Olga Drenda

Dzieci w paltach jadą do Nicei

AUTOR

Olga Drenda

Dziennikarka i tłumaczka, absolwentka Etnologii i Antropologii Kultury UJ. Publikowała m.in. w "Polityce", "The Guardian", "2+3D", "Glissando", "Dwutygodniku", "Lampie", "Digital Camera Polska", "Tygodniku Powszechnym", "Szumie", "Trans/Wizjach", "Gazecie Magnetofonowej". Współpracowała z festiwalem Unsound i lubelskim Centrum Spotkania Kultur. Współautorka polskiego przekładu "Delikatnego mechanizmu" i "Wybuchowego biletu" W.S. Burroughsa, tłumaczka scenariuszy filmowych oraz fragmentów "Bukaresztu" Małgorzaty Rejmer na język angielski. Ostatnio wydała książkę "Duchologia" (wyd. Karakter, 2016). Mieszka w Mikołowie.

Właśnie dowiedziałam się, że jeden z najpopularniejszych kursów z pobliskiej stacji zostaje zawieszony, ponieważ zdecydowano, że o tej porze (8:00) należy w pierwszej kolejności przepuścić pociąg relacji Moskwa-Nicea. Co to za wydarzenie i nobilitacja dla pobliskiego przedmieścia (ekswsi, jak w przypadku mojej okolicy)! Co prawda, pasażerowie będą musieli przełknąć parę żab, zmienić przyzwyczajenia, przesiąść się na trzy razy dłuższą trasę autobusem, ale prestiż przecież piechotą nie chodzi. Ta stacja ma wyjątkowego pecha; najpierw nocny pociąg uśmiercił 14 (!) nieostrożnych dzików, którym zdarzyło się zagapić na torach, a teraz jeszcze to. Proroczo napisał kiedyś na wiacie grafficiarz: „This is not America”.

Pomyślałam też o zdjęciu, na które trafiłam kiedyś przeglądając lokalne archiwa. Na peronie cieszą się dzieci w paltach: oto przez naszą dzielnicę przejeżdża pierwszy pociąg elektryczny! Gdyby wtedy, w 1963 r., przejeżdżał tamtędy jakiś pociąg międzynarodowy, byłyby zapewne bardzo podekscytowane; wyglądają na małych miłośników kolei, filatelistyki, modelarstwa i astronomii, a każde z nich chce w przyszłości zostać kosmonautą. Albo chociaż kolejarzem.

Gdy przeczytałam wiadomości lokalne, w skrytości ducha pomyślałam: pechowcy, ale jak to dobrze, że to jednak nie moja stacja. Bo też za obecność mojej stacji jestem wdzięczna wszelkim pomyślnym okolicznościom. Zatrzymują się na niej składy jadące z Katowic do czeskiej granicy i w przeciwną stronę. Powstała w latach 50. i doczekała do dzisiaj prawdopodobnie bez specjalnych zmian. W małym budynku, bezpretensjonalnie solidnym, rzeczowym i schludnym, mieści się dyżurka, a w niej sympatyczna załoga. Poczekalnia jest od dawna nieczynna, zniknęły też toalety, choć jeszcze dwa lata temu w zaroślach stały samotne drzwi od wygódki. To stacyjka skromna, lecz potrzebna. Za każdym razem, gdy z niej korzystam, cieszę się jak te dzieci w paltach. Choć charakter mojej pracy pozwala mi wykonywać ją w większości z domu, to nawet ja muszę czasami odwiedzić pocztę, pralnię chemiczną, weterynarza albo pojechać w dalszą drogę w celach zawodowych. Tu ratuje mnie kolej.

instagramcapture_21cc3122-6191-4fb3-9fba-9eefe8f2d11c

Większość mieszkańców mojej okolicy posiada samochody, jak to na przedmieściu, i trudno mieć im to za złe; komunikacja miejska w aglomeracji śląskiej nie jest najlepiej skoordynowana. Mieszkaniec mojej okolicy, pracujący na przykład w niedalekich Tychach, miałby przed sobą perspektywę nadrabiania drogi i długiej trasy z kilkoma przesiadkami. Stojąc przed alternatywą: auto albo długie, ustawiczne telepanie, wielu wybiera auto. Gdyby samochód opłacał mi się, może sama dałabym za wygraną (tak, to normalne, że ludzie chcą minimalizować wysiłki). Skoro się nie opłaca, z korzyścią dla zdrowia i Kolei Śląskich wybieram kolej i rower.

Ten ostatni jest popularnym środkiem lokomocji w naszych zielonych płucach Śląska, gdyż pozwala skorzystać ze skuchy przez las. Owszem, w weekendy po ścieżkach śmigają menedżerowie średniego szczebla, strasząc innych cyklistów i małe wiewióreczki, ale przeciętny rowerzysta jest w mojej okolicy uczniem, rodzicem, grzybiarzem, działkowcem, emerytowanym górnikiem, który podróżuje z małym pieskiem w bagażniku, starszą panią z baterią siat na ramie i kierownicy. Mój mąż i ja, gdy wracamy z zakupów spożywczych, też wyglądamy jak ślimaki wiozące na kołach swój domek. Ta możliwość to częściowo zasługa lasu, a częściowo infrastruktury i dobrego klimatu dla rowerzystów; jest ich zbyt wielu, by ich ignorować. Miły społeczny konsensus panuje w Rudzie Śląskiej, gdzie wytyczono długie ścieżki, a tam, gdzie ich nie ma, piesi i kierowcy pilnują, by dla wszystkich starczyło miejsca; sama uczestniczyłam w prawdziwych fajerwerkach drogowej uprzejmości. Być może to wrażenie osobiste – jestem miłośniczką jazdy na kole po Rudzie – ale może warto zastanowić się, czy podziela je więcej osób, a jeśli tak, to jak to osiągnięto.

Piszę to wszystko po to, aby spróbować odpowiedzieć sobie samej na pytanie, czy możliwa jest sensowna komunikacja podmiejska w rejonach niestrategicznych, jak moje urocze sioło, dla wielkiego miasta-matki. Na łamach NP czytam regularnie doniesienia o koszmarach komunikacyjnych, izolacji całych miejscowości, w których tylko zakup auta-rzęcha pozwala mieszkańcom dotrzeć do pracy i szkoły, jeśli nie chcą zdać się na łaskę monopolistów w busikach. Busikach urządzanych tak, jak mi się zdaje, aby pasażer III kategorii poczuł jak najmocniej, że jest nikim; busik-pierdzik jest rekonstrukcją historyczną XIX-wiecznych wagonów dla biedaków, gdzie na zimnych podłogach podróżowali z walizami, kurami i kozami. Mój pociąg jeździ raz na godzinę, a do stacji muszę się sporo natuptać, ale w porównaniu z tymi realiami jest u mnie niczym w Sztokholmie. Może poza tym, że w Sztokholmie pociąg podmiejski jeździ co 15 minut.
Sąsiedzi z niedalekiej dzielnicy nie będą mieli Sztokholmu. Jak na ironię, miasto buduje przy tej stacji małe centrum przesiadkowe. Pasażerowie będą mogli więc o 8 rano pozostawić na parkingu swoje auta, po czym udać się na peron, aby podziwiać pociąg oddalający się w stronę Lazurowego Wybrzeża.

Zdjęcie główne: Zdzisław Weinar (Zarzecze Katowice)
Zdjęcie w środku: Olga Drenda

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *