DOM KULTURY, Michał Wójtowski

„Przypomnijmy pewną tradycję…” O „Żywych konfliktach” Jana Strzeleckiego

AUTOR

Michał Wójtowski

Michał Wójtowski – absolwent MISH UW i specjalizacji zawodowej animacja kultury, nieudany doktorant; współorganizował projekty animacyjne, uczył przedmiotów humanistycznych w liceum; na emigracji we Francji nauczyciel gimnazjalny i licealny języka polskiego w dwujęzycznej Sekcji Polskiej w międzynarodowej szkole Cité Scolaire Internationale oraz Szkoły Polskiej w Lyonie; publikował m. in. w „Midraszu”, „Kulturze”, „Res Publice”, „Przeglądzie Humanistycznym”, „op.cit.”, „Przeglądzie Nadwiślańskim”, na portalu obywatel.pl; tłumaczył teksty naukowe i publicystyczne z angielskiego i francuskiego. Współautor podręcznika i poradnika metodycznego do wiedzy o kulturze, współredaktor kilku książek, m. in. „Animacja kultury. Doświadczenie i przyszłość”. Mieszka na nowych peryferiach Gdańska. Prywatnie szczęśliwy mąż, tata i grzybiarz. Czasem poprawia przecinki trójmiejskim koleżankom i kolegom z Partii Razem. W Nowych Peryferiach współredaktor działu Dom Kultury.

Minęły dwa lata od ukazania się biografii „Strzelecki. Śladem nadziei” pióra Magdaleny Grochowskiej. Autorka opowiedziała w niej w sposób empatyczny losy Jana Strzeleckiego: konspiracyjnego publicysty lewicowych „Płomieni”, powstańca warszawskiego, niepokornego powojennego socjalisty, wreszcie – po wielu latach na pograniczu Partii i opozycji – doradcy „Solidarności”, także myśliciela, wypowiadającego się w socjologicznym dyskursie, w literacko-filozoficznym eseju, w publicystyce.

Grochowska skonfrontowała życie i twórczość Strzeleckiego z biograficznymi trajektoriami innych postaci należących do lewicowej formacji społeczno-kulturalnej ery totalitaryzmów – przyjaciół, nieprzyjaciół i świadków. Biografia spotkała się z ciepłym przyjęciem krytyki, zaś jeden z recenzentów chwalił: Ta książka jest wnikliwą propozycją odpowiedzi na pytanie: czego nas dziś uczy Jan Strzelecki? Nie mam również wątpliwości, że czytelnicy, którzy wcześniej nie czytali „Niepokojów amerykańskich” i „Prób świadectwa”, pierwsze kroki po tej lekturze skierują do bibliotek bądź antykwariatów.

Zarówno postawionemu w książce pytaniu o aktualność pism Strzeleckiego, jak i wróżbie renesansu zainteresowania jego twórczością naprzeciw wyjdzie, opublikowany niedawno nakładem Wydawnictwa „Krytyki Politycznej”, wybór pism zatytułowany „Żywe konflikty”. Opracowany przez Kamila Piskałę i poprzedzony wstępem przez Andrzeja Mencwela, tom liczy ponad 600 stron i zawiera teksty powstałe w ciągu półwiecza. Najstarsze z nich ukazały się w roku 1938, w przededniu wybuchu II wojny światowej, najnowsze zaś – już po tragicznej śmierci autora w roku 1988, a zatem u progu i w pierwszych latach transformacji ustrojowej. Ich chronologia wpisuje się więc, użyjmy terminologii samego Strzeleckiego, w porządki „małej i wielkiej historii”, gdzie porządek indywidualnej twórczości i biografii pokrywa się z sekwencją morderczych przyspieszeń dziejów polskich i powszechnych.

W spisie treści „Żywych konfliktów” oś chronologiczna ustępuje jednak ujęciu problemowemu, dzielącemu umownie teksty na cztery obszary: wypowiedzi programowe (ogniskujące się wokół dyskusji o kształt idei socjalistycznej, w szczególności tużpowojennego sporu o „socjalistyczny humanizm”), literackie i dyskursywne zapisy doświadczenia dwudziestowiecznych totalitaryzmów (gdzie największy ciężar gatunkowy mają kolejne przybliżenia i ostateczna postać „Prób świadectwa”), wypowiedzi Strzeleckiego o bliskich mu osobach, współczesnych koncepcjach i tradycjach intelektualnych (od spuścizny radykalnej lewicy kulturalnej przełomu wieków, poprzez dzieło Stanisława Ossowskiego, aż po antropologię Ericha Fromma) oraz teksty okazjonalne, przeważnie publicystyczne. Oczywiście dziwić może pominięcie przy wyborze choćby fragmentu „Niepokojów amerykańskich”, jednego z nielicznych w latach 60. niezideologizowanych studiów społeczeństwa kapitalistycznego i kultury masowej, wszak w dorobku Strzeleckiego jest to książka ważna. Wydaje mi się również, że osobom słabiej zorientowanym w historii politycznej oraz intelektualnej polskiego wieku XX może zabraknąć bardziej szczegółowego i rozbudowanego rysu biograficznego. Mimo to udostępnienie czytelnikowi w wygodnej formie tekstów podstawowych, artykułów trudno dostępnych, szczególnie zaś publicystyki przedwojennej i konspiracyjnej, a także bibliografii prac Strzeleckiego – godne jest uznania. A książka trafia w swój czas, bo jak nic innego nadaje się na czas niespokojny. Dlatego właśnie, zamiast streszczeń i historycznych rekonstrukcji, proponuję wyznaczyć kilka obszarów styczności refleksji współorganizatora „Płomieni” i naszego położenia.

***

W Polsce ostatniego ćwierćwiecza narracje oparte na determinizmie i historiozoficznym optymizmie miały się świetnie. Wyrażały się w przekonaniu o „końcu historii”, triumfie liberalnej demokracji, gwarancjach militarnego bezpieczeństwa, samoregulującej się, skazanej na wzrost gospodarce rynkowej i dobroczynności nauki oraz technologii. Każde z tych przekonań zostało w ciągu ostatnich lat zakwestionowane. Podważyły je nie konkurencyjne teorie, ale fakty, składające się na obraz globalnego i wielowymiarowego kryzysu – bezpieczeństwa, ekonomicznego, społecznego. Doprawdy, trudno uwierzyć, jak wielki udział w zainicjowaniu i upartym podtrzymywaniu tych wyobrażeń miały środowiska, które Strzelecki współtworzył i gdzie jego książki czytano. Wydaje się, że zarówno u początków transformacji, jak i dziś, bardzo pożyteczne byłyby dwie nauki dające wyczytać się z jego tekstów.

Pierwszą z nich nazwałbym lekcją nieufności. Tak pisał Jan Strzelecki blisko pół wieku temu: Przekonanie, że układ znaczących zdarzeń zwany historią stać się może układem zapewniającym wcielenie wartości, jest przekonaniem równie strzelistym, co pozbawionym podstaw – tak myśleliśmy wtedy, na dnie morza. Słowa te, pochodzące z „Prób świadectwa”, a opisujące doświadczenie pokolenia wojennego, są nie tylko poruszające w wymiarze osobistych przeżyć autora. Z doświadczenia tego wyrosła nieufność wobec historiozoficznego optymizmu dowolnej postaci, a także wobec takich stanowisk filozoficznych, które zdejmowały z człowieka odpowiedzialność za bieg dziejów i nakazywały podporządkowanie się zewnętrznym wobec nas siłom – kierujących się prawami historii, walki klas, ekonomii, przyrody.

Wyrazem tak rozumianej nieufności są „Próby świadectwa”, prowadzące ku nim „Reminiscencje sentymentalne”, a także powstające w stalinowskiej Polsce „Zapiski 1950-1953”. W podobny sposób możemy odczytywać spór, jaki o kształt socjalizmu powojennego toczył Strzelecki z twardogłowymi zwolennikami materializmu dialektycznego. W serii tekstów (wymieńmy „O socjalistycznym humanizmie”, „Mała i wielka historia”, „O niektórych źródłach uproszczeń marksizmu”) przeczytamy między innymi, że uleganie naciskowi społeczno-ekonomicznych kategorii nie jest ostatnim słowem człowieka. Pamiętajmy, że w pokoleniu wojennym urzeczenie takimi właśnie kategoriami nie było niczym niezwykłym, a miewało często charakter reaktywny w stosunku do ideologii, która stworzyła „epokę pieców”.

Strzelecki takiej reakcji, charakterystycznej dla czasu kryzysu kultury, zdołał się ustrzec. I gdyby nie pisał w języku peryferyjnym o doświadczeniu narodu peryferyjnego, z pewnością jego nieufna wobec wielkich kategorii i bloków ideologicznych postawa mogłaby wiele nauczyć choćby zachodnioeuropejską lewicę lat 60. Jej radykalizacja, ideologiczne zaślepienie i dążenie do wyrazistej polaryzacji prowadziły nie tylko ku terrorowi, ale też sprzyjały proliferacji wpływów radzieckich. Strzelecki, który w krótkim czasie doświadczył i hitleryzmu, i stalinizmu, należał do tych, którzy w czasie przełomu umieli dostrzec niuanse; wiedział, czym są „komunizm” i „faszyzm”, nie potrzebował więc dla ich denuncjowania ideologicznych czytanek. Taka jasność widzenia bardzo przydałaby się również w Polsce wczesnych lat 90., gdy potrzebny był głośny esej, mogący nosić tytuł „O niektórych źródłach uproszczeń liberalizmu”.

Gdyby w postawie Strzeleckiego nie było nic poza nieufnością, nadawałby się znakomicie na patrona i prekursora rzeczników „kresu wielkich narracji”. Jednakże jego nieufność wobec wielkich kategorii ufundowana była na zaufaniu do drugiego człowieka i wierze w wartości, ze względu na które on działa. Wśród nich najistotniejsze wydają się, pozostające w najściślejszym związku, braterstwo i twórczość. Wśród polskich myślicieli, którzy głosili ideały socjalistyczne, od czasów Edwarda Abramowskiego zestawienie tych dwu wartości oznaczało nie tylko uznanie twórczego pierwiastka indywidualnego w procesach społecznych. Za takim uznaniem szło przekonanie, że celem socjalistów jest zbudowanie głębokiej braterskiej wspólnoty, a ta opiera się na szacunku dla twórczości i samorealizacji jednostki. Nie jest więc przypadkiem, że jednym z bliskich Strzeleckiemu myślicieli był Erich Fromm, autor „Ucieczki od wolności” (zob. „Afirmacje Ericha Fromma”), jednego z klasycznych studiów poświęconych psychospołecznym źródłom totalitaryzmu.

I znowu – podjęcie tropów, jakimi podążał Strzelecki, mogłoby wiele powiedzieć o ideologicznych i politycznych redukcjach, jakim w ostatnim ćwierćwieczu, a także w ostatnich miesiącach, poddawane są polityczne definicje jednostki oraz wspólnoty, suflowane uparcie przez zredukowany ekonomicznie liberalizm oraz zredukowany symbolicznie solidaryzm. Debata publiczna, którą organizują jako widowisko główne siły polityczne, przebiega według zasad „wyższej moralności”, definiowanej następująco: 1) użyteczność widziana oczami politycznej elity jest miarą wszelkich wartości; 2) istnieje ścisły i ściśle przestrzegany podział na swoich i obcych i płynące z niego zasady postępowania; 3) występuje, jako nieuchronne następstwo, zanik stosunków niemających charakteru instrumentalnego („O socjalistycznym humanizmie”). Te słowa, chociaż napisane w roku 1946, nie straciły – mimo licznych zmian politycznych dekoracji – swej mocy opisowej i diagnostycznej, z tym zastrzeżeniem, że we współczesnym polskim duopolu zupełnie inne niż wówczas są proporcje żarliwej, ideowej wiary i pragmatycznego cynizmu.

Jan Strzelecki był kontynuatorem najlepszych tradycji polskiej lewicy politycznej i kulturalnej, a pamięć o tej formacji wskrzeszał zarówno w tekstach o swym nauczycielu („Stanisława Ossowskiego przekonania podstawowe”), jaki i jego ideowych przodkach („Przypomnijmy pewną tradycję…”). Wydanie „Żywych konfliktów” to bez wątpienia spełnienie obowiązku pamięci wobec tego wątku kultury polskiej. Nie był to wątek uboczny – i nie zmienią tego ani starania peerelowskiej, ani współczesnej propagandy. Z kolei nadanie zbiorowi takiego właśnie tytułu zawiera, jak mi się zdaje, propozycję wskrzeszenia głosu, który nie tylko kwestionowałby strukturę konserwatywno-liberalnego duopolu, ale też zaproponował inną gramatykę oraz intonację debaty publicznej, w której słowa „socjalizm” i „lewica” zostałyby wreszcie odczarowane.

Mogłaby to być debata oparta na pryncypium dialogu i wzajemnego szacunku – propozycje podsuwają treść i forma tekstów takich jak „Socjalizm społecznej debaty”, „Filozofia Porozumień Sierpniowych”, „U źródeł spotkania” – gdzie znajdzie się wreszcie miejsce na artykulację lewicowego stanowiska. Chciałoby się przy tym, by stanowisko to, gdy już okrzepnie, wyraziło się językiem Jana Strzeleckiego, wolnym od rytualnego podsycania partyjno-plemiennych antagonizmów. Językiem, w którym dyskurs ekonomiczny nie podporządkowuje sobie, np. w duchu zwulgaryzowanego marksizmu, perspektywy etycznej. Wydaje się to tym ważniejsze, im silniej dziś odczuwamy społeczne i etyczne konsekwencje neoliberalnego prymatu języka ekonomicznego wobec innych sfer życia zbiorowego oraz jednostkowego.

 

Jan Strzelecki, „Żywe konflikty. Wybór pism”, wybór i opracowanie Kamil Piskała, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2015.

Zdjęcie: Michał Wójtowski

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *