AUTOR

Olga Drenda

Dziennikarka i tłumaczka, absolwentka Etnologii i Antropologii Kultury UJ. Publikowała m.in. w "Polityce", "The Guardian", "2+3D", "Glissando", "Dwutygodniku", "Lampie", "Digital Camera Polska", "Tygodniku Powszechnym", "Szumie", "Trans/Wizjach", "Gazecie Magnetofonowej". Współpracowała z festiwalem Unsound i lubelskim Centrum Spotkania Kultur. Współautorka polskiego przekładu "Delikatnego mechanizmu" i "Wybuchowego biletu" W.S. Burroughsa, tłumaczka scenariuszy filmowych oraz fragmentów "Bukaresztu" Małgorzaty Rejmer na język angielski. Ostatnio wydała książkę "Duchologia" (wyd. Karakter, 2016). Mieszka w Mikołowie.

Może to znaczy, że wszystkim jest tak wygodniej i lepiej? Że to biednego nie stać na niezaradność, a syty starać się już nie musi?

To kolejne miejsce, w którym mieszkam, i kolejny raz czuję się jak kanarek w kopalni. Określenie to, znane z piosenki The Police „Canary in a Coal Mine”  i coraz częściej pojawiające się w polszczyźnie, oznacza dostrzeżenie jakiegoś zjawiska, zanim na dobre się rozpocznie (kanarki faktycznie zatrudniano w kopalniach ze względu na to, że wcześniej niż ludzie wykazywały objawy zatrucia metanem). Okoliczności sprawiały, że przez całe życie zdarzało mi się, niezależnie od granic administracyjnych, mieszkać na obszarze jeszcze-nie-miejskim, półwiejskim, peryferyjnym albo wręcz w lesie – i za każdym razem pojawiałam się tam zrządzeniem losu chwilę przed jakimś momentem przejściowym. Mieszkałam na skraju dalekiej, ale dobrze zorganizowanej dzielnicy dużego miasta w jej ostatnich dobrych latach przed całkowitym zaniedbaniem; w kompletnie zapadłym kącie bez podstawowej infrastruktury, który jakiś czas później zmienił się w modną dzielnicę domków; w samotnym bloku na granicy miasta i wsi, który wkrótce obrósł drogimi osiedlami i sznurami zakorkowanych ulic; na rozsądnie zaplanowanym osiedlu z czasów sensownej urbanistyki chwilę przed tym, jak pozostałą wolną przestrzeń zabudowano gąszczem nowych bloków i przed zajęciem ostatnich obszarów zieleni przez coraz to nowe dyskonty. Teraz mieszkam na granicy miasta powiatowego.

Za każdym razem trafiałam na sam koniec miasta albo na wieś, która właśnie administracyjnie przestała być wsią, zyskiwałam więc prędzej czy później widok na urban sprawl (zjawisko opisywane jako rozlewanie się miast) i szybką zmianę charakteru miejsca (oczywiście zastanawiam się, czy sama nie byłam częścią tego procesu, ale na usprawiedliwienie mam to, że nie jestem człowiekiem specjalnie miejskim, raczej małomiejskim, niewidzialnym i anonimowym, wprowadzałam się do budynków już istniejących, nie mam też samochodu).

Screen Shot 2016-07-13 at 16.07.46

Długie trwanie zawsze kończy się nagle, szybko pęka jakaś tama. W 1991 roku na łamach „Res Publiki” ukazał się „List z gminy N.” Michała Zielińskiego, luźne obserwacje o miejscowości, do której autor jeździł regularnie jako letnik. Zamiast „rozpadających się płotów, pudełkowatych nowowiejskich domów i walających się wszędzie śmieci z nieodmiennie królującymi wśród nich dziurawymi miednicami i garnkami”, zastał knajpę ze smacznym zrazem, dobrze wyposażony sklep GS, śmieci posprzątane, płoty wyprostowane i nową, prostą drogę, którą łatwo dojechać na grzybobranie do lasu. Być może było tak – ale to już są wolne impresje – że owa droga powstała z woli i współwysiłkiem mieszkańców. Być może ukształtował się jakiś społeczny komitet. Być może nie zadowoli się on budową drogi…. Zieliński, niekryjący się z entuzjazmem dla prywatyzacji, uważał, że to pozytywny wpływ transformacji ustrojowej, która jego zdaniem obudziła ducha obywatelskiego w gminie. Ciekawe, czy po latach zweryfikował swoje sądy. Nie wiem, gdzie leży gmina N., ale pewnie możemy zaryzykować, że tak jak wiele innych jest pełna nowych domów z przystrzyżonym ogródkiem. Być może powstała tam kolejna droga, ale w kompletnie niepotrzebnym nikomu, oprócz dewelopera, miejscu; być może nie da się już iść na grzybobranie, bo nie ma ani grzybów, ani lasu, a jeśli jest las, to zasłany pozostałościami po budowach i remontach. Możliwe, że tak jak w wielu innych gminach właściciele domków uważają, że w chwili zakupu działki otoczyło ją szczelne pole siłowe. Dojeżdżają na co dzień wszędzie samochodem terenowo-rodzinnym, a kiedy dotrą już do pancernie ogrodzonego domu, zdarza im się pohałasować i posmrodzić. Sąsiedzi, otoczeni podobnym polem siłowym, zamiast przełamać się i zapytać: „moglibyście trochę ściszyć?”, kiszą się w niezadowoleniu, wyciągając z szuflad zatyczki do uszu; oni przecież też wyprowadzili się z miasta po to, żeby zamieszkać w swojej „twierdzy”.

O sile iluzji, która zachęca ludzi do wyprowadzania się poza obręb miasta i która nakręca mechanizm jego niekontrolowanego rozlewania mówią badania dr Katarzyny Kajdanek. Ludzie przeprowadzają się, często niemałym kosztem, z dala od miasta w poszukiwaniu ciszy, zieleni i względnej izolacji, uciekając przed odgłosami zza ściany i zapachami menu sąsiada w wentylacji. Dostają, zwłaszcza w sezonie wiosenno-letnim, z grubsza to samo, bo tuż za nimi podążają kolejni. Deweloperzy wydają się kierować zasadą maksymalizacji chaosu. W międzyczasie znikają bezpowrotnie lasy, parki i łąki, starsza tkanka dzielnicy/wsi, wreszcie cisza i komfort życia mieszkańców – starych i nowych. Jak w satyrycznym rysunku: „Co to są przedmieścia? Miejsce, w którym deweloper wycina drzewa, żeby potem nazwać od nich ulice”. Suma pojedynczych pragnień składa się na zbiorowe poczucie rozczarowania i alienacji.

Polskie przedmieścia i dalekie dzielnice, w których zdarzało mi się mieszkać w latach 90. i wczesnych latach „zerowych”, były pełne miejsc, w których można było się schować, ziem niczyich. Dzikie działki, opuszczone tereny poprzemysłowe, wyeksploatowane obszary przejęte przez naturę, nieużytki i chaszcze. Wydawało się, że będą rozsypywać się i zarastać w nieskończoność, było coś uporczywego i krzepiącego w ich chaotycznym trwaniu. Dopiero dzisiaj widzę, co dawały ludziom: jakiś margines równości i fantazji, bo na tych bezpańskich gruntach pili, palili, słuchali, marzyli i medytowali razem chłopcy i dziewczyny z liceów i techników, ci, którzy chcieli iść na studia i ci, którzy szli prosto do pracy.

Screen Shot 2016-07-13 at 16.08.03

Widać czasem echa tego stanu rzeczy w literaturze i komiksie tamtych czasów. Na pozamiejskich obszarach panował porządek umowny: budowanie po swojemu, jakieś przybudówki z każdym elementem z innej bajki, szopy, domki działkowe z odzysku, ale z fantazją. Potem zastąpiły je domy z katalogów i altanki z hipermarketu typu „dom i ogród”, przypominające nieco popularne szwedzkie meble – łatwo je postawić i łatwo pozostawić za sobą bez żalu. Gdyby Roch Sulima chciał dzisiaj powtarzać swoje badania nad ikonosferą ogródków działkowych, pewnie ziewnąłby i poszedł dalej: modne domki-gotowce w stylu góralskim albo angielskim oszczędzają wysiłku organizowania materiałów i pracochłonnego majsterkowania, ale sprawiają, że krajobraz staje się uporządkowany i wszędzie podobny. Przed kilku laty czytałam wypowiedź pewnego polskiego urbanisty zaniepokojonego uniformizacją europejskich miast, których przebudowa sprawia, że zaczynają, niezależnie od regionu i kraju, wyglądać jednakowo. Myślałam wtedy, że Polski to nie dotyczy, bo właściwy jest nam stan permanentnego zachwaszczenia, nadkruszenia i rozsypki, jednak zmiana nadeszła bardzo szybko, meblując wszelką wolną przestrzeń pasażami z kostki Bauma, ekranami dźwiękoszczelnymi, grodzonymi osiedlami, mrowiem jednakowych marketów i dyskontów. Peryferia zmieniają się tak samo jak coraz bardziej bezdrzewne, zabrukowane miasto. Dzikie tereny zostały ogrodzone i opatrzone nadzorem ochroniarzy, obszary chaszczy zajęły parkingi. Z przestrzenią wokół nas dzieje się to samo, co z samochodami, elektroniką i internetem: użytkownik ma coraz mniejsze pole manewru, coraz mniej można zrobić samodzielnie, trzeba postępować zgodnie z instrukcją, dostęp musi być autoryzowany. Dzieciaki nie mają gdzie się szwendać (o ile miałyby na to w ogóle czas), zamiast tego dostały świat jak z J.G. Ballarda w wersji z powiększonych klocków Lego.

Ale może użytkownicy tej przestrzeni nie mają nic przeciwko temu? I może nie powinno się w ogóle narzekać? Przecież siedzieliśmy w chaszczach dlatego, że mieliśmy czas, za to nie mieliśmy pieniędzy (był taki czas na przełomie tysiącleci), nieużytki i pustostany to obraz zastoju i biedy, a pomysłowość w budowaniu domów wynikała z braku materiałów. Z gęstą zabudową przyszły też rzeczy dobre i potrzebne – kanalizacja, telefony, nowe instalacje elektryczne, drogi bez wybojów. Zresztą, może ludzie nie chcą wcale drzew, krzaków, trawy, autobusów i kolei ani miejsca do chodzenia pieszo, tylko wolą się grodzić, monitorować, dojeżdżać wszędzie autem, zalewać wszystko asfaltem, brukować na szaro-czerwono i kupować w identycznych marketach identyczne gotowce, które mogą potem szybko wyrzucić? Może to znaczy, że wszystkim jest tak wygodniej i lepiej? Że to biednego nie stać na niezaradność, a syty starać się już nie musi?

Nikt nie chce, żeby mówiono doń jak z katedry, żeby wskazywano mu, że się myli czy wybiera źle. To prosta droga do zniechęcenia. John Lomax, muzykolog, pionier badań nad amerykańską muzyką ludową, gdy odkrył geniusz Leadbelly’ego, więźnia-bluesmana, stał się jego patronem i zabrał go w trasę po Ameryce, gdzie kazał podopiecznemu postępować zgodnie z wytycznymi pożądanego „autentyzmu”: ubrany w drelichy, miał śpiewać ponure bluesy z celi. Tymczasem marzenia Leadbelly’ego były wówczas zupełnie inne, co ujawniły jego decyzje po zarobieniu pierwszych pieniędzy: modny, błyszczący garnitur i granie jazzu w eleganckim hotelowym barze. Lomax, kierowany zarówno dobrymi intencjami, jak i chęcią zapisania się w historii muzyki, chciał na zawsze zamknąć swojego gwiazdora w skansenie „pierwotnego autentyzmu”. Staram się przypominać sobie tę historię za każdym razem, kiedy chce mi się udzielać dobrych rad, a już zwłaszcza z kategorii „jeszcze trochę wysiłku”. Zachęcanie do utrudniania sobie życia w polskim kontekście brzydko pachnie niepotrzebnym, autodestrukcyjnym rzucaniem sobie samemu (i sobie nawzajem) kłód pod nogi, a do tego brakiem współczucia i odklejeniem od realiów. Polska jest krajem ludzi zmęczonych, którym żyje się zbyt trudno i z których większość zasługuje na długie wakacje. Ale jednocześnie psychologia poznawcza i kognitywistyka uczą o smutnej prawidłowości, zgodnie z którą wybór oznaczający najmniejszy wysiłek nie oznacza w większości przypadków wyboru korzystnego, a ludzie najczęściej wybierają nie drogę zdrową, długofalowo opłacalną czy pożyteczną, ale tę na skróty. A do tego jeszcze przypominają, że „nasze” wybory tylko w małym stopniu są naszymi własnymi, bo resztą sterują rozmaite „autopiloty” przyzwyczajeń i okoliczności. Nikt nie jest od tego wolny, nie ma tu oświeconych i szaraków: tak samo działasz ty i działam ja.

Czy w takiej sytuacji mogę marudzić, pchać się z komentarzami, sądzić, że jakiś pomysł jest lepszy niż inny? Nie wiem. Kiedy piszę te słowa, w sąsiedniej dzielnicy od miesięcy trwa protest przeciwko wycinaniu drzew pod drogę, która według wszelkich obliczeń nie przyniesie korzyści nikomu oprócz dewelopera i decydenta, który wydał na nią zgodę; gdzieś dalej inny deweloper cichaczem zasypuje strumień, a w tym samym czasie w mojej okolicy, w której zbudowano już chyba wszystko, co można było zbudować, dzieci wzlatują na trampolinach. Wydają się szczęśliwe – dlatego, czy pomimo tego, że każde skacze na swojej własnej?

Niniejszy felieton stanowi wstęp do cyklu Olgi Drendy na temat doświadczenia zmiany na peryferiach miast.

Zdjęcia: Olga Drenda

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *