gościnnie, polityka

Optymizm nie zastąpi nam Europy

AUTOR

Paweł Bravo

Pismak wędrowny, obecnie związany z własną kuchnią i Tygodnikiem Powszechnym, na łamach którego ukazują się jego antylajfstajlowe felietony o obyczajach jedzeniowych. Dawniej pracował dla Plusa Minusa i Tygodnika Forum. W niektórych sprawach europejskich rozeznaje się na tyle, że daje sobie prawo zabierać na ich temat nieekspercki głos.

Na Majdanie Ukraińcy walczyli o wymianę złej, zdemoralizowanej władzy. Tymczasem w naszej części Europy coraz częściej słyszymy głosy, że podważanie status quo to woda na młyn Kremla

Putin wygra przez nasz brak entuzjazmu – twierdzi Anne Applebaum w tekście ze Spectatora. Namawiam do lektury w całości, ale dla zabieganych streszczę: głównym środkiem, jakiego Putin używa, by osiągnąć strategiczny cel rozmontowania pozimnowojennego układu w Europie, jest podsycanie istniejących ognisk niezadowolenia. Kreml nie musi wymyślać i tworzyć idei antyeuropejskich czy antyestablishmentowych, po prostu je mniej lub bardziej „popycha”; rolę popychadła pełnią zaś miliony euro przelewane partii Marine Le Pen czy też znaczne mniejsze sumy, za które podtrzymywane są stosowne partyjki, organizacje i media w krajach postsowieckich. Nie wolno też przeoczyć wytężonej pracy legionu internetowych trolli utrzymujących antyzachodnią retorykę na stałym, wiecznie słyszalnym poziomie.

Autorka rozróżnia przy tym dojrzałe demokracje zachodnie z silnymi mediami i tradycjami demokratycznymi oraz od dawna należące do Unii (w tej liczbie – kto by pomyślał! – nawet Grecję) od peryferyjnych krajów ze spauperyzowaną klasą polityczną i zrujnowanymi (czytaj: przekupnymi) mediami, gdzie za niewielkie pieniądze Rosja może znacznie więcej namieszać (choćby dyskretnie pomagając wygrać wybory obecnemu prezydentowi Czech). W Polsce, jej zdaniem, tylko internetowe trolle źle mówią o ostatnich 25 latach, po czym skojarzona zostaje z nimi – choć tylko przez sąsiedztwo w tym samym zdaniu – główna partia opozycyjna, również uznająca III RP za katastrofę. Ludzie, którzy myślą o sobie jako o przegranych transformacji, to mniejszość, dodaje Applebaum. Co prawda nie da się z nich zrobić fanów Rosji, ale Putinowi wystarczy, by stanowili oni zaplecze rządów antyzachodnich czy też po prostu niekompetentnych. Takich, które spowodują, że NATO machnie ręką i powie „nie będziemy walczyć za tych ludzi”.

Tekst treściwie i jasno – jak zwykle u tej autorki – uczula nas na to, że nie wystarczy strzec się jawnie promoskiewskich postaci i środowisk, w Polsce rzeczywiście mających kiepskie notowania. Ale niestety jest w nim jednocześnie nuta prostego jak cep szantażu: krytykujesz obecny establishment polityczny Europy a także stan spraw publicznych w swoim kraju – pomagasz Putinowi. Przyczyniasz się do chaosu w Unii, którą przecież z takim trudem Angela Merkel próbuje zagonić do wspólnej gry przeciw Moskwie (to już są myśli z innego tekstu Applebaum, opublikowanego dwa dni potem); szykujesz grunt pod przyszłe rozdźwięki – np. kiedy trzeba będzie głosować kolejną rundę jakże skutecznych sankcji. Grasz jako pomocnik w Dynamie Moskwa po prostu.

Aż dziw, że autorka dająca nieraz dowody, że potrafi z empatią ale i bez taryfy ulgowej przekładać na zachodnie kategorie racje i perspektywy tej części Europy, tym razem okazuje się impregnowana na rzeczywistość; staje się rzecznikiem establishmentu, któremu Putin wyciąga dywan spod nóg (na których i tak ledwo stał). Ludzie ci do ostatniej chwili zrobią wszystko, by tego nie widzieć, szukając winnych zepsutego status quo wszędzie dookoła.

Dobrym przykładem jest przemówienie niemieckiej minister obrony Ursuli van der Leyen wygłoszone podczas monachijskiej konferencji bezpieczeństwa 3 tygodnie temu. (wersja angielska)

Sens tego krótkiego tekstu jest jeden: Berlin nie uchyla się od pełnienia przywódczej roli w rozwiązywaniu konfliktów, ale trzeba pamiętać, że mają one różnoraki charakter. Podczas gdy w sprawie Ukrainy „nie ma mowy o rozwiązaniu militarnym”, to w przypadku Państwa Islamskiego zdołano przełamać tabu i Niemcy wysłały broń dla Peszmergów. Po prostu w Syrii i Iraku mamy do czynienia ze strasznym barbarzynstwem (fürchterliche Barbarei), podczas gdy w Donbasie… no cóż, konflikt, nie wojna, sami rozumiecie, musimy to w ramach UE i OBWE jakoś rozwiązać. I niech nikt nie śmie – grozi pani minister – wyłamać się z „jedności” i „wspólnych wartości”.

To właśnie ta ślepota na jedno oko, która nie pozwala dostrzec fürchterliche Barbarei na wschodzie Ukrainy jest powodem, dla którego na przykład w Polsce można odczuwać coś więcej niż tylko cichą niechęć do Unii i ogólnie antyzachodni resentyment, który Applebaum tak łatwo zwekslowała na frustratów i płatnych pachołków Rosji. Być może powoli sytuacja będzie się zmieniać. Pewne decyzje stolic europejskich, np. Londynu, pewne teksty ważnych rzeczników europejskiego establishmentu (np. Only guns can stop guns Timothy’ego Gartona Asha) mogą świadczyć o powolnym procesie oswajania się z prawdą: że nie ma sensu dzielenie wrogów na takich, z którymi trzeba negocjować do upadłego (bo chodzą pod krawatem i mają konta w banku) i takich, których można bombardować, co najwyżej wysługując się przy tym cudzymi rękami.

Póki co jednak to pani minister v. d. Leyen wyznacza środek europejskiego mainstreamu politycznego. Nie ma się co obrażać i demonstrować rozczarowania – przecież Unia naprawdę była projektem tylko na dobre czasy i szkoda naszej energii duchowej na przekłuwanie propagandowych balonów, staranne wyliczanie, co i jak w owej mniemanej solidarności europejskiej okazuje się humbugiem. Ale nie można się zgadzać, by w debacie publicznej (która jest wielkim przymiotem cywilizacji europejskiej, istniejącym niezależnie od tej czy innej unii) spychano głosy diagnozujące kres możliwości działania wspólnoty jako brednie frustratów obiektywnie pomagające zewnętrznemu wrogowi.

Unia ze swej istoty nie ma zdolności do wchodzenia w konfrontację z zewnętrznym wrogiem, więc nie ma tu czego osłabiać. To samo zresztą da się powiedzieć o elitach politycznych wielu ważnych krajów europejskich z osobna: o wojnie są gotowe rozprawiać dopóki jest ona tylko wielce telegeniczną okropnością dziejącą się na dalekiej pustyni.

Nie ma co wzdychać, ratuj się kto może. Pierwszy zadziałał w ten sposób Viktor Orban i pewnie dlatego taka postawa ciągle jeszcze kojarzy się nam źle: bo towarzyszy jej dość prymitywny autorytaryzm, bombastyczna, zakompleksiona retoryka narodowa (ale bez przesady, proszę przeczytać szeroko potępianą nową konstytucję Węgier, zawiera mniej więcej tyle samo patriotycznego patosu, co nasza). Ale przecież można nie lubić Orbana i jego działań w kontaktach z Rosją, a jednocześnie całkowicie rozumieć jego pobudki, a nawet przełożyć je na lokalne warunki i własne hierarchie wartości. Podjąć wysiłek myślenia, jak z tych samych pobudek wywieść inne działania, co więcej jak przy okazji robić to „proeuropejsko”, czyli zachowując pewne realne obszary solidarności, wspólnoty i koordynacji, z poszanowaniem ducha swobód i braterstwa, które nie jest przecież tylko wymysłem ostatnich parunastu lat propagandy.

To samo, z pewnymi zmianami, można odnieść do porachunków w skali kraju. Applebaum twierdzi, że niezadowolenie wobec tego, jak Polska wygląda, nazywanie III RP katastrofą musi skutkować wyborem takiej władzy, która okaże się de facto przychylna Putinowi, choćby przez swoją niekompetencję. Doskonale rozumiem, że trudno jest wybitnej publicystce abstrahować od uczuć osobistych i przyjąć do wiadomości, jak bardzo niekompetentna okazywała się w relacjach z Rosją ekipa, która współtworzył jej mąż. Trzeźwy obserwator nie ulega rzecz jasna głupiej retoryce zdrady i tym podobnym wytrychom kawiarnianych ekspertów, ale nie znajdzie przy tym powodów, by odrzucić a priori tezę, że inna ekipa mogłaby sobie poradzić lepiej. A w każdym razie poradzić sobie nie gorzej – co jest w tej chwili horyzontem rozsądnych marzeń osób życzących sobie zmiany władzy w Polsce. Nawet jeśli przyjąć wątpliwą tezę mówiącą, iż nasz establishment góruje nad swoimi kontestatorami pod względem kompetencji, nie sposób nie zauważyć paradoksalnego wymiaru sytuacji, w której w imię obrony europejskiego ładu mielibyśmy dobrowolnie rezygnować z ważnego elementu dorobku cywilizacyjnego, na którym został ufundowany – a przynajmniej dobrowolnie z nich zrezygnować. Bo taką podstawową wartością – szczególniej w konfrontacji z kremlowską satrapią – jest prawo do wyboru władzy i do jej wymiany.

Jest wiele powodów natury czysto „wewnętrznej”, by czuć żal i niechęć do obecnego establishmentu – każdy wybiera sobie własne według własnej wrażliwości, interesów i priorytetów. Ale jest jeden szczególny wątek, który mógłby nas wszystkich połączyć. Uparte, wbrew wszelkim sygnałom z rzeczywistości, tkwienie w bańce retoryki o trwałej i skutecznej architekturze bezpieczeństwa opartej na solidarnym poczuciu jedności w rozszerzonej Unii. To, co działało świetnie w określonych warunkach, w innych może okazać się nieprzydatne. Z faktu, że nie mamy nic lepszego niż „gwarancje” w systemie europejskim, nie wynika, że nie wolno nam dziś rozprawiać o tym, jak bardzo są one żałosne w stosunku do tego, co sami dawaliśmy sobie wmówić. To nie Putin skorzysta z naszego pesymizmu i niechęci do pustosłowia, które ma zatkać gębę wszystkim, którzy nie czerpią renty z europejskiego business as usual: przeciwnie, tędy wiedzie jedyna droga, by montować realny opór przeciw barbarzyństwu. Opór ufundowany na uzyskanej przez trzeźwy ogląd samowiedzy, że pewne realne interesy i garść poobijanych ale ciągle żywych wartości jest istotnie wspólna.

drukuj

KOMENTARZE

  1. Myślę że na p. Applebaum szkoda czasu odkąd poszła wieść, o jej powiązaniu z kancelarią (ojciec Harvey jest partnerem) które reprezentuje Chodorkowskiego w sporze przeciw Rosji (albo może Gazpromowi), w którym stawką są ciężkie miliardy. Stąd można zrozumieć jej zaangażowanie, kiedy właśnie Trybunał w Hadze wycenił roszczenia Yukosu wobec Rosji na 50mld dolców. Niesamowite jak generalizując zaczyna nam wmawiać że najróżniejsze opcje opozycyjne są prorosyjskie. Już widzę Kaczyńskiego bratającego się z Putinem. Oni tam nie rozumieją, że Europa Środkowo-Wschodnia to specyficzny region, w którym po tym co na tu swego czasu wspólnie urządzili Hitler, Churchill, Stalin i Roosevelt (a i przełom lat 80′-90′ miał swoje emocjonujące epizody) Putin jest wcale rozsądnym i wiarygodnym partnerem, a na pewno świetnym „równoważnikiem” dla ładu atlantyckiego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *