Michał Wójtowski

„Książki są tylko ośrodkiem skupienia…” O bibliotekach sąsiedzkich w Gdańsku

AUTOR

Michał Wójtowski

Michał Wójtowski – absolwent MISH UW i specjalizacji zawodowej animacja kultury, nieudany doktorant; współorganizował projekty animacyjne, uczył przedmiotów humanistycznych w liceum; na emigracji we Francji nauczyciel gimnazjalny i licealny języka polskiego w dwujęzycznej Sekcji Polskiej w międzynarodowej szkole Cité Scolaire Internationale oraz Szkoły Polskiej w Lyonie; publikował m. in. w „Midraszu”, „Kulturze”, „Res Publice”, „Przeglądzie Humanistycznym”, „op.cit.”, „Przeglądzie Nadwiślańskim”, na portalu obywatel.pl; tłumaczył teksty naukowe i publicystyczne z angielskiego i francuskiego. Współautor podręcznika i poradnika metodycznego do wiedzy o kulturze, współredaktor kilku książek, m. in. „Animacja kultury. Doświadczenie i przyszłość”. Mieszka na nowych peryferiach Gdańska. Prywatnie szczęśliwy mąż, tata i grzybiarz. Czasem poprawia przecinki trójmiejskim koleżankom i kolegom z Partii Razem. W Nowych Peryferiach współredaktor działu Dom Kultury.

Nie ulega wątpliwości, że działalność społeczna, która opiera się w całości na osobistym zaangażowaniu jednostek i ich charyzmie, musi pogodzić się z ograniczonym horyzontem trwania. Warto zatem postawić pytanie, jak wpisać ją w strategie rozwoju społecznego mniejszych i większych ośrodków. Przykład dwóch gdańskich inicjatyw, znajdujących się na dwóch krańcach miasta i na różnych etapach rozwoju, pokazuje, że funkcja „rozwijania czytelnictwa” nie musi być w bibliotece sąsiedzkiej ani jedyna, ani nawet najważniejsza.

 

Programy rozwoju czytelnictwa w Polsce prowadzone są i wspierane finansowo przez różne instytucje rządowe i pozarządowe. Jednym z głównych celów, deklarowanych przez wspierające (i płacące) organizacje i urzędy jest oczywiście to, byśmy więcej czytali i podnieśli „alarmujące wskaźniki”. Wśród adresatów programów dotacyjnych tego rodzaju znajdują się, między innymi, biblioteki. Dzięki dotacjom mogą one powiększać swe księgozbiory, zakupić więcej nowości wydawniczych, przeprowadzić remonty, zorganizować spotkania z autorami książek, zajęcia dla dzieci lub seniorów. Mogą także – i dzieje się tak coraz częściej, ale raczej w większych ośrodkach – stać się wielofunkcyjnymi centrami kulturalnymi o zasięgu ogólnomiejskim.

W Gdańsku za modelowy przykład takiej modernizacji uchodzi położona w centrum Wrzeszcza filia biblioteki publicznej, ulokowana w galerii handlowej o znamiennej nazwie Manhattan. Kto szukałby pomnika dyfuzyjno-polaryzacyjnego modelu rozwoju, pogłębiającego dystans między centrami i peryferiami, znalazłby go w dziedzinie miejskiej polityki kulturalnej właśnie tutaj. Biblioteczną „ścianą wschodnią” pozostaną zaś – być może na długo – niewielkie, niedoinwestowane dzielnicowe biblioteki publiczne.

Co gorsza, są w mieście gęsto zaludnione dzielnice, gdzie brakuje nawet tego. Ujeścisko, gdzie mieszka piszący te słowa, znajduje się na południowo-zachodnim krańcu Gdańska. Dzieli ono los wszystkich powstających w ostatnich latach dzielnic peryferyjnych, gdzie gwałtownemu przyrostowi inwestycji mieszkaniowych nie towarzyszy racjonalne planowanie usług publicznych. Mniej więcej dwa lata temu, za sprawą dwojga działaczy stowarzyszenia Nasze Ujeścisko – Katarzyny Wasilewskiej i Mirosława Dariusza Pająkowskiego – zaczęła urzeczywistniać się oddolna inicjatywa stworzenia przez mieszkańców biblioteki sąsiedzkiej i domu sąsiedzkiego.

obrazek-8

O tym, że pomysł trafił w rzeczywistą potrzebę, świadczy jego krótka historia. W niedługim czasie powstał księgozbiór, na który złożyły się przede wszystkim dary mieszkańców. Następnie, dzięki niewielkiemu grantowi, możliwy stał się zakup nowych książek oraz skatalogowanie całości zbiorów. Wreszcie w zeszłorocznej edycji Gdańskiego Budżetu Obywatelskiego mieszkańcy w głosowaniu wybrali projekt, którego celem było wybudowanie siedziby dla biblioteki oraz domu sąsiedzkiego. Dziś biblioteka działa i udostępnia zbiory, ale wciąż pozbawiona jest siedziby. Jest „biblioteką latającą”, zbiory znajdują się w prywatnych mieszkaniach, piwnicach, garażach. Ponieważ jednak zostały odpowiednio skatalogowane, mieszkańcy, gdy tylko zechcą, mogą skorzystać z księgozbioru. Niestety, gorzej, a nawet bardzo źle, ma się sprawa domu sąsiedzkiego. A właśnie stworzenie takiej instytucji było w całym przedsięwzięciu celem najważniejszym. Miejsce spotkań mieszkańców i – choćby niewielka – przestrzeń do działań edukacyjnych, kulturalnych, społecznych pozostaje na razie w sferze zamierzeń. Dlatego też, gdy z twórcami biblioteki spotykałem się we wrześniu, na miejsce rozmowy o losach projektu wyznaczyliśmy sobie – nie z powodu wielkomiejskiej ekstrawagancji, lecz z konieczności – ławkę, również zresztą postawioną „w projekcie”, a nie jako owoc rozsądnej urbanistyki.

Wszystko przez to, że projekt budowy został wycofany z Budżetu Obywatelskiego, zaś biblioteka ma w przyszłości znaleźć swe miejsce w projektowanym przez urząd miejski centrum dzielnicowym. Tymczasem nie istnieje nawet – obiecana w zamian za wycofanie finansowania z BO – siedziba tymczasowa, bowiem sprawa jej budowy ugrzęzła, jak twierdzą czynniki miarodajne, w urzędowych procedurach.

Mimo całego powabu, jaki niesie obietnica stworzenia dzielnicowego centrum, przeznaczonego zresztą dla obszaru o wiele większego niż Ujeścisko-Łostowice, w miejsce niewielkiego budynku domu sąsiedzkiego, nie sposób przeoczyć, że wola wyrażona przez mieszkańców w głosowaniu została zignorowana zaś poczucie sprawczości doznaje uszczerbku. A przecież w bibliotekach sąsiedzkich nie książki, które na Ujeścisku–Łostowicach nadal można wypożyczać, są najważniejsze.

Biblioteki sąsiedzkie stanowią szansę zmiany paradygmatu rozwoju tego rodzaju instytucji. Ten, w którym poziom czytelnictwa stanowi główny wskaźnik powodzenia polityki kulturalnej, wywodzi się wprost z inteligenckiego przekonania o potrzebie podnoszenia „ludu” ze stanu niedostatecznego oświecenia. Paradygmat ten, gdy powstawał za sprawą XIX-wiecznej inteligencji, opierał się na założeniu, że alfabetyzacja i upowszechnianie czytelnictwa przyczynią się do postępu społecznego.

obrazek-5

Dziś upowszechnianie czytelnictwa pozostaje priorytetem, przy czym często brakuje namysłu nad tym, czy na pewno prowadzi to – jako najważniejsza, a przynajmniej najlepiej nagłaśniana polityka kulturalna związana z książką – jeśli już nie do postępu społecznego, to przynajmniej do celów skromniejszych, takich jak budowanie wysp społecznej spójności w świecie ciążącym ku anomii relacji wspólnotowych. Tu zaś narzędzia upowszechniania kultury zakładające wertykalną transmisję treści i względną bierność „beneficjentów” sprawdzają się słabiej od animacji społeczno-kulturalnej, opartej na czynnej postawie wszystkich uczestników. Pobudzenie aktywności mieszkańców i oparcie na niej formuły biblioteki stoi choćby za przedsięwzięciami Fundacji Zmiana, która wspiera biblioteki sąsiedzkie: na warszawskiej Pradze, w Tomaszowie Mazowieckim, w Okrzeszynie. Zanim jednak program ten został uruchomiony, podobna inicjatywa działała już od kilku lat, a jej działalność nadawałaby się na film o tym, jak inteligenckie paradygmaty zmieniają się pod wpływem rzeczywistości.

Nazywamy to biblioteką, ale funkcji bibliotecznej nie pełni, książki są tylko ośrodkiem skupienia – tak o Bibliotece Społecznej na gdańskich Stogach mówi jej twórca Jan Urbanik. Jest w tym zdaniu pewna przesada, być może też nuta smutku i goryczy, która może łatwo pojawić się w ustach bibliofila i namiętnego czytelnika, który wie, że jego pasji czytania i kolekcjonowania książek nie podziela cała ludzkość.

Historia kilkudziesięciotysięcznego księgozbioru bywała już opisywana w lokalnej prasie, często zresztą w poetyce dziwowiska. Bo też i trudno nie dać się oczarować. Budząca podziw kolekcja, zawierająca niemało białych kruków, powstała nie w ciągu kilku pokoleń, lecz za sprawą zainteresowań czytelniczych jednego człowieka. Człowiek ów czytywał sobie Ludwika Krzywickiego lub Stanisława Brzozowskiego z wewnętrznej potrzeby, pracując na co dzień w zakładach produkujących nawozy fosforowe. Gromadził książki, by z czasem zacząć przemyśliwać o założeniu antykwariatu.

obrazek-10

Ten nigdy jednak nie powstał, co w świetle zainteresowań Urbanika spuścizną polskiej „lewicy kulturalnej” przełomu XIX i XX w. i jej społecznikowską orientacją nie dziwi. Zamiast tego przez wiele lat trwały próby znalezienia formuły, w której księgozbiór mógłby jednocześnie zachować integralność i stać się społeczną własnością, udostępnioną lokalnej społeczności Stogów. Próby takie Urbanik podejmował wielokrotnie, jednak natrafiał na brak zainteresowania lub niezdolność partnerów do podjęcia się niełatwego zadania. Dopiero dziesięć lat temu, dzięki deklaracjom pomocy ze strony prezydenta miasta, perspektywa stworzenia biblioteki społecznej na Stogach nabrała realnych kształtów. W 2007 r. nastąpiła reaktywacja Stowarzyszenia „Przyjazne Pomorze” oraz przeniesienie jego siedziby z Gdyni do Gdańska, gdzie organizacja wzięła na siebie zarządzanie biblioteką i poszukiwanie lokalu.

Biblioteka społeczna na Stogach miała to szczęście, że powstała wprawdzie w dzielnicy odległej od centrum Gdańska, ale za to – inaczej niż Ujeścisko – projektowanej przez PRL-owskich urbanistów, którzy w projektach osiedli dbali o różne funkcje tkanki miejskiej. Gdy więc biblioteka potrzebowała lokalu, otrzymała w użytkowanie zdewastowany pustostan w parterowym pawilonie handlowym przy ul. Hożej. Siłami członków stowarzyszenia został on wyremontowany i wyposażony.

Warto zresztą dziś pokrążyć po okolicy, bo poczynione obserwacje mają walor symboliczny. Pawilon, w którym mieści się biblioteka społeczna, leży przy głównej ulicy Stogów, w najbliższym sąsiedztwie i domu kultury, i filii biblioteki publicznej. Rzecz w tym, że wejście do sąsiedzkiej biblioteki znajduje się na tyłach budynku. Od frontu nie widać więc ani wózków z książkami, ani – przez witryny – przestrzeni do zabawy, stołu do ping-ponga, spotkań, koncertów, ani nawet ogłoszeń i plakatów. Nie widać też, że książki wkomponowane są w przestrzeń wspólnego przebywania – bo nie tylko powinny (jak w programach upowszechniania czytelnictwa), ale też po prostu są częścią społecznych relacji. Jak stolik herbaciany, piłkarzyki lub wazon z kwiatami. Może tylko w większym stopniu akcentują w czytelniku jego osobność.

Biblioteka rozpoczęła działalność 8 lat temu, przy czym bardzo szybko okazało się, że „książki są tylko ośrodkiem skupienia”. Od początku jej najważniejszymi gośćmi były dzieci. A dzieci, jak trzeźwo zauważa Urbanik, niekoniecznie interesują się książkami i czytaniem. O wiele chętniej korzystały więc ze stanowisk komputerowych z dostępem do Internetu, a następnie również z rozbudowywanej stale oferty. Dzięki wciąganiu do współpracy kolejnych osób biblioteka zamieniała się stopniowo w centrum kulturalno-społeczne, łączące różne obszary działalności.

Można, co oczywiste, wypożyczyć tu książki. Można też przyjść na koncert muzyki klasycznej, wieczór autorski lub wykład wygłaszany przez doktorantów. Jednocześnie w pomieszczeniach biblioteki odbywają się warsztaty plastyczne, muzyczne i ruchowe przeznaczone dla dzieci. Można tu także pograć w tenisa stołowego lub w bilard. Przy bibliotece działa chór, współtworzony głównie przez osoby starsze, dziecięcy zespół flecistów, zaś od wielu lat mieszkańcy mogą uzyskać w niej bezpłatną pomoc prawną. Mamy więc do czynienia z organiczną, zaplanowaną zresztą od początku, ewolucją instytucji kulturalnej, która stopniowo – pod wpływem zapotrzebowania użytkowników – otwiera się na nowe funkcje.

Ten kierunek ewolucji instytucji bibliotecznej warto docenić. Warto także odnotować, że taka droga rozwoju wynika z próżni, jaka wytworzyła się po wycofaniu się – nie zawsze przymusowym, wynikającym z braku środków – z budowania dobrej sieci usług publicznych lub z uwzględniania społecznego aspektu planowania przestrzennego. Bo przecież dlatego między innymi biblioteki sąsiedzkie muszą oddawać własną przestrzeń i czas swych pracowników działaniom, w których realizacji zawiodły powołane do tego instytucje.

Biblioteka społeczna na Stogach została włączona do, wspieranej przez urząd miasta, sieci domów sąsiedzkich. Zapewnia jej to, z jednej strony, elementarne bezpieczeństwo finansowe. Z drugiej strony – narzuca pewne ograniczenia i stwarza ryzyko dostosowywania się programu instytucji oddolnej i opartej na partycypacji mieszkańców do zewnętrznej logiki grantowo-urzędowej.

Bardzo zależy mi na tym, żeby ta biblioteka nie zmieniła się w zbiurokratyzowaną instytucję realizującą program urzędników – mówi Urbanik. Biblioteka społeczna i jej model funkcjonowania zdają się opierać głównie na jego charyzmie i długich godzinach, które codziennie poświęca swemu dziełu. Nie ukrywa przy tym, że gdy sam nie będzie już w stanie pracować, może zabraknąć kogoś, kto podejmie jego trud. Niepokój budzi także niedostateczny poziom partycypacji mieszkańców, zarówno w społecznej pracy na rzecz biblioteki, jak i w kształtowaniu jej programu, oraz nie najlepsze relacje z radą dzielnicy.

Nie ulega wątpliwości, że działalność społeczna, która opiera się w całości na osobistym zaangażowaniu jednostek i ich charyzmie, musi pogodzić się z ograniczonym horyzontem trwania. Warto zatem postawić pytanie, jak wpisać ją w strategie rozwoju społecznego mniejszych i większych ośrodków. Przykład dwóch gdańskich inicjatyw, znajdujących się na dwóch krańcach miasta i na różnych etapach rozwoju, pokazuje, że funkcja „rozwijania czytelnictwa” nie musi być w bibliotece sąsiedzkiej ani jedyna, ani nawet najważniejsza. Dom sąsiedzki, który funkcjonuje obok bibliotecznych regałów na Stogach, a także pomysł, by na Ujeścisku bibliotekę związać organicznie z przestrzenią spotkań mieszkańców, pokazują drogę ku rozwiązaniom przypominającym chociażby brytyjskie community centers.

Wydaje się, że jest to dobry punkt wyjścia, ale też najwyższa pora (!) do rozmowy o tym, jak w dorzeczny sposób w rozwój i zachowanie oddolnego, partycypacyjnego oblicza bibliotek sąsiedzkich mogliby włączyć się nie tylko najbardziej zainteresowani – obywatele, nie tylko najbardziej zaangażowani – liderzy społeczności, ale też dysponujący największymi możliwościami – odpowiedzialni za działanie instytucji publicznych.

Zdjęcie: Michał Wójtowski

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *