AUTOR

Olga Drenda

Dziennikarka i tłumaczka, absolwentka Etnologii i Antropologii Kultury UJ. Publikowała m.in. w "Polityce", "The Guardian", "2+3D", "Glissando", "Dwutygodniku", "Lampie", "Digital Camera Polska", "Tygodniku Powszechnym", "Szumie", "Trans/Wizjach", "Gazecie Magnetofonowej". Współpracowała z festiwalem Unsound i lubelskim Centrum Spotkania Kultur. Współautorka polskiego przekładu "Delikatnego mechanizmu" i "Wybuchowego biletu" W.S. Burroughsa, tłumaczka scenariuszy filmowych oraz fragmentów "Bukaresztu" Małgorzaty Rejmer na język angielski. Ostatnio wydała książkę "Duchologia" (wyd. Karakter, 2016). Mieszka w Mikołowie.

Albo coś zmieniło się dopiero teraz, albo mam kiepski refleks i umknęło mi to, co działo się od dawna: w tym roku prawie nie widziałam (wczesno)letniego śniegu, czyli puchu z topoli. Mam takie skondensowane wspomnienie lat 80. i 90., duchologicznie słoneczne, w barwach starej kliszy. To prowizorycznie uporządkowana szarość starego osiedla na peryferiach miasta, krzywe klomby, pękające płyty chodnikowe, słońce nieco apokaliptyczne (wszak to era atomowa), a pośród tego wszystkiego miłe, choć trochę irytujące topolowe obłoczki.

Topoli było tak dużo, bo miały jedną zaletę – rosły bardzo szybko, więc sadzono je po wojnie masowo. Praktycznie, ale krótkowzrocznie, bo te wysokie, ale kruche drzewa mają skłonność do łamania się, przez co ich sąsiedztwo w miastach bywa niebezpieczne. Czasem więc trzeba je usuwać, jednak to nie tylko dlatego topoli rośnie coraz mniej.

Okazałe topole narażają się bowiem przede wszystkim przez latającą watę. Do niezbyt alergennego w rzeczywistości drzewa przyczepiła się zła legenda, jakoby uczulenie powodował puch, mylony z pyłkiem. Topola ingeruje w mir domowy obywateli, którzy skarżą się na „ohydny (!) biały puch”, padający na ich schludnie przystrzyżone trawniki. Internetowi łowcy spisków twierdzą nawet, że to zasadzka zastawiona przez komunistów, którzy chcieli uprzykrzyć życie uczciwym Polakom. Problem z topolową watą polega na tym, że lata sobie swobodnie w przestrzeni, bodąc oko bardziej niż na przykład pseudograffiti, ślina na chodniku albo porzucane w krzakach opakowania po piwie i jogurtach.

Okazałe, pożyteczne (oczyszczające środowisko i chroniące od słońca) topole padają więc ofiarą sterylnego myślenia o przestrzeni publicznej (o którym ostatnio pisała Daria Gosek). Z tej samej przyczyny z krajobrazu polskich miast niemal zniknęły morwy, które śmiały brudzić chodniki, i również dlatego coraz mniej jest swobodnie zarastających sobie kawałków gruntu, tych małych enklaw przyrodniczej anarchii, które tak pasują do Polski. Zamiast tego sadzi się symboliczne drzewka-chudziny, które mogą nie przetrwać najbliższego roku (i nikt z tym nic nie zrobi), do tego stawiane są coraz chętniej drzewa w donicach w stylu supermarketowym. Donicę można przenieść, pozbyć się jej bez bólu i całkowicie odzielenić przestrzeń, jeśli zajdzie taka potrzeba. Dość groteskowe jak na triumf cywilizacji. Czasem wydaje mi się, że pechowe drzewa, podobnie jak dzieci (i rodzice) zbierają cięgi w zastępstwie, jako łatwe cele. Trudniej jest przecież powiedzieć komuś uczciwie – zwłaszcza gdy jest duży, pijany albo z kolegami – że przeszkadza nam jego hałasowanie po północy, śmiecenie, zamaszyste parkowanie czy niszczenie wspólnego mienia. Roślina nie porysuje nam przecież w odwecie karoserii i nie poda nas do sądu.

InstagramCapture_2ee9a1e9-6c38-45c3-828e-450dc6b63adb

Rzadziej słyszę też w moich okolicach sierpówki, typowe gołębie zachodniej Polski. Podobno znikają dlatego, że praktycznie nie korzysta się już z transportu konnego, więc nie ma też jęczmienia do jedzenia dla tych szczupłych miejskich ptaszków, które mówią „cukru”. Kiedy zdałam sobie z tego sprawę, poczułam się jak własna babcia, która dawno temu, przy zupełnie przypadkowej okazji, niespodziewanie zauważyła: „Wiesz, że nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałam garbatego człowieka?” Moment, w którym uświadamiamy sobie, że czas, który zdawał się dotychczas jednostajną zupą, stał się linią, że w przezroczystej dotychczas rzeczywistości zaszła zmiana (jedno z moich ulubionych popularnych wierzeń głosi, że tak się dzieje, kiedy patrzymy na coś po raz tysięczny).

Zniknęły niepostrzeżenie wozy konne, którym jeszcze kilkanaście lat temu zdarzało się zdumiewać kierowców aut w środku całkiem dużych miast. Sierpówki przeniosły się gdzie indziej, za to podobno w Kielcach i w Łodzi widziano już bajeczne, zielone aleksandretty, uciekinierki z hodowli, które świetnie radzą sobie w chłodnym europejskim klimacie, wypraszając jednak rodzime ptaki („inwazja papug jest tylko kwestią czasu”, co roku głoszą media). Towarzyszem przedmiejskiego życia na dobre i na złe staje się dzik, mądry i sprytny, który wie, gdzie szukać jedzenia i jak korzystać z infrastruktury drogowej, przejść dla pieszych i pasaży podziemnych. Można powiedzieć, że na naszych oczach się cywilizuje.

Dziki kopią na ludzkich polach i osiedlach, bo to my zabieramy im ich domy i oduczamy samodzielności, podrzucając resztki jedzenia blisko siedlisk. Ale dzik jest zdumiewający w swojej elastyczności i szybkiej adaptacji do nowych okoliczności. Teraz, gdy musimy negocjować z nim miejsce we wspólnej przestrzeni, możemy go podpatrywać i uczyć się od niego, na przykład harmonii wspólnego życia (mieszkająca w mojej półwiejskiej okolicy świńska rodzina jest wzorcowa, zwłaszcza odyniec o trzech nogach, który opiekuje się słabszymi malcami).

Co mówią o zmieniającym się krajobrazie małych miast i przedmieść wizyty, nieobecności i migracje naszych współlokatorów, roślin i zwierząt? Po pierwsze to, że globalne zmiany klimatu nie omijają nawet Kiciusiowa Małego, a wędrówki gatunków czy ich celowy import są zjawiskiem zwyczajnym. Sierpówka przybyła do Polski dopiero w XX w., podobnie jak wiele innych zwierząt i roślin, bynajmniej nie z dziada pradziada piastowskich. Bieżące zmiany najmocniej jednak świadczą o szkodach, do których przyczyniamy się sami. Od kilku już lat słupy latarń, obok ogłoszeń o chwilówkach i mieszkaniach do wynajęcia, pokryte są gęsto ulotkami z danymi firm wycinających drzewa. Zieleń zjadają agresywna, nielicząca się z czyimikolwiek potrzebami deweloperka, mania wątpliwego upiększania miast poprzez „kamienowanie”, masowe wycinanie zdrowych drzew pod pretekstem ich „chirurgii”, a w rzeczywistości w celu sprzedaży na współspalanie drewna z węglem.

WP_20160318_09_20_41_Raw

I znów zjawisko to przez długi czas było przezroczyste, jakby mimo nas; musiało minąć kilka lat, aby wreszcie zauważono, że Polska łysieje. Ktoś musiał mrugnąć po raz tysięczny. Teraz mieszkańcy, co pokazuje przegląd dowolnych gazet i portali z Polski lokalnej, nie chcą tracić drzew ze swojego otoczenia (to znaczy, oczywiście, jeśli nie są to topole i morwy), tym bardziej, że mimo ich protestów albo nawet bez ich wiedzy znikają całe aleje, a nawet parki. Ruch obrony miejskich drzew to piękny przykład obywatelskiego uporu, który rozbija się o mur cynizmu i chytrości spod znaku „business is business”. Internet (czy pisze wynajęty lobbysta, czy bezinteresowny złośliwiec?) miewa dla nich odpowiedź pełną tej samej brzydkiej bezwzględności, z jaką lubią zwracać się zjadacze wszystkich rozumów do bezrobotnych, ofiar prześladowania w pracy, przemocy domowej itp. – „trzeba było zamieszkać gdzie indziej”, albo „twój dom też powstał na jakiejś łące”, więc gęba na kłódkę, obywatelu. Tak wydaje się glejt na pogarszanie sytuacji bez końca, tym bardziej, że rozgoryczeni ludzie prędzej czy później poddają się i zaczynają zapewne korzystać z dyskontu albo parkingu, który powstaje w miejscu parku („bez przesady, nie wycięliśmy ich przecież wszystkich”, tłumaczy beztrosko arogancka przedstawicielka firmy deweloperskiej z Jeleniej Góry po wycince drzew, która zaskoczyła nawet miejskich urzędników). W takich sytuacjach uderza krótkowzroczność władz na różnych poziomach i bezradność obywatela wobec systemu premiującego „przedsiębiorczego” chytrusa i spryciarza.

Tymczasem wszystko płynie. Za jakiś czas spojrzymy po raz tysięczny na otaczającą nas przestrzeń. Co w niej będzie? Może tuje, aleksandretty i wiewiórki szare? A może nie będzie w niej ani topoli, ani sierpówek, ani lip, klonów, wróbli, i, jak mówi prehistoryczny mem, „nie będzie niczego”?

Zdjęcia: Olga Drenda

drukuj

KOMENTARZE

  1. Polska się wali, Europa się jebie, świat się pieprzy, a wy tu o drzewach i krzewach! Zaangażujcie się jakoś opiniotwórczo, podobno to magazyn idei!

  2. Mi się wydaje, że te kwestie (to jak świat się pieprzy – jak wygląda nasz krajobraz – co robimy z naszym najbliższym otoczeniem) są jednak mocno powiązane. Wystarczy zobaczyć co się dzieje teraz z Puszczą Białowieską. Więc mam wrażenie, że taki nieco powolniejszy namysł, niekoniecznie wprost partyjno-polityczny, też jest przydatny, bo idee zawsze funkcjonują w jakimś konkretnym, codziennym krajobrazie.

    pozdrawiam

  3. Takie małe tematy to zwykle praktyczna ilustracja szerszych procesów. Spór o zarządzanie miastami, o własność publiczną i prywatną, o to, co komu w mieście wolno najdrastyczniejszy przebieg ma w Warszawie, ale są też inne miasta, jak Rybnik, gdzie solidarność mieszkańców przegrała z uprzywilejowaniem dewelopera w sporze o drzewa właśnie. Jest też Puszcza Białowieska, albo trwająca już od dłuższego czasu masowa wycinka, w której odbija się krótkowzroczna polityka energetyczna. To nie są rozdzielne tematy. Poza tym bez polityków można żyć, a bez natury nie przeżyjemy ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *