AUTOR

Aleksandra Bilewicz

Socjolożka, spółdzielczyni, publicystka

A.B: We wstępie do książki „Peryferie. O nowym ujęciu zależności centro-peryferyjnych” piszesz o niechęci do przyznawania w sferze publicznej, że Polska ma jakąś peryferyjną albo półperyferyjną pozycję. Z czego ta niechęć wynika?

Prof. Tomasz Zarycki: Dla obozu liberalno-euroentuzjastycznego jest to nieeleganckie, bo on się opiera na narracji, że weszliśmy do Europy, jesteśmy równi, jeszcze 2-3 lata, a wszystko będzie takie, jak na Zachodzie, że nie ma żadnej relacji władzy pomiędzy Zachodem a Polską. W tych kręgach mówi się co najwyżej o jakimś zapóźnieniu, które jest jednak efektem naszych własnych zaniedbań i złej „zaściankowej” czy „folwarcznej” mentalności. Gdyby było coś na rzeczy, to by podważało ideę entuzjastycznej integracji, w tym gospodarczej. Mówi się, że to dzięki kapitałowi zachodniemu się zmodernizowaliśmy, więc twierdzenie, że jest w tym jakaś relacja władzy, nie pasuje do opowieści. Z drugiej strony mamy konserwatywną, eurosceptyczną narrację, która częściowo uznaje, że Polska jest zdominowana, ale sprowadza to de facto do spraw kulturowych i też raczej nie lubi mówienia o tej peryferyjności w innych wymiarach (chociaż np. Krasnodębski przyjmuje ją do wiadomości, zauważa też Staniszkis), bo z kolei nie pasuje ona do strategii kompensacji kulturowej, godnościowej. Konserwatyści twierdzą, że musimy być dumni z polskości i wszystkie problemy Polski, w uproszczonym, oczywiście, wariancie, wynikają z tego, że rządzą liberałowie, którzy nie mają godności i tanio siebie i kraj sprzedają. Jeśliby tylko doszli do władzy „nasi”, którzy nie mieliby kompleksów narodowych, to Polska stałaby się równym graczem, pozbawionym większości swoich dzisiejszych problemów. Peryferyjność jest więc dla nich mentalnym problemem liberalnego obozu, podobnie jak dla liberałów jest mentalnym problemem obozu konserwatywnego, a nie czymś istniejącym obiektywnie. Pojawiają się co prawda po stronie PiS-u narzekania na „neokolonializm” zachodnich korporacji, wyprzedaż majątku narodowego itp., ale są to wątki raczej poboczne, nie stanowiące osi głównych debat politycznych. Po drugie, ta wyprzedaż i inne problemy zależności ekonomicznej też są przez nich często sprowadzane do efektu „zdrady” liberałów, która była zasadniczo do uniknięcia.

A jakie byłyby w takim razie szanse rzeczywistego zniesienia naszego peryferyjnego statusu?

To jest pytanie polityczne. Nasza peryferyjność jest wytworem jeszcze średniowiecznym, nie zmienia się mapy długiego trwania w ciągu kilku lat. Można generować jakieś polityczne projekty – na przykład budowy burżuazji polskiej. Orbán realizuje ten scenariusz w powiązaniu z sojuszem z Rosją. Sama Rosja podejmuje coraz to nowe wysiłki w celu utrzymania autonomii wobec zachodniego rdzenia. To pokazuje, jak bardzo jest to kontrowersyjne. Obydwa pomysły powodują burzę sprzeciwu. Każdy projekt przezwyciężenia peryferyjności będzie musiał generować oburzenie, takie czy inne. Będzie bowiem naruszać jedną z fundamentalnych zasad całego układu geopolityczno-ekonomicznego tego regionu. Zmiana byłaby kwestią rewolucyjną. Z drugiej strony można wspierać jakieś ruchy mikro-pozytywistyczne.

Mówi się też o drodze gospodarczej – i tu przywołuje się przykład Finlandii. Że innowacyjnością czy generowaniem własnych pomysłów gospodarczych można przezwyciężyć peryferyjność.

Finlandia jest ciekawa dlatego, że oni wykorzystali położenie między zachodem a Rosją. Chociażby Nokia była firmą, która przede wszystkim sprzedawała do Rosji. To była umiejętność wykorzystania pogranicznego położenia. Ale Finlandia miała dużo dłużej autonomię gospodarczą i polityczną, więc nie wiem, czy jest jakiś taki prosty scenariusz do powtórzenia w naszym regionie.

Muszę przyznać, że nie jestem w ogóle nastawiony na takie myślenie „jak zmienić, jak naprawić”. To jest mój bunt wobec inteligenckiej narracji. Nie mam ambicji odpowiadania na pytania o to, jak dojść do szczęśliwości gospodarczej, politycznej, społecznej. Bardziej skupiam moją energię intelektualną na diagnozowaniu tych struktur, a innym zostawiam wyciąganie z tego wniosków i budowania na kanwie moich diagnoz, jeśli uznają je za użyteczne, jakichś konkluzji czy pomysłów na działanie. Z proponowanych przeze mnie rozpoznań można wyciągać różne wnioski, one nie wskazują na jakąś jedną drogę. Próby wychodzenia z peryferyjności zawsze się będą opierać na jakimś projekcie politycznym, który zawsze będzie w jakiejś mierze arbitralnym wyborem, będzie mógł być z różnych powodów krytykowany. I nie mam poczucia, żeby któryś z tych potencjalnych projektów wyjścia z peryferyjności był wyborem oczywistym czy narzucającym się.

Chciałam jeszcze porozmawiać o poziomie regionalnym. Wyszła ostatnio książka pod twoją redakcją o regionalnych aspektach peryferyjności. Stawiasz tezę, że wobec wschodnich regionów Polski stosujemy taką politykę, jaką stosuje się globalnie wobec naszego kraju, że to jest rodzaj wewnętrznej orientalizacji.

Na moje oko różnica pomiędzy Polską wschodnią a zachodnią, obiektywnie mierzalna w kategoriach ekonomicznych, jest warunkowana historyczną ogólnoeuropejską geografią ekonomiczną. Historyczny rdzeń Europy to pas od Londynu do Mediolanu – zachodnie Niemcy, wschodnia Francja, Beneluks, Szwajcaria. Od średniowiecza wiadomo, że kto jest bliżej tego rdzenia, temu się wszystko lepiej rozwija. To pięknie widać we Włoszech – od średniowiecza północne Włochy są w rdzeniu, a południowe nie są, i co by nie robili, to południe jest zacofane, a północ dobrze rozwinięta. W Hiszpanii bliska rdzeniowi Katalonia jest bogata, a południe Hiszpanii biedne. W Polsce różnica jest według mnie generowana w dużym stopniu przez ten sam mechanizm. Zachodnia Polska jest bliska zachodniemu rdzeniowi, wschodnia jest daleka. Dzisiaj, kiedy Niemcy są głównym silnikiem gospodarki europejskiej, bliskość Niemiec w ogromnym stopniu tłumaczy rozwój gospodarczy. Obiektywnie jest to czynnik, który generuje wzrost. Niemcy budują w sąsiadujących regionach montownie, wysyłają, zamawiają, przyjeżdżają i tak dalej. Wschodnia Polska jest dalej, a do tego ma złą infrastrukturę transportową; na dodatek wejście do Unii Europejskiej wiązało się dla niej z izolacją od wschodnich rynków. Po wejściu do Schengen był tam zauważalny spadek wzrostu gospodarczego, o czym się nie mówiło, bo mówiono wyłącznie o otwarciu granic, podczas gdy tam de facto granice zamknięto. To było dla nich coś gospodarczo negatywnego, bo oni historycznie żyją z wymiany ze wschodem. Według sondaży większość ludzi w Polsce wschodniej była zdecydowanie przeciwko zamykaniu granicy. Tymczasem wiele osób mówi, że ten niedorozwój czy słabszy rozwój Polski wschodniej wynika z jakichś problemów mentalnych, kulturowych. Na to nie ma żadnych twardych dowodów, a całe strukturalne uzasadnienie jest pomijane. To jest dokładnie to samo, co masz we Włoszech. Wszystkie instytucje kapitałowe są od średniowiecza na północy Włoch, a południe jest w dużym stopniu kolonizowane przez północ. Tam się czasem buduje montownie, fabryki i tak dalej, ale cały zysk idzie na północ. I zawsze ci Włosi południowi są przedstawiani jako leniwi, mentalnie odmienni. Więc mam wrażenie, że ten problem z Polską wschodnią jest w tym sensie uniwersalny.

A czy to nie działa na zasadzie sprzężenia zwrotnego – że długotrwała peryferyzacja przyczynia się do zmian kulturowych? Wtedy różnice kulturowe byłyby efektem różnic strukturalnych.

Możliwe, ale one w małym stopniu hamują rozwój. Może mafia we Włoszech hamuje rozwój, ale nie ma śladów, żeby była jakaś mafia albo szczególnie wysoka korupcja w Polsce wschodniej. Główną strategią dostosowawczą w ostatnich latach była po prostu migracja, szczególnie duża z tamtych rejonów. I można powiedzieć, że ta Polska wschodnia to jest taka Polska w soczewce – że wszystkie te negatywne strukturalne efekty, które dotyczą całego kraju, tam zadziałały jeszcze silniej. Więc oni tam w dużym stopniu wyjechali czy dojeżdżają na Zachód i jakoś się dostosowali. Ale nie widzę, żeby za ich mniejszą gospodarczą efektywnością stały jakiekolwiek czynniki kulturowe.

We wspomnianej książce piszesz także o dwóch dominujących w Polsce dyskursach czy spojrzeniach na byłe Kresy Wschodnie. Jeden jest tradycyjny, raczej prawicowy, podkreślający tożsamość Kresów, w skrajnej wersji domagający się wręcz uznania polskości tych terenów, a drugi – proeuropejski i podkreślający kolonialną rolę Polski na tych obszarach. Jak to wpływa na postrzeganie obecnego konfliktu na Ukrainie? Jak te dwa dyskursy, wyobrażenia przekładają się na relacje polsko-ukraińskie?

Zwolennicy radykalnej kresowej narracji są sceptyczni wobec jakiegokolwiek angażowania się, uważają, że Polska nie powinna się mieszać do konfliktu ukraińsko-rosyjskiego. A ci liberalni są zwolennikami tego, żeby mocno wspierać Ukraińców. Ale nie wiem, jakie są proporcje. Widoczne są głosy skrajne – reprezentowane choćby przez portal Kresy.pl, gromadzący tych najbardziej zatwardziałych, którzy mówią: „niech się tłuką, Polski nie powinno to obchodzić”. Ale chyba dominuje jednak opowiedzenie się po stronie władz ukraińskich. Dla większości to Rosja jest tym negatywnym innym, i ona obecnie sama się dość wyraziście wpisała w tę rolę. Rosja zawsze była punktem odniesienia, który jednoczył Polaków, a teraz tak aktywnie zabrała się za demonizowanie samej siebie, że mam wrażenie, że te dyskursy – konserwatywny, polonocentryczny dyskurs kresowy i liberalny dyskurs pro-ukraiński – mocno się zbliżyły.

Chodzi mi o to, czy aby ten krytyczny, skupiający się na kolonialnej roli Polski dyskurs sam nie powoduje jakiejś indolencji? Z niego też może wynikać, że Polska nie powinna się angażować, że to zawsze będzie paternalistyczne.

To jest dość skrajny dyskurs, lewicowy, krytyczny, którego przedstawicielem jest m.in. Jan Sowa. Z pewnością nie jest większościowy. Mainstreamowe podejście jest raczej takie, że było trochę złego, trochę dobrego, ale generalnie powinniśmy Ukrainę do Europy wciągać, przypominać o tej polskości, ale nie fiksować się na niej, dając ukraińskim liberałom decydujący głos. Uczciwie byłoby zapytać o to Jana Sowę i innych reprezentantów tego dyskursu antykolonialnego, ale mam wrażenie, że oni nie uważają, że krytyczna diagnoza polskiego zaangażowania na Ukrainie w przeszłości ma Polskę ograniczać w działaniu dziś. Ten dyskurs krytyczny upodmiatawia maksymalnie liberałów ukraińskich i czyni z nas pośredników europeizacji. Czyli z tego kolonializmu polocentrycznego przechodzimy do roli europeizatora. Mam wrażenie, że nie ma silnego oporu przeciwko polskiemu zaangażowaniu w sprawy ukraińskie. Spór dotyczy raczej metod tego zaangażowania. Myślę, że w tym jest odrobina hipokryzji, to znaczy jeśli by pójść konsekwentnie za krytyką kolonialną, to o Ukrainie po prostu się nie powinno rozmawiać w Polsce, ewentualnie moglibyśmy zapraszać Ukraińców, żeby coś nam mówili o swoim kraju.

Pod koniec naszej rozmowy chciałabym wrócić do idei „socjologii krytycznej na peryferiach”. Napisałeś kiedyś tekst o takim tytule. Jak ona twoim zdaniem powinna wyglądać?

Powinna doszukiwać się uwarunkowań strukturalnych, które nie są dostrzegane przez większość politycznie zaangażowanych grup. Sięgam do tych opinii, które mówią o krytycznej socjologii jako o tej, która powinna odkrywać własne ograniczenia, ograniczenia socjologii jako takiej. Socjologia peryferyjna powinna skupić się na pytaniach o konsekwencje peryferyjności i szukać ograniczeń, jakie generuje ona dla uprawiania nauk społecznych. W moim przekonaniu ważnym dlań ograniczeniem jest jeśli nie hegemonia, to bardzo uprzywilejowana rola elit kulturowych, które bardzo trudno konsekwentnie krytykować, w szczególności w takich krajach jak Polska, bo już w Rosji odwaga potrzebna jest bardziej do otwartego krytykowania elity politycznej. W Polsce, oczywiście, jest wiele kłótni o inteligencję, ale jak się przyjrzeć, to nie są to krytyki inteligencji jako takiej, tylko spory wewnątrzinteligenckie, o to, kto jest lepszy inteligentem. Roi się zwykle w nich od określeń „pseudo-inteligencja” czy „łże-inteligencja”, które sugerują że jest inteligencja „dobra”, „prawdziwa” i ta gorsza, czy wręcz osoby, które się pod inteligencje podszywają. Ale nawet ci, którzy odżegnują się od swojej inteligenckości i krytykują inteligencję jako taką, nie są w stanie zwykle zakwestionować jej ideałów, bo one są zbyt silnie znaturalizowane w polskim systemie wartości. Idealny obywatel Polski to tak naprawdę dobry inteligent. Niektórzy próbują odwoływać się do klasycznych zachodnich modeli obywatelstwa, dobrego smaku i stylu, ale wcześniej czy później, jeśli nie są w stanie pokazać swojego zakorzenienia w inteligenckiej tradycji, okazują się śmiesznymi – bo nadgorliwymi czy nienaturalnymi – „imitatorami” zachodu, jak np. przysłowiowi miłośnicy sushi. Krytykę inteligencji, by była ona w miarę skuteczna politycznie, musiałaby wspierać jakaś wyraźna anty-inteligencka elita, posiadająca znaczące i stabilne zasoby innych niż tylko kulturowy kapitałów, np. kapitału ekonomicznego w postaci wielkich firm i banków, lub kapitału politycznego w postaci kontrolowanego przez siebie silnego państwa, w którym rola inteligencji byłaby o wiele bardziej podrzędna, niż ma to obecnie miejsce.

Trudno więc w Polsce opisać strukturalną problematyczność inteligencji. W szczególności trudno jest urefleksyjnić własną inteligenckość. Ona jest „doksyczna”, trochę święta. Inteligent w polskim rozumieniu to jest trochę kapłan, który odpowiada za kraj, i w dużym stopniu nasza „moralna misja”, nasza legitymacja do mówienia czegokolwiek, wynika z naszej inteligenckości.

Drugą doksą jest według mnie doksa peryferyjności. W Polsce bardzo trudno mówić o peryferyjności, a mówiąc wprost, o zależności od Zachodu. Dominującą ideą jest idea integracji europejskiej: Polska wraca do Europy, są tego jakieś minusy, ale generalnie musimy być jak najbliżej Europy. W myśl mojej wizji krytycznego socjologa na peryferiach jego zadaniem byłoby właśnie rekonstruować tę zależność. To byłoby też uzupełnienie klasycznej socjologii krytycznej, która zwraca uwagę na dominację ekonomiczną. I nie chodzi o to, żeby podważać sens prowadzenia badań w duchu zachodniej socjologii krytycznej, bo zmagań nauk społecznych z nierównościami ekonomicznymi też jest za mało, zarówno w wymiarze globalnym, jak i krajowym. W wariancie globalnym, jak sądzę, powinno być więcej klasycznych badań nad nierównościami ekonomicznymi, a od siebie, w peryferyjnym wariancie, bym dodał, że trzeba patrzeć w szczególności na rolę kapitału kulturowego jako czynnika legitymizującego i wzmacniającego nierówności ekonomiczne. Moja sugestia jest taka, że on jest dużo ważniejszy tutaj, niż na zachodzie, choć nawet tam jest bardzo ważny.

We wspomnianym wcześniej tekście krytykujesz Davida Osta, który z kolei sugeruje, że w Polsce dyskurs tożsamościowy, kulturowy zaciera konflikt ekonomiczny. Ale czy w świetle tego, co powiedzieliśmy powyżej o roli inteligentów w stosunku do kapitału zachodniego, nie należałoby mu przyznać racji?

W tym sensie oczywiście tak. Ale moja sugestia była taka, że on traktuje wymiar kulturowy jako artefakt, patrzy zachodnimi kategoriami. W uproszczonym zachodnim modelu, kapitał kulturowy jest zdominowany i pełni funkcję legitymizującą. Jak mamy silną pozycję ekonomiczną, to ją jeszcze obudowujemy kulturowo. Kulturowe walki są więc wtórne, zabezpieczające. A tutaj jednak ten kapitał kulturowy jest dużo bardziej realną stawką. Gra ekonomiczna oczywiście jest bardzo ważna, ale kapitał kulturowy jest czynnikiem w dużym stopniu niezależnym. Jest wiele takich sytuacji, w których kapitał kulturowy pozwala bardzo awansować ekonomicznie, a po nagłej utracie zasobów pozwala je znów po jakimś czasie, czasem nawet pokolenia czy dwóch, sprawnie odzyskać. Inteligencja może być rozpatrywana jako grupa, która w zależności od sytuacji jest w stanie kapitał kulturowy wykorzystać, żeby zająć pozycje ekonomiczne lub polityczne. Ten typ kapitału był również ważnym narzędziem działania w czasach komunistycznych, jako podstawowe narzędzie legitymizacji żądań politycznych czy ekonomicznych. A przez to – stał się ważny także dla robotniczych mas społecznych, które się nim posługiwały przy silnym wsparciu inteligencji. Opozycja solidarnościowa opierała się w dużym stopniu na mobilizacji kapitału kulturowego. Pieniądze, oczywiście, są wysoką stawką, ale w warunkach polskich kapitał kulturowy nie jest jedynie czymś wtórnym, używanym do tego, żeby zabezpieczyć swoje pozycje ekonomiczne. Odwołanie się do niego przez te grupy słabsze ma być może dużo większe uzasadnienie niż, powiedzmy, w warunkach, w których rozpatrywać go można zapewne w większym stopniu jako ulotną symboliczną kompensację ekonomicznej marginalizacji, w szczególności dla graczy spoza realnej elity polityczno-gospodarczej.

Jeśli grupy słabsze mogą się odwoływać do kapitału kulturowego, to czy jest możliwa jakaś jego demokratyzacja? Jakieś podzielenie się tymi zasobami przez inteligencję?

Tak. Idea inteligencka jest w ogóle w znacznym stopniu inkluzywna. Ale są różne teoretyczne modele inkluzywności i różne jej praktyczne realizacje. W inteligenckości tkwi wewnętrzna sprzeczność: jest elitarna, ale jednocześnie musi się przedstawiać jako otwarta. Pełna demokratyzacja kapitału kulturowego jest utopią, bo gra, żeby trwała, musi być ekskluzywna. Aczkolwiek możemy się spierać, jak tę inkluzywność definiować i jak ją wspierać.

Ale te granice są do pewnego stopnia przesuwalne.

Politycznie to jest warte dyskusji. Gra kulturowa jest w Polsce na tyle ważna, że warto o niej rozmawiać refleksyjnie. Nie wierzę w taką utopię, że ją zdemokratyzujemy całkowicie, ale myślę, że warto rozmawiać o tym, jak zrobić to chociaż do pewnego stopnia. A nawet jeśli nie znajdziemy dobrych politycznych scenariuszy, myślę, że refleksja jest wartością samą w sobie. Żebyśmy byli bardziej świadomi tych barier, które istnieją. I potem sami wyciągali z ich istnienia jakieś konkluzje. Jeśli nas przejmują nierówności różnego typu, to pierwszym krokiem jest ich rozpoznanie. Trzeba zastanawiać się nad tymi ukrytymi czasem hierarchiami, normami.

Przypominam sobie w tym kontekście to, co w drugiej połowie lat 50. pisał o „inteligenckim getcie” w „Przeszłości i przyszłości inteligencji polskiej” Józef Chałasiński. On jednak rozróżniał zamkniętą, zadufaną w sobie inteligencję, która opiera się na znajomościach, żyje na salonach, od inteligencji zaangażowanej, zajmującej się pracą u podstaw czy walką polityczną. Czy sądzisz, że ta tradycja lewicowej inteligencji, tradycja społecznikowska, jest jakąś, choćby niedoskonałą, drogą demokratyzacji kapitału kulturowego?

Mam wrażenie, że krytyka Chałasińskiego, choć bardzo przemawiająca do wyobraźni, jest w dużym stopniu taką wewnątrzinteligencką grą, o której wspomniałem. Krytykujemy niby inteligencję, ale tak naprawdę raczej naszych konkurentów w inteligenckim polu. Ten element gettoizacji wydaje się w inteligenckim świecie w znacznym stopniu nieunikniony.

On się wtedy wstawiał za inteligencją wiejskiej proweniencji, z awansu społecznego, przeciwstawiając ją „starej” inteligencji.

To był projekt nowej inkluzji, ale zakładający zachowanie całej gry, podział na lepszych i gorszych. Był to pomysł idealistyczny, na pewno nie cyniczny, reorganizacji pola inteligenckiego, wpisujący się w też w pewien kontekst polityczny. Nawet, gdyby jego realizacja się w pełni powiodła, nie mógłby wyeliminować efektu getta. Gra inteligencka jest zawsze mniej lub bardziej towarzyska, w tym większym stopniu, im wyżej się wspinamy na szczeble. Oczywiście, możemy dyskutować o zasadach inkluzji, ale do końca tego efektu skasować się nie da. To zawsze dla ludzi z zewnątrz są getta, jest to efekt w dużym stopniu nieunikniony, co nie znaczy, że ja bym rezygnował z jakichkolwiek prób demokratyzacji czy zastanawiania się nad tym. Myślę, że warto Chałasińskiego czytać, że ten problem getta może być na wielu poziomach aktualny, ale osobiście nie popadałbym w utopijną wiarę, że łatwo da się go przezwyciężyć. To jest też kwestia natężenia problemu, a nie zerojedynkowej kwestii, która da się łatwo rozwiązać.

W świetle tego, co mówisz, będąc inteligentem można mocno się załamać. Właściwie, gwoli uczciwości, należałoby ten cały inteligencki bagaż odrzucić.

A co, zostaniesz biznesmenką? Kariera w dowolnym świecie wygląda podobnie, ma zawsze aspekt tworzenia i negocjowania hierarchii i granic pomiędzy ich szczeblami. To prawda, że u inteligencji jest trochę więcej hipokryzji. Ta klasyczna, zachodnia gra jest bardziej w tym sensie bardziej jawna. Ja mam znacząco lepsze zasoby finansowe od ciebie, i w związku z tym jestem ważniejszy, lepszy, od razu widać, że nie jesteśmy równi.

Ale do etosu inteligenckiego, przynajmniej teoretycznie, należy uczciwość, szlachetność, stanie samotnie wbrew przeciwnościom, gotowość do poniesienia wysokiej ceny za swoją postawę…

To może sprawiać jakiś dyskomfort. Jak człowiek sobie uświadomi, jak bardzo działa „na zaprzeczeniu”. W etosie inteligenckim jest bardzo dużo bezinteresowności, idealizmu. Można argumentować, że jest on wewnętrznie sprzeczny. To już jest dylemat filozoficzny, moralny. Na ile możliwa jest od tego ucieczka, na ile możliwy jest idealizm bezinteresowny. Czy są jakieś negacje własnego interesu, które nie są podyktowane własnym interesem. Nie podejmuje się na to pytanie odpowiadać. Tak czy siak, peryferyjność skazuje nas na taką a nie inną hipokryzję.

Dziękuję za rozmowę.

Zachęcamy do lektury pierwszej i drugiej części rozmowy.

Prace Tomasza Zaryckiego wspominane w wywiadzie:

Kapitał kulturowy. Inteligencja w Polsce i Rosji, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2008.

Socjologia krytyczna na peryferiach, „Kultura i Społeczeństwo”, vol. LIII, 1 (2009), ss.105-121.

Peryferie. Nowe ujęcia symbolicznych zależności centro-peryferyjnychWydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2009.

Polska Wschodnia i Orientalizm, red. T. Zarycki, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2013.

T. Warczok, T. Zarycki, (Ukryte) zaangażowanie i (pozorna) neutralność: Strukturalne ograniczenia rozwoju socjologii krytycznej w warunkach pół-peryferyjnych, „Stan Rzeczy, No.6 (2014), ss. 129-158.

Tomasz Zarycki – socjolog i geograf społeczny. Absolwent, a obecnie profesor Uniwersytetu Warszawskiego i tamże dyrektor Instytutu Studiów Społecznych im. Profesora Roberta B. Zajonca. Do jego głównych pól zainteresowania należą socjologia polityki, kultury, wiedzy i pamięci a także geografia społeczno-polityczną krajów Europy Środkowej i Wschodniej ze szczególnym uwzględnieniem Polski i Rosji. Zajmował się m.in. problematyką podziałów politycznych w Polsce i innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej, geografią polityczną i wyborczą regionu oraz zastosowaniem do opisu jego zróżnicowań społecznych koncepcji kapitału kulturowego. Przedmiotem jego zainteresowani jest także analiza dyskursu, a także zastosowania teorii krytycznej (w tym studiów post-kolonialnych) do badań społeczeństw Europy Środkowo-Wschodniej. Lista publikacji dostępna na stronie: www.zarycki.pl.

Dziękujemy Kubie Mazurkiewiczowi za możliwość wykorzystania jego ilustracji, pierwotnie opublikowanej na stronie Magazynu Kontakt.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *