AUTOR

Tomasz Chabinka

publikował między innymi na łamach Liberte!, Kultury Liberalnej i Codziennika Feministycznego. Laureat Nagrody Kryształowego Świecznika za działania na rzecz budowy świeckiego państwa. Członek Rady Strategicznej Stowarzyszenia Projekt: Polska.

Jakub Majmurek w tekście „Obraz wolny, wolność ubezpieczający” zdecydowanie odrzuca wysuwane wobec „Charlie Hebdo” oskarżenia o rasizm i orientalizm. Trudno wobec tego braku wrażliwości pozostać obojętnym.

Publicysta „Krytyki Politycznej” ma rację, że to nie islam zabija. Słusznie martwi go możliwy wzrost nastrojów antyislamskich. Trudno polemizować też z przypuszczeniem, ze ostatnie wydarzenia zostaną wykorzystane przez polityków do forsowania antyimigranckiej i antywolnościowej polityki. Majmurek jednak myli się, odrzucając kierowane w stronę redakcji „Charlie Hebdo” zarzuty o rasizm i orientalizm.

Autor proponuje dwa kontrargumenty przeciwko zarzutom wobec publikowanych przez gazetę satyrycznych rysunków: „islam nigdy nie był jedyną religią, z jakiej naśmiewał się magazyn” oraz: „islam, jak wszystkie inne religie, jest światopoglądem” – i dlatego, zgodnie z tradycją oświecenia, musi podlegać dyskusji i krytyce, nawet jeśli stanowi część tożsamości grupy podporządkowanej.

W istocie pierwszy kontrargument można łatwo podważyć. To, że polskim kabareciarzom zdarza się zażartować z papieża, nie zmienia faktu, że inne ich żarty są homofobiczne czy seksistowskie, ani tych żartów w żaden sposób nie usprawiedliwia.

Jeśli zaś idzie o wierność dziedzictwu oświecenia, to naprawdę nie sądzę (być może Jakub Majmurek wyprowadzi mnie z błędu), by uwaga twórców ówczesnej satyry koncentrowała się na tradycji Senegalu, Wschodnich Indii czy Królestwa Polskiego. Wielka jej moc opierała się przede wszystkim na krytykowaniu tradycji społeczeństwa, którego dotyczyła, przez twórców do tego społeczeństwa należących.

Oczywiście, wobec takiego przedstawienia sprawy łatwo wysunąć zarzut, że muzułmanie żyją we Francji, są więc częścią francuskiego społeczeństwa. To jednak dosyć naiwny kontrargument. Imigranci i Francuzi żyją obok siebie, ale niekoniecznie ze sobą. Bez mechanizmów skutecznej integracji i stworzenia autentycznych możliwości awansu społecznego nie mamy do czynienia z jednym społeczeństwem, lecz z przeniesieniem mechanizmów kolonialnych na teren jednego państwa.

Nie oznacza to oczywiście, że obywatele Zachodu mają milczeć, gdy fundamentaliści religijni łamią fundamentalne prawa człowieka. Mamy prawo do krytyki, mamy prawo do podejmowania racjonalnych środków, które będą przeciwdziałały nasilaniu się przemocy na tle religijnym. Krytyka polegająca na publikacji karykatur obrażających uczucia religijne grupy podporządkowanej jest jednak tania i przeciwskuteczna.

Tania, gdyż nie uderza w interesy żadnej grupy, która byłaby uprzywilejowana w społeczeństwie, którego dotyczy. Nie jest nawet antyklerykalna  – zamiast bezpośrednio w cynizm i obłudę imamów, uderza też w podzielane przez wielu zwykłych wyznawców religijne tabu (na przykład zakaz portretowania proroka Mahometa).

Muzułmanie powinni móc widzieć w światowej lewicy sojusznika w walce z niesprawiedliwościami, z łamaniem ich podstawowych praw przez elity islamskiego świata oraz przez fundamentalistów. Lewica nie może pozwolić, by fundamentaliści przedstawiali się jako obrońcy wyśmiewanych przez zachodnich modernistów podstawowych wartości i godności.

Krytyka ta jest przeciwskuteczna, ponieważ grupa, w stronę której jest skierowana, nie posiada narzędzi pozwalających na zdekonstruowanie jej znaczenia. Zachód słusznie kojarzy się jej członkom z gospodarczym i kulturowym imperializmem. Z wolnością konsumpcji, która ma zostać przyniesiona na bagnetach amerykańskich żołnierzy. Czy tylko zbiegiem okoliczności jest, że w tej wojnie Islamu przeciwko chrześcijanom żaden atak nie miał jeszcze miejsca w chrześcijańskich przecież państwach Ameryki Łacińskiej?

Zachód powinien kibicować demokratyzacji państw i kultury islamu, jednak nie może tej demokratyzacji dokonać za członków tych kultur. Zmarły niedawno wybitny niemiecki socjolog Ulrich Beck diagnozował: „Tak zwany Trzeci Świat czuje się niższy właśnie dlatego, że tak wiele przejmuje od Zachodu – naukę, telefony komórkowe, Internet, modę, suwerenność narodową, myślenie w kategoriach zysku, indywidualizm. Nienawidzi tego, co go wyprzedziło i uzależniło od siebie. Nienawiść do zachodniej nowoczesności jest owocem jej zwycięstwa.”

Zachód musi dać muzułmanom szansę na odkrycie zalet (i wad) nowoczesności ich własną drogą. Emancypacyjna rewolucja, której dokonał w Indiach Mahatma Ghandhi, była możliwa dzięki właściwej interpretacji tradycji, nie przeciwko niej. Jak opisuje w książce „Ciesz się późny wnuku! Kolonializm, globalizacja i demokracja radykalna” Jan Sowa: „Mahatma nie zgadzał się z modernistami, uznającymi, że tradycje hinduizmu są złe i należy je odrzucić. Ale potępiał jednocześnie niektóre rozwiązania systemowe indyjskiego społeczeństwa (…) Zawsze argumentował przeciwko nim, odwołując się jednak zarazem do najstarszych i najświętszych tradycji hinduizmu. (…) Za pomocą wyrafinowanej retoryki przekonywał Hindusów, że nie należy zmieniać treści tradycji, ale jej wymowę, co tylko pozornie było postawą konserwatywną, w rzeczywistości oznaczało to w wielu wypadkach rewolucję. W przeciwieństwie do modernistów najczęściej udawało mu się dopiąć celu”.

Znana jest opinia Karola Marksa, że „religia jest opium ludu”. Zapomina się jednak, że myśliciel dostrzegał także, iż „nędza religijna jest jednocześnie wyrazem rzeczywistej nędzy i protestem przeciw nędzy rzeczywistej. Religia jest westchnieniem uciśnionego stworzenia, sercem nieczułego świata, jest duszą bezdusznych stosunków”. Lenin zmienił pierwotny sens słów Marksa, trzymając się jedynie pierwszej części marksowskiej diagnozy. Rozpoczął – jak wiemy już dzisiaj – przegraną walkę z religijnością. Warto, by lewica, dyskutując dziś o roli islamu, powracała raczej do słów Marksa, nie Lenina.

drukuj

KOMENTARZE

  1. Pełna zgoda. W podobnym duchu pisze Przemysław Wielgosz w styczniowym numerze Le Monde diplomatique, też być może polemizując z Jakubem Majmurkiem:
    Zamachy na Charlie Hebdo można wyjaśnić choć nie sposób ich usprawiedliwić. Nie należy jednak bezkrytycznie utożsamiać linii tego satyrycznego tygodnika z jakąś emanacją idei wolności słowa. Nie zawsze była ona mu tak bliska jak by się to wydawało. Pismo, które zaczynało w latach 60. od anarchistycznych ataków na władzę, po roku 2000 zmieniło front popierając izraelską agresję podczas drugiej intifady (a także na Liban w 2006 r.). Odtąd na celowniku rysowników Charlie znaleźli się nie tylko silni i syci, ale też słabi i głodni. Dlatego przypisywanie im związków z tradycją oświeceniową jest zupełnie nietrafione. Ta przecież stawiała czoła autorytarnej władzy, a nie jej ofiarom. Rysunkowe ataki na islam towarzyszące atakom amerykańskich, izraelskich i francuskich bombowców czy dronów na wsie i miasta zamieszkiwane przez muzułmanów nie zasługują na miano odważnej krytyki religijnego autorytetu. Raczej już są tchórzliwym podżeganiem. Zupełnie tak samo, jak karykatury Żydów ukazujące się w polskiej prasie po marcu 1968 r., które nie były wyrazem wolności słowa, ale jego zniewolenia i instrumentalizacji przez rządzących.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *