniej pasażerów, że kupują taniej, ale ryzykują. Coś za coś! Ale jeśli ktoś ma np. egzamin życia albo inną ogromnie ważną sprawę to kupuje bilet za dwa tysiące, leci trzy dni wcześniej, jedzie pociągiem albo autostopem. Jeśli kupuje bilet na samolot w tej firmie to wierzy, że jest poważna.
– Nawet gdyby kupiła Pani bilet za dwa tysiące, to nie może być Pani pewna, że wejdzie na pokład. Wszystkie firmy tak robią. To jest legalne. Normalne.
– To jest legalne? – wobec tego argumentu jestem bezsilna. – A jak funkcjonuje stanowienie prawa? – pytam. – Mówi to Pani w Hiszpanii, gdzie partia rządząca powiązana jest przynajmniej z pięćdziesięcioma przypadkami korupcji? Mówi Pani „to jest legalne” wymiennie z „to jest normalne”, kiedy prawo na tym świecie ustanawiają właściciele wielkich firm na kolacjach z politykami? To jest legalne, bo ten świat DZISIAJ tak funkcjonuje. Ale to nie jest normalne. Tylko proszę mi nie mówić, że to jest N-O-R-M-A-L-N-E! – Mówię zdecydowanym głosem patrząc jej głęboko w oczy, zirytowana mechanicznie wygłaszaną papką słowną, którą kolejni pracownicy Vuelinga katują mnie od 8.00 rano…

Wtedy nagle… coś pęka. Przy okienku jednak coś osiągnęłam. Po tych słowach następuje zupełna zmiana atmosfery między nami. Pani z okienka patrzy na mnie z porozumiewawczym i wymownym „Masz całkowitą rację!” w spojrzeniu. Bez słów. Udaje mi się nawet dojrzeć nieznaczny uśmiech w kącikach jej ust. Informuje o odszkodowaniu (wcześniej nie wspomniała o tym słowem, a rozmowa trwała długo), które jest mi winny Vueling, a ja za uzyskane pieniądze mogę kupić wcześniejszy bilet innej firmy. Znajduje mi lot, zaczyna martwić się o mój egzamin, przekazuje mi bony na obiad i kawę.

Bez wątpienia coś się tutaj stało, bo nastrój zmienił się nagle i radykalnie. Stawiam na to, że niestandardowe postawienie sprawy przerwało potok nowomowy, do której wdrażają firmowe szkolenia. Każda nowomowa, również neoliberalna, ma swoje ograniczenia.. Przy nieprzewidzianym w schematach przebiegu rozmowy nie było już miejsca na: „To legalne. Normalne. Wszystkie firmy tak robią”.

II

Zdaniem wielu żyjemy w świecie – myślałam wtedy na lotnisku – w którym wszystko jest posegregowane niczym na taśmie produkcyjnej fabryki Forda. Każdy odpowiada za swój odcinek, nikt nie jest odpowiedzialny za cały proces – oto siła sprytnie pomyślanego kapitalizmu. „Odcinkowość” pracy sprawia też, że wielu ludzi, kierując się dobrym sercem, powie: „O co ci chodzi? Dlaczego kierujesz uwagi do tej Pani? To nie ona wymyśliła ten system”.

I mają trochę racji. Jeśli jednak opanowany szałem maksymalizacji zysków właściciel Vuelinga będzie obcinał pracownikom pensje, dodawał nadgodzin i stosował inne sposoby „optymalizacji kosztów”, to kiedyś dojdzie do wypadku. Wtedy właściciel firmy i jej akcjonariusze z pewnością nie znajdą się w więzieniu. W sądzie ich adwokaci udowodnią, że za ten odcinek nie byli oni odpowiedzialni.

Chociaż pani z okienka Vuelinga nie odpowiada za odcinek „nadsprzedaży”, to oddaje głos w wyborach, podobnie jak inni zatrudnieni w firmach, które narażają życie i zdrowie pracowników, niszczą środowisko, oferują złe miejsca pracy i przyczyniają się do kryzysów gospodarczych. Jeśli wierzyć Alainowi Bihrowi, francuskiemu socjologowi i autorowi „Nowomowy neoliberalnej”, ma ona przede wszystkim odpolityczniać. Rozmowy takie jak ta na lotnisku są nie w smak systemowi, bo to właśnie codzienna polityka.

Warto więc rozmawiać. To wcale nie jest normalne, że nasze życie zależy od kaprysów prywatnych firm. To przerażające, nawet jeśli legalne.

Zdjęcie: Pixabay

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *