AUTOR

Urszula Kopeć-Zaborniak

Urszula Kopeć-Zaborniak (ur. 1979) – poetka, podróżniczka, dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej w Cieszanowie (woj. podkarpackie, Roztocze), społecznik. Laureatka wielu ogólnopolskich konkursów poetyckich. W 2013 roku wydała debiutancki tomik poezji "Data ważności". Współpracuje z kilkoma wydawnictwami, w których publikuje swoje artykuły, recenzje – o tym, co w niej zapuściło korzenie. Rozkochana w górach Europy, gdzie znika, by zostawić w dolinkach to wszystko, co ją kopie po plecach.

Pamiętam wieś, która śpi pod powiekami mojego dzieciństwa, i widzę wieś, która belami słomy burzy moje wspomnienia. Pokolenie moich dziadków, jeszcze bardziej drastycznie rzucone na głęboką wodę cywilizacji, siało po polu tęsknotę, bo ich normalne życie i zwyczaje nagle przestawały istnieć. Nie mieli wyboru. Musieli zaakceptować zmiany, żeby ich one nie zniszczyły. Jednak gdzieś tam wewnątrz kołatało wczoraj. Wczoraj wypełnione pracą rąk, ale bez huku i spalin. Podporządkowane naturze.

Znam bardzo dobrze stereotypy dotyczące wsi i ludzi tam mieszkających. Ciemnota, ciasnota umysłu, brak wykształcenia czy niechęć do jakichkolwiek zmian. To, co może kiedyś było prawdziwe, już dawno straciło aktualność. Nowoczesność panoszy się teraz na każdej miedzy, która stanowi geometrię świata. Młodzi ludzie wyjeżdżają do miast na studia i często już tam pozostają. To dla nich inny świat, którego nie znają, a w życiu różnie bywa.

Patrzę nocą przez okno i widzę, jak na polach odbywają się prace. Nowoczesny sprzęt rolniczy jest szczególnie pomocny, gdy nie zdążyło się ich zakończyć przed zmrokiem. Wiadomo, że kiedyś noc była czasem odpoczynku. Każdy wiedział, że wschód słońca przyniesie kolejne godziny intensywnej pracy rąk. Współczesne żniwa, podobnie jak pozostałe prace w polu, nie mają w sobie człowieka. Jest tylko kontakt z maszyną. Kiedyś łączyły ludzi, którzy pomagali sobie nawzajem. Zmęczony uśmiech dawał przy okazji szczęście. Obecnie sąsiad potrzebny jest tylko po to, by pożyczyć od niego przyczepę na zboże czy inny sprzęt. Z gospodarstw znikły zwierzęta, do których można było się przytulić, porozmawiać z nimi. Konie zostały zastąpione przez potężne traktory z klimatyzacją, radiem i oświetleniem. Młockarnia trafiła do skansenu, chociaż posiadała moc łączenia ludzi we wspólnej pracy. Dzisiaj ja ci pomagam, a jutro ty mi – to była zasada, która królowała na wsi. Pegeery stoją opuszczone, w towarzystwie dużych plakatów Na sprzedaż. Tylko nieliczne zamieniono w prywatną stadninę, chlew czy magazyn.

Siano zapachem czarowało czerwiec. Żniwa ubierały w snopki lipiec czy sierpień. Obecnie często straszą zgniłymi belami, pozostawionymi w różnych miejscach na polu. Stoją jak strachy, tylko kogo mają wystraszyć? Przypominają o smutnym końcu czegoś, co nagle przestało być potrzebne. Traktory nie potrzebują pożywienia zimą; zapadają w sen. Zwierząt w gospodarstwach nie ma, zbędna jest więc aż taka ilość słomy. To, czego nie sprzedano na biomasę lub do dużych gospodarstw, czeka na lepszy moment. Tylko czy on nastąpi, skoro co roku rośnie świeża konkurencja? Palić też nie wolno, więc bele straszą.

Pogoda nie ma już takiego wpływu na rolnictwo jak kiedyś, chociaż w maju ksiądz w asyście mieszkańców wsi idzie święcić pola. Ten zwyczaj pozostał, mimo upływu lat, choć nikt już nie ubiera domów i bram w brzozy na Zielone Świątki. Chyba że na konkurs odświeżający tradycję. Można jeszcze spotkać chodzący na poduszce po wsi różaniec. Sąsiedzi gromadzą się wtedy zaproszeni po domach, modlą i jedzą przygotowany poczęstunek. Kolejnego dnia odprowadza się różaniec w towarzystwie świec do następnego domu. W życiu ludzi na wsi szczególne miejsce zajmują majówki. Wtedy to kapliczki i krzyże zostają przyozdobione kwiatami, a wieczorową porą śpiewana jest przy nich Litania loretańska. Są to miejsca, gdzie gromadzi się starsze pokolenie.

Kolejny miesiąc przynosi czerwcówki, czyli Litanie do Najświętszego Serca Pana Jezusa. Ten śpiew jest charakterystyczny dla wsi. Istnieje jeszcze, zachowana do tej pory przez niektóre kobiety, umiejętność rzucania uroków. Człowiek nie wie wtedy, co się z nim dzieje. Wystarczy jedno spojrzenie, dlatego nie jest mile widziany kontakt wzrokowy. Kiedyś nie wierzyłam w rzucanie uroków, ale doświadczyłam ich na własnej skórze. Wszystko mija wraz z zachodem słońca. Nieraz słyszałam, i to nie od dziadków, jak się odczynia urok rzucony na małe dziecko. Na wiosce wszyscy wiedzą, kto ma takie zdolności.

Całe nasze życie jest wielkim opryskiem. Kiedyś wieś kojarzyła się ze zdrową żywnością. Obecnie, żeby się opłacało, trzeba siać dużo. Wszelkie chemikalia dołączone są do zestawu, bo bez nich w skupie będzie niższa cena. Mechaniczne macki, zanurzane w zbożu w punkcie skupu, wiedzą wszystko. Są w zmowie z komputerem. Nowoczesności nie da się oszukać. Obecnie niemowlakom nie podaje się krowiego mleka, które było najzdrowsze, a ja do tej pory przyglądam się w lustrze, zawieszonym na wczorajszym gwoździu, moim białym wąsom z pianki. Tego smaku nie da się zapomnieć, ani tej dziecięcej kolejki z kubkiem, w oczekiwaniu na babcię, która doiła krowy. Zresztą bydło znikło z gospodarstw – chyba że jest hodowane masowo, z kolczykami w uszach. Mleko jest modyfikowane i żyje nie dwa dni, ale nawet rok. Mleczarza wciągającego bańki na wóz już nie uświadczymy. Obecnie raz dziennie na podwórka wjeżdża cysterna, do której przelewane jest mleko. Jeździ od gospodarstwa do gospodarstwa, aż cała się wypełni. Dodatkowo gospodarze mają chłodnie, w których przetrzymują elektrycznie wydojone mleko. Kiedyś mleko zanurzało się w studni, w chłodnej wodzie.

Dzisiaj ludzie mieszkający na wsi na zakupy jeżdżą do miast, do marketów. Kolokwialnie mówiąc, łapią się na promocje. Nie mają, tak jak kiedyś, swojego chleba, masła, sera, mleka czy jaj. Nie są samowystarczalni, mimo że byłaby to zdrowa żywność, a za taką w sklepach płaci się dużo więcej.

A zioła i ich zbiór? Bławaty, na przykład, znikły wraz z opryskami. Kiedyś mieszały fioletem pszenicę. Zbierałam ich płatki i suszyłam tak, żeby nie straciły barwy – nie zamieniły się w płatki śniegu i nie straszyły bielą. Później zanosiłam je do skupu ziół, który był otwarty tylko w dzień targowy. Dzisiaj samotne łany zbóż zapomniały o ich istnieniu. Oprócz bławatów, dziadkowie suszyli kruszynę, lipę czy dziurawiec. Pomimo pracy na roli znajdowali czas, żeby dodatkowo zarobić. Obecnie zmniejszyła się liczba skupów i ciężko spotkać kogoś, kto się tym trudni.

Ciekawe, co myśli sobie bocian, chodząc po polu za ciągnikiem i szukając pożywienia. Rozgląda się za człowiekiem? Jego gniazdo, pomimo upływu lat, ciągle jest takie samo. On także. My zmieniamy swój świat. Pamiętam pogrzeb mojego dziadka, tego, który zaraził mnie szacunkiem do wsi. Wyprowadzając zmarłego z domu, trzy razy w progu obniżano trumnę. Symbol pożegnania z miejscem, w którym się mieszkało. Dzisiaj dom nie ma już takiej mocy przywiązywania człowieka. Współczesność zrównała miasto i wieś w kostnicy. Odchodzą starsi ludzie, a z nimi ta inna, prawdziwa twarz wsi. Jej odbicie zabierają ze sobą. Ci ludzie tworzyli ją swoimi rękoma. Dzisiaj tworzą ją maszyny, które zawłaszczyły sobie pola. Całkowity Transformers rolniczy to tylko kwestia czasu.

Kiedy zapytałam młodego mężczyznę, czym jest dla niego współczesna wieś, usłyszałam, że to dzielnica domków jednorodzinnych w mieście. Coś w tym stwierdzeniu jest. Drogi są wszędzie asfaltowe, bo przecież ludzie mają ekstra samochody i muszą mieć dobry dojazd. W pakiecie dochodzi hałas, który zagłusza ptaki, a także spaliny, które wpełzają przez okna. Mieszkam w takiej wsi. Często mówię, że mam za płotem autostradę, gdyż są momenty, że szklanki dzwonią o siebie na stole. Jest jeden mały sklep i przystanek autobusowy. Naokoło pola uprawne. Zwierzyna, która zimową porą podchodzi pod płot w godzinach mniejszego ruchu na drodze, czyli wcześnie rano.

Niby wszystko pasuje do opisu wsi, a jednak z dzieciństwa pamiętam ją inną. Tam królował spokój, tutaj go nie mam i nie ma możliwości zmiany. Choć tu na pewno jest ciszej niż w mieście, dlatego wsie na obrzeżach dużych aglomeracji zamieszkują ludzie, którzy uciekają do nich po pracy. Jednak pracują oni w mieście, nie mają nic wspólnego z rolnictwem, nic nie uprawiają. Dla nich wieś to noclegownia. Piękny ogród, grill ze znajomymi i izolacja od spojrzeń masy ludzi. Kto nie ma własnego domu, ucieka z miasta na weekendy i wynajmuje pokoje w agroturystyce. Ta pozarolnicza działalność cieszy się ostatnio powodzeniem. Pięć pokoi, życzliwa gospodyni i magia, którą roztacza. Dodatkiem do tej atmosfery może być np. miód z własnej pasieki i grzybobranie w pobliskim lesie. Ten też uległ zmianom, ponieważ nadleśnictwo podzieliło go drogami asfaltowymi.

Współczesna wieś się starzeje. Młodzi wyjeżdżają za granicę do pracy. Przyjeżdżają na święta. Czasami zostawiają zarobione pieniądze i rodzice doglądają budowy ich domu, do którego po latach mają w planie zjechać. Rzeczywistość jednak koryguje ich zamiary. Z innych przyczyn domów na wsiach się nie buduje, no chyba, że w celu biznesowym. Starsi ludzie odchodzą i wszystko, co ich otaczało, przestaje istnieć. Zamykane są szkoły, a dzieci są dowożone do miasteczek.

Ważne miejsce stanowi świetlica wiejska. Odbywają się w niej spotkania sołeckie i imprezy typu osiemnastka. Przed wyborami świetlicę odwiedzają kandydaci na radnych, burmistrza czy sołtysa, żeby przedstawić, co chcą dać mieszkańcom, gdy otrzymają wystarczającą liczbę głosów, by dostać się do władzy. W świetlicy częste spotkania ma Koło Gospodyń Wiejskich, które przygotowuje wieniec dożynkowy czy potrawy na imprezę gminną. Swoje zgromadzenie mają także mężczyźni, ponieważ skupieni są przy Ochotniczej Straży Pożarnej, która najczęściej wyjeżdża wiosną, gdy ludzie uparcie palą trawy na polach. Raz do roku przygotowują się do udziału w zawodach strażackich. Oprócz tego organizują zabawy dla mieszkańców.

Tematyka wiejska nie jest popularna w literaturze polskiej, choć rok 2014 przyniósł nam Guguły Wioletty Grzegorzewskiej i Sońkę Ignacego Karpowicza. Lekkie powieści, które cofają czytelnika w czasie. Ukazują wieś, której już nie ma, choć jej echo jeszcze tkwi w ludziach. Jeżeli chodzi o twórców ludowych zamieszkujących wsie, to oni raczej piszą wiersze, i to rymowane. Są to osoby starsze, które pamiętają legendy i piosenki związane z regionem. Tematyka ich utworów łączy się z ziemią, na której mieszkają. Dzieła te najczęściej nie widzą światła dziennego, chyba że znajdzie się ktoś, kto zaopiekuje się twórcą. Sam autor rzadko dąży do ich publikacji. O pasji takich osób wie najbliższa rodzina czy koleżanki, dla których został napisany wiersz. Czasami piszących zaprasza się do szkół, w ramach realizowanej „ścieżki regionalnej”, by podczas lekcji opowiadali o swojej twórczości. Trzeba zauważyć, że najczęściej różni się ona od tej aktualnie nagradzanej na ogólnopolskich konkursach, dlatego też osoby te nie mają na nich szans. Jeżeli w gminie wydawana jest gazetka, mogą liczyć na publikację. Osoby piszące na wsi mają trudniejszy start na rynku wydawniczym. Tu nie organizuje się spotkań poetyckich, na których można podszlifować warsztat. Pisanie to zresztą taki dodatek, który sprawia im radość. Robią to tak, jak potrafią. To im wystarczy.

W małych miejscowościach o życie kulturalne starają się dbać domy kultury i biblioteki. Organizatorzy imprez kulturalnych, żeby mieć frekwencję, muszą brać pod uwagę cykl prac w polu. Młode osoby mieszkające na wsi, które także parają się pisaniem wierszy, rzadko poruszają tematykę wiejską. Ich twórczość jest całkiem inna niż starszego pokolenia. Oni mają ambicje, by być kimś, dlatego nie zważając na to, że są ze wsi, wysyłają wiersze na ogólnopolskie konkursy. Często wyjeżdżają na spotkania i warsztaty poetyckie do miast. Ich głównym celem w życiu jest osiągnięcie czegoś. Uważają, że jeżeli ma się dobry warsztat, to nie jest ważne, jakie ma się pochodzenie. Nikogo to nie interesuje. Nie ma rywalizacji z poetami z miasta. Nie ma tam wyśmiewania się z „wieśniaka”. W tym gronie liczy się tylko twórczość.

Mimo zmian na wsi ludzie nie chcą zapomnieć jej wcześniejszej twarzy. Często organizowane są imprezy w rodzaju święta pieczonego ziemniaka, kiszenia kapusty czy skubania pierza. Panuje moda na tworzenie osad i wiosek nawiązujących do dawnych czasów. Pisane są wnioski o dofinansowanie działań skierowanych do dzieci i młodzieży, które mają na celu np. zakup maślniczek i naukę wyrabiania masła, postawienie pieca i naukę tradycyjnego wypieku chleba czy kiszenie kapusty oraz ogórków w beczkach. To wszystko jest nowym doświadczeniem dla młodszego pokolenia. Słuchają tego jak fantastycznych opowieści. Uczą się życia w dawnej wsi. Współczesna wieś nie będzie miała dzieciom i młodzieży nic do zaoferowania. Może jedynie uczyć obsługi nowoczesnego sprzętu rolniczego.

Jestem wieśniaczką, ale inną niż kiedyś. Odbijam się zaledwie w ¾ wysokości kół w traktorze, kiedy spaceruję między sprzętem rolniczym na wystawie organizowanej przy okazji dożynek. Ciężko zrobić sobie sweet focię na tle ciągnika. Przy koniu Baśce nie byłoby problemu, tylko że nie było jeszcze wtedy telefonów komórkowych. Dziadek nauczył mnie zaprzęgać konia do wozu i go prowadzić. Dzisiaj ta umiejętność straciła na wartości. Mężczyźni z błyskiem w oczach patrzą na olbrzymy rolnicze niczym na nowe modele Mercedesa. Wsiadając do takiego sprzętu czują się panami, a nie chłopami, jak za dawnych czasów. Dopłaty do upraw zmieniają ich punkt widzenia. Przedwiośnie nie ma strachu w kieszeni.

Rolnicy wiedzą, że muszą wykorzystać wsparcie UE, bo ten worek z pieniędzmi kiedyś zostanie zawiązany. Dzisiejszy rolnik uczy się ekonomii i marketingu; to menadżer w polu, podobny do prezesa firmy w mieście. Bez pomocy maszyn nie byłby w stanie obrobić wielkich areałów. Nie ma rolników małorolnych. Często jest też tak, że pola użytkują osoby, które nie mieszkają na wsi, ale wykupują ziemie i przeznaczają je pod łąki, żeby raz w roku skosić siano i otrzymać dopłatę. Rolnicy, wraz z rozwojem techniki, zyskali pomoc w codziennej pracy. Dostali więcej czasu. Zbliżyli się dzięki temu do ludzi z miasta, lecz mają nad nimi przewagę ze względu na nienormowany czas pracy. Zima jest dla nich długim urlopem, odpoczynkiem – i to nie uległo zmianom. Natura wciąż jeszcze rządzi się swoimi prawami.

Zdjęcie: Urszula Kopeć-Zaborniak

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *