Filip Leśniewicz

Nie będę płakał po inteligencji

AUTOR

Filip Leśniewicz

Absolwent socjologii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Obecnie studiuje ekonomię i filozofię na tej samej uczelni.

Mowa tu wszakże tylko o tak zwanej inteligencji narodu. Stanowią ją ci wszyscy, co troskliwsze i rozleglejsze odebrawszy po szkołach wyższych i instytutach wychowanie, stoją na czele narodu jako uczeni, urzędnicy, nauczyciele, duchowni, przemysłowi, zgoła, którzy mu przewodzą wskutek wyższej swojej oświaty. Poza tą klasą leżą masy ludu, niby ogromne pokłady ziemi, sponad których tamci jako wzgórza się wznoszą. Znamieniem jest każdej oświaty, że ciemności nie cierpi. Zła więc, sztuczna i złudliwa ta oświata, co się ponad ćmą nieoświeconego ludu unosi i tej mgły grubej nie przebija [1].

Tęsknotę za prawdziwą inteligencją polską, a raczej jej odrodzeniem, wyrażają regularnie, co kilka lat (dokładnie co 10, jak zauważył prof. Jedlicki), polscy publicyści oraz intelektualiści („ostatni z ostatnich”). Tęskni za nią Sławomir Sierakowski, różnie pisze Paweł Śpiewak, raz ogłaszając koniec inteligencji, innym razem podejmując się analizy tej kategorii. Tomasz Zarycki zauważył, za Maszą Gessen, że owo wyrażanie przekonania o braku inteligencji, o jej zaniku jest w istocie sposobem na reprodukcję elitarności. Według Zaryckiego inteligencja – rozumiana jako wąska, elitarna grupa, a nie jako libeltowscy urzędnicy czy nauczyciele – pełni w Polsce rolę dominującą. To ona tworzy elitę, która ma decydujący wpływ na to, co dzieje się w naszym kraju.

W związku z przytoczonymi twierdzeniami nasuwają się jednak pytania. Jak tę swoją rolę inteligencja wypełniała i wypełnia? I jeśli posiadamy własny byt państwowy, który funkcjonuje na zasadach formalnie demokratycznych, to czy inteligencja, jako „warstwa przewodnia”, faktycznie jest jego ważnym i potrzebnym składnikiem? By uniknąć nieporozumień dodam, że tekst ten dotyczy przede wszystkim inteligencji jako wąskiej grupy, która ma dostęp do mediów i różnego typu instytucji, a przez to ma możliwość narzucania swego punktu widzenia. Nie dotyczy natomiast pewnego wzoru funkcjonowania, który wiąże się nie tyle z konkretnym „etosem”, co z bardziej intensywnym uczestnictwem w życiu kulturalnym i intelektualnym. I który to wzór, obok np. ideału niezależnego przedsiębiorcy, dobrego gospodarza, solidnego pracownika czy aktywisty-społecznika, jest jak najbardziej pozytywny.

Inteligencki elitaryzm mógł pełnić pozytywną dla społeczeństwa rolę w czasach braku państwowości (podtrzymywanie tradycji narodowej, działalność społeczno-filantropijna). Jednak od momentu, kiedy Polska odzyskała suwerenność, inteligencja stała się kategorią mało użyteczną dla rozwoju demokratycznego państwa, np. jako uczestnik aliansów godnych potępienia. Dobitnym tego przykładem było porzucenie postulatów robotniczych przez inteligentów podczas transformacji ustrojowej (Michnik, Tischner czy Mazowiecki). To wtedy złamano solidarność przez małe „s”, tłumacząc drastyczne reformy „nieuniknionymi kosztami transformacji”, używając jako broni m.in. kategorii homo sovieticusa. Na przedmiotowe traktowanie robotników wskazuje David Ost w swojej „Klęsce »Solidarności«”, cytując m.in. wypowiedź Adama Przeworskiego, profesora nauk politycznych: Demokratyczna transformacja (…) może się udać tylko wtedy, gdy „zorganizowani robotnicy okażą niemal całkowitą uległość i cierpliwość” [2]. A Tischnerowskiego sprzedać wolność za chleb – to być sobą (hasło z książki „Homo sovieticus”) używano jako pałki bijącej po głowach tych, którzy chcieli zaprotestować przeciwko krzywdzącym zmianom. Ten zabieg wyłączenia robotników z roli podmiotu procesu demokratycznego, wraz z utrwaleniem w masowym obiegu wizji rewolucji „Solidarności” jako wyczynu jednego robotnika, Lecha Wałęsy, któremu pomagało kilku inteligentów, sprawił, że zmarnowana została szansa na upodmiotowienie społeczeństwa.

Trwałość tej pogardy jest doskonale widoczna także dziś. Zbigniew Mikołejko, z zawodu filozof, tak charakteryzuje motywacje głosujących na PiS: To jest bardzo egocentryczny sposób myślenia, bez żadnych odniesień; dla wózkowych, dla Edków [którzy są dla Mikołejki figurą chama – przyp. F.L.], dla kiboli, dla nieudaczników, dla ludzi pokrzywdzonych. O matkach mówi: zostały kupione za 500 zł, mają w nosie naszą wolność. W podobnym tonie wypowiada się Janusz Rudnicki: lud nas tak urzą­dził. Prosty lud polski i odłamy jakiejś krzywej polskiej inteligencji, robiącej mu populistyczną laskę, ale pies pogrze­bany jest w ludzie. On głosował tak, jak­by kraj był rzeczywiście w ruinie i nędzy. Wychodzi na to, że im lepiej, tym gorzej dla tej masy. Machnęli jej pięćsetką przed nosem, wrzucili do urny wyborczej ten ochłap i krzyknęli: aport! Próba uwypuklenia podziału na inteligentów i chamów nabrała ostatnio widocznego rozpędu, czego przykładem jest chociażby niedawna okładka tygodnika „Polityka” oraz tekst duetu Janicki i Władyka pt. „Cham uskrzydlony”.

Zarówno zmarnowana rewolucja solidarnościowa, jak i powyższe, współczesne wypowiedzi pokazują, że inteligencja być może nie rozumie, na czym polega funkcjonowanie demokratycznego państwa. Demokracja to przecież nie tylko formalne instytucje, ale i obyczaje społeczne, sposoby traktowania innych ludzi.

Tęsknota za jeszcze wyraźniejszą i bardziej dominującą rolą inteligencji jest w istocie tęsknotą za duchem bez ciała. Tęsknotą za kierownictwem konkretnej warstwy społecznej, a nie całym społeczeństwem zaangażowanym w życie publiczne. W XIX w. inteligenckość była raczej zrządzeniem losu, które wynikało z funkcjonowania pod kuratelą obcych państw. Była protezą państwowości i protezą elity, która nie mogła partycypować w instytucjach publicznych. Dziś, gdy musimy budować realny byt państwowy, upatrywanie celu w dominacji inteligencji świadczy o błędnym wyobrażeniem na temat jej roli oraz o nieumiejętności poznawczego dostosowania się do współczesnego stanu rzeczy. W wyniku tych rozważań rodzi się pytanie, na które w tym momencie nie znam odpowiedzi: czy fasadowość państwa w III RP ma coś wspólnego z dominacją inteligencji? Pojawiają się też inne pytania. Czy inteligencja posiada odpowiednie instrumenty i dysponuje postawą, która pozwala zrozumieć rzeczywistość społeczną i wypracować skuteczne narzędzia jej zmiany? Czy, wreszcie, inteligencja zawsze walczy o dobro całego społeczeństwa?

Częściowa odpowiedź znajduje się w przytaczanej już diagnozie Osta: dla inteligencji inne warstwy czy klasy społeczne często były „materiałem”, a nie podmiotem. Warto jednak tę myśl rozwinąć, by nie powtórzyć błędu robotników, którzy powierzyli inteligencji swoje interesy. Tym bardziej, że już niedługo możemy spodziewać się kolejnego „zejścia na dół” środowisk, które zaczną postrzegać się jako inteligenckie. Ost w „Klęsce »Solidarności«” przytacza wypowiedź jednego z opozycyjnych inteligentów z filmu dokumentalnego pt. „Citizens”, dotyczącego okresu pierwszej „Solidarności”: W kręgach intelektualnych wszyscy byliśmy umoczeni. Opozycjonista spotykał się z sekretarzem partii, byliśmy dla siebie grzeczni. Ale dla robotnika wszystko jest jasne – on jest czerwony! I o to chodzi! Praktyczna mądrość robotnika jest najzdrowsza. Umieją odróżnić prawdę od fałszu, nie tak, jak my.

Nie wiem, czyja praktyczna mądrość okaże się tym razem najzdrowsza, ale jestem przekonany, że w momencie, kiedy interes inteligencji stanie się wyraźnie zagrożony, po raz kolejny będzie ona starała się przejąć – oczywiście w imię dobra wspólnego – rolę przewodnika, która umożliwi jej zajęcie najlepszych pozycji w nowym rozdaniu. Już dziś możemy zobaczyć próby wykorzystania kategorii inteligencji przez dwa plemiona skaczące sobie do gardeł. Zaplecze konserwatywnej prawicy przeciwstawia „prawdziwych inteligentów” o porządnych życiorysach – takich jak Bronisław Wildstein – „wykształciuchom” (najlepiej potomkom beneficjentów PRL-u). Z drugiej strony na kategorii inteligenckości buduje swoją tożsamość KOD, dla którego polityczny przeciwnik to reprezentujący najgorsze żywioły w polskim społeczeństwie cham, oszołom i wróg demokracji.
Zabiegi te nie przyniosą jednak na razie, moim zdaniem, żadnych skutków, ze względu na wykorzystanie kategorii inteligencji w widocznym dla ogółu interesie politycznym, który dzieli społeczeństwo, a nie je łączy. Nie ma też miejsca zagrożenie interesów większości inteligencji, a tylko jej części. Dopiero gdy inteligencja jako całość odczuje skutki jakiegoś kryzysu, wejdzie w buty miłośniczki ludu i dialogu społecznego. Na powrót modne okaże się jedzenie kiełbasy ze współczesnymi robotnikami. Być może stanie się to po roku 2020, kiedy skończą się fundusze unijne pozwalające na całkiem niezłe zarobki w zawodowej działalności obywatelsko-społecznej.

Czy inteligencja dobrze wypełnia rolę elity? Cóż, nie posiada ona żadnych cech ani kompetencji, które sprawiałyby, że pokieruje życiem społeczno-politycznym Polski lepiej niż całe społeczeństwo partycypujące w instytucjach publicznych. Mimo atrybutu wyższego wykształcenia oraz umiejętności swobodnego funkcjonowania w przestrzeni kulturowej, inteligencja nie jest bowiem uprzywilejowana poznawczo. Przypisując tzw. ludowi czy ludziom gorzej wykształconym fobie i uprzedzenia, sama na nich bazuje. Stereotypy wymierzone w szerokie grupy społeczne i łatwość generalizowania na podstawie pojedynczych przypadków to zjawiska tak wśród inteligencji powszechne, że aż trudno w to uwierzyć, jeśli ma się w pamięci liberalne deklaracje. Pogarda wobec „prostych ludzi” i wmawianie im, że mają się wstydzić tego, kim są, były wręcz podstawowymi źródłami samolegitymizacji inteligencji w III RP.

Wyższe wykształcenie przestało być jednak czymś ekskluzywnym. To, co wyróżnia dziś inteligencję, to tendencja do zamykania się we własnym środowisku, które staje się źródłem przywileju, co stoi w sprzeczności z głoszonymi przez tę warstwę deklaracjami. To zamknięcie sprawia, że inteligencja łatwo poprzestaje na samopotwierdzających się opowieściach o rzeczywistości społecznej, bazujących na mocno zużytych kategoriach. Zamykanie się we własnym kręgu prowadzi również do grupowego konformizmu, a w dalszej konsekwencji – do odwrócenia się od prawdy, której miejsce zajmują plemienne totemy. Bardzo dobrze pokazuje to obecny konflikt między obozem rządzącym a opozycją. Fiksacja, często bardzo emocjonalna, środowisk inteligenckich na punkcie tego sporu jest porażająca. Przyglądając się bliżej antagonizmowi PiS i środowisk związanych z liberalną opozycją możemy zauważyć dwie istotne rzeczy. Po pierwsze, mamy do czynienia z zarządzaniem „masami ludu” przez polityków, nierzadko również inteligentów. Wiąże się z tym prymitywizacja przekazu płynącego do społeczeństwa, a także próby antagonizowania grup społecznych. Po drugie, działań tych nie sposób uznać za walkę o dobro wspólne (co było w przeszłości uzasadnieniem dla przywództwa inteligencji). Jest to raczej dążenie do realizacji własnych, politycznych i prywatnych interesów. Właściwszym określeniem tego konfliktu byłoby krążenie i wymiana elit niż walka o dobro państwa i społeczeństwa.

Inteligencka wsobność sprawia również, że na emocje społeczne niezgodne z jej wizją grupa ta reaguje zazwyczaj moralną paniką. Można po raz kolejny przywołać czasy początku transformacji, kiedy „rozprawiono się” z robotnikami, którzy w dominującym języku opisu życia społecznego szybko przeistoczyli się z soli demokracji w największe dlań zagrożenie. Te same odruchy możemy też zaobserwować w „czasie rzeczywistym”, na przykładach alergicznych reakcji na grupy, którym aktualny porządek się nie podoba i które przejawiają chęć jego zmiany. Strajkujący rolnicy są roszczeniowcami i warchołami. Natomiast młodzi manifestujący mężczyźni, jeszcze przed nacjonalistycznym wzmożeniem, nazywani byli hołotą i póki nie pokazali swego potencjału mobilizacyjnego, drwiono z nich na każdym kroku, traktując jako kulturowych inwalidów.

Własna wizja świata, przedstawiana przez inteligencję jako obiektywna diagnoza, często nie ma nic wspólnego ze społecznymi realiami. Dobrze opisuje to Anna Giza, która mówi o narzucaniu binarnego podziału przez inteligenckie środowiska liberalne i konserwatywno-prawicowe. Publicyści odwołują się do tez dotyczących polskiego społeczeństwa głównie po to, żeby uzasadnić własne opinie. (…) Większość spośród tych tez ma charakter oczywistości i jest przywoływana właśnie jako podzielana przez wszystkich wiedza [3].

W kraju, gdzie głównym zasobem stał się kapitał kulturowy (a takim właśnie krajem jest Polska, m.in. według Zaryckiego), to właśnie w sferze kulturowej, na równi z ekonomiczną, należy doszukiwać się źródeł wykluczenia (zwracanie uwagi na rzekomy brak przywilejów o charakterze ekonomicznym bywa zresztą skuteczną strategią maskującą uprzywilejowaną pozycję inteligencji). Wykluczeniem kulturowym rządzi swoista etyka gustu, która sprawia, że niewpasowujący się w obraz inteligencji robotnik może być „warchołem”, babcia „moherem”, a słuchający disco polo – „wieśniakiem”. Jakiekolwiek zaś próby wyrażenia własnego stanowiska przez te grupy będą odrzucane za pomocą kulturowej pogardy. Ciekawie opisał to Wojciech Engelking, który wspomina, jak w dzieciństwie uczęszczał do Filharmonii Narodowej i był świadkiem takiej oto sytuacji: Prowadziła te koncerty Jadwiga Mackiewicz, znana jako Ciocia Jadzia, i prowadzano na nie dzieci inteligencji, by się nasłuchały muzyki poważnej. Cieszcie się – powiedziała prowadząca w pewnym momencie – bo poznajecie jako pierwszych w swoim życiu Bacha i Schuberta, a nie disco polo. Nie zostaliście skażeni [4]. Skażeni wieśniactwem, prostactwem, brakiem smaku. To „kwestia smaku” sprawia, że frankowicze są nazywani grupą walczącą o własne interesy, natomiast rolnicy – roszczeniowcami, ukrywającymi w stodołach nowe ciągniki sfinansowane z pieniędzy unijnych. Kulturowa dystynkcja (najczęściej odwołująca się do podziału pan-cham), na której swą pozycję opiera inteligencja, wiąże się z wykluczaniem ogromnej liczby ludzi.

Można jednak zapytać: jaka, w takim razie, powinna być rola inteligencji? Na pewno czymś szkodliwym dla niepodległej i starającej się funkcjonować na zasadach demokratycznych Polski jest traktowanie jej jako grupy przewodniej. Funkcją inteligencji powinno być dostarczanie społeczeństwu narzędzi dających siłę woli oraz możność zrozumienia i zmiany świata. Staje się to jednak niemożliwe, gdy zamyka się ona w kokonie wzajemnej adoracji, abstrahując od tego, co na zewnątrz. Miejsce inteligencji, tak jak każdej innej grupy społecznej, jest obok, a nie z przodu. Niestety nie wierzę w możliwość przewalczenia obecnego stanu rzeczy. Takie „wypadki” są możliwe w czasach „karnawału” społecznej mobilizacji („Solidarność”), ale strukturalne ograniczenia i istota inteligencji – stawianie się w opozycji wobec „ludu” czy też wewnętrzny konformizm i izolacja – sprawiają, że rzeka wraca do swego starego koryta. Zamiast tęsknić za inteligencją, trzeba raczej tęsknić za niezależnymi i myślącymi jednostkami, niezważającymi na towarzyskie uwikłania i zależności interesów; za społecznym ruchem, którego wspaniałą emanacją była „Solidarność”.

I gdyby inteligencja po raz kolejny chciała zacząć przedstawiać się jako warstwa „namaszczona” albo taką rolę zaczęłaby spełniać, to nie należy tej postawie dawać wiary. Ludzie dadzą sobie radę sami. Nie trzeba ich oświecać, pouczać ani do nich „schodzić”, cokolwiek by to miało znaczyć. I zamiast wypatrywać przewodniej warstwy, martwmy się raczej o sprawne państwo i różnorodną elitę, która niekoniecznie do „ludu” będzie schodziła, ale która żyjąc w społeczeństwie będzie naturalnym łącznikiem między nim a instytucjami publicznymi.

[1] Karol Libelt, „O miłości ojczyzny”, cyt. za: Andrzej Walicki, „Polska, Rosja, marksizm”, wyd. Universitas, Kraków 2011.
[2] D. Ost, „Klęska »Solidarności«”, wyd. Muza, Warszawa 2007.
[3] A. Giza, „Dwie Polski o dwóch Polskach, czyli samoreprodukujący się dyskurs”, [w:] A. Giza, „Gabinet Luster. O kształtowaniu samowiedzy Polaków w dyskursie publicznym”, wyd. Scholar, Warszawa 2013.
[4] W. Engelking, „Gra w chama”, „Rzeczpospolita” nr 171/2016.

Obraz: Jean Francois De Troy

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *