AUTOR

Olga Drenda

Dziennikarka i tłumaczka, absolwentka Etnologii i Antropologii Kultury UJ. Publikowała m.in. w "Polityce", "The Guardian", "2+3D", "Glissando", "Dwutygodniku", "Lampie", "Digital Camera Polska", "Tygodniku Powszechnym", "Szumie", "Trans/Wizjach", "Gazecie Magnetofonowej". Współpracowała z festiwalem Unsound i lubelskim Centrum Spotkania Kultur. Współautorka polskiego przekładu "Delikatnego mechanizmu" i "Wybuchowego biletu" W.S. Burroughsa, tłumaczka scenariuszy filmowych oraz fragmentów "Bukaresztu" Małgorzaty Rejmer na język angielski. Ostatnio wydała książkę "Duchologia" (wyd. Karakter, 2016). Mieszka w Mikołowie.

Jednym z elementów mitologii przedmieścia jest pragnienie tego, aby już nie musieć; ogrodzony domek ma być bezpieczną przystanią z daleka od złego miasta i jego nieprzyjemności.

Nie byłam jeszcze na żadnym zebraniu mieszkańców mojej dzielnicy. Wiem, wstyd. Gdy redaktor Bilewicz znalazła gdzieś w archiwach pisma Społem „Trzydzieści przyczyn – Dla wygody tych, którzy nie lubią chodzić na zebrania ogólne instytucji społecznych”, listę wymówek opublikowaną w roku 1910 i bardzo aktualną, odkryłam w niej również kawałek siebie (1. Byłem bardzo zajęty. (…) 18. Nie było kogo zostawić w domu. (…) 20. Daleko iść na zebranie, a tramwaju nie ma. (…) 23. A dlaczego zebrania nie urządzają popołudniu? (…) 25. I bez waszych zebrań zajęcia wyżej uszu).

Ludzie często lubią demonstrować, że „wiedzą lepiej”, i głosić, jak zrobiliby coś prawidłowo, a nie jak te „patałachy” (drogowcy, budowniczy, służby utrzymania czystości itp.). Często jednak na tym poprzestają i kiedy przychodzi do pokazania zaangażowania w praktyce, przez uczestnictwo w zebraniu, oddanie głosu, włączenie się w życie swojej okolicy, organizację czegoś, chętnych brakuje. Ta powszechna wada, niestety, dotyczy również mnie, i dlatego staram się przynajmniej trzymać język za zębami i unikać szafowania nikomu niepotrzebną dobrą radą. Ale dlaczego właściwie tak się dzieje? Słabe zachęty i brak skutecznego informowania ze strony władz i instytucji, a także poczucie słabego wpływu na bieg rzeczy i bezsilności wobec „dużych” to ważny czynnik, ale też tylko jedna strona medalu; drugą jest to, że trzeba odpocząć po pracy, skosić trawę w ogródku albo posprzątać balkon, co skutecznie wciąga w kokon świętego spokoju.

Przedmiejskie życie sprzyja takiemu stanowi rzeczy. Jednym z elementów mitologii przedmieścia jest pragnienie tego, aby już nie musieć; ogrodzony domek ma być bezpieczną przystanią z daleka od złego miasta i jego nieprzyjemności. Firma, która zbudowała nieopodal osiedle ekskluzywnych domków, raz czy dwa razy w roku ogłasza kronikę wydarzeń integracyjnych dla ich mieszkańców. W szklanej gablotce widnieją potem zdjęcia z ognisk i spacerów. Zastanawiałam się, na ile taka strategia działa i na ile lokatorzy chcą się w ogóle integrować. W końcu jednym z powodów, dla których ludzie przeprowadzają się na przedmieścia, jest iluzja autonomii, również od sąsiadów, z którymi w bloku trzeba chodzić na nieustanne kompromisy. Według badań CBOS, kontakty sąsiedzkie 58% Polaków pozostają życzliwe, ale na dystans, czyli zwykle na „dzień dobry”. Niechętnie angażujemy się nie tylko w życie publiczne, ale jesteśmy raczej nieśmiali również na poziomie prywatnych relacji międzyludzkich. To może być jedną z przyczyn nieustającej popularności domków jednorodzinnych, mimo wszystkich niewygód związanych z tą formą zamieszkiwania: pozwala pielęgnować wygodną izolację.

Z moich doświadczeń wynika wręcz, że w bloku każdy nieco bardziej się mityguje, wiedząc, że ktoś obok, pod i nad jego mieszkaniem może go słyszeć i czuć, trzeba więc zachowywać się w sposób bardziej cywilizowany. Na przedmieściu jednak wszystko jest większe – nie tylko powierzchnia mieszkalna, ale również hałasy, zapachy i inne nieprzyjemności. Żeby zwrócić uwagę mieszkańcowi sąsiedniego domu, konieczne jest przełamanie psychologicznej bariery – onieśmielenia wynikającego z faktu, że oto naruszamy czyjąś autonomię, właśnie wchodzimy komuś w paradę, narzekamy na to, co ktoś robi na swoim własnym terenie, a przecież wolnoć Tomku itp., nawet jeśli dotyczy to bardzo głośnej imprezy o trzeciej nad ranem. Zwracający uprzejmą uwagę zawsze stawia się w pozycji czepialskiego upierdliwca. Niedawno byłam obserwatorką bardzo subtelnej i cichej kłótni przedstawicieli zamożnej klasy średniej – polegała na wzajemnym zajeżdżaniu sobie miejsc parkingowych (co zabawniejsze, na terenie publicznym). Tak negocjują ze sobą ludzie szanujący ponad wszystko prywatność i autonomię.

Od kiedy mieszkam na przedmieściu, zauważyłam dwa sposoby przełamania tego impasu. Pierwszy z nich to Facebook, a drugi jest puchaty. Komunikacja lokalnych władz (burmistrzowie, radni) z mieszkańcami na Facebooku może być postrzegana jako sprzyjanie kolektywnemu leniowi, ale w rzeczywistości przemienia kliktywizm w przynajmniej częściowy aktywizm. Z moich obserwacji wynika, że komunikacja online przemienia się czasami w mini-debatę, w trakcie której mieszkańcy artykułują swoje życzenia i zastrzeżenia, dyskutują z politykiem oraz między sobą. Wydaje się, że to pragmatyczny kompromis, który pozwala znaleźć równowagę pomiędzy potrzebą wypowiadania się a niechęcią do fizycznej obecności na zebraniach (co potwierdzają badania Instytutu Spraw Publicznych – z raportu Anny Olech i Pauliny Sobiesiak-Penszko wynika, że internet to preferowany przez mieszkańców, a często zaniedbywany przez władze kanał komunikacji).

Drugi z lodołamaczy, tym razem w przestrzeni kontaktów prywatnych, to pies. Od kiedy moim podopiecznym został Akira, znany również jako Puflon, częstotliwość kontaktów również z dalszymi sąsiadami wzrosła niepomiernie. Niektórzy z nich sami mają psy, dzielimy więc znajomość terenów spacerowych, wymieniamy rady, empatyzujemy ze sobą, bo wszyscy musimy wędrować czasem dwa kilometry, dzierżąc woreczki z kupą, do najbliższego kosza na śmieci. W mojej okolicy bowiem wisi bardzo dużo tabliczek „Pamiętaj, sprzątaj po swoim psie”, natomiast właściwie nie ma śmietników. I to jest moment, w którym bolączki prywatne niepostrzeżenie przemieniają się w publiczne.

PS Aktualizacja: nie byłam na zebraniu mieszkańców, ale wzięłam udział w dzielnicowym sprzątaniu lasu!

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *