AUTOR

Ewa Korzeniowska

Redaktorka działu Połączenia Międzymiastowe, absolwentka kulturoznawstwa i filozofii na UJ. Była „panią od imprez” w Bibliotece Narodowej. Na szczęście zajęła się czym innym i teraz pisze doktorat o estetyce japońskiej na Wydziale Filozoficznym UJ. Miłośniczka architektury, fotografii i kotów.

Z badaczami z Fundacji Pole Dialogu uczestniczącymi w projekcie „Z klasą o kulturze. Testowanie granic klasowych w partycypacji kulturalnej i obywatelskiej”: dr. Przemysławem Sadurą, Dorotą Olko i Katarzyną Murawską rozmawia Ewa Korzeniowska

Ewa Korzeniowska: Kiedy czytałam raport z waszych badań, od razu pomyślałam sobie o tym, jak różne byty państwowe kształtowały atmosferę kulturalną Ornety. Miejscowość ta przed II wojną światową była typowym małym miasteczkiem w Prusach Wschodnich. Państwo pruskie a potem niemieckie w peryferyjnych ośrodkach starało się wzmacniać niemiecką kulturę. Małe miasteczka były połączone z większymi ośrodkami siecią dróg, następnie siecią kolejową, tak aby dojazd do lokalnego centrum był możliwie najłatwiejszy. Na miejscu natomiast rozwijały się orkiestry amatorskie, grupy czytelnicze czy teatralne. Narzucało to oczywiście pewien kanon kulturowy i miało za zadanie wzmacniać poczucie przynależności państwowej, ale z drugiej strony rozwijało też aktywność oddolną samych mieszkańców. Po II wojnie światowej w Ornecie zjawiła się ludność napływowa. Czy udało się Wam dowiedzieć, jak wyglądała partycypacja w kulturze w tym mieście w okresie powojennym? Wydaje się, że w PRL, zwłaszcza na terenach, które zostały przyłączone do Polski po 1945 roku, działania kulturalne były funkcją polityki. Wiązało się to ze strategią dominacji kulturowej państwa nad kulturą i zwyczajami lokalnymi, o ile jakieś się zachowały, zresztą podobne zjawisko było obserwowane w Prusach.

Przemysław Sadura: Po II wojnie światowej po dawnej społeczności Ornety nie zostało śladu. W czasach PRL politykę kulturalną opierano na szerokim dostępie do instytucji kultury i innych instytucji publicznych. Tworzono świetlice wiejskie działające przy pegeerach i kluby afiliowane przy zakładach pracy. Działał Miejski Dom Kultury, a wszystkie instytucje były ze sobą skomunikowane dzięki dobrze działającemu transportowi publicznemu. MDK funkcjonował wówczas głównie jako miejsce, w którym odbywały się imprezy organizowane przez zakłady pracy albo instytucje oświatowe. Ludzie przyjeżdżali na te wydarzenia ze wsi. Po roku 1989 państwo wycofało się z prowadzenia aktywnej polityki kulturalnej na peryferiach: upadły instytucje publiczne, transport. Zlikwidowane zostały biblioteki w wielu wsiach, likwidowane były domy kultury, świetlice. Energię instytucji, które pozostały, pochłaniała walka o przetrwanie.. Dziś MDK w Ornecie działa dużo prężniej niż przed 1989 rokiem, ale już nie dla tych ludzi, którzy stanowili dominującą grupę odbiorców działań w okresie PRL, bo oni zostali od uczestnictwa odcięci.

Dorota Olko: Badaliśmy przede wszystkim to, jak tamten czas wspominają mieszkańcy. Mieszkańcy rzadziej wspominają konkretne imprezy czy zajęcia, a częściej to, że po prostu spędzali czas razem, razem jechali do miasta na imprezy i wydarzenia kulturalne. Nie przypominam sobie opowieści o tym, jak dokładnie przebiegały imprezy, jakie konkretnie przedstawienia oglądali informatorzy. Mimo że wydarzeń takich nie można określić jako oddolnych, to jednak ich uczestnicy mieli silne poczucie uczestnictwa i wspólnotowego działania. Zakłady pracy dbały o to, żeby pracownicy — niezależnie od stanowiska i typu wykonywanej pracy — mogli spędzać czas razem w ciekawy sposób.

EK: Czyli chodziło zasadniczo o budowanie wspólnoty, poczucia przynależności. Było to zapewne ważne tam, gdzie tworzyła się zupełnie nowa tkanka społeczna.

DO: W czasie naszego pobytu w Ornecie mieliśmy problem z dotarciem do pracowników fizycznych, bo obecnie jest to grupa zupełnie rozproszona. Pewnie 30 lat temu weszlibyśmy na taką imprezę zakładu pracy i moglibyśmy porozmawiać z ludźmi. Teraz, jeśli docieraliśmy na przykład do osób sprzątających, to byli nimi pracownicy zatrudnieni w instytucjach publicznych, pomagających w rekrutowaniu osób do naszego projektu. Z kolei w podorneckich, popegeerowskich miejscowościach liczni mieszkańcy wielokrotnie zmieniali miejsce zamieszkania, ponieważ byli przenoszeni z jednego pegeeru do innego. Na Warmii po 1989 wraz z likwidacją państwowych gospodarstw wsie wyludniały się, a ich sieci społeczne znacznie się skurczyły.

EK: Pracownicy byli zatrudnieni na etacie, w jednym zakładzie, i z tego powodu pewnie łatwiej było do nich dotrzeć. Pewnie też chętniej brali udział w aktywnościach organizowanych przez zakłady – być może również dlatego, że dostępna oferta kulturalna nie była wystarczająca.

PS: Tu nałożyło się na siebie kilka procesów. Z jednej strony zwijaniu sieci publicznych instytucji kultury towarzyszy eksplozja kultury popularnej, upowszechnienie się wideo, a później DVD, rozbudowanie oferty telewizyjnej, itd. Z drugiej trwa proces dekompozycji struktury społecznej i przemian klasy ludowej. Przed 1989 rokiem obok rolników jest tam duży segment robotniczy: pracownicy zakładów produkcyjnych w mieście i poza nim. Jak powiedziała Dorota, dziś duża część klasy robotniczej albo nie istnieje, albo jest rozproszona. W mieście do tej klasy zaliczyć można nisko kwalifikowanych pracowników sektora usługowego (np. kasjerzy w sklepach) oraz pracowników fizycznych zatrudnionych w instytucjach publicznych i prywatnych (sprzątaczki, dozorcy). Inaczej niż mieszkańcy wsi jest to grupa dość zatomizowana, której trudniej wyrazić swoją odrębność, swój styl życia. Z tego wynika zjawisko, o którym piszemy w naszej publikacji: dominacja podziału miasto – wieś. W ten sposób można odnieść wrażenie, że miasto staje się taką enklawą średnioklasowości w morzu ludowości.

DO: Jeśli porównamy Bażyny i Wolę Lipecką, czyli dwie podorneckie miejscowości, gdzie w ramach projektu zorganizowaliśmy ogniska sąsiedzkie, to tak się złożyło, że w obu miejscowościach znalazło się kilka osób, które zakwalifikowalibyśmy do klasy ludowej. Ale mieszkańcy opowiadali, że w Bażynach jest dużo napływowych mieszkańców, którzy kupują tam działki i bardzo szybko budują domy. Pochodzą nie tylko z Ornety czy z Olsztyna, ale też z Warszawy. Jest to bogata wieś i pojawiają się tam konflikty: nowi mieszkańcy nie płacą od razu funduszu sołeckiego. Widać, że jest to osobna grupa, bo na takie ognisko też nie przyjdą. Wola Lipecka to z kolei wieś popegeerowska, gdzie — dosłownie — kończy się droga. Wioska złożona jest z kilku bloczków, do których eksmituje się mieszkańców Ornety niepłacących czynszów. Poza nimi nikt do Woli się nie wprowadza, wszyscy starają się raczej stamtąd wyrwać.

12829427_754156081350785_3229420810664946916_o

EK: Skoro dotknęliśmy już tematyki podziałów klasowych, chciałam zapytać, co wami kierowało, żeby analizować partycypację kulturalną właśnie z perspektywy klasowej? Wydaje się, że po 1989 roku tradycyjne klasy – robotnicza czy chłopska – się rozpadły.

PS: Struktura klasowa przekształciła się, ale nie przestała istnieć. Zanim podjęliśmy tę interwencję, prowadziliśmy szereg badań, w których wykorzystywaliśmy perspektywę klasową. Z Maciejem Gdulą zaczęliśmy badania klasowych stylów życia, żeby sprawdzić, czy teoria Pierre’a Bourdieu, przypisująca każdej klasie społecznej swoisty styl życia, ma sens w naszych – rzekomo bezklasowych – realiach. Krótko mówiąc, udało nam się potwierdzić istnienie trzech różnych stylów przypisanych do poszczególnych klas społecznych: wyższej (przedsiębiorcy i menadżerowie, przedstawiciele wolnych zawodów i elita kulturalna), średniej (specjaliści i pracownicy biurowi, nauczyciele) i ludowej (niewyspecjalizowani pracownicy usług, pracownicy fizyczni, rolnicy). Ceniąca swobodę i dystans klasa wyższa zorientowana jest na wyzwania intelektualne, a w sztuce preferuje awangardę. Preferująca porządek klasa średnia to publiczność, która wybiera repertuar rozrywkowy lub mieszczący się w kanonie szkolnym, oficjalnie dystansuje się natomiast wobec takich imprez jak festyny czy koncerty disco polo. Te ostatnie najbardziej odpowiadają gustom klasy ludowej, dla której wydarzenia kulturalne stanowią pretekst do spotkań z ludźmi i wspólnego spędzania czasu. Wybory kulturowe klasy ludowej są więc odległe od kanonu kultury wyższej, klasa ludowa — przeciwieństwie do klasy średniej — nie stara się „gonić” elit.

Inny powód włączenia perspektywy klasowej do działań partycypacyjnych miał bardziej praktyczną naturę i wynikał z doświadczeń Fundacji Pole Dialogu w realizacji budżetu obywatelskiego Domu Kultury Śródmieście w Warszawie. Celem było włączenie mieszkańców Warszawy w programowanie funkcjonowania instytucji. W trakcie trwania projektu dało się zauważyć narastające (samo)wykluczanie klasy ludowej i zdominowanie procesu partycypacji przez klasę średnią. Byliśmy w stanie zadbać o to, żeby udział w tym projekcie wzięły różne grupy niedoreprezentowane: kobiety, mniejszości etniczne, osoby starsze, młodzież etc. Nie zadbalibyśmy jednak o udział osób z klas niższych, co jest zresztą uniwersalnym problemem w procesach partycypacyjnych.

EK: Czy widzicie jakąś możliwość, żeby przełamać takie samowykluczanie? I jak zrobić to tak, żeby tych projektów nie zdominowała klasa średnia, która sama z siebie ma ochotę brać w nich udział i je kształtować?

Katarzyna Murawska: Wydaje nam się bardzo ważne, aby osoby odpowiedzialne za kształtowanie oferty instytucji kultury dostrzegały też zróżnicowanie potrzeb odbiorców. Pamiętajmy, że jeśli nie jesteśmy odpowiednio uważni, to albo my takie osoby wykluczymy, albo one same się wykluczą. W naszym projekcie staraliśmy się nie tyle zapraszać ludzi do nas, co wychodzić do nich, czyli zmieniliśmy kierunek działania. Stąd na przykład pomysł na zrobienie ognisk z mieszkańcami u nich, na wsi, w nieformalnej formule zamiast warsztatów partycypacyjnych z pracą w grupach. Chodziło o to, aby nie przytłoczyć uczestników koniecznością przyjazdu do instytucji, zabierania głosu…

EK: …czyli: organizowania partycypacji na siłę, w sztuczny sposób.

DO: Spotkania z mieszkańcami miały też na celu wzmocnienie tych osób, staraliśmy się tak prowadzić rozmowy, żeby ludzie poczuli w pewnym momencie, że mają coś do powiedzenia. W procesach partycypacyjnych i w podejściu instytucji uderza mnie oczekiwanie, że wszyscy będą kreatywni i na pewno mają pomysł na to, co konkretnie chcieliby robić, a następnie o tym opowiedzą. Wtedy instytucja zmieni coś albo i nie zmieni, bo powie, że nie ma na to środków. A kiedy się okaże, że akurat środki posiada, to może coś zmienić, ale tylko wtedy, gdy będzie dokładnie wiedziała, czego chcą ludzie. Myślę, że dzieje się tak dlatego, że szczególnie klasa ludowa nie jest przyzwyczajona do podobnych zadań, ma inny charakter pracy (np. w pracy zawodowej nie musi rozwijać kompetencji werbalizowania czy formułowania pomysłów, raczej przekładania ich na jakieś materialne działania). Tutaj pomaga nam nasze podejście badawcze. Możemy czegoś nie usłyszeć wprost, ale jak rozmawiamy z osobami, które przychodzą na spotkania, zastanawiamy się nad tym, z czego wynikają te upodobania i jak to można przełożyć na działania w instytucji, w tym przypadku był to MDK. Tym razem współpraca instytucji z badaczami nie była jeszcze, według mnie, wystarczająca, a jest ona bardzo ważna.

EK: Chciałam zwrócić uwagę, że jesteście trochę „spadochroniarzami z Warszawy”, z zupełnie innego otoczenia. W Warszawie instytucje działają trochę inaczej, ich oferta jest bardziej zróżnicowana. Nie jest łatwo wypracować model działania, nie narzucony z kulturowego centrum, ale wspierający i wzmacniający odbiorców i instytucję.

PS: Dlatego właśnie warto promować socjologiczną czy etnograficzną wrażliwość w samych instytucjach publicznych. Absolwent nauk społecznych na urzędowym etacie – to byłoby optymalne rozwiązanie, które nie tylko wspomogłoby działanie lokalnych instytucji, ale także rozwiązało problem prekaryzacji w naszej branży (śmiech). Na to może sobie pozwolić Wielka Brytania, gdzie urzędy często zatrudniają socjologów i etnografów, terminologia klasowa nie jest postrzegana jako anachronizm lub dziwactwo, ale jest wykorzystywana w bieżących analizach rzeczywistości społecznej. Wyobrażamy sobie, że pewną namiastką tej komfortowej sytuacji może być uprawianie socjologii publicznej, polegającej na propagowaniu perspektywy klasowej jako jednego z narzędzi postrzegania i zmieniania rzeczywistości społecznej przez instytucje publiczne.

EK: Czy działania instytucji kultury w mieście, które stało się terenem waszych badań, mają wpływ na lokalną wspólnotę, mieszkańców, miasto? Jak rozumiem, większość pracowników DK w Ornecie pochodzi stamtąd?

KM: Orneta jest tutaj dosyć specyficznym przykładem, ponieważ pracownicy MDK mieszkają najczęściej na terenie gminy, ale dyrektorka, która zaczęła proces otwierania się tej instytucji, jest z Elbląga. Jednak, podobnie jak w innych instytucjach kultury, pracownicy z Ornety to głównie osoby z klasy średniej, które przygotowują wydarzenia i zajęcia dla odbiorców z tej samej klasy. To też jest problem. Chodzi więc o to, aby w ofercie domu kultury, obok na przykład koncertów jazzowych i działań promujących sztukę i kulturę wyższą, znaleźć przestrzeń na to, co interesuje ludzi spoza lokalnej elity. W MDK pracownicy zdawali się to rozumieć i dlatego tak ochoczo przystali na pomysł wspólnych działań.

EK: Wydaje mi się, że ważne jest także to, iż samorządy czy włodarze miast postrzegają kulturę jako rodzaj balastu. Również wydarzenia mające skłonić mieszkańców do partycypacji są najczęściej traktowane jak piąte koło u wozu. Poza tym na kulturę zawsze brakuje pieniędzy. W związku z tym my jako odbiorcy mało oczekujemy od lokalnych instytucji kultury.

PS: Zgoda. Można też powiedzieć, że z punktu widzenia władz to promocja zżera fundusze na kulturę. W Ornecie widać różne sposoby rozumienia kultury. Z jednej strony można traktować kulturę jako narzędzie wzmacnianie wspólnoty. Z drugiej to może być podnoszenie zewnętrznej atrakcyjności miasta. Na przykład niektórzy uważają, że najważniejszą sprawą jest odkopanie podziemi łączących ratusz i kościół. To miałaby być największa atrakcja turystyczna.

EK: Jeśli przyjadą turyści, inwestycja się nam zwróci…

PS: No właśnie. Pracując nad planem współpracy międzyinstytucjonalnej na rzecz rozwoju kultury w Ornecie, próbowaliśmy przebić się ze sposobem myślenia, który już od kilku lat kiełkuje w niektórych wojewódzkich instytucjach kultury, np. w Małopolskim Instytucie Kultury czy w Mazowieckim Instytucie Kultury. Kultura traktowana jest przez te instytucje jako sfera więziotwórcza, budowanie przestrzeni spotkań i inicjowanie oddolnej kreatywności. Takie rozumienie kultury powinno przekraczać granice sektorowe. Co samo w sobie jest trudne w instytucjach kultury, ze względu na ich podział funkcyjny, budżetowy czy organizacyjny. Podlegają one różnym wydziałom w samorządach, na zasadzie: ja działam w kulturze, ty jesteś od oświaty i de facto nic nas nie łączy..

EK: A ponadto wszystkie instytucje mają osobne budżety, których nie da się połączyć.

DO: Znów mamy do czynienia z błędnym kołem. Jeśli pracownicy jakiejś instytucji nie myślą o kulturze jako zjawisku więziotwórczym, przynoszącym korzyści samej społeczności lokalnej, to nie konstruują oferty w taki sposób, aby służyła tym celom. Wtedy trudno zauważyć, przekonać się, że aktywności kulturalne mogą spajać społeczności, budować więzi, gromadzić szerokie grono odbiorców. Trudno się więc dziwić, że włodarze i sami mieszkańcy zaczynają wątpić w sens inwestowania w kulturę. Po co dokładać do czegoś, czym interesuje się niewielka grupa ludzi? A przecież jeśli oferta składa się wyłącznie z działań, które służą raczej rozwojowi własnemu (nauka gry na instrumentach, śpiewu czy rysunku) niż budowie poczucia wspólnoty i wymagają już na starcie pewnego kapitału kulturowego, to grono odbiorców siłą rzeczy jest bardzo ograniczone. A przecież te same aktywności wykonywane wspólnie mogą budować poczucie wspólnoty. Wspólne muzykowanie było tradycyjnie bardzo ważne dla podtrzymywania więzi, także w klasach ludowych. Czasami nie chodzi więc o samą aktywność, ale sposób, w jaki się ją organizuje.

EK: Brakuje spojrzenia całościowego, a także brakuje pogłębionej odpowiedzi na pytanie, dlaczego się to robi. Co, nota bene, widać też czasem w dużych instytucjach kultury, które niechętnie godzą się na współpracę z innymi instytucjami.

DO: Rozmawialiśmy też z pracownicami domu kultury o tym, jak wyglądają szkolenia. Niektóre z nich zmieniają podejście i metody pracy, ale są drogie i domu kultury nie stać na to, by wysłać na nie pracownika. Bardziej opłaca się go wysłać na kurs malowania twarzy, bo taka umiejętność przyda się przy okazji różnych imprez, niż na szkolenie mające zmieniać całościowy model funkcjonowania instytucji prowadzone przez NCK, które wiąże się z koniecznością dojazdu do Warszawy. Trudno też oczekiwać, że NCK wyszkoli wszystkich pracowników w domach kultury w Polsce. Brakuje modelu pośredniego. Odpowiedzialność za kompetencje pracowników małych ośrodków kultury powinny przejmować instytucje wojewódzkie.

pixlr_20160308171610859

EK: Wasz projekt badawczy trwał rok. Wydaje mi się, że wiele tego typu interwencji trwa mniej więcej tyle. Pytanie, na ile taka doraźność jest skuteczna? Czy wasza interwencja może przynieść długofalowe pozytywne efekty?

PS: Myśleliśmy o naszym projekcie na dwóch poziomach. Po pierwsze, co jesteśmy w stanie osiągnąć w samej Ornecie. Po drugie, był to eksperyment badawczy. Efektem pierwszego jest Dom Kultury gotowy uwzględniać perspektywę klasową w projektowaniu działań. Pewnie przydałoby się, żebyśmy spędzili tam więcej czasu, ale teraz wszystko zależy przede wszystkim od tego, czy MDK zdoła się porozumieć i zacząć działać z innymi instytucjami w Ornecie. Zainicjowaliśmy pracę na tym poziomie i wspólnie wypracowaliśmy narzędzia, które dają lokalnym instytucjom możliwość kontynuowania tego procesu. Nie da się od razu przeprowadzić zmiany społecznej, bo o tym tu mówimy. Nie da się tego zrobić przy pomocy jednej instytucji. To musi być program przyjęty przez wiele podmiotów. Skończył się projekt, ale podobne spotkania mają być kontynuowane. Jeśli będzie wola w społeczności lokalnej, widzę spore szanse na to, że coś z tego, co robiliśmy, zostanie.

DO: Tutaj znowu wraca problem współpracy z pracownikami. Nie chodzi o to, żebyśmy byli tam bardzo długo, ale o to, by przekazywać pracownikom propozycje metod pracy, zachęcać ich do spojrzenia z innej perspektywy. Mamy poczucie, że w pewnym stopniu się to udało. W Ornecie był jeszcze ten aspekt, że mimo chęci dyrektorki do dłuższej współpracy pracownicy mieli tyle zajęć własnych, że trudno byłoby oczekiwać, by zajmowali się jeszcze czymś dodatkowym. Jedna osoba powinna przynajmniej na pół etatu zajmować się takimi programami.

EK: Dziękuję za rozmowę.

Zdjęcia: Fundacja Pole Dialogu/Miejski Dom Kultury w Ornecie

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *