Kacper Leśniewicz

Bohaterowie z PGR-ów. Wywiad z Piotrem Binderem

AUTOR

Piotr Binder

Socjolog i filolog, pracuje w Zespole Socjologii i Antropologii Kultury w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Zajmuje się metodologią badań jakościowych, w szczególności teorią ugruntowaną i metodologią badań terenowych. Prowadzi badania terenowe w dziedzinie socjologii wsi i badań nad ubóstwem. Autor m.in. książki „Młodzi a bieda. Strategia radzenia sobie w doświadczeniu młodego pokolenia wsi pokołchozowych i popegeerowskich.”

Po prywatyzacji pracę na miejscu mieli już tylko nieliczni, a brak własnego środka transportu oraz ograniczenie połączeń autobusowych stanowiły skuteczną barierę na drodze do zatrudnienia. Dramatyczna sytuacja finansowa i konieczność opieki nad dziećmi sprawiały, że wiele rodzin było w pierwszych latach przemian skutecznie odizolowanych od świata.

Z Piotrem Binderem, socjologiem prowadzących badania terenowe we wsiach popegeerowskich, autorem książki „Młodzi a bieda. Strategia radzenia sobie w doświadczeniu młodego pokolenia wsi pokołchozowych i popegeerowskich”, rozmawia Kacper Leśniewicz.

Kacper Leśniewicz: Likwidacja PGR-ów w taki sposób była konieczna, powtarzają jak refren architekci transformacji. W debacie publicznej silnie zakorzeniła się figura końca epoki upaństwowionych gospodarstw, głównie na terenie Warmii i Mazur oraz Pomorza Zachodniego, po których zostały grupy „roszczeniowych” obywateli. Ideologiczna zasłona pozbawiła nas możliwości skonfrontowania się z opowieścią o codziennym życiu wielu ludzi w okresie przełomu na terenach popegeerowskich. Lokalna rzeczywistość zmieniła się tam nie do poznania: znikają zakłady pracy, dotychczasowe sposoby działania tracą rację bytu, człowiek w trybie ekspresowym poszukuje sensu, ale na horyzoncie nie widać alternatyw. Na terenie Polski prowadził Pan badania w dwóch „typowych” wsiach popegeerowskich. Chciałbym z Panem porozmawiać o tym, jak ludzie, którzy pracowali w PGR-ach, doświadczali tych gwałtownych przemian. Zacznijmy od samego momentu utraty pracy.

To jest ten moment, kiedy ze znanego świata zostają właściwie gruzy. Ci ludzie całe swoje zawodowe życie spędzili w jednym zakładzie pracy i nagle to wszystko przestaje istnieć, zarówno w wymiarze osobistym, jak i rodzinnym. Dynamika zmian była bardzo duża, wobec tego byli pracownicy PGR-ów musieli szybko uporać się z emocjami, poczuciem dezintegracji i zastanowić się nad tym, co robić dalej w tym świecie bez alternatyw. Tu warto pamiętać, że choć wiele państwowych gospodarstw stosunkowo szybko utraciło płynność finansową na początku lat 90., to nie brakowało miejsc, gdzie proces przekształceń trwał blisko dekadę. Jedni tracili pracę, innym udawało się ją zachować na dłużej.

KL: Chciałbym przywołać cytowany w Pana książce głos jednej z respondentek, 50-letniej kobiety, która była w PGR dojarką: „Boże, jak to się stało, to myślałam, że zwariuję. Jak on mnie dał tą kartkę, pamiętam jak dziś to było, bo w piątek tu był i dał dla dwóch chłopów, a jeszcze zięć przyjechał i mówi: „a teściowa dostała?”, a ja mówię, że „nie”. A ja zachodzę w sobotę rano do pracy, bo na 7.00 miałam, bo stróżowałam, a w soboty na trzy zmiany szła ta robota, i on mnie zawołał tam… o Boże, jak ja płakałam… Porwałam to, zdenerwowałam się, a on na mnie krzyczy, że mnie to będzie potrzebne do „kuroniówki”… Nie mogłam sobie miejsca znaleźć. Przyszłam do domu, zła, już widzą, że nic nie rozmawiam. Władek – mąż mój – pyta: „i co?”, no to mu mówię: „wymówienie dostała!”. A on na to: „o Boże, no to co teraz będzie!?”. Jednym słowem koniec świata!

W latach 90. dzisiejsi pięćdziesięciolatkowie, z którymi rozmawiałem, mieli około trzydziestu lat, dość liczne rodziny z małymi dziećmi i po zwolnieniu z PGR niemal żadnych szans na znalezienie pracy w miejscu zamieszkania. Należy pamiętać o tym, że dla wielu rodzin niezrozumiały proces przemian oznaczał nie tylko utratę zajęcia oraz stałego dochodu, ale i szeregu innych form wsparcia, które wpisywały się w pomocowe funkcje przedsiębiorstwa (darmowy transport, dostęp do przedszkola i lekarza w miejscu zamieszkania itd.). Upadek takiego przedsiębiorstwa burzył fundament funkcjonowania wielu rodzin. Kluczowy i dla wielu bardzo traumatyczny był właśnie moment utraty pracy.

KL: Człowiek traci pracę, ale stara się odnaleźć w nowej sytuacji. Jak organizuje swoje życie w nowych warunkach, z czym zostaje, co pozwala mu podjąć walkę o codzienny byt?

W sytuacji braku bądź bardzo ograniczonej pomocy z zewnątrz zwolnieni pracownicy często odwoływali się do sprawdzonych, tradycyjnych sposobów: drobnej uprawy, hodowli oraz korzystania z zasobów lasów. Hodowla większych zwierząt (krów, świń), co wcześniej było powszechne, była już jednak kłopotliwa. Konieczność ponoszenia realnych kosztów produkcji sprawiła, że w PGR-ach najszybciej rezygnowano właśnie z hodowli. Oznaczało to nie tylko utratę zatrudnienia przez ludzi pracujących przy zwierzętach, ale również znacznie trudniejszy dostęp do pasz, a to już był poważny problem. Poszukiwano rozwiązań pośrednich. Można było zrezygnować z hodowli świń i zdecydować się na króliki albo nutrie, ale generalnie odcięcie od wspomagania gospodarstw przydomowych, od tego, co było dostępne w ramach PGR-u, prowadziło do stopniowego kurczenia się tych pierwszych.

Jeżeli kondycja przekształconego PGR-u nie była dramatyczna, to zmiany miały charakter stopniowy. Prawdziwe tragedie były natomiast przeżywane w rodzinach mniej zaradnych, borykających się nie tylko z utratą pracy przez wszystkich dorosłych i brakiem środków finansowych, ale również z chorobami czy uzależnieniami.

KL: Przejście ze stanu względnej przewidywalności do stanu permanentnej niepewności i lęku przed przyszłością. Nie bez znaczenia jest fakt, że w tej nowej rzeczywistości pojawiły się zupełnie nowe problemy.

 Miejsca, w których jeszcze w latach 80. toczyło się jakieś życie, gdzie była szkoła, przedszkole, świetlica, sklep, a czasami klub sportowy, zaczęły gasnąć. Zostały zredukowane do funkcji produkcyjnych. Po prywatyzacji pracę na miejscu mieli już tylko nieliczni, a brak własnego środka transportu oraz ograniczenie połączeń autobusowych stanowiły skuteczną barierę na drodze do zatrudnienia. Dramatyczna sytuacja finansowa i konieczność opieki nad dziećmi sprawiały, że wiele rodzin było w pierwszych latach przemian skutecznie odizolowanych od świata. Dla mnie ci ludzie są bohaterami. To, z jakimi doświadczeniami się mierzyli, jak skutecznie i godnie to robili, budzi mój ogromny szacunek.
Oni odwoływali się do tego, do czego mogli. Przykładowo, od wiosny do późnej jesieni zbierali pokrzywę, lipę czy głóg i sprzedawali zielarzowi, który przyjeżdżał raz na jakiś czas. Oprócz tego korzystali z wielu form pracy najemnej, zarówno w lesie, jak i w prywatnych gospodarstwach rolnych. Trzeba jednak podkreślić, że te wszystkie zabiegi, nawet jeśli stosowane intensywnie, nie gwarantowały im stabilności. Mogli na jakiś czas uciec od biedy, zabezpieczając podstawowe potrzeby, ale to doświadczenie powracało. Nie ma powodu ukrywać, że często ludzie ci podejmowali także działania na pograniczu prawa.

 KL: Jakie to były działania?

W przypadku Warmii i Mazur duże znaczenie miała bliskość obwodu kaliningradzkiego. W latach 90. szczególnie popularny był drobny przemyt papierosów i alkoholu, a z czasem również paliwa. Kradzieże drewna z lasu czy kłusownictwo również nie należały do rzadkości. Dziś może to brzmieć nieco egzotycznie, ale tak było. Skuteczna walka z biedą wymagała jednak przede wszystkim współpracy członków rodziny. Pamiętam historię o comiesięcznym planowaniu rodzinnych wydatków, kiedy przy stole wszystko było podliczane: komu z dzieci przysługuje stypendium, jaka jest pensja ojca (matka niestety od dłuższego czasu była bezrobotna), i co z tego opłacają. Mieszkanie, bilety do szkoły, trochę na telefon. Może gmina trochę pomoże? Może w tym miesiącu znów będzie coś z Caritasu?

KL: Badacze często zarzucali ludziom, którzy mieszkali na terenach popegeerowskich, zbyt małą mobilność. Pojawiało się nawet pojęcie polskich faweli.

Moim zdaniem zarówno w publicystyce, jak i w dyskursie akademickim wizerunek PGR-ów oraz ludzi, którzy tam pracowali, jest często bardzo krzywdzący. Powinniśmy pamiętać, że to były szczególne miejsca na mapie. Ludzie PGR-ów nie mieli wpływu ani na decyzję o ich utworzeniu, ani na ich likwidację. Alternatywy dla zatrudnienia w dużym państwowym gospodarstwie były mikre, dlatego musieli być mobilni. Ludzie, z którymi rozmawiałem, należeli w swoich miejscowościach do pionierów zarobkowych wyjazdów zagranicznych. Ich postawa i determinacja naprawdę robią wrażenie. Te osoby nie miały kompetencji kulturowych, nie znały języków i posiadały małą wiedzę na temat rzeczywistości społecznej poza miejscem ich zamieszkania. To były ogromne dramaty, szczególnie młodych matek, które zostawiały w Polsce małe dzieci. Codzienny świat ich dzieci i rodzin trzeba było zorganizować na nowo z pomocą ojców, ciotek i babć. Matki pakowały się i wyjeżdżały do krajów, których nie znały.

Starałem się odtworzyć, jak szeroki był społeczny świat tych osób do końca lat 80. Czasami ludzie z pogranicza Warmii i Mazur, gdzie prowadziłem badania, wyjeżdżali z zakładem pracy na zakupy do Olsztyna. Zdarzały się oczywiście wyjazdy do rodziny w innych częściach Polski, ale oni raczej nie podróżowali wcześniej za granicę. W pewnym momencie musieli jednak wyjechać do pracy, ryzykując bardzo wiele. Wyjazd był dla nich pokaźnym wydatkiem bez gwarancji zwrotu inwestycji. Zebranie takich środków w sytuacji ostrych niedoborów jest bardzo trudne. Oni to robili i czasem rozwijali w bardzo stabilne wzory działania, wzajemne rekomendacje, zastępstwa w sprawdzonych miejscach etc. Oczywiście płacili za to dużą cenę emocjonalną, bo to oznaczało rozłąkę z rodziną, ale pocieszali się tym, że zarobione pieniądze pomagały im ją utrzymać. Alternatywą dla mobilności była bieda, dosłowna, najbardziej bolesna, która kojarzyła się z głodem i chłodem.

 

KL: Na potwierdzenie tego, co Pan mówi, przywołam słowa kolejnej respondentki: „Bieda, wie Pan, bieda i biedę po plecach klepała. Do obory mnie nie chcieli wziąć. Obora zresztą zaraz zniknęła. Później w końcu było, że w magazynach. Ale do magazynów też mnie już nie wzięli (…) A jak przeżylim wigilie? Bo to się jednak najbardziej pamięta. Mówię Panu dosłownie: suchy chleb i herbatą popić. Takie były wigilie, że my ze starszą córką cały dzień przestałyśmy u właściciela sklepu obwoźnego po chleb na krechę od godziny rannej”. Zatrzymajmy się przez chwilę na kwestii głodu. Jak sobie z nim radzili?

Sposobem na przetrwanie było przede wszystkim samozaopatrzenie i racjonalne łączenie wszystkich dobrze znanych sposobów działania, wszelkiego rodzaju zapasy, weki. W miesiącach zimowych na wsi z reguły znacznie trudniej o dodatkowe źródła dochodów, stąd również konieczność zadłużania się. Zdarzało się, że do wspomnianego chleba na kreskę dochodził jeszcze brak ogrzewania…

KL: Nie widzę tutaj „wyuczonej bezradności”, raczej wyjątkową zaradność w szczególnie niekorzystnym otoczeniu.

Kategoria „wyuczonej bezradności”, w sposób nieuprawniony przeszczepiona z psychologii, naprawdę dobrze zakorzeniła się w słownikach niektórych badaczy i niestety wciąż można się z nią spotkać w pracach socjologicznych. Pomijając to należy powiedzieć, że sytuacja, w której znaleźli się interesujący nas ludzie, wymagała przede wszystkim działania. PGR-y były miejscami, w których było wiele młodych rodzin z małymi dziećmi i to oni byli przedstawiani w literaturze jako bezradni i roszczeniowi. Rzecz jasna wachlarz stygmatyzujących sformułowań był szerszy, mieliśmy jeszcze np. dziedziczenie patologii i mentalność złodziejsko-żebraczą. To wszystko jest w bibliotekach! Nie zmienia to faktu, że mało kto w takiej sytuacji mógł sobie pozwolić na bierne oczekiwanie na pomoc. Trzeba by więc pisać raczej o ich zaradności, nawet jeżeli czasami wymuszonej przez bardzo trudne warunki życia.

 

KL: Trudne doświadczenia, którym człowiek musi sprostać, determinują to jak postrzega on najbliższe otoczenie i samego siebie. Co najmocniej zapisało się w pamięci pracowników i pracownic PGR-ów?

 Emocjonalny ton w relacjach na temat doświadczeń tego typu nie należał do rzadkości. Był on wyraźnie obecny w wypowiedziach na temat pracy, jak i warunków życia. Mówiły o tym kobiety zajmujące się zwierzętami gospodarskimi: podkreślały ciężar pracy, jaką trzeba było wykonywać każdego dnia roku, niezależnie od sytuacji zdrowotnej, osobistej i warunków pogodowych. Z kolei traktorzyści i kombajniści wspominali okresy wzmożonych prac polowych podczas żniw, kiedy ich dzień pracy trwał z reguły kilkanaście godzin. To były doświadczenia, które bardzo mocno zapisały się w ich pamięci. Także dlatego, że dzieci były włączane do prac gospodarskich od najmłodszych lat. Stereotyp PGR-ów jako wygodnych miejsc pracy, gdzie załogi ponosiły minimalną odpowiedzialność, a były przy tym dobrze opłacane, ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. W początkach ich funkcjonowania ludzie, którzy się tam osiedlali, często nie dostawali niczego. W rozgrabionych pojunkierskich majątkach, na terenie których powstawały państwowe gospodarstwa, brakowało nawet podstawowych sprzętów. Na tych gruzach rodziło się rolnictwo kolektywne i ci ludzie, rodzice i dziadkowie moich rozmówców, musieli sobie z tym radzić.

Z czasem, zwłaszcza w latach 70. i 80., sytuacja uległa poprawie. Niestety, doświadczenie ubóstwa, często w skrajnej postaci, powróciło w latach 90. i stało się udziałem kolejnych pokoleń. Można powiedzieć, że powróciło jak zła karma…

KL: W PGR-ach byli zatrudnieni pracownicy fizyczni, techniczni i ci zajmujący pozycje kierownicze. Jedni z nich mieli dostęp np. do różnych urządzeń i maszyn, inni byli tych dóbr pozbawieni; do tego dochodziły różnice w poziomie kompetencji i nabytych doświadczeń. Czy to, jaką pozycję poszczególne osoby zajmowały w hierarchii pracowniczej, przekładało się na to, jak później odnajdywały się w nowej rzeczywistości?

 Rzeczywiście, wiele zależało od tego, jaka to była rodzina, jakie miejsce zajmowała w strukturze gospodarstwa. Byli dyrektorzy i kierownicy, którzy potem wchodzili w role likwidatorów, zarządców lub nowych właścicieli, odnajdywali się w nowej rzeczywistości dość szybko. Przeszkoleni, zdyscyplinowani traktorzyści i kombajniści również nierzadko kontynuowali zatrudnienie niezależnie od tego, kto był właścicielem czy dzierżawcą majątku byłego PGR. Stanowili oni jednak bardzo niewielką część dawnych załóg. W najtrudniejszej sytuacji znajdowali się pracownicy fizyczni, którzy pracowali w chlewniach czy w oborach, wykonujący podstawowe, najcięższe prace. Oni czuli się najbardziej zagubieni i najboleśniej odczuli konsekwencje prywatyzacji rolnictwa państwowego.

KL: Co oprócz pracy własnych rąk mieli do zaoferowania? Jakie zasoby mogli wykorzystać, aby poprawić swoją sytuację?

 Jeżeli taka rodzina dobrze gospodarowała i posiadała jakiś majątek ruchomy, to jego sprzedaż – o czym często pisze się w literaturze – niczego nie rozwiązywała, była to krótkookresowa strategia. Nawet jeśli ktoś posiadał używany samochód, telewizor i parę innych sprzętów, to nie stanowiły one ogromnego kapitału. Podstawą przetrwania w najtrudniejszych momentach była praca w gospodarstwie domowym, w ogrodzie, na działce, nierzadko uprawianej „na dziko”, drobna hodowla. Najtrudniej było z zajęciami zarobkowymi. Kiedy PGR-y przejmowali nowi właściciele, okresowo pojawiło się również zapotrzebowanie na ludzi wykonujących najprostsze prace, choć warto zwrócić uwagę na to, że najczęściej były to zajęcia nierejestrowane.

KL: Czyli praca na czarno.

 Tak, nawet w przypadku, gdy nowymi właścicielami stawały się zagraniczne spółki. Także te podmioty bardzo skutecznie wpisywały się w powszechnie praktykowaną strategię omijania różnych regulacji prawnych. Na wsi zatrudnienie na czarno jest z definicji tajemnicą poliszynela, ale nikt, w tym samorządy, raczej nie reagował, aby nie pogarszać sytuacji tych ludzi. Dla byłych pracowników PGR-ów była to cenna możliwość uzupełnienia domowego budżetu, czego bardzo potrzebowali. Oni wtedy zwykle poszukiwali alternatyw. Pomoc instytucjonalna w przypadku tych ludzi stała się dostępna na tyle późno, że właściwie nie mogli z niej skorzystać w najtrudniejszym dla nich okresie.

 KL: Jeśli mowa o pomocy, to spróbujmy uwzględnić jej kontekst polityczny, a więc budowę nowego państwa i jego instytucji. Czym było państwo i jego instytucje dla ludzi z obszarów popegeerowskich? W początkowym okresie wyraźnie zawiodło, ale jak wyglądały późniejsze relacje?

 

Państwo przede wszystkim zadecydowało zarówno o powołaniu do życia wielkoobszarowych gospodarstw kolektywnych, jak i o ich likwidacji. Stosowna ustawa weszła w życie już na początku 1992 r. Ich mienie – poprzez sprzedaż i dzierżawę – miało trafić do sektora prywatnego. Powołana tym samym aktem prawnym Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa miała przejąć i sprywatyzować mienie państwowych gospodarstw. Z uwagi na to, że instytucja ta miała funkcjonować na zasadzie samofinansowania, pierwsze nadwyżki wpływów nad wydatkami pojawiły się tam po ok. 10 latach. Dopiero po ponad dekadzie nałożono na Agencję obowiązek wsparcia byłych pracowników PGR-ów poprzez świadczenia przedemerytalne, aktywizację zawodową czy wsparcie uczniów i studentów z rodzin popegeerowskich. Niestety, powtórzę raz jeszcze, pomocy zabrakło w najtrudniejszym i najbardziej newralgicznym okresie. Oczywiście, było jeszcze wsparcie w postaci zasiłków, ale miało ono charakter krótkookresowy i nie dawało szans na poprawienie stabilności rodziny. Możliwości samorządów były wówczas ograniczone, a trzeci sektor dopiero raczkował, szczególnie tam, gdzie samoorganizacja nie miała ugruntowanych tradycji. Dla rodzin z osiedli popegeerowskich był to fatalny splot okoliczności. Z kolei państwo nie stało się nigdy adresatem postulatów i żądań byłych załóg PGR-ów. Ich rozproszenie i brak silnej organizacji związkowej pozwoliły ówcześnie rządzącym na ich znacznie gorsze potraktowanie w porównaniu z innymi grupami zawodowymi.

 

KL: Przypomnijmy sobie  jeszcze znany paradokument „Arizona” z 1997 roku. Ten krzywdzący obraz ludzi i ich świata zakorzenił się w potocznej świadomości Polaków. Podobne opowieści na temat ludzi z PGR-ów były często powielane. Czy był jakiś ich odzew na dehumanizujący obraz reprodukowany w mediach? Docierały do nich te wulgarne skróty myślowe?

Trzeba otwarcie przyznać, że w potocznym odbiorze obraz byłych PGR-ów jest zwulgaryzowany i ludzie zamieszkujący te miejsca mają tego świadomość. Tak, niestety często słyszałem od moich rozmówców, że zapewne myślę o ich wsi jak o kolejnej „Arizonie”. Oni mieli i mają świadomość, że są przedstawiani w taki sposób, że PGR-y były traktowane jako gorsze miejsca. Jako konsumenci kultury oglądają seriale i filmy, które powielają ten stygmatyzujący obraz. To było trudne doświadczenie zarówno dla nich, jak i dla mnie jako badacza, ponieważ to ja przychodziłem ze świata, który patrzył na nich z góry, a nierzadko z pogardą. Ten obszar wzajemnych uprzedzeń powinniśmy próbować jakoś społecznie przepracować.

Zdjęcie: Wikipedia

drukuj

KOMENTARZE

  1. „Dla mnie ci ludzie są bohaterami. To, z jakimi doświadczeniami się mierzyli, jak skutecznie i godnie to robili, budzi mój ogromny szacunek.”
    — bardzo dziękuję ci za to co napisałeś, te słowa były i są bardzo potrzebne
    mam lat już 35 wychowywałem się na takich wsiach i tak naprawdę dalej na wsi mieszkam
    ale jest mi do dziś ciężko opisać skalę tego, co było codziennością jak się okazało długo później, nie dla każdego
    Docinki śmiech i drwiny z ludzkich tragedii tego było aż nadto
    Pozdrawiam serdecznie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *