gościnnie, Krzysztof Wołodźko

Siła i słabość białych czepków

AUTOR

Krzysztof Wołodźko

publicysta i dziennikarz "Nowego Obywatela" i "Nowej Konfederacji". Mniej lub bardziej regularnie gości także na łamach m. in.: "ZNAKU", "KONTAKTU", "Gazety Polskiej Codziennie", "Rzeczpospolitej".

Krzysztof Wołodźko: Tytuł Twojej pracy, czyli „Bunt białych czepków”, przywodzi na myśl książkę „Bunt Długich Spódnic” George’a Bidwella, która opowiada o początkach angielskiego ruchu sufrażystek. To dobry trop?

Julia Kubisa: Pewnie podświadomie widziałam to podobieństwo. Oba tytuły opierają się na podobnym zabiegu. Długie spódnice kojarzą się z kobiecością, białe czepki z pielęgniarstwem i położnictwem oraz związanymi z tym wartościami: poczuciem bezpieczeństwa, zapewnieniem opieki. A niewiele jest zawodów, które można określić przez jeden emblemat. Białe czepki są elementem tożsamości kobiet wykonujących te zawody. W czasie jednego z protestów pod Ministerstwem Zdrowia pielęgniarki i położne rzucały na ziemię swoje czepki. Niektóre z nich uważały, że ociera się to o profanację.

A skąd bunt?

Rodzi się ze zderzenia wartości, jakie reprezentują te zawody, z chęci działania, zdecydowanej reakcji na złą sytuację zawodową. Zastanawiało mnie, jak to się stało, że pielęgniarki i położne się buntują. Pewne kwestie wydają się oczywiste – choćby walka o podwyżki. Za tym kryją się jednak inne sprawy: wartość pracy białego personelu jest często nierozpoznawana.

Pielęgniarki, jak wskazujesz w swojej książce, cieszą się jednak dużym prestiżem społecznym.

Są najliczniejszą grupą zawodową w ochronie zdrowia. A równocześnie niezauważane jest ich obciążenie pracą oraz warunki tej pracy. Efektem jest ubywanie białego personelu i zdecydowany wzrost średniej wieku w zawodzie. Bunt pielęgniarek i położnych nie wynika więc jedynie z walki o wyższe pensje, choć to ten postulat przebija się do mediów.

W książce posługuję się koncepcją walczącego związku zawodowego, opracowaną przez Johna Kelly’ego. Jego zdaniem tego typu organizacja związkowa różni się od innych tym, że nie poprzestaje na chęci wywalczenia podwyżek czy dogodniejszego czasu pracy, ale opiera się na dążeniu do całościowej, głębokiej zmiany społecznej. Widać to w postulatach białego personelu, który chce, żeby ochrona zdrowia była priorytetem w sensie politycznym, żeby jego praca nie była sprowadzana do „usługi medycznej”. Liczy się pokazanie, w jaki sposób pielęgniarki towarzyszą (czy powinny towarzyszyć) pacjentom.

Do tego dochodzi zaniedbana w polskich warunkach sprawa profilaktyki zdrowotnej.

Ta kwestia jest bardzo widoczna w przypadku pielęgniarek, które wyjeżdżają do pracy na zachód. Mają tam czas, aby spotykać się z pacjentem, porozmawiać z nim spokojnie o tym, jak będzie przebiegał proces rehabilitacji, gdy wyjdzie ze szpitala. W Polsce nie dyskutuje się o tym, jak ważne jest dla ogólnego społecznego dobrostanu, by w szpitalach było dość pielęgniarek, aby realna była także sensowna opieka środowiskowa, albo żeby mogły uczyć pacjentów reguł zdrowego życia.

Wrócę jeszcze do pierwotnego skojarzenia: ruch sufrażystek a bunt białych czepków. W swojej pracy przywołujesz koncepcję feminizmu socjalistycznego czy lewicowego. Nie jest to nurt często spotykany w rodzimym feminizmie…

U źródeł „Buntu…” leży próba syntezy moich zainteresowań światem pracy i feministycznej wrażliwości. Polski dyskurs feministyczny bardzo długo związany był przede wszystkim z myślą amerykańską, w dodatku nie całą, bo opierano się głównie na feminizmie liberalnym i radykalnym. Jeśli była już mowa o kobietach i rynku pracy, to były to ogólne rozważania dotyczące choćby dyskryminacji, zagadnień związanych ze szklanym sufitem.

Kilka lat temu zainteresowałam się brytyjską socjologią pracy. Tamtejszy feminizm jest bardziej zakorzeniony w krytyce i wrażliwości klasowej. Szuka relacji między systemem kapitalistycznym a systemem patriarchalnym i stara się ją scharakteryzować. Przykładowo dual systems theory [teoria systemów podwójnych] Sylvie Walby kładzie nacisk zarówno na system patriarchalny, w którym mężczyźni dominują nad kobietami, jak i system kapitalistyczny, w którym jedne klasy dominują nad innymi. Gdy złożymy to w całość, lepiej zrozumiemy, co dzieje się w świecie pracy produkcyjnej i reprodukcyjnej. W Polsce zajął się tym jako pierwszy Think Tank Feministyczny, podejmując próby spojrzenia „od dołu” na system relacji płci i stosunków pracy, ich wewnętrzne zróżnicowanie.

Z prognoz, jakie przytaczasz w książce, wynika, że w 2035 r. liczba zatrudnionych w Polsce pielęgniarek wyniesie około 131 tys., a położnych – niecałe 19 tys. Wskaźnik zatrudnionych pielęgniarek na tysiąc mieszkańców wyniesie 4,17. Dla porównania w 2011 r. liczba zatrudnionych pielęgniarek wynosiła około 192 tys., a położnych niecałe 23 tys. Wskaźnik zatrudnionych na tysiąc mieszkańców wynosił wówczas 5,59. Jak liczne są te grupy zawodowe dzisiaj?

Zgodnie z danymi prezentowanymi przez Naczelną Izbę Pielęgniarek i Położnych (NIPiP), liczba zarejestrowanych pielęgniarek (czyli także tych niepracujących zawodowo, ale posiadających uprawnienia) w Polsce wynosi około 282 tysięcy; w przypadku położnych jest to około 34 tysięcy. Natomiast dane Głównego Urzędu Statystycznego (GUS) dotyczą osób pracujących w zawodzie bezpośrednio z pacjentem, bez osób, dla których głównym miejscem pracy jest uczelnia, jednostka administracji państwowej czy terytorialnej lub Narodowy Fundusz Zdrowia (NFZ).

Zwrócę uwagę, że GUS nie podaje podobnych statystyk dla położnych. Naczelna Izba Pielęgniarek i Położnych wyliczyła, że w Polsce średnio przypada 5,42 położnej na tysiąc mieszkańców – najwyższy wskaźnik jest w województwie śląskim (6,24 na tysiąc mieszkańców), natomiast najniższy w województwie wielkopolskim (4,44 na tysiąc mieszkańców). To dane z 2013 r.

Poza tym część dziewczyn nie kończy studiów albo nie odbiera uprawnień, część od razu wyjeżdża za granicę. Do polskiej ochrony zdrowia trafia coraz mniej pielęgniarek, które właśnie skończyły studia. I te zniżkujące wskaźniki są absolutnie przerażające.

W Polsce istnieją też inne sfeminizowane zawody, borykające się z różnorakimi problemami: kadra nauczycielska, kasjerki sklepów wielkopowierzchniowych… Czy uczyniłaś „biały personel” bohaterem zbiorowym swojej książki, bo uznałaś go za grupę reprezentatywną dla szerzej pojętych „kobiecych fachów”?

Nie powiedziałabym, że to reprezentatywna grupa zawodowa. To bardzo specyficzne środowisko pracownicze. Pielęgniarki to jeden z nielicznych zawodów w pełni profesjonalnych, a równocześnie od podstaw stworzonych dla kobiet. Jeśli spojrzymy na rynek pracy, to w większości zawodów mężczyzna funkcjonuje jako „domyślny pracownik”, a inne początkowo były zdominowane przez mężczyzn, a później dokonała się „feminizacja”. Np. na niższych szczeblach administracji, w kelnerowaniu czy nauczaniu podstawowym – tam, gdzie spadały zarobki i gdzie uważano, że nie potrzebne są wysokie kwalifikacje (np. wprowadzenie automatyzacji do administracji w postaci maszyny do pisania) –  stamtąd mężczyźni odchodzili w poszukiwaniu innych, lepiej płatnych zajęć, a ich miejsca zajmowały kobiety. Kobiety były i częściowo nadal są na rynku pracy „stłoczone” w niewielu sektorach, przez co mają mniejsze możliwości presji na podwyższanie płac. Pielęgniarki to od początku – od czasu powstania nowoczesnej opieki medycznej w XIX w. – był zawód kobiecy. Uważam to za znaczące.

Jak powstał zawód pielęgniarki?

Kobietą, która stworzyła nie tyle zawód, co system wartości współczesnego pielęgniarstwa, była Florence Nightingale. W czasach, gdy pracowała nad tym w Wielkiej Brytanii, w innych krajach istniały już szkoły pielęgniarstwa. Ale to ona wypełniła ten zawód powszechnie później przyjętą treścią.

Nightingale była brytyjską arystokratką, która nie wyszła za mąż. W czasie wojny krymskiej (1853-1856) zorganizowała fachową pomoc pielęgniarską dla brytyjskich żołnierzy. Była to wojna, w trakcie której więcej ludzi umierało w szpitalach niż na polu bitwy. To ona „uporządkowała szpital”, to znaczy wymyśliła system, w którym bardzo ciężko rannych ludzi z pourywanymi kończynami i krzyczących z bólu odseparowano od rekonwalescentów, żeby przyspieszyć proces zdrowienia tych drugich. Nightingale określiła, że pielęgniarki powinny być osobami, które wspierają lekarzy i niejako usytuowała tę grupę zawodową w strukturze systemu ochrony zdrowia. Z jednej strony sprawiła, że mężczyźni-lekarze wpuścili kobiety do szpitali, z drugiej zaprojektowała mechanizm, dzięki któremu nie czuli się tym faktem zagrożeni.

Sądzę, że wiele cech tego oryginalnego mechanizmu wciąż się utrzymuje. Z jednej strony zawód pielęgniarki kojarzy się z poświęceniem na rzecz pacjenta, zwracaniem uwagi na jego ogólną kondycję, troską o jego stan psychiczny. Z drugiej, przynajmniej w polskich warunkach, pielęgniarki wciąż zwracają uwagę na relację podporządkowania lekarzowi, wykraczającego poza racjonalne granice wynikające z kwestii zawodowych.

Ta dwuznaczność to dziedzictwo Nightingale?

Barbara Ehrenreich, autorka głośnej książki „Za grosze. Pracować i (nie) przeżyć”, w latach 70. XX wieku wraz ze swoim mężem publikowała marksizujące prace o pielęgniarstwie. Zwracali w nich uwagę na interesującą kwestię. Otóż Nightingale była kobietą z wyższych sfer i przeniosła rolę społeczną kobiet z własnej klasy na pielęgniarki, osoby z niższych warstw. Pielęgniarka wobec lekarza miała być „posłuszną żoną”, ale także – po części – „szyją, która kręci głową”. Dla pacjentów miała być jak „czuła matka”, a dla reszty personelu szpitalnego jak „pani domu”, która zarządza „gospodarstwem domowym”. W sferze prywatnej do tych funkcji socjalizowano młode arystokratki, a także – w myśl koncepcji Nightingale, w obrębie szkół rozwijających się pod jej wpływem – pielęgniarki. W obrębie tego systemu znalazły się kobiety z klasy robotniczej. Tyle że tu pojawia się szkopuł: kobiety z wyższych sfer nie zarabiają na siebie – one po prostu mają pieniądze i majątek. A kobiety z klas niższych musiały wdrożyć się w rolę bycia „żoną/matką/panią domu” a jednocześnie zarabiały niewielkie pieniądze, bo wartość ich pracy nie była rozpoznana.

Dość daleko odbiegliśmy od obecnej sytuacji zawodowej białego personelu.

Niekoniecznie. Bo zbliżony wątek pojawiał się w wywiadach, które przeprowadzałam z polskimi pielęgniarkami. Oczywiście w aktualnym kontekście: współczesna medycyna, opieka zdrowotna i pielęgnacja są na tyle rozwinięte, że nie da się wielu czynności wykonywać jednoosobowo. Potrzebny jest dobrze współpracujący zespół, także ze względu na coraz bardziej skomplikowane i innowacyjne technologie. Lekarz jest tylko częścią znacznie większej całości. Natomiast z rozmów, jakie przeprowadziłam, wynika, że taka profesjonalna, rzeczywista współpraca nie działa – wciąż dominuje logika podporządkowania pielęgniarki lekarzowi, a równocześnie okazuje się, że pielęgniarki wykonują czynności, do których nie mają oficjalnych uprawnień, ale lekarze przymykają na to oko, bo oszczędzają dzięki temu czas. I to także pojawia się przy okazji protestów pielęgniarek: w takich realiach powinnyśmy robić tylko to, co mamy określone w umowach, nic więcej.

„Bunt białych czepków” poświęcony jest także Ogólnopolskiemu Związkowi Zawodowemu Pielęgniarek i Położnych. Jakie są jego cele i kondycja?

OZZPiP to bardzo interesująca organizacja – choćby dlatego, że powstała poza wielkimi strukturami związkowymi, czyli NSZZ „Solidarność” i Ogólnopolskim Porozumieniem Związków Zawodowych. Związek narodził się na początku lat 90. XX w. we Włocławku. Założyła go Bożena Banachowicz. Wedle jej słów był to czas celebrowania pluralizmu związkowego, wtedy też powstawały samorządy pracownicze, w tym samorząd pielęgniarek i położnych.

OZZPiP jest jedną z niewielu założonych wówczas organizacji związkowych, które przetrwały do dziś. Obecnie jest to rozpoznawalny i wpływowy związek zawodowy, jak mało który związek branżowy, co naprawdę wzbudza uznanie. Od jakiegoś czasu OZZPiP zrzeszony jest w Forum Związków Zawodowych.

A jak jest z jego skutecznością?

Odpowiedź na to pytanie jest trudna. Udało im się do dyskusji publicznej wprowadzić tematykę dotyczącą pielęgniarek i położnych. A przypomnę, że ich związek zawodowy powstał z takiej oto przyczyny: choć stanowiły najliczniejszą grupą zawodową w służbie zdrowia, to nie były traktowane podmiotowo, były „gorsze”, podległe wobec lekarzy.

OZZPiP ma pewną skuteczność jeśli chodzi o walkę o podwyżki. Ale jeśli przyjrzeć się temu bliżej, to każde zwycięstwo przychodzi w koszmarnych bólach, kosztem wielkiego poświęcenia białego personelu i radykalnych metod protestów. Choćby głodówki – jasne, nie zagładzają się na śmierć, jak niegdyś więźniów z IRA. Ale i tak jest to bardzo obciążająca forma walki pracowniczej.

Sądzę, że gdyby nie OZZiPP, gdyby biały personel miał tylko swój samorząd, to ich sprawy w ogóle nie przedostawałyby się jednak do opinii publicznej.

Uściślę zagadnienie – pytanie, na ile są skuteczne w przestrzeni politycznej. Chyba nie mają większych powodów do radości z kondycji służby zdrowia.

To nie jest kwestia ich umiarkowanej skuteczności, ale w ogóle możliwości głębokiej zmiany systemowej. Dialog społeczny w służbie zdrowia jest dziś mocno rozproszony. To także efekt reformy z czasów Akcji Wyborczej Solidarność. Istnienie Niezależnych Zakładów Opieki Zdrowotnej znacznie utrudnia zawiązanie układu branżowego. Nowy system przyczynił się do rozproszenia dialogu społecznego, który pomógłby ustalić nie tylko siatkę płac, ale i normy dotyczące ilości zatrudnionych na oddziałach pielęgniarek. Notabene do tej ostatniej kwestii powrócono obecnie, po zajęciu stanowiska ministra zdrowia przez Bartosza Arłukowicza, ale z rozmów wciąż nie wynikają żadne realne ustalenia.

W mediach oglądaliśmy protest w Białym Miasteczku. Ale to nie był strajk. Pielęgniarki i położne mogą zrobić setki małych strajków w miejscach pracy i w każdym z tych miejsc negocjacje prowadzone są oddzielnie. Raz na jakiś czas białe czepki próbują przenieść negocjacje na poziom Ministerstwa Zdrowia, choć właściwie to nie ono jest dla nich właściwym partnerem do rozmów.

To kto jest? Samorządy?

Tak naprawdę wszystko zależy od tego, kto jest właścicielem szpitala. Do tego dochodzi kwestia Narodowego Funduszu Zdrowia, w którym poszczególne jednostki służby zdrowia konkurują o kontrakty. Biały personel zabiegał m.in. o to, by o podwyżkach nie decydowały jedynie dyrekcje szpitali, tylko by był to rodzaj odgórnej regulacji dotyczącej dysponowania pieniędzmi z kontraktów z NFZ. Widać stąd, jak bardzo rozproszona jest struktura służby zdrowia, a w związku z tym także pole negocjacji. Podobna sytuacja dotyczy wielu grup zawodowych w Polsce.

Wygląda na to, że klasa polityczna usunęła problem dialogu społecznego jak najdalej od siebie. Zawsze można powiedzieć – choćby pielęgniarkom i położnym – „idźcie gdzie indziej, my za to nie odpowiadamy”.

Trochę tak to wygląda… Powiem szczerze: nie jestem w stanie pojąć, jak można tak bardzo nie dbać o to, jakie warunki pracy panują w służbie zdrowia. W polityce widać bardzo dużo wolnorynkowego myślenia o ochronie zdrowia. W efekcie oszczędza się na kosztach pracy i dąży się do ich dalszej minimalizacji.

Dodam jeszcze jedną rzecz: to w ogóle jest problem tzw. zawodów wykonywanych z powołania. Na nich bardzo łatwo się oszczędza, bo panuje przekonanie, że te grupy zawodowe mają tak wielką satysfakcję z wykonywanej pracy, że pieniędzy potrzebują niewiele.

Mówiłaś o tym, że pielęgniarki zmuszane są do radykalnych form protestu. Czy twoim zdaniem wynika to także z sytuacji zawodowej kobiet – żeby przekonać do swoich racji muszą naprawdę mocno się postarać.

Coś w tym jest. Pielęgniarki i położne, żeby być zauważone, muszą naprawdę pójść na całość. Ale warto wskazać jeszcze jeden wątek. W przypadku białych czepków dobrze widać, jak bardzo role zawodowe nakładają się na stereotypowe widzenie płci. Protesty pielęgniarek i położnych opisywane są w mediach jako  bardzo emocjonalne. Tak jak mówi się o kobietach: że są histeryczne, impulsywne. Gdy górnicy podpalają opony, nikt nie pisze, że są emocjonalni.

Wtedy zestaw „trafnych” skojarzeń jest nieco inny: chuligaństwo, awanturnictwo.

A przecież w każdym zbiorowym proteście zawarta jest spora doza emocji. Ale wracając do białego personelu – pielęgniarki i położne są doskonale zorganizowane. To fascynująca sprawa, która zwykle umyka opinii publicznej. Specyfika tej pracy polega na współdziałaniu i umiejętności szybkiego przeformułowania całego planu dnia w sytuacji kryzysowej. Klasyczny przykład – wypadek autobusu. Przychodzisz do pracy do szpitala, masz plan zajęć do wypełnienia i nagle coś się dzieje: przywożą dziesięciu rannych o różnym stopniu obrażeń. Trzeba wtedy przeorganizować swoje zajęcia, żeby wykonać zaplanowaną pracę i równocześnie podołać niespodziewanym obowiązkom. Pielęgniarki opowiadają, że często w takiej sytuacji rozumieją się bez słów.

I podobnie w sytuacji protestu – stereotypowy obraz jest taki, że pod wpływem emocji kobiety nagle zaczynają działać. Ale to nieprawda. Jednym z elementów moich badań było uczestnictwo w strajku, który był prowadzony synchronicznie w pięciu szpitalach na Podbeskidziu. To było w 2010 r. Jak wiadomo strajk nie może wybuchnąć spontanicznie z dnia na dzień – istnieje cała prowadząca do niego procedura opisana w ustawie o rozwiązywaniu sporów zbiorowych. Tymczasem wypowiedzi dyrektorów szpitali, w których odbywał się strajk, za każdym razem bazowały na impulsywności kobiet: „właściwie nie wiadomo o co im chodzi”. To tak jak w przypadku kłótni między mężczyzną a kobietą, gdy on mówi: „w ogóle nie wiem, o co ci chodzi, histeryzujesz!”. To niesamowite, jak te scenariusze są do siebie bliźniaczo podobne.

Ktoś powie: ciągle mowa o pieniądzach. Ale opieka nad drugim człowiekiem jest – zupełnie dosłownie – pracą z najcenniejszym „materiałem”, jaki mamy. Gdy człowiek choruje, nawet fizycznie, to przecież dotyczy to całej jego osoby.

Myślę, że jeśli spojrzymy na to zjawisko globalnie, to dostrzeżemy zjawisko niedostatecznej wyceny opieki. Zwrócę uwagę na dwie kwestie. Po pierwsze, nie chodzi jedynie o pielęgniarki. Spójrzmy choćby na to, jak nisko wyceniana jest praca przedszkolanek. A co jest dla nas cenniejsze niż własne dziecko, które przekazujemy pod czyjąś opiekę na osiem, dziesięć godzin? A jednak znacznie więcej zarabiają marketingowcy, kreujący potrzeby konsumpcyjne, bez których możemy się obyć.

I tu pojawia się kluczowa kwestia, związana z przeniesieniem na rynek pracy tej najbliższej, prywatnej relacji. Bo opieka jest tą najbardziej elementarną relacją: jesteśmy ze sobą, troszczymy się o tego słabszego. Okazuje się, że tego typu zawody są zwykle wyceniane najniżej. Czy będzie to nauczanie, opieka, sprzątanie czy gotowanie, czyli prace kojarzone w naszej kulturze z tradycyjnymi czynnościami kobiecymi, to pomijając wyjątkowe przypadki, są to zajęcia nisko wyceniane. A to dlatego, że uważa się, iż nie są to prace profesjonalne.

A to często nieprawda.

Pielęgniarki to obecnie w pełni profesjonalny zawód – żeby go wykonywać, musisz mieć skończone studia wyższe. Problem, o którym mówimy, nie jest typowo polski. Białe czepki na zachodzie także uważają, że są zbyt nisko wynagradzane, choć w porównaniu z naszymi realiami ich sytuacja jest zdecydowanie lepsza. Ale także w zachodnich systemach opieki zdrowotnej zwraca się uwagę na wzrost intensyfikacji pracy, skracanie czasu pobytu pacjentów w szpitalu. Wszystko to wiąże się z filozofią new public management [„nowego zarządzania publicznego”], wedle której szpital ma być działającą dla zysku jednostką ekonomiczną. A w tym nie mieści się chociażby dłuższa opieka szpitalna, która jest bardziej czasochłonna i generuje wyższe koszta.

Przy okazji: norweskie pielęgniarki, które jak na standardy europejskie zarabiają bardzo dużo, często pracują tylko na część etatu, bo mówią, że jest to zajęcie na tyle wyczerpujące, że nie są w stanie pracować pełnowymiarowo. I tu pojawia się kolejny problem: jeżdżą tam z kolei polskie pielęgniarki, które są tańszą siłą roboczą. To z kolei wykorzystują tamtejsi pracodawcy, żeby osłabić dialog społeczny dotyczący choćby negocjacji płacowych. To smutne, bo przecież jedne i drugie chcą się zarówno dobrze opiekować pacjentami, jak i dobrze zarabiać.

Tyle że to drugie znaczy jednak co innego dla Polek, a co innego dla Norweżek.

W interesie polskich pielęgniarek byłoby dołączenie się do postulatów norweskich koleżanek, żeby wszystkie zarabiały jeszcze lepiej… Ale podobny proces zachodzi także w skali naszego kraju. Mamy duże szpitale miejskie, w których zatrudnia się mniej wymagające finansowo pielęgniarki z podmiejskich ośrodków. Z jednej strony wypełnia się lukę w zatrudnieniu, z drugiej to utrudnia białemu personelowi negocjowanie podwyżek, bo część osób zgodzi się na niższe płace.

W recenzji twojej książki prof. dr hab. Witold Morawski stwierdza: „Autorka pokazuje obszary naszej transformacji ustrojowej, w których zmiany na plus są niewielkie, a często zgoła żadne”.

Zmiany na plus dotyczą tego, że szpitale są dziś lepiej wyposażone. Trzeba też pamiętać, że pracownicy służby zdrowia w lata 90. wchodzili z licznymi problemami. Szesnasty z dwudziestu jeden postulatów Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego z sierpnia 1980 r. głosił: „Poprawić warunki pracy służby zdrowia, co zapewni pełną opiekę medyczną osobom pracującym”. W PRL także odbywały się protesty białego personelu.

To smutny banał, ale trzeba to powiedzieć – rośnie także średnia wieku pielęgniarek. Obecnie to blisko 46 lat.

Nie jest to jedynie polskie zjawisko. Z tym że u nas jest to w ogóle nierozpoznawany problem. System nie dostosowuje się do tego, że pielęgniarki się starzeją.

A w jaki sposób powinien się dostosowywać?

Gdyby ktokolwiek z polityków myślał o tym perspektywicznie, przede wszystkim stworzono by system zachęt do podejmowania tego zawodu. Poza tym potrzebne jest przeformułowanie zakresu obowiązków tak, by starsze pielęgniarki mogły pozostać w zawodzie, ale nie wykonywały zajęć, które mogły bez uszczerbku dla zdrowia wykonywać dwadzieścia lat wcześniej.

W dodatku u nas jest tak, że pielęgniarki mają etat, który często jest niewystarczający finansowo, więc pracują jeszcze po godzinach w innych placówkach. Szczególnie, że system kontraktowy umożliwia pracę bez jakichkolwiek limitów czasowych i nikt tego nie kontroluje.

Tu pojawia się kolejny paradoks: mamy coraz lepiej wyposażone szpitale, ze świetną aparaturą, ale zasady, na jakich wykonywana jest praca pielęgniarek stają się coraz bardziej „dzikie”. Polskie pielęgniarki zrzeszone w OZZPiP jeżdżą na wizyty studyjne na zachód i mówią, że pierwsze, co rzuca się w oczy to fakt, że nasze szpitale nie bardzo już odstają pod względem standardów. Ale druga rzecz, którą zauważają, to że w niemieckiej izbie przyjęć jest niewielu pacjentów i dość personelu, a w polskiej izbie przyjęć jest jak na obrazach piekła u Hieronima Boscha. I widać zdecydowanie negatywną relację między liczbą pacjentów a pielęgniarek.

Ostatni znaczący protest białego personelu odbył się w Polsce w czasie rządów Prawa i Sprawiedliwości. W ciągu ostatnich siedmiu lat pielęgniarki i położone nie wyszły tak tłumnie na ulice. A przecież wiele wskazuje na to, że ich sytuacja zawodowa wciąż się pogarsza.

Białe Miasteczko z 2007 r. z pewnością przykuło większą uwagę mediów, bo zostało wciągnięte w orbitę wyrazistego sporu politycznego „PiS kontra reszta świata”. Ale trzeba pamiętać, że tamte lata w ogóle były czasem protestów ze względu na dobrą koniunkturę, za którą nie szedł jednak wzrost płac w sektorze publicznym. Powstała nawet książka Jana Grzymskiego poświęcona temu zjawisku: „Rozmowa czy konfrontacja? Protesty pisane, marsze i strajki w Polsce 2005-2007”, wydana przez Instytut Spraw Publicznych.

W tym okresie pojawiło się w służbie zdrowia więcej pieniędzy i pielęgniarki też chciały na tym skorzystać. Jednak związana z Białym Miasteczkiem okupacja gabinetu szefa Rady Ministrów nie była pierwszą okupacją pielęgniarską. W czasach AWS miała miejsce okupacja Ministerstwa Zdrowia na naprawdę ogromną skalę, a dramatyzm tamtych protestów był tym mocniejszy, że rzecz działa się w okolicach Bożego Narodzenia.

W czasie Białego Miasteczka zmienił się też medialny opis protestu: nie było tyle mowy o utrudnieniach dla mieszkańców stolicy, podkreślano ofiarność pielęgniarek, ich determinację. Pamiętam, że było to deszczowe, zimne lato. Patrząc na to z boku, z perspektywy lat, mam wrażenie, że za sprawą swojej konfrontacyjnej postawy rząd Jarosława Kaczyńskiego podawał na tacy argumenty przeciw sobie. Pielęgniarki od razu otoczono kordonem policyjnym, trudno im było nawet dostarczyć herbatę czy kanapki. Zagłuszano telefony.

A jak to wygląda obecnie?

Koalicja PO-PSL ma inną politykę załatwiania tych protestów. Nigdy nie pozwoliliby sobie na wejście w tak ostry konflikt, co nie znaczy, że robią coś dobrego dla pielęgniarek i położnych. Sądzę, że obecna władza, nauczona także doświadczeniem Białego Miasteczka, nie pozwala sobie na taki poziom konfrontacji, który zostałby zauważony przez media. Jeśli jest demonstracja i pielęgniarki mają swoje postulaty, to wychodzi do nich jakiś urzędnik – nie daje się punktów zaczepienia, na których można byłoby budować większy opór.

Ale czy w ostatnich latach miały miejsce jakiekolwiek protesty białego personelu?

Większość negocjacji odbywa się na poziomie szpitali. Wtedy punktem zaczepienia była „ustawa wedlowska”, która miała zagwarantować podwyżki w służbie zdrowia w ramach systemu kontraktowego z NFZ. Wspominałam już o strajku na Podbeskidziu w 2010 r., który obserwowałam z bliska. Sytuacja tam była patowa: białe czepki strajkowały, a dyrektorzy poszczególnych szpitali nie chcieli rozmawiać. Wtedy pielęgniarki zdecydowały, że przenoszą protest o poziom wyżej. Zaczęły wystawiać warty pod Ministerstwem Zdrowia. Działaczki związkowe zainspirowały się zresztą filmem „Iron Jawed Angels” o amerykańskich sufrażystkach, które wystawiały warty pod Białym Domem, walcząc o prawa wyborcze. To przyniosło efekt, bo choć ministerstwo nie miało prawnych możliwości zmiany sytuacji, to jednak wpłynęło na dyrekcję szpitali, by potraktowały strajkujące pielęgniarki serio.

A drugi ważny protest ostatnich lat – który odbywał się na galerii sejmowej – miał miejsce w 2011 r. Posłowie głosowali wtedy nad pakietem ustaw zdrowotnych. Jedna z ustaw regulowała zaś kwestie form kontraktów, zawieranych przez pielęgniarki, położne i lekarzy z jednostkami ochrony zdrowia. Pielęgniarki nie zgadzały się na samozatrudnienie. Odbyły się głodówki, protest szybko eskalował, ale ustawy przegłosowano. W dodatku wtedy pod Sejmem pojawiły się pielęgniarki kontraktowe, które mówiły, że samozatrudnienie jest w porządku, że im to nie przeszkadza.

Co znamienne, w mediach w ogóle nie pojawiały się wówczas informacje dotyczące tego, czy przyjęte rozwiązania są ogólnoeuropejską normą, czy polską specyfiką.

Obstawiam, że prawdziwy był ten drugi wariant.

Tak jest. Oczywiście, w cywilizowanej części świata w wielu systemach opieki zdrowotnej wprowadza się model, w którym najbardziej wykwalifikowane i najlepiej zarabiające pielęgniarki w „godzinach szczytu” mają do pomocy zaangażowany na krótszy czas, mniej wykwalifikowany biały personel. Ale nie ma aż tak daleko idącego manipulowania przy stosunku pracy. W Polsce mamy tymczasem do czynienia z zupełną samowolką, ryzykowną także ze względu na dobro pacjentów.

A wracając do poprzedniej kwestii – białe czepki były także bardzo widoczne w ubiegłym roku, podczas wspólnych wrześniowych manifestacji związków zawodowych w stolicy. Myślę, że ich ówczesna inicjatywa, czyli marsz i debata pod Ministerstwem Zdrowia, była jedną z najbardziej rzucających się w oczy i najlepiej zorganizowanych wtedy akcji.

A jednak nic nie przebiło sukcesu Białego Miasteczka.

W środowisku pielęgniarek i położnych wciąż wrze. Wystarczy zajrzeć na portale internetowe białego personelu, żeby przekonać się, że wciąż odbywają się protesty w tych czy innych placówkach zdrowotnych. Tylko że dzieje się to na poziomie lokalnym i nie przebija do ogólnopolskich mediów. Dodajmy do tego, że obecnie znów wróciła uogólniająca narracja: „związki zawodowe znów czegoś chcą i nie wiadomo, o co właściwie im chodzi”. A sprawę komplikuje dodatkowo naprawdę duża złożoność zagadnień: przecież mamy też raz po raz do czynienia z protestami ratowników medycznych, którzy mają własne problemy, słabo rozpoznawane przez opinię publiczną.

Pewien temat pojawia się w naszej rozmowie raz po raz: biały personel a środki masowego przekazu. Listopadowe protesty pielęgniarek w Gdańsku chyba także umknęły opinii publicznej.

Myślę, że dziś nie ma „woli medialnej”, by  nagłaśniać tematykę związaną ze służbą zdrowia. A rzeczywista kwestia jest taka: efektywny publiczny system opieki zdrowotnej to nasz wspólny interes. Niestety, chyba większość Polaków tego nie pojmuje.

To z białymi czepkami pacjenci mają do czynienia najczęściej. Z jednej strony pielęgniarki mówią, że chorzy doceniają ich pracę, z drugiej strony dość często można się spotkać z narzekaniami pacjentów, że „nie mogą się doprosić siostry”, że „pielęgniarki siedzą u siebie i piją kawę”. Posłużę się pewną analogią: klienci Poczty Polskiej do rangi problemu społecznego podnoszą czekanie na odbiór awizo, choć rzeczywiste problemy z tą instytucją są znacznie głębsze. I podobnie brak wiedzy na temat systemowych problemów w służbie zdrowia powoduje, że przyjmuje się najłatwiejsze wyjaśnienie: że „pielęgniarki się ociągają”. Pacjenci nie dopytują, jakie mechanizmy przesądzają o tym, że pielęgniarek jest za mało, nie wiedzą, że w ciągu ostatnich dziesięciu lat zostały obciążone mnóstwem obowiązków administracyjnych.

Czy sytuacja białego personelu w skali kraju wygląda wszędzie podobnie, czy istnieją w tym względzie podziały: lepsze placówki, gdzie więcej się zarabia i kobiety nie są tak przepracowane, i gorsze, gdzie zarobki są niższe a zakres obowiązków i czas pracy prowadzi do chronicznego przemęczenia?

Z pewnością – choćby w kwestii zarobków – istnieje zróżnicowane ze względu na typ szpitali. Dużo zależy od tego, czy mamy do czynienia ze szpitalem miejskim, powiatowym, wojewódzkim czy klinicznym.

Do tego trzeba dodać jeszcze jedno. Obserwowałam z bliska także protest „ściany wschodniej”, w ramach którego tamtejsi pracownicy ochrony zdrowia oprotestowali algorytm przyznawania pieniędzy na poszczególne rejony kraju. „Ściana wschodnia” dostaje tych pieniędzy mniej, co przekłada się także na niższe zarobki. Osią sporu było to, ile pieniędzy dostają województwa wschodnie, a ile Mazowsze i województwo śląskie. Oczywiście na Śląsku działa więcej szpitali specjalistycznych, co można tłumaczyć wieloma czynnikami. Tyle że w efekcie i tak biedniejsza ściana wschodnia jest dodatkowo dyskryminowana, choć przecież ludzie tam też chorują. Rejon się wyludnia, a bezrobocie i tak rośnie, co jeszcze mocniej napędza migrację zarobkową.

Na ile realia zawodu pielęgniarki wpisują się w pewne sztampowe opisy społecznych i kulturowych obowiązków kobiet? Czy twoja książka porusza także i te problemy?

W zawód pielęgniarki wpisana jest pewna niestandardowość. Dwunastogodzinne dyżury, praca w nocy… Ta specyfika zawodowa nie może nie mieć konsekwencji dla życia rodzinnego białych czepków. Co ciekawe, jak mówiły mi same pielęgniarki, w tym zawodzie jest wiele samotnych matek. Z tego by wynikało choćby, że nie wszyscy mężczyźni czy mężowie umieją poradzić sobie z takim oddaniem pracy ich partnerek lub żon. Inna rzecz, że pielęgniarki wskazują, że ich sposób pracy wymaga innej organizacji życia rodzinnego, że ich dzieci szybciej się usamodzielniają. Tego się nie zmieni – takie są realia tej pracy, nie tylko polskie, tutaj nie będzie nigdy pracy „od dziewiątej do siedemnastej”.

Miałam naprawdę dramatyczne rozmowy z pielęgniarkami, które prowadziły strajk głodowy. Zwracały uwagę na to, że chciałyby mieć pracę, dzięki której mogłyby zapewnić swoim dzieciom dobre wykształcenie, dobre warunki do życia. Ale z drugiej strony podkreślały, że chciałyby, żeby ich życie nie kończyło się tylko na pracy, żeby miały czas dla siebie. Nie odwoływały się jedynie do tradycyjnej wizji życia rodzinnego, macierzyństwa. Mają silną tożsamość kobiet pracujących, którym należy się także czas wolny. Nie chcą zarabiać tylko po to, aby utrzymać rodzinę – chcą żyć na takim poziomie, który pozwoli im rozwijać się poza pracą i realizować swoje zainteresowania. W książce cytuję jedną z kobiet, która mówi: „Lubię tańczyć i chciałabym, żeby mnie było stać na kurs tańca. Żeby mnie było stać na rozwijanie swoich pasji. Nie chodzi tylko o to, żeby mi starczyło do pierwszego, tylko żebym mogła prowadzić życie na odpowiednim poziomie”.

W wyniku reformy przeprowadzonej przez AWS z zawodu odeszło wiele pielęgniarek, doszło także do znacznych cięć w zatrudnieniu. Dotknęło to przede wszystkim pielęgniarek w wieku przedemerytalnym, które zostały przeniesione na wcześniejsze emerytury. Wtedy pielęgniarki zarabiały mało i nie miały możliwości dorabiania sobie w zawodzie. W efekcie podejmowały się na przykład sprzątania. Później pojawiła się możliwość pracy kontraktowej i to dla części białego personelu jest bardzo atrakcyjne. Stąd na przykład ataki na działaczki związkowe, właśnie ze strony pielęgniarek kontraktowych: „chcecie nam utrudnić zarobkowanie, a to nasz wybór, mamy dość siły”. Tyle że nie chodzi przecież o to, żeby móc pracować niemal bez ograniczeń, tylko żeby mieć czas na odpoczynek, na konsumpcję, żeby robić cokolwiek innego między pracą a spaniem.

Inna rzecz, że standardy pracy i pensji pielęgniarek kontraktowych też się powoli obniżają. Na początku wydawało się, że uwolnienie od pewnych obciążeń jest jak złapanie Pana Boga za nogi: kwota kontraktu była wyższa niż pensja. Tyle że w zamian pojawiły się dodatkowe obciążenia, takie jak samodzielne prowadzenie księgowości (lub konieczność korzystania z profesjonalnych usług), a co istotniejsze, osoby samozatrudnione płacą zdefiniowaną składkę emerytalną, niezależną od dochodów oraz inne, gorsze rozwiązania dotyczące zwolnień chorobowych. W przyszłości będzie to miało bardzo negatywne efekty dla wysokości ich emerytur. Poza tym, gdy niedawno szukałam informacji dotyczących realiów pracy pielęgniarek kontraktowych, okazało się, że ich stawki są coraz gorsze, bo koszty pracy są nieustannie obniżane, pracodawcy szukają okazji, by wymusić na pielęgniarkach podpisanie gorszego kontraktu. Niejednokrotnie kontrakt oznacza gorsze warunki płacowe i większy zakres obowiązków. A pielęgniarki kontraktowe, choć młodsze z nich nie muszą się tym przejmować, też się postarzeją, zaczną chorować i okaże się, że brak dostępu do zabezpieczeń prawnych i socjalnych może być dotkliwy.

Bardzo podobna, tyle że o wiele bardziej opłacalna, jest strategia lekarzy: pracują w wielu placówkach medycznych na raz, są zagonieni, mają nikły kontakt z pacjentami, niezależnie od tego, czy mówimy o publicznych, czy prywatnych ośrodkach medycznych.

To zjawisko nie dotyczy zresztą tylko służby zdrowia – w Polsce w ogóle mało się zarabia i dodatkowa praca jest nieraz jedyną szansą na poprawienie budżetów prywatnych i domowych. Mamy do czynienia z systemowym problemem zbyt wysokich kosztów życia względem osiąganych przychodów.

Jest jeszcze jeden argument, chętnie przywoływany przez miłośników tezy, że „wszystko będzie dobrze”: sprowadzimy sobie pielęgniarki z Ukrainy.

Ten argument był używany już wiele lat temu i stanowi kalkę z debat toczonych na Zachodzie. Tyle że nasze realia są inne. Ukraińskim pielęgniarkom tak naprawdę nie opłaca się przyjeżdżać do Polski. To łatwo policzyć: przyjmijmy, że najsensowniejsze zarobki są w Warszawie. Ale jeśli odejmiemy koszty utrzymania, to zostaje akurat tyle, żeby wystarczyło na życie. No chyba, że wyobrażamy sobie, że te ukraińskie pielęgniarki będą nie dojadać i koczować gdzieś wspólnie.

Przynajmniej część pielęgniarek podkreśla, że realia zawodowe, które wymuszają pracę w kilku miejscach naraz, żeby zarobić godziwe pieniądze, odbijają się właśnie na jakości opieki nad pacjentami.

Tak jest. Mówią o tym, że brakuje im czasu dla pacjentów. A przecież to właśnie czas na solidną opiekę jest jednym z najistotniejszych elementów tego zawodu. We wprowadzeniu do książki cytuję wymowny fragment książki „Człowiek w teatrze życia codziennego”, przytaczany przez Ervinga Goffmana: „Pacjent widzi, jak siostra zatrzymuje się przy sąsiednim łóżku i przez krótszą lub dłuższą chwilę gawędzi z leżącym tam pacjentem. Nie wie, że obserwuje ona głębokość jego oddechu lub kolor i stan skóry. (…) Siostry, w jego mniemaniu, »marnują czas«, zamiast zajmować się czymś widocznym, na przykład wydawaniem lekarstw”. Do braku czasu dochodzi duży stres związany z pośpiechem, obawą przed pomyłką. No i fizyczne zmęczenie, związane z koniecznością pomocy dużej liczbie pacjentów.

Istnieje dziś ponadto tendencja, by jak najszybciej wypisywać pacjenta ze szpitala. Proces zdrowienia zostaje usunięty poza nawias zainteresowania placówki medycznej, skupionej na doraźnych czynnikach ekonomicznych. A przecież nawet z punktu widzenia długofalowego i szerszego rachunku ekonomicznego to jest bez sensu, bo lepiej ludzi porządnie wyleczyć i zadbać o solidną profilaktykę, niż łożyć na ludzi przewlekle chorych.

Ale dla wielu to jest bardzo w porządku: niech każdy leczy się prywatnie.

Przerzucanie kosztów leczenia na poszczególnych ludzi i rodziny to kolejna sprawa. Miałam w rodzinie przypadki zabiegu na przegrodzie nosowej, dość częste zjawisko. Osoba, która przechodziła ten zabieg trzydzieści lat temu, spędziła w szpitalu prawie tydzień i wyszła z niego z całkowicie zagojonym nosem. W drugim przypadku pacjent spędził w szpitalu dobę i został wypisany ze stosownymi zaleceniami. Nie był jeszcze zdrowy, nie funkcjonował normalnie, musiał leżeć, nie mógł pracować. Co więcej, potrzebował kogoś do opieki, nie mógł zostać w domu zupełnie sam. A to wyłącza z kolei drugą osobę z normalnego funkcjonowania. Nie mówiąc już o tym, że w razie ewentualnych powikłań taka osoba znów trafiłaby do szpitala. Opieka nad chorymi spychana jest na ludzi, którzy się na tym nie znają, a przecież nieodpowiednie zajmowanie się niedoleczonym człowiekiem może skutkować powikłaniami.

Widać wyraźnie, że wolnorynkowa logika zastosowana w służbie zdrowia jest skoncentrowana na sytuacji w obrębie pewnej bardzo ograniczonej jednostki, na przykład budżetu szpitala. Pacjent jest tylko elementem, którego trzeba się możliwie szybko pozbyć, bo zajmuje łóżko, a my musimy zarobić na następnej osobie. Rzadko mówi się o tym, jakie są koszty ogólnokrajowe takiego podejścia do lecznictwa – dla budżetu, dla polityki społecznej, a nawet dla pracodawców.

Czy twoim zdaniem w polskiej służbie zdrowia da się zauważyć silny konflikt klasowy? Czy jest on uświadamiany przez poszczególne podmioty, czy może w ogóle nie dochodzi do głosu?

Ten wątek się pojawia. Relacje białego personelu z lekarzami są często napięte, choć zdarzają się też przypadki dobrej współpracy. Zastanawiało mnie, czy jest to konflikt ściśle klasowy. Podchodzę do tego zagadnienia z punktu widzenia socjologii pracy, analizując relację pracy profesjonalnej i nie w pełni profesjonalnej. Praca profesjonalna gwarantuje wykonującej ją osobie pełną samodzielność i niezależność. Status takiej grupy zawodowej rozpoznawany jest przez państwo i znajduje ona swoje wysokie umocowanie w całym systemie. Takim statusem cieszą się choćby prawnicy, ale także lekarze, którzy „sami wszystkim rządzą”. To oni ustalają jakie są reguły gry: kto może zostać lekarzem (na tym m.in. skupia się praca ich samorządu), w jaki sposób przebiega leczenie, kogo usunąć z zawodu, itd.

Zawód pielęgniarki czy położnej też jest dziś profesjonalny, niemniej sposób, w jaki zorganizowana jest służba zdrowia i praca w placówkach medycznych powoduje, że ich płace i role traktowane są jako zdecydowanie „podrzędne”. Lekarze dysponują czymś, co Michel Foucault w książce „Narodziny kliniki” nazwał „medycznym spojrzeniem”: to oni mają władzę nad określaniem, kto jest zdrowy, a kto chory. Pielęgniarki nie mają tej władzy, w związku z czym uznawane są wciąż za grupę półprofesjonalną, nie w pełni samodzielną. A przecież, szczególnie współcześnie, te współzależności między lekarzem, pielęgniarką, położną czy technikiem gwarantującym prawidłowe wyniki badań wykonywanych za pomocą sprzętu medycznego, są o wiele bardziej złożone. W Polsce problemem jest także to, że wciąż panuje silne zhierarchizowanie w służbie zdrowia, a mniej jest pracy zespołowej.

Często same pielęgniarki uznają to za rzecz zupełnie naturalną.

Moim zdaniem zupełnie w Polsce nie przepracowaliśmy historycznych uwarunkowań związanych z tą kwestią. Nowoczesna medycyna i służba zdrowia to stosunkowo niedawne osiągnięcia cywilizacyjne. Jednym z momentów przełomowych było odkrycie Ignacego Semmelweisa, dotyczące konieczności odkażania rąk przez lekarzy – to była druga połowa XIX w…

Zapłacił za to straszną cenę. Ówczesnym lekarzom bardzo nie spodobała się jego teza, że są bezpośrednimi przenosicielami gorączki połogowej kobiet i nie zaakceptowali wyników jego badań oraz zalecanych metod odkażania rąk. Semmelweis nazwał ich „mordercami kobiet”, przeżył załamanie nerwowe, trafił do szpitala psychiatrycznego, w którym zmarł. Notabene, jego historię na kartach „Ducha równości” przypominają Richard Wilkinson i Kate Pickett, wskazując, jak często zabobon i arogancja stanowiły tamę dla niezbędnych, systemowych reform i zmian społecznych.

Semmelweis padł ofiarą systemu, który opierał się nie na legitymizacji eksperckiej, ale politycznej, symbolicznej, sięgającej głęboko w dzieje. Przecież medycy przez wieki nie mieli do zaoferowania wiele więcej niż upuszczenie krwi. Odnajdywali się jednak w strukturze władzy, negocjując warunki swojego w niej współuczestnictwa (także z hierarchią kościelną). Tymczasem pielęgniarstwo i położnictwo w długiej linii wywodzą się od uzdrowicielek, znachorów. Nierzadko medycy żyli w splendorze dworów, otaczając się aurą swojej pseudonaukowej na ogół wiedzy, a zajmujące się ziołolecznictwem „babki” były bliżej ludu. Paradoksalnie, to te grupy „znachorskie”, o niższym statusie społecznym, dysponowały nierzadko większą wiedzą empiryczną dotyczącą chorób, urazów czy skaleczeń, choć i w tym było wiele myślenia magicznego, „zamawiania chorób”, itp.

Kilka lat temu czytałam książkę „Miłość i Ludwik XIV” Antonii Fraser. Monarcha, jako stary już człowiek, był świadkiem wybuchu epidemii, która w krótkim czasie zabiła znaczną część jego rodziny. Znacznie „pomogli” jej w tym medycy. Niania najmłodszego dziecka zabarykadowała się w pokoju i powiedziała, że nie dopuści do niego lekarzy, którzy „leczyli” swoich wysoko urodzonych pacjentów upuszczaniem krwi i środkami na przeczyszczenie. Dziecko przeżyło tylko dzięki determinacji tej kobiety.

W XIX w. pojawiła się nowoczesna medycyna i zręby systemowej opieki zdrowotnej, ale sądzę, że w sferze kulturowej i symbolicznej wciąż dziedziczymy wiele z tej zamierzchłej przeszłości. Jest znaczące, że w zawodach lekarza i pielęgniarki wciąż operuje się różnicą płciową. W Polsce wciąż powszechnie stosowany jest zwrot „siostra” w stosunku do reprezentantek białego personelu, co wiąże się z faktem, że przez wieki to zakonnice opiekowały się chorymi. To jest wymowna różnica: „pan doktor” i „siostra”.

Znajoma opowiadała mi, że nie tak dawno, w czasie jej studiów, lekarze-wykładowcy zwracali się do swoich studentek pielęgniarstwa bardzo protekcjonalnie. Był nawet pewien „sympatyczny” doktor, który zachęcał: „Uczcie się, dziewczyny, żeby w przyszłości miał kto podcierać mi tyłek”…

Paradoksem całej sytuacji jest to, że z jednej strony w sytuacji zawodowej polskich pielęgniarek i położnych widać wiele trendów obecnych w innych krajach (choćby starzenie się społeczeństw i starzenie się białego personelu), tyle że nasze metody radzenia sobie z nimi jeszcze bardziej pogarszają sytuację. Cały czas brakuje naprawdę sensownej, głębokiej dyskusji o tym, jak sobie wyobrażamy naszą wspólną przyszłość w tej materii. Niesamowite jest to, że mamy dostęp do statystyk, obrazujących diagnozy demograficzne, wiemy, że konieczne jest przeformułowanie strategii publicznych dotyczących i godnego życia, i dobrej pracy. Przecież  pielęgniarki i położne będą i pracownicami, i pacjentkami. A jednak wszystko jest zamiatane pod dywan, nie ma długofalowej strategii dotyczącej tego, jak wyjść na przeciw starzeniu się społeczeństwa i starzeniu się pielęgniarek i położnych. Ewentualnie  sytuacja komentowana i diagnozowana jest według klucza: przyjdzie wolny rynek i rozwiąże wszystkie problemy. Ale tak się nie stanie.

Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, 26 listopada 2014 r.

 

Julia Kubisa (ur. 1979) – socjolożka i feministka, czasem publicystka. Adiunkt w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Interesuje się zagadnieniami pracy i płci,  zbiorowymi stosunkami pracy w perspektywie feministycznej oraz socjologią publiczną. Uczestniczka projektów badawczych w ramach VI i VII Programu Ramowego UE. Związana z Working Lives Research Institute, University of Hertfordshire w Wielkiej Brytanii oraz Instytutem FORBA w Austrii. Stale współpracuje ze związkami zawodowymi.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *