Filip Leśniewicz, społeczeństwo

Uniwersytet z perspektywy baranów i roszczeniowców

AUTOR

Filip Leśniewicz

Absolwent socjologii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Obecnie studiuje ekonomię i filozofię na tej samej uczelni.

W toczącej się od jakiegoś czasu w mediach debacie na temat szkolnictwa wyższego i jego kryzysu za każdym właściwie razem uderza brak uwzględnienia perspektywy najliczniejszej i najmłodszej grupy uczestników życia akademickiego. Studentów traktuje się jako bierną, niezdolną do zabrania merytorycznego głosu grupę, przedmiot, wobec którego podejmowane są rozmaite działania, albo po prostu jak niedouczonych, roszczeniowych smarkaczy. Cytując profesora Hartmana opisującego sytuację wykładowców: „Opowiadasz o «słabym kapitale społecznym» grupie «studentów politologii» w Gorzowie, którzy nie czytają żadnych gazet, nie mówiąc już o książkach? Mówisz o stratyfikacji społecznej «studentom socjologii» w Grójcu, którzy już na pierwszy rzut oka nie są podmiotem, lecz przedmiotem socjologicznego namysłu?1. Prócz głosów pojawiających się w mediach, podczas akademickich debat wielokrotnie byłem świadkiem nazywania studentów złowieszczym określeniem „pokolenia facebooka i kciuka”, które zatraciło wszelką ogładę i umiejętności myślenia.

 

Ten sposób traktowania widoczny był także w dwóch najważniejszych chyba w ostatnich latach przedsięwzięciach mających na celu ogólnośrodowiskową dyskusję na temat stanu szkolnictwa wyższego. Pierwszym był odbywający się w marcu ubiegłego roku w Krakowie Kongres Kultury Akademickiej. O tym, jak mało istotni są studenci dla pracowników nauki, świadczą statystyki dotyczące prelegentów. Na 83 referentów 68 miało tytuł doktora habilitowanego lub wyższy; studentów natomiast była dwójka (trójka, jeśli doliczyć jedną doktorantkę). Podobna sytuacja miała miejsce na zorganizowanym niedawno przez Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej kongresie dotyczącym kryzysu uniwersytetu. W tym przypadku ani jeden student nie wystąpił w roli prelegenta (choć trzeba przyznać, że KKHP utworzył jakiś czas temu grupę ds. postulatów studenckich, przeprosił za zaistniałą sytuację i w tym momencie jest wspomagany przez grupę studentów). Podczas kongresu KKHP bardzo często pojawiało się wezwanie do solidarności – przede wszystkim wewnątrz środowiska akademickiego. Ale czy wobec braku podmiotowego traktowania nas studentów przez pracowników nauki możemy mówić o prawdziwej solidarności na uniwersytetach?

 

Zarzuty dotyczące niskiego poziomu naszej wiedzy są często zasadne. Krytyka braku zaangażowania jest wręcz wskazana. Jednak zrzucanie całej odpowiedzialności za ten stan rzeczy wyłącznie na barki studentów jest absurdem. Jeśli w ogóle rozpatrywać kryzys uniwersytetu, rozumiany jako niski poziom studiów czy bierną postawę środowisk akademickich, w kategoriach winy konkretnych grup to widziałbym ją także po stronie akademików, którzy istniejący system nauczania od dobrych kilkunastu lat legitymizują. Nierzadko również sami powielają przy tym krytykowane przez siebie praktyki. Podobnie jak studenci nie angażują się w życie akademickie, ograniczając swoją aktywność do wypełniania wąsko pojmowanych obowiązków służbowych. Ale nawet co do tych podstawowych elementów wykonywania przez nich zawodu można mieć dużo wątpliwości. Rzadko kiedy prowadzący poważnie traktuje swoich dyskutantów i otwiera nowe szufladki w ich umysłach. Dyskusje na zajęciach często prowadzone są w sposób szkolny – w negatywnym tego słowa znaczeniu. Tekst musimy „przerobić” od pierwszej do ostatniej linijki, jednak o tym, co kryje się pod jego literalną powierzchnią, możemy się nie dowiedzieć. Trudno nie odnieść wrażenia, że wiele głosów dotyczących szkolnictwa wyższego traktuje uniwersytet jako ciało niezależne od jednostek je tworzących. Być może to właśnie owo poczucie odpodmiotowienia kadry akademickiej jest przyczyną braku wiary i zaangażowania większości środowiska akademickiego na rzecz zmian.

Główne przyczyny tego stanu rzeczy widzę jednak gdzie indziej.

 

Jedną z nich jest całkowita instrumentalizacja wyższego wykształcenia, którego zakładanym powszechnie celem jest wąsko rozumiana kariera zawodowa, sprowadzona do odpowiednich zarobków. To, że studenci często przychodzą na studia wyłącznie po „papierek” jest związane przede wszystkim z tym, jak motywowano nas do studiowania na wcześniejszych etapach kształcenia („jak nie pójdziesz na studia, to będziesz kopał rowy” – tak jakby kopanie rowów było czymś uwłaczającym). Brakuje odwołań do autotelicznej – czy choćby pragmatycznej, ale rozumianej szerzej niż tylko zarabianie pieniędzy – wartości wiedzy. Zazwyczaj szkoła i kształcenie wyższe przedstawiane są jako etapy, które trzeba „odbębnić”, by potem dobrze zarabiać. Do podobnych argumentów odwołują się same wydziały czy instytuty w reklamach skierowanych do przyszłych studentów. Dominują tam – pozbawione nawiasem mówiąc pokrycia – obietnice łatwego znalezienia zatrudnienia po studiach oraz odwoływanie się do najbardziej praktycznych stron oferowanego wykształcenia. Główne hasło internetowej strony rekrutacyjnej jednego z uniwersytetów – „Dobry marketing opiera się na socjologach!”, jest tego dobrym przykładem. Z drugiej jednak strony nie można wołać o realizowanie wartości poznawczych nie biorąc pod uwagę tego w jakiej sytuacji są obecni studenci. Motywacje poznawcze są dużo łatwiejsze do zrealizowania dla tych, którzy mogą sobie na to (ekonomicznie) pozwolić. Akutalnie jednak dyplom uczelni wyższej nie stanowi gwarancji dobrego zatrudnienia a na rynku pracy coraz wyżej cenione jest doświadczenie zawodowe.

 

Wszystko to związane jest z peryferyjnym charakterem polskiej gospodarki: nie potrzebuje ona miłośników humanistyki czy wysokiej klasy specjalistów – nie może się obejść za to bez kolejnych zastępów taniej siły roboczej (Kraków, w którym studiuję i obecnie mieszkam znany jest jako „europejskie królestwo outsorcingu”). Gospodarka taka nie jest zdolna do wykorzystania potencjału wysoko wykwalifikowanych specjalistów czy tego, związanego z szerokim spektrum wiedzy ogólnej humanistów. Krytykuje się studentów i za to, że nie odtwarzają kultury akademickiej rozumianej jako współtworzenie życia intelektualnego na akademii czy poczucie wspólnego etosu charakteryzującego się m.in. poznawczym podejściem do studiów. „Są ciągle zdegustowani, mało co ich interesuje, może jakbym zrobiła striptiz, to może by się zainteresowali. (…) A potem zaliczają po 15 razy. (…) Byle się nie namęczyć, a dostać papier”2. Prawda jest jednak taka, że w znakomitej większości zwyczajnie nie mają na to czasu. Znaczna część studentów po prostu pracuje. W raporcie, utworzonym w ramach projektu Bilans Kapitału Ludzkiego, przedstawiającym wyniki badań realizowanych na studentach w 2013 roku wynika, że aż 40% uczestników studiów dziennych pracowało w ciągu minionego roku3. Otrzymywane stypendia natomiast nie umożliwiają im swobodnego funkcjonowania, czyli korzystania z dóbr społecznych i kulturalnych (wyjście do kina połączone z późniejszym wyjściem na kawę wiąże się z wydatkiem rzędu minimum 25 złotych – jeśli kawa będzie jedna, a bilet ulgowy). Pracują również dlatego, że presja na zdobywanie „doświadczenia zawodowego” jaką wywiera się na studentach i absolwentach, jest ogromna i płynie zarówno ze strony uczelni, jak i mass mediów. Zapomina się przy tym, że III RP tworzyły w dużej mierze właśnie żółtodzioby, którym początek nowego ustroju dawał większe możliwości rozwoju kariery zawodowej mimo niższych kwalifikacji. Ci sami, którzy dziś załamują ręce nad młodym pokolenie

 

Ważnym problemem są żenująco niskie kwoty stypendiów socjalnych. Maksymalna kwota dochodu uprawniająca do otrzymania stypendium socjalnego wynosi 895 złotych netto miesięcznie na jednego członka rodziny studenta. Wysokość stypendium różni się natomiast od uczelni oraz od wskazanego wyżej dochodu przypadającego na członka rodziny. Maksymalna kwota na większości uczelni oscyluje wokół 500 złotych (na UW maksymalna wysokość stypendium wynosi 950 złotych, jednak by ją otrzymać nie można mieć żadnych innych dochodów). Jeśli wziąć pod uwagę dodatek mieszkaniowy (ok. 200-300 złotych) okazuje się, że w najlepszym (najgorszym) przypadku pomoc materialna może wynieść maksymalnie 800-900 złotych. Zazwyczaj jednak, jeśli student ma jakieś minimalne choćby dochody, oscylować będzie wokół kwoty 500-600 złotych. Okazuje się zatem, że osoba niemieszkająca stale w mieście uniwersyteckim, która chciałaby podjąć studia w jednym z dużych ośrodków akademickich w Polsce jest właściwie skazana na wegetację.

 

By uzupełnić ten obraz warto wspomnieć także o sytuacji doktorantów (którzy formalnie rzecz biorąc są uczestnikami studiów, lecz nie studentami). Wiosną tego roku przeprowadziłem wśród doktorantów Wydziału Filozoficznego UJ badania dotyczące motywacji do podejmowania studiów III stopnia i tego, jak weryfikuje je praktyka. Mimo nadreprezentacji stypendystów, okazało się, że aż 23% z moich respondentów utrzymuje się z pracy na pełen etat poza uczelnią, natomiast nieco więcej niż 1/4 badanych doktorantów myślała o przerwaniu studiów ze względu na przeszkody materialne.

 

Kolejnym problemem jest to, że wydziały czy instytuty nie są dla studentów atrakcyjnymi miejscami spędzania wolnego czasu. Nie sprzyjają także stymulowaniu życia akademickiego. Przede wszystkim brakuje podstawowej infrastruktury, która umożliwiałaby studentom spędzanie wolnego czasu w murach uczelni (brak stołówek czy pomieszczeń dla studentów – do dyspozycji mają tylko stare i duszne czytelnie oraz słabo wyposażone biblioteki). Brak również relacji między wykładowcami a studentami, które umożliwiałyby wymianę doświadczeń i rozbudzenie życia akademickiego zarówno w murach uczelni, jak i poza nimi. Prócz 90-minutowego pobytu w sali, gdzie odbywają się zajęcia i egzaminu na koniec semestru, właściwie nie mamy ze sobą żadnej styczności (nie licząc kół naukowych i samorządów, które często postrzegane są jako miejsca zbierania „doświadczeń do CV”).

 

Warto też zwrócić uwagę na fakt, że same zajęcia są często mało angażujące i nie pobudzają studentów intelektualnie. Z jednej strony duża część wykładowców trzyma się wyznaczonego schematu, wedle którego podczas wykładu przekazuje się gotowe wiadomości, a podczas ćwiczeń kurczowo trzymamy się tekstu i perspektywy narzucanej przez studiowaną przez nas dyscyplinę. Z drugiej, prowadzącym często brakuje „miękkich umiejętności”, które sprawiają, że zajęcia stają się żywe i ciekawe. Jeśli dodamy do tego obrazu sytuacji testowe formy egzaminów, to dostrzeżemy, że w tym układzie ani jedna ani druga strona nie wydaje się przygotowana do realizowania czegoś więcej niż proste przekazywanie przygotowanej już wiedzy. Nie umniejszam tu znaczenia negatywnej postawy studentów, ale wydaje mi się ona często odpowiedzią na to, z czym na danych zajęciach obcują.

 

Jako studenci chcemy być traktowani podmiotowo. Takie traktowanie jednak nie może sprowadzać się do często słyszanych przeze mnie słów, że „robimy wszystko, co dla was najlepsze”. Bez uwzględnienia przez akademickie ruchy protestu w swoich diagnozach i postulatach perspektywy studenckiej apele o poparcie i solidarnościowe hasła odbiją się od najliczniejszej grupy na uczelniach jak od ściany.

 

Póki co zaplecze społeczne dla postulatów środowisk akademickich ogranicza się do wąskiego grona aktywistów i nie ma szans na ich realizację w szerszym wymiarze. Oczywiście nie cała wina leży po stronie organizatorów ruchu obrony uniwersytetu – nie ma co ukrywać, że sami jako studenci nie zrobiliśmy wiele, aby nasz głos był słyszalny. Powinniśmy walczyć o swoje prawa nie zważając na „starcze” (a niekoniecznie głoszone przez ludzi starszych) nieprzychylne komentarze i utyskiwania o dawnych dobrych czasach bądź o tym, jaki to świat teraz zidiociały, a młodzi głupi. Powinniśmy być roszczeniowi, jeśli za roszczeniowość uważa się odważne mówienie o tym, jak według nas wyglądać powinien uniwersytet i inne instytucje publiczne. Czy jest jednak szansa na to by pojawił jakiś studencki ruch oporu i oburzenia?

 

Nie – jeśli będzie dotyczył samego uniwersytetu, tak – jeśli zostanie włączony w szerszy ruch protestu. Obrona Uniwersytetu jako miejsca wartościowego samego w sobie może zmobilizować zaledwie garstkę – w porównaniu z liczebnym potencjałem wszystkich studentów – aktywistów i zagorzałych obrońców humanistycznych wartości na uniwersytetach. Po pierwsze dlatego, że – inaczej niż zdecydowana większość studentów – owa garstka często widzi swoje przyszłe zawodowe życie właśnie na uniwersytecie. Po drugie dlatego, że na walkę o szlachetne ideały mogą sobie pozwolić ci, których na to stać i którzy nie boją się o własną przyszłość (o czym wspomniałem wcześniej, mówiąc o malejącej wartości dyplomów i braku gwarancji zatrudnienia po skończeniu studiów).

 

Podnosząc te kwestie nie proponuję porzucenia walki o oparty na humanistycznych wartościach uniwersytet. Sądzę jednak, że protesty w sprawie uniwersytetu, bez uwzględnienia dotyczących większości absolwentów zagadnień rynku pracy, niskich płac i solidarności społecznej, będą skazane na niszowość. Po raz kolejny skończy się na gniewnych manifestach wąskich grup aktywistów, którzy po prostu na protest mogą sobie pozwolić, a następnie narzekać na mierne i bierne masy studenckie (znam ten sposób myślenia, bo sam do niedawna nie byłem od niego wolny). Pomimo tych i innych wątpliwości, na miarę swoich możliwości wspieram i kibicuję inicjatywom uniwersyteckim – czy to KKHP czy studenckim protestom.

 

Uniwersytety powoli się budzą. To przebudzenie to również szansa na wyjście poza partykularne interesy środowisk akademickich i przewietrzenie nieświeżych od zastałego powietrza murów akademii.

 

 

1 http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/1542265,1,o-postinteligencki-neobolszewizm.read

2http://trojmiasto.gazeta.pl/trojmiasto/1,35612,12951936,Wykladowcy_o_studentach__Nie_maja_wiedzy__brak_im.html

3 Bilans Kapitału Ludzkiego, raport „Przyszłe kadry polskiej gospodarki”, Warszawa 2014
(http://bkl.parp.gov.pl/system/files/Downloads/20140523082725/Raport_badanie_studentow_IVedBKL.pdf?1400826481)

drukuj

KOMENTARZE

  1. Mam tylko jedną uwagę – z tego co pamiętam w tamtym badaniu nie podjęto sprawy dlaczego studenci pracują – często jest tak, że studenci pracują nie tyle żeby zarobić tylko aby wypełnić CV. Co też doprowadza do sytuacji, że częstokroć podejmuja się niskopłatnej pracy byle potencjalnemu pracodawcy pokazać jacy są obrotni. W efekcie dochodzimy do momentu gdzie pracodawcy nie obchodzą tego typu wpisy a studenci są przemęczeni i zbyt zdekoncentorwani wobec wielu obowiązków (dochodzi do tego przeładowanie przedmiotami) aby na czymkolwiek skupić się na tyle dobrze żeby rzeczywiście czegoś się nauczyć. Nie zgodzę, że na walkę o ideały mogą sobie pozwolić ci, których na to stać. Ci którzy mimo braku możliwości walczą są chyba najbardziej zajadli. ;) Co nie zmienia faktu, że częstokroć szybciej dopada ich zniechęcenie. Co też może być przyczyną apatii i pewnego marazmu w którym tkwimy na uczelinach – nie chcemy zmian bo i tak gdy o nie postulujemy i działamy jesteśmy ignorowali. Gdyby tylko akademicy szybciej reagowali na takie działania i częściej brali pod uwagę opinie studentów to wtedy studenci widząc, że ich zaangażowanie ma sens byli by bardziej zaangażowani. (np. przez rok nie uwzględniono u nas postulatu zniesienia ograniczenia wyboru pracowni, które było nieuzasadnione i wprowadzone nagle z roku na rok). Na szczęście tak jak Pan pisze – uniwersytet się przebudza. Jest tylko jeden problem jaki widzę np. u mnie na uniwersytecie – osoby zaangażowane w walkę o uniwersytet są najcześciej związane ze środowiskami które bywają mocno upolitycznione, przez co ludzie o innych poglądach, nawet gdy zgadzają się z ich postulatami, nie popierają ich. Tak jakby bali się, że w pakiecie muszą poprzeć ich pozostałe poglądy. Brak dialogu różnych działaczy, tworzących powoli swoje kliki, z tymi osobami „innej opcji” zaczyna mnie martwić, w takiej sytuacji pogłębiamy marazm a nie go zwalczamy. Pogłębia się też podział środowiska na „naszych” i „innych”, bo albo jesteś z nami albo jesteś przeciw. Brak nam częstokroć wypośrodkowania i dojścia do kompromisu w swoich postulatach i rządaniach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *