DOM KULTURY, Jacek Staniszewski

Krytycy krytykują, hipostazy hipostazują (I)

AUTOR

Jacek Staniszewski

Krytyk, autor tekstów. tłumacz. Redaktor działu Dom Kultury.

Co się właściwie dzieje w świecie krytyków, i czy w ogóle dzieje się coś istotnego? Większość odbiorców kultury kojarzy dwóch, trzech czy pięciu ulubionych recenzentów, w najlepszym wypadku sięgając do bardziej rozbudowanych form krytycznych przy okazji lektury tego czy innego tygodnika lub dodatku weekendowego do jednego z dzienników. O tym, że – manifestująca się poprzez coraz to bardziej upiorne zawłaszczenia, skróty myślowe i demagogiczne chwyty – „wojna dwóch narracji” dotarła także do świata krytyków (tak kultury wysokiej, jak i popkultury), można się przekonać na każdym kroku, choćby śledząc najbardziej elokwentnych uczestników tej „ważnej debaty” w mediach społecznościowych.

Oto krytyk muzyczny tygodnika „Polityka” (pokolenie, jak zgaduję, przełomu lat 70. i 80.) we wpisie na Facebooku nadziewa na krytyczną wykałaczkę zasłużonego weterana i popularyzatora estetyki punk i new wave, publikującego od jakiegoś czasu w tygodniku „Do Rzeczy”, Grzegorza Brzozowicza. Przedmiotem tego krytycznego clashu jest skromniuchna forma recenzyjna. Tematem – nowa płyta zespołu Radiohead. Rzecz, zdawałoby się, tak samo istotna dla bieżących polskich sporów, jak warianty ubarwienia papug na Nowej Gwinei, a jednak…

Pomijając trafne skądinąd – w końcu Kazik orzekł kiedyś, że krytyk ten na muzyce się zna – porównanie wokaliz Thoma Yorke’a do zawodzenia skrzywdzonego psa, clou recenzji autorstwa Brzozowicza wydaje się tkwić w ostatnim zdaniu: Poprawność rockandrollowa nigdy nie była moją mocną stroną. Oczywiście żarty z takich deklaracji niepoprawności, w dodatku serwowanych na łamach pisma kibicującego „dobrej zmianie” we wszystkich możliwych jej emanacjach, wydają się nieuniknione. I tak też się dzieje, zgodnie z obowiązkową strategią śmieszkowania i piętrzenia den ironii. Jednak zdania komentatorów co do meritum są podzielone: Yorke faktycznie wyje; Brzozowicz jest głuchy i/lub pisze na polityczne zamówienie; konstrukcja zdań i dobór słów są skandaliczne; Brzozowicz ma prawo, bo w trudnych latach upowszechniał dokonania awangardowe i niszowe; recenzja to „pierd” itd.

Zgodnie z demokratyczną logiką Facebooka, każda uwaga w podobnym stopniu zasługuje na „polubienie” bądź jego brak, bez względu na to, czy zostanie wypowiedziana przez któregoś ze środowiskowych top commentators, czy też osobę słabiej rozpoznawalną. Autor wpisu dyskretnie i, trzeba to przyznać, bez szczególnego zżymania się ustawia jedynie kontekst, w jakim w „Do Rzeczy: pojawia się omawiana recenzja. Wystarczy przecież wspomnieć, że na tych samych łamach publikuje Jan Pospieszalski, a gdzieś obok w dziale recenzji można przeczytać także tekst o (wysoko ocenianej) płycie „Tribute to Ksiądz Twardowski”. Rzecz jasna nie jest to uwaga pozbawiona znaczenia, jednak znaczenia szczególnego nabiera dopiero wtedy, gdy uznamy – a nie będzie to chyba wielką manipulacją ani nadmiernym uproszczeniem – że mapowaniem prawicowo-konserwatywnej konstelacji, w jakiej znalazł się Brzozowicz, zajmuje się osoba związana z medium konsekwentnie zaangażowanym w „wojnę dwóch narracji” i wyraziście opozycyjnym wobec treści publikowanych w „Do Rzeczy”.

Ten drobny i, zdawałoby się, prawie nieistotny epizod z dziejów recepcji alternatywnego popu z Wysp Brytyjskich jest jednak charakterystyczny dla klimatu aktualnej walki o krytyczny ogień, jak i dla kalibru wytaczanych krytycznych broni. Boleśnie brutalizując i beznadziejnie wikłając sprawę, możemy powiedzieć, że mamy do czynienia ze sporem krytycznego „antysalonu”, który stał się „salonem”, lecz mimo to wciąż dokonuje antypoprawnościowej autodiagnozy, z krytycznym „salonem”, który w międzyczasie afiliował się przy siłach politycznej opozycji i wyobraził sobie, na potrzeby własne i innych, siebie samego jako „antysalon” – politycznie niepoprawny wobec deklarowanej politycznej niepoprawności tego pierwszego. Zdaję sobie sprawę, że nie brzmi to zbyt obiecująco i przejrzyście. Sprowadzanie tej dyskusji do, wałkowanego w nieskończoność we wszelkich możliwych mediach, konfliktu między kulturalnym i krytycznym ancien régimem i hipertożsamościowym widmem „dobrej zmiany” byłoby nie tylko kolejną konstatacją oczywistego, ale i przeoczeniem tego, co w walce dwóch kultur i dwóch narracji najsmakowitsze, a więc starcia wytwarzanych przez obie strony fantazmatów – zarówno na własny temat, jak i na temat oponenta.

W powyższym przykładzie, raczej humorystycznym niż poważnym, raczej półgębkowym niż grzmiącym tubalnym basem, oś polskiego sporu jest zarysowana linią tak cienką, że aż prawie niewidoczną. Można się też domyślać, że kreowanie fundamentalnych opisów krytycznych i sprawozdań z pola walki nie do końca było intencją zarówno recenzenta, jak i jego komentatora. Na szczęście czy nieszczęście (osobiście optowałbym za tym drugim), nie brak sążnistych tekstów napisanych bez najmniejszego mrugnięcia okiem, wyraźnie pozycjonujących misję krytyka i jego przywiązanie do jednego z ekstremów politycznego spektrum. W tym krytyczno-politycznym akcie samookreślenia nie ma naturalnie nic złego. Teksty pisane pod wyrazistą tezę, nawet kontrowersyjne czy zawierające bałamutne konstrukcje myślowe i karkołomne prognozy, są po prostu ciekawsze od ugrzecznionych uszczypliwości i niedopowiedzianych lub połowicznie skomentowanych outingów krytycznych.

Do rezygnacji z krytycznej niewinności, a także do potrzeby zrewidowania języka pisania o sztuce, nawołuje w ciekawym i cokolwiek symptomatycznym tekście poznańska krytyczka i historyczka sztuki Izabela Kowalczyk. Wiele tez i obserwacji zawartych w tym dłuższym exposé, opatrzonym wiele mówiącym tytułem „Krytyka powinna być krytyczna!” i opublikowanym w magazynie „Szum”, zasługuje na głębsze przemyślenie. Z wieloma spostrzeżeniami autorki, nieodmiennie i od lat promującej i komentującej dokonania polskich artystów z nurtu tzw. sztuki krytycznej, nie sposób się nie zgodzić. Wiele innych wymaga doprecyzowania, czy wręcz radykalnej redukcji, a niektóre – jak na tekst o całkiem poważnych intencjach, w dodatku zawierający pewne elementy programowe, brzmiące niekiedy niczym manifest – wydają się być humorystyczne w niezamierzony sposób. Gdy mowa o „ofensywie artystów i krytyków wyklętych”, arbitralności ministerialnych decyzji w kwestii składów komisji opiniujących muzealne zakupy i swoistym marszu przez instytucje (choć to akurat prawicowi komentatorzy celują w przywoływaniu tej atrakcyjnej retorycznie figury wywodzącej się z myśli Gramsciego, którego zresztą raczej nie czytali) kolejnych politycznych nominatów, tekst jest w zasadzie opisem stanu rzeczywistego i, do pewnego stopnia, konstatacją oczywistości. Estetyczny i decyzyjny skręt w prawo Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego jest na tyle przejrzysty, a jego koordynatorzy na tyle otwarcie komunikują swoje preferencje, że najbardziej gapowate wróble zdążyły wyćwierkać na ten temat kilka poważnych symfonii.

Kowalczyk podaje w swoim tekście przykłady jaskrawe i operujące językiem insynuacji oraz moralnego zapowietrzenia, jaki znamy z ław sejmowych, publikacji i komentarzy w mediach społecznościowych. Choć w zasadzie nikt nie zaproponował rozsądnego schematu transmisji tego języka, skrajnie uproszczonego i nasyconego gotowymi myślo-obrazami, a także zespolonych z nim, cokolwiek prostych idei, można śmiało zaryzykować tezę, że nie tylko „ulica” czy też cyfrowy „ogół” zaczął przemawiać językiem polityków, ale i politycy zaangażowali się, via Twitter i Facebook, w osobiste kontakty ze „zwykłym człowiekiem”, przejmując określone figury retoryczne i określenia w stosunku 1:1. Przykładem takiego formułowania myśli mogą być cytowane przez autorkę słowa Wiesława Kuczmy, nominowanego po ciężkich lokalnych bojach politycznych na stanowisko dyrektora CSW Znaki Czasu w Toruniu, który dokonał podziału twórców na „skrajnych lewaków artystycznych” i „twórców normalnych”. Kowalczyk zauważa tu, że komentarz wydaje się zbędny, aczkolwiek można by się zastanawiać, kim jest „twórca normalny”, kto ustanawia taką normę i jakimi kryteriami się kieruje, co konkretnie miałoby legitymizować tę zdolność rozróżnienia itd.

Oczywiście nie są to pytania skierowane do autorki, której zacytowane stanowisko wydaje się po prostu absurdem, który nie wymaga dalszego ruchu myśli. Nie są to również pytania zaadresowane do osób pokroju pana Wiesława, które mogłyby uznać sam fakt ich postawienia za lewacką prowokację.

Ale, być może, próba zlokalizowania genezy postaw i związanego z nimi instrumentarium idei i słów nie byłaby tu całkowicie nie na miejscu. Kowalczyk z podobną dezaprobatą traktuje słowa innego nominata „dobrej zmiany”, autora sławetnego obrazu przedstawiającego katastrofę smoleńską, który startował w wyborach samorządowych z listy PiS-u, a w programie wyborczym do Rady Dzielnicy Ochota nawoływał do zaprzestania finansowania lewackich i antypolskich organizacji oraz teatrów i galerii promujących satanizm. Oczywiście elukubracje tego typu można traktować z przymrużeniem oka, a właściwie MOŻNA BY je tak traktować, gdyby osoby wypowiadające je nie zasiadły w rozmaitych ciałach decyzyjnych w instytucjach kultury ani nie obsiadły gęstym rojem wyższych eszelonów TVP (TVP Kultura, choć prowadzona przez młodych „awangardowych konserwatystów” i chwalona przez najbardziej zaciętych wrogów „dobrej zmiany”, dysponuje ułamkiem środków, jakimi zarządzają anteny o bardziej strategicznym znaczeniu). Trudno się zatem dziwić, że estetyczno-etyczne deklaracje tego typu denerwują i przerażają osoby identyfikujące się z przeciwległym końcem spektrum politycznego. Przestały być bowiem jedynie oświadczeniami czy manifestacjami partykularnego resentymentu, nabierając wagi wytycznych i kompletnych opisów rzeczywistości, a często po prostu gróźb rychłej rozprawy z tymi, których autor danej wypowiedzi raczy uznać za anty-Polaków, wrogów Boga, ekspozyturę KOD itd.

Kowalczyk umieszcza te cytaty w szerszym kontekście dyskusji o władzy układu w świecie sztuki i o niesławnym artykule Moniki Małkowskiej. W tekście tym, zamieszczonym w „Plusie-Minusie”, w nieco osobliwy i miejscami nie dość przejrzysty sposób autorka zauważała istnienie „mafii bardzo kulturalnej”, czyli wiodącej grupy kuratorów i dyrektorów muzeów, którzy przez lata mieli tworzyć nieformalną sieć wsparcia i dystrybucji prestiżu. Jednocześnie mafia konsekwentnie blokowała drogi dotarcia do instytucji i renomowanych pozycji w świecie kultury i sztuki artystom marginalnym, tworzącym poza centrami, nieposiadającym premiowanego zestawu poglądów polityczno-społecznych. Zapewne chodzi tu o wspomnianych już „twórców normalnych”, nielewaków, którzy przez całe lata byli wykluczeni z oficjalnego obiegu i zajmowali się przede wszystkim snuciem skomplikowanych fantazji zemsty, które nareszcie zyskały możliwość spełnienia.

To, czy w świecie kultury – w sferze mimo wszystko ponadosobowej i do pewnego stopnia autonomicznej – układy, „mafie”, lobbies, grupy wzajemnego wsparcia i nacisku mają w ogóle rację bytu, należałoby odłożyć na bok. Pozostając pod wrażeniem interesującego truizmu, zasłyszanego w rozmowie ze słoweńskimi artystami z grupy Irwin (ponoć odkrytego przez któregoś z nich w memuarach Peggy Guggenheim) – „historia sztuki to historia znajomości” – jestem skłonny przypuszczać, że pewne uwikłania, nepotyzmy i przykłady skrajnej prywaty nie są w polu kultury zjawiskiem całkowicie nieznanym. Nie mamy tu przecież do czynienia ze zjawiskiem niewystępującym na innych poziomach społecznego funkcjonowania czy z jakiegoś powodu niemożliwym do pomyślenia w odniesieniu do twórczości. Wręcz przeciwnie, system cyrkulacji symboli i abstrakcyjnych wartości w warunkach kreowania nie tylko artystycznych sław, ale i star curators, musi dzielić, generować napięcia i prowadzić do formowania się grup i kontrgrup interesu.

Wynika to z natury funkcjonowania globalnego rynku sztuki, który dokonuje recyklingu legionu absolwentów opuszczających rokrocznie szkoły artystyczne, premiując przy tym określone trendy i zjawiska, kreując konwencje prezentacji i umowne normy ethical conduct (etycznego zachowania) aktorów weń zaangażowanych. To właśnie zderzenie nadmiaru (artystów, aspiracji, prac, projektów, biennale, targów sztuki) z niedoborem (środków finansowych, instytucjonalnego uznania, sławy) determinuje sytuację, którą Kowalczyk opisuje odwołując się do definicji pola sztuki Pierre’a Bourdieu: Tworzone przez artystów, kuratorów, krytyków, jest polem władzy, polem możliwych sił działających na wszystkie obiekty, które mogą się w nim znaleźć, jest polem walk i gier, które mają na celu zajęcie jak najlepszych pozycji w ich obrębie. Najlepsze pozycje gwarantują zarówno sukces, jak i dają gratyfikację finansową, dlatego szczególnie ważna jest rola wszystkich osób pośredniczących między polem artystycznym a ekonomicznym, zaś w Polsce – można dodać – także tych, które pośredniczą między publicznymi instytucjami a jednostkami władzy rozdającymi dotacje, granty, stypendia.

Wydawałoby się, że Kowalczyk celnie uchwyciła stan, w którym nie głębia indywidualnej wizji czy uniwersalność przekazu artystycznej propozycji, a umiejętność wypełniania ministerialnych kwestionariuszy i uzależnienie od grantozy stają się pierwszorzędnym problemem do rozwiązania dla większości twórców aspirujących do tego, by ich dokonania były prezentowane w gremiach szerszych niż dziesięcioosobowe grupy znajomych. Autorka w dość rozbrajający sposób wyraża jednak powątpiewanie, czy tak nakreślone warunki istnienia i działania mogą wytwarzać jakiekolwiek deformacje i nadużycia: Trzeba dużej wyobraźni (tudzież ignorancji lub cynizmu), aby to, co zyskuje się przez nabytą wiedzę, umiejętność komunikowania tej wiedzy oraz argumentowania własnych wyborów, a także zdobyty kapitał społeczny, określać mafią (czyli czymś nielegalnym!). Jeśli w ten sposób myśleć o polu sztuki, to aktualnie obrażeni z dużo większą intensywnością, bez zażenowania, już tworzą nową mafię, w miejsce profesjonalizmu wstawiając nowe układy oparte na politycznych sympatiach oraz poczuciu wykluczenia.

Pomijając już cokolwiek komiczne oburzenie na określanie mafią – tak jakby racji bytu nie miały legalnie działające i zachowujące transparentność koterie i nieformalne gremia decyzyjne – chciałoby się wykrzyknąć: ależ tak, właśnie z tym mamy do czynienia (aczkolwiek mantra o frustracji wstępujących kręgów decyzyjnych jest raczej projekcją i tanim psychologizowaniem niż faktem, który dałoby się udowodnić). Istotnie, wielu twórców i działaczy kulturalnych „dobrej zmiany” pozostawało na marginesie wydarzeń i wielkich świąt sztuki, zżymało się na przedsięwzięcia „lewackie”, „antypolskie” i „satanistyczne”, jednak z pewnością nie dotyczy to wszystkich aktorów, których Prawo i Sprawiedliwość powołało do odegrania istotnych ról w procesie kształtowania nowego etosu kultury narodowej. Zresztą określenia typu „polityczni frustraci”, „obrażeni”, „bijący pianę” i mnożący „grubo ciosane tezy” są w opisach wpływu przejęcia władzy przez PiS na domenę kultury elementem stałym i niemożliwym do zastąpienia, w czym zdaje się celować (przynajmniej we fragmentach cytowanych w tekście Kowalczyk) krytyk Karol Sienkiewicz, autor tyleż przenikliwych, co infantylnych konstatacji o ministrze Glińskim, „pokazującym środkowy palec kulturze”.

Nie mam pojęcia, jakie są psychologiczne czy (co gorsza) psychoanalityczne kwalifikacje krytyków, i nie chciałbym rozwodzić się nad tą mało znaczącą kwestią. Nurtuje mnie jednak pytanie, czy frustrat spełniony, przekształcony w nominata, pozostaje frustratem, oraz czy frustracje – także na tle politycznym, choć również (a może przede wszystkim) wywołane przez próby dotarcia do mainstreamu, przebicia się do grantodawczych krynic mocy – nie są aby przypadłością wykraczającą poza najwulgarniej nawet zarysowane linie podziału. Nie chodzi mi tu, rzecz jasna, o jakąkolwiek próbę relatywizowania siły prawicowych resentymentów i fantazji rewanżu, lecz o zilustrowanie zaskakującej, replikującej najbardziej wytarte slogany okołopolitycznej publicystyki, jednostronności „powinności krytyka w stanie krytycznym”.

Ogólnie rzecz biorąc, pomimo wielu trafnych spostrzeżeń zawartych w tekście Izabeli Kowalczyk (w tym, nader interesujących dla NP, uwag o dominacji centrum i marginalizacji peryferii oraz „kompradorskiej” roli krytyka, do których chciałbym powrócić w drugiej części moich komentarzy), zasadnicza myśl zostaje zawarta w tytule. Krytycy w stanie krytycznym nie mogą być „grzeczni”, a skrystalizowany podział polityczny może przyczynić się do przywrócenia bojowej, bezkompromisowej i odwołującej się do figury agonu roli krytyka. W tym postulacie, niestety, tkwi kolejna słabość analiz autorki, bowiem na czym konkretnie miałaby polegać owa gotowość do słusznego ataku? Czyżby na tym, by posmoleńską twórczość plastyczną zakwalifikować jako bardzo złą, czy też uświadomić panu Dowgiałło, że jego obraz jest knotem? Wobec ciekawych spostrzeżeń zawartych we wcześniejszym akapicie (A przecież można by znaleźć tu obszar wspólny dla krytyki, która pojawia się zarówno z jednej, jak i z drugiej strony. Byłoby to funkcjonowanie sztuki w neoliberalnym systemie, prekarna sytuacja artystów czy w sensie bardziej ogólnym – wciąż słaba pozycja sztuki współczesnej), powyższe wartościowania wydają się głęboko rozczarowujące, by nie rzec – dziecinno-mieszczańskie.

Ze zjawiskiem nowego filisterstwa można i zapewne trzeba walczyć, pod warunkiem jednak, że samemu zrezygnuje się ze stosowania kategorii spłyconych i, koniec końców, filisterskich. Złe obrazy i przedstawienia, mające źródło w sferze, w której polityka swobodnie miesza się z mistyką, a patos ze śmiesznością, mogą być przecież analizowane z większym krytycznym wdziękiem bez rezygnacji z wyraźnego wartościowania, którego powrotu domaga się Kowalczyk. Jeśli idzie o posmoleński surrealizm Dowgiałły, większe wrażenie zrobiły na mnie analizy jednego z historyków sztuki związanych z Facebookową grupą DeArte, który porównywał te dzieła do twórczości ewangelikańskich apokaliptyków ze Stanów Zjednoczonych, niż płytkie i emocjonalnie nastroszone oceny Izabeli Kowalczyk.

To uświęcenie i wywyższenie opinii Eksperta, który w wyniku procesu edukacyjnego posiadł Kapitał Społeczny, wydaje się zabiegiem magicznym. Autorka poprawnie diagnozuje część problemów, jakich wszystkim aktorom dramatu nastręcza funkcjonowanie w rzeczywistości neoliberalnej, po to, by zatrzymać się w pół drogi i skupić na rozważaniach, czy frustraci i „Kukizowie sztuki polskiej” (kolejne malownicze określenie autorstwa Karola Sienkiewicza) czytali Bourdieu.

A przecież ostrze krytyki w stanie krytycznym można by także zwrócić przeciwko takim tytanom polskiej sztuki krytycznej jak Paweł Althamer (o którego wysoce dwuznacznym performansie z pasiakami obozowymi „Nowe Peryferie” wspominały wieki temu w tekście Kingi Stańczuk i Jacka Plewickiego), czy pater familiae „stosowanych sztuk społecznych” Artur Żmijewski, którego ostatnio mieliśmy okazję oglądać przy okazji przekazania Lechowi Wałęsie jego portretu, nader wątpliwej jakości. Obawiam się jednak, że także tu – podobnie jak w kręgach twórców o wyraźnie prawicowych sympatiach – obowiązuje zasada pomijania i bagatelizowania wpadek „swoich” ludzi. Wszak walka z „brunatną falą” jest bardziej istotna od drugiego dna ordynarnego zawłaszczenia, a hołd wobec budowniczych ćwierćwiecza naszej wolności od zwykłej wiarygodności tychże. Facecje Wałęsy o Kaczyńskich śmieszą przecież najbardziej krytycznych krytyków, a o Libertasie i paru mniej interesujących sprawach nie warto pamiętać.

[cdn.]

Zdjęcie: Wikipedia

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *