Filip Leśniewicz, Wiesław Gumuła

Pieniądz to relacja społeczna. Rozmowa o finansjalizacji

AUTOR

Wiesław Gumuła

dr hab. Wiesław Gumuła, prof. UJ – profesor nadzwyczajny w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Specjalizuje się w zagadnieniach dotyczących socjologii finansów. Jest autorem kilkudziesięciu publikacji naukowych. Opublikował miedzy innymi następujące książki: „Własność: meandry prywatyzacji i uspołecznienia w teorii społecznej Karola Marksa (2000); „Teoria osobliwości społecznych: zaskakująca transformacja w Polsce" (2008). Od wielu lat pracuje również na stanowiskach kierowniczych w instytucjach finansowych.

Zmobilizowane finanse są w stanie pokonać niejeden rząd i niejeden bank centralny. Z profesorem Wiesławem Gumułą z Uniwersytetu Jagiellońskiego rozmawia Filip Leśniewicz

Filip Leśniewicz: Na początku roku agencja ratingowa Standard & Poor’s obniżyła ocenę ratingową Polski, co skutkowało nieznacznym, ale zauważalnym podrożeniem polskich obligacji oraz spadkiem wartości złotego. W maju z napięciem wyczekiwano oceny wystawianej przez agencję Moody’s. Przed kryzysem lat 2007-08 agencje dawały najwyższe oceny różnym instrumentom finansowym, które były oparte na bardzo ryzykownych instrumentach bazowych (instrumenty bazowe to zmienne, takie jak np. kurs akcji czy wycena obligacji, na podstawie których wyceniane są instrumenty pochodne). Skąd bierze się tak duża siła tych podmiotów i jak to się stało, że mają one aż tak duży wpływ na gospodarki krajów całego świata?

dr hab. Wiesław Gumuła, Prof. UJ: To może zabrzmieć nieco śmiesznie, ale wpływ ten bierze się z przyzwyczajenia. Tak było rok temu, tak było dziesięć lat temu i tak jest teraz. A mówiąc poważnie, agencje dość długo wypracowywały sobie mocną pozycję w systemie finansowym. Na początku były to instytucje, które oferowały pewien produkt i spotykały się ze średnim zainteresowaniem, ale z biegiem czasu wyrobiły sobie renomę i zaczęły wyceniać, nie tylko „zdrowie finansowe” różnych instytucji finansowych, lecz również kondycję i stabilność poszczególnych krajowych gospodarek. Tak to się zaczęło. Doszło w końcu do tego, że nawet w regulacjach wewnętrznych wielu instytucji finansowych oraz innych organizacji, a także aktach prawnych różnych krajów, zaczęły się pojawiać nazwy tych agencji jako ciał, których opinie należy uwzględnić w działaniu.

Inny powód takiego sukcesu to zajęcie przez agencje ratingowe wyspecjalizowanego miejsca w systemie podziału pracy. Wiele organizacji finansowych dokonuje outsourcingu zadań analitycznych i ratingowych, zakładając, że wyspecjalizowane agencje zrobią to taniej i lepiej. W dodatku te ostatnie nie czekają już na poszczególne zamówienia, tylko dokonują standardowego wyszacowania konkretnych instrumentów finansowych, instytucji finansowych oraz krajów. Tak oto agencje ratingowe stały się bardzo ważnymi składnikami światowego systemu finansowego. Na przykład, dajmy na to, chcę zainwestować w jakimś kraju, którego sytuacji bliżej nie znam, a mam taką możliwość, bo ktoś obiecuje, że będę miał dużą stopę zwrotu. Co robię w ramach weryfikowania poprawności mojej ewentualnej decyzji? Czytam, co na jego temat napisała dana agencja ratingowa, jaką ocenę mu wystawiła, i traktuję te informacje jako ważną przesłankę do podjęcia decyzji.

FL: Powiedział pan, że agencje ratingowe są ważną częścią całego systemu finansowego i że to z ich analiz inwestorzy czerpią informacje dotyczące tego, gdzie mają zainwestować. Jeśli więc dobrze rozumiem, w praktyce podmioty te posiadają również dużą władzę w odniesieniu do tego, gdzie kapitał powinien być kierowany. Tym samym posiadają istotny wpływ na instytucje czy nawet gospodarki poszczególnych krajów…

Tak. Agencje ratingowe są zdolne do kreowania rzeczywistości, ponieważ ich oceny są honorowane przez wiele instytucji. Taka ocena wpływa w istotny sposób na to, jak na daną firmę, bank lub kraj będą reagowały inne firmy, banki i kraje. Agencje ratingowe są w stanie pomóc albo zaszkodzić konkretnemu przedsiębiorstwu czy rządowi.

FL: Czyli prywatne agencje, które zajmują się wycenianiem i ocenianiem ryzyka, mogą sprawić, że gospodarka któregoś państwa znajdzie się w poważnych tarapatach.

Ich oceny mogą spowolnić albo przyśpieszyć rozwój danego kraju. Niska ocena ratingowa państwa może spowodować chociażby, że będzie je więcej kosztowało zaciągniecie długu publicznego, ponieważ emitowane przez nie obligacje czy inne papiery wartościowe będą droższe. Niska ocena ratingowa może nawet w pewnych przypadkach zablokować możliwość uzyskania kredytu. Ale bywa i odwrotnie. Wysoka ocena staje się dodatkowym stymulatorem wzrostu.

FL: Agencje ratingowe odgrywają istotną rolę także w procesie sekurytyzacji, czyli zamianie instrumentów nierynkowych, poprzez standaryzację, na rynkowe. Na czym dokładnie polega sekurytyzacja i jak funkcjonuje na rynkach finansowych?

Zacznijmy od tego, że banki komercyjne sporą część swoich aktywów zagospodarowują w ten sposób, że udzielają kredytów. Dysponują więc szczególnego rodzaju instrumentem finansowym, jakim jest umowa kredytowa. Umowa kredytowa zawiera zobowiązanie, że ktoś będzie musiał w wyznaczonym czasie zwrócić kapitał i odsetki. Najprostszą taktyką banku byłoby czekanie, aż klient zwróci kredyt. Ale niekiedy banki stwierdzają, że potrzebują środków natychmiast. W jaki sposób mogą je pozyskać? Prosta, wręcz prymitywna metoda polega na sprzedaży kredytu, czyli przeniesieniu wierzytelności na inny podmiot, który w zamian zapłaci takiemu bankowi stosowną kwotę. Bank pozbywa się wierzytelności na rzecz innych klientów, co oznacza, że kredytobiorca płaci odtąd nie bankowi, tylko komuś, kto wszedł w uprawnienia do uzyskiwania środków ze spłaty kredytu.

Pojedyncza transakcja tego typu byłaby bardzo kosztowna, jako że za każdym razem jest to inny klient, i co za tym idzie inne ryzyko. Aby zapobiec tym wszystkim niedogodnościom, wymyślono procedurę nazywaną sekurytyzacją. Polega ona na tym, że bank nie sprzedaje jednego kredytu, lecz całe ich pakiety. Przykładowo, łączy się tysiące kredytów w pakiety, które mają wartość setek milionów. Ocenia się wspólne ryzyko dla tych kredytów, a ono przekłada się na dyskonto [różnica pomiędzy wysokością zobowiązania płatnego w przyszłości i ceną, po jakiej wierzyciel odstępuje je przed terminem spłaty – przyp. red.], np. bank sprzedaje kredyty warte miliard za, powiedzmy, 990 milionów; oczywiście różnie to wygląda w zależności od jakości pakietu. Na bazie tych pakietów emituje się obligacje, a ich zabezpieczeniem są wierzytelności, które mają dopiero spłynąć. Najczęściej bank przekazuje kredyty tak zwanemu wehikułowi specjalnego przeznaczenia (Special Purpose Vehicle), czyli firmie, która zajmuje się sekurytyzacją. To ona emituje i sprzedaje obligacje.

FL: Jakie jest miejsce agencji ratingowych w całym tym procesie?

Ich zadanie polega na ocenie jakości papierów wartościowych emitowanych przez firmy zajmujące się sekurytyzacją, m.in. na podstawie oceny jakości kredytów. I jeżeli agencja daje wysoki rating takim papierom, to można je atrakcyjnie sprzedać. To powinno było działać, i działało dość długo. Ale pewnego dnia okazało się, że ci, którzy powinni spłacać kredyty, zaczęli mieć z tym problemy. Stało się to w 2008 r. Gwałtowanie spadła wówczas wartość obligacji, dla których instrumentem bazowym były kredyty hipoteczne. W konsekwencji problemy zaczęli mieć inwestorzy, którzy zainwestowali w zakup sekurytyzowanych papierów wartościowych: fundusze inwestycyjne, banki, gospodarstwa domowe, firmy i rządy.

Pojawia się zatem pytanie: dlaczego agencje wyceniały te papiery tak wysoko? Z formalnego punktu widzenia miały wszelkie ku temu przesłanki. Działał specyficzny mechanizm lewarowania gospodarki. Banki udzielały kredytów hipotecznych, pieniądze te lądowały na rynku nieruchomości, wzrastał na nim popyt – na ziemię, domy, materiały budowlane. Wzrost popytu napędzał falę wzrostu cen. Tak oto banki i agencje napędzały rynek nieruchomości. Środki finansowe, które uzyskiwały dzięki sekurytyzacji, a więc poprzez szybką sprzedaż wierzytelności w formie obligacji, znów angażowały w rynek nieruchomości, a więc kolejna pula pieniądza dodatkowo zwiększała popyt, a w konsekwencji ceny. Z formalnego punktu widzenia wyglądało to coraz lepiej. Zapomniano o naturze tego mechanizmu, zwanego „bańką budowlaną”: o sztucznym zawyżaniu cen nieruchomości. Przeoczyły to również, nie wiem, czy świadomie, agencje ratingowe. Okazało się, że źle oszacowały jakość kredytów i zdolność do pokrycia ewentualnych zobowiązań, jako że nie uwzględniły możliwości, że kredytodawcy przestaną płacić, że ceny na rynku nieruchomości zaczną spadać.

FL: W procesie sekurytyzacji pieniądz kreowano na długu, jednak nie przekładało się to np. na wzrost inflacji. Dlaczego?

Wydawałoby się, że powinno się przekładać. To jest wielka tajemnica obecnego etapu rozwoju światowych finansów. W krajach OECD w roku 1980 było ok. 20% więcej pieniądza niż łącznego PKB. Teraz jest ponad 6 razy więcej. Pytanie, dlaczego nie pojawia się inflacja, skoro mamy do czynienia ze zjawiskiem, które poprzez analogię do czasów socjalizmu można by nazwać „nawisem inflacyjnym”. Szczęśliwie zdecydowana większość pieniądza nie „atakuje” sfery realnej, lecz cyrkuluje w sferze finansowej: kupuje się akcje, obligacje, instrumenty pochodne, które znów zamienia się na pieniądz, a ten z kolei zamienia się na coś innego.

To, co się dzieje w sferze finansów, można by nazwać swego rodzaju hipnotycznym tańcem: jedne instrumenty finansowe służą do kupowania innych. Na marginesie warto wspomnieć, że instrumenty finansowe to również jest pieniądz, bo mają one swoje odzwierciedlenie w formie pieniężnej na rachunkach w bankach i w innych instytucjach finansowych. Gdyby te instrumenty pewnego dnia „zaatakowały” sferę realną, mielibyśmy pandemonium, galopującą inflację. Na razie nic takiego się nie dzieje. Co więcej, w wielu krajach mamy nieznaczną inflację albo wręcz deflację. Dlaczego tak jest, pozostaje wielkim pytaniem, na które na razie nie ma dobrej odpowiedzi.

FL: W sferze finansów funkcjonuje tylko niewielki odsetek ludzi, przeciętny Kowalski nie handluje instrumentami finansowymi. Ale skoro instrumenty te mają wartość pieniężną, to znaczy, że w każdym momencie mogłyby zostać użyte w sferze realnej. Zastanawiam się, czy to nie prowadzi do dużej asymetrii władzy.

Okazuje się, że w globalnym łańcuchu podziału pracy coraz więcej miejsca zajmują ci, którzy zajmują się nie wytwarzaniem dóbr, tylko usługami finansowymi. Mamy do czynienia z narastającym, choć dyskretnym procesem przejmowania przez instytucje finansowe kontroli nad podmiotami działającymi w sferze realnej. Przykładowo, poprzez udzielanie kredytów uzależnia się gospodarstwa domowe. Rozbudza się potrzeby, zachęca się do podtrzymywania wysokiego poziomu konsumpcji, choć dochody tych gospodarstw są zbyt małe, żeby je zaspokoić. A więc wydatki poniesione na zaspakajanie potrzeb są finansowane długiem. Uzależnia się także przedsiębiorstwa. Coraz większa część kapitałów własnych przedsiębiorstw należy do akcjonariuszy bądź udziałowców będących instytucjami finansowymi. Coraz więcej zysków przepływa zatem do instytucji finansowych. Tak się dzieje także z państwami. Rząd, który zbytnio się zadłużył, znajduje się pod dyktatem instytucji finansowych.

W skali makro wszelkie niepokoje w finansach natychmiast przekładają się na niepokoje w sferze realnej. Wystarczy przyjrzeć się sytuacji pod koniec lat 90. w Azji Południowo-Wschodniej, m.in. Tajlandii, Indonezji i Korei Południowej. Instytucje finansowe z Nowego Jorku i Londynu gwałtownie wycofały z tych krajów sporą część kapitału, co w konsekwencji spowodowało nie tylko kryzysy gospodarcze, lecz również polityczne i społeczne. Podobnie było na początku pierwszej dekady obecnego wieku w Meksyku, który do dziś się nie podniósł z tego szoku. Doszło tam do głębokiej destrukcji społeczeństwa obywatelskiego, społecznych relacji. Zmobilizowane finanse są w stanie pokonać niejeden rząd i niejeden bank centralny.

FL: Zjawiska, o których mówimy, i które w ostatnich latach przybrały na sile, często określa się mianem finansjalizacji. Jak ją można zdefiniować?

Jest to proces wielowymiarowy. Dotyczy on światowego systemu gospodarczego. Pojęcie finansjalizacji jest próbą nazwania pewnych globalnych trendów, które zachodzą w gospodarce i promieniują na inne obszary. Możemy wymienić cztery główne procesy składające się na finansjalizację. Po pierwsze, jest to ubankowienie społeczeństwa, które polega m.in. na wzroście liczby użytkowników rachunków bankowych, wzroście depozytów oraz obrotu bezgotówkowego. Po drugie, jest to proces przechodzenia od banków do rynków finansowych. Coraz częściej jesteśmy skłonni rezygnować z instrumentów bankowych na rzecz instrumentów dostępnych na tych rynkach. Po trzecie, jest to narastająca dominacja sfery finansów nad sferą realną. Po czwarte, jest to hipertrofia sfery finansów.

FL: Jak proces finansjalizacji wpływa na życie społeczne?

Finansjalizacja sprawia, że w coraz większym stopniu stajemy się społeczeństwem bezgotówkowym. Pieniądz gotówkowy wymaga kontaktu, dostrzeżenia twarzy drugiego człowieka, dotknięcia jego ręki podczas przekazywania pieniędzy. Natomiast transakcje bezgotówkowe dochodzą do skutku bez potrzeby spotykania się z innymi ludźmi.

To, że coraz rzadziej widzimy twarz drugiego człowieka, wpływa na relacje społeczne. Rodzi między innymi pokusę nadużywania zaufania. Ułatwia praktyki, które nazywam tchórzostwem moralnym. Mowa o gotowości do czynienia zła, kiedy nie widzi się tego, komu się je wyrządza. Zaprzęga się do tego pieniądz, system społeczny, innych ludzi.

FL: Jakie są inne społeczne konsekwencje finansjalizacji?

Przede wszystkim jest to wypieranie relacji bezpośrednich przez relacje zapośredniczone transakcjami bezgotówkowymi. A poza tym coraz częściej angażujemy się w relacje jednostronne, w których w ogóle nie jesteśmy w stanie zidentyfikować fizycznych osób po drugiej stronie. Aktorzy na rynkach finansowych są „zasłonięci” przez różne instytucje finansowe, przez agentów, pośredników. Rynki finansowe czynią również relacje niepewnymi. W przypadku odwoływania się do mocy banków skutki naszych przedsięwzięć finansowych były bardziej przewidywalne. Z chwilą, kiedy angażujemy nasze pieniądze na rynkach finansowych, nie mamy żadnej pewności, czy stracimy, czy też zyskamy. Jednego dnia mogę być bogatym człowiekiem, a następnego dnia bankrutem. Płynność dystansów społecznych, budowanych na bazie pieniądza, jest w tym przypadku bardzo widoczna.

FL: Unia Europejska podejmuje działania mające na celu zwiększenie obrotu bezgotówkowego. Jak pod tym względem wygląda sytuacja w Polsce?

Jeżeli chodzi o operacje bezgotówkowe, w Unii Europejskiej jesteśmy na 5-6 miejscu od końca. Procesy odchodzenia od gotówki na rzecz transakcji bezgotówkowych najdalej zaszły w Skandynawii. Jednak tam również zauważono pewne negatywne skutki upowszechniania transakcji bezgotówkowych. Kraje te starają się wrócić do odpowiednich proporcji, co nie oznacza odwrócenia całego procesu. Transakcje bezgotówkowe mają swój sens. Nie jestem wrogiem kont bankowych ani kart płatniczych. Ale jednocześnie widzę wiele negatywnych skutków ich upowszechnienia. Mam tu na myśli m.in. zagrożenie utratą prywatności. Dlatego ważne są odpowiednie proporcje. Tym bardziej, że gotówka ma przecież wiele zalet – powstrzymuje ludzi przed nadmiernymi wydatkami i pozwala na pielęgnowanie bezpośrednich relacji.

FB: Czy da się w jakiś sposób zapobiegać negatywnym skutkom ubankowienia i finansjalizacji?

Ubankowienie społeczeństwa oznacza coś więcej, niż tylko wzrost masy pieniądza na rachunkach bankowych. Pieniądz to stosunek społeczny, polegający na możliwości wywierania wpływu na innych ludzi. Dzięki oszczędnościom, które powierzamy bankom, delegujemy do instytucji finansowych część własnych możliwości. Oddajemy im cząstkę władzy ukrytej w naszym pieniądzu. Wyzwanie polega na tym, żeby w ślad za ubankowieniem szły działania, które będą zapobiegały naruszaniu proporcji między władzą polityczną a władzą świata finansów. Nie ma potrzeby, żeby wracać do przeszłości, ale należy prowadzić działania edukacyjne, a także tworzyć lub ulepszać instytucje, które będą chroniły rządy i gospodarki krajowe. Dobrymi przykładami takich działań są m.in. procedury uporządkowanej upadłości (resolution), ostrożnościowy nadzór makroekonomiczny i inne przedsięwzięcia, przy pomocy których państwa oraz instytucje quasi-państwowe, jak UE, starają się zapobiec ewentualnym negatywnym skutkom wzrostu znaczenia władzy finansowej, którą uzyskują elity z instytucji finansowych dzięki cudzym pieniądzom.

FL: W artykule, który ukazał się w czerwcu ub. roku w miesięczniku „Znak”, dotyka pan problemu „nowej rynkowej moralności”. Na czym ona polega?

Uczestnicząc w życiu społecznym, kierujemy się różnymi systemami aksjo-normatywnymi – moralnością, obyczajami, pobożnością, kanonami estetycznymi, prawem, regułami sprawnościowymi. Proces finansjalizacji sprawia, że coraz więcej ludzi zaczyna ignorować niektóre z wyżej wymienionych podsystemów, ograniczając się tylko do bycia w zgodzie z normami sprawnościowymi i prawnymi. Jeżeli działasz legalnie i skutecznie, jesteś szanowany, podziwiany. A to, że naruszasz wiele norm moralnych, estetycznych i obyczajowych, traci wcześniejsze znacznie. „Chciwość jest legalna” – mówi Gordon Gekko, grany przez Michaela Douglasa w „Wall Street. Pieniądz nie śpi”. A przecież przekroczenie pewnego poziomu chciwości wiedzie do krzywdzenia innych. Jest to zjawisko, któremu niestety sprzyja anonimowa przestrzeń finansów, w której dominują niebezpośrednie oraz jednostronne relacje społeczne.

Dziękuję za rozmowę.

Zdjęcie: Wikipedia

drukuj

KOMENTARZE

  1. I see you don’t monetize your blog, don’t waste your traffic, you can earn extra bucks
    every month because you’ve got hi quality content. If you want to
    know how to make extra bucks, search for: Ercannou’s essential adsense alternative

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *