AUTOR

Aleksandra Bilewicz

Socjolożka, spółdzielczyni, publicystka

A.B: Jak to jest być socjologiem w kraju peryferyjnym?

Prof. Tomasz Zarycki: Zacznijmy od tego, że peryferie są różne. Ja widzę Polskę jako peryferie specyficzne, które kompensują swoją peryferyjność głównie kapitałem kulturowym. Drugim krajem peryferyjnym, który mnie interesuje, jest Rosja, która z kolei kompensuje ten swój status przede wszystkim kapitałem politycznym. W Polsce bycie socjologiem daje bardzo duże przywileje, które są często niedoceniane. A to właśnie ze względu na szczególną rolę kapitału kulturowego, która przekłada się na pozycję inteligencji – w tym socjologów – w strukturze społecznej. Zawodowi socjologowie chcąc nie chcąc wchodzą w inteligenckie role, nawet jeśli się formalnie wobec nich buntują, a więc np. odżegnują się od swojej inteligenckości. Aktywniejsi i bardziej wpływowi z nich odgrywają więc najczęściej podwójna rolę: naukowców, ale też osób publicznych. Jest naturalne, że taki socjolog musi wypowiadać się nie tylko na temat swoich konkretnych ustaleń badawczych, ale też dawać recepty na uzdrowienie kraju i świata. Takie są wobec niego oczekiwania. To jest spora różnica w stosunku do innych krajów, gdzie przede wszystkim oczekuje się wiedzy profesjonalnej. W Stanach Zjednoczonych na przykład jest dużo mniej oczekiwania, że socjolog będzie tym, który wytyczy właściwe kierunki rozwoju całego kraju. On ma raczej podpowiadać konkretne rozwiązania praktycznych problemów. Ale z drugiej strony tutaj jest dużo większe zainteresowanie naszą pracą – jeśli tylko wykazujemy jakąś aktywność, czy to zawodową, czy społeczną, od razu stajemy się widoczni. Sądzę, że na naszych peryferiach dużo bardziej się socjologów słucha – choćby w sensie obecności w mediach – niż w przeciętnym kraju centralnym.

Jednak w krajach „rdzeniowych” też często mamy do czynienia z rolą „publicznego intelektualisty”. Myślę tu na przykład o Francji.

Rzeczywiście, we Francji intelektualista ma więcej do powiedzenia, szczególnie, jeśli jest gwiazdą, niż w Stanach Zjednoczonych. Ale autonomia, jaką cieszą się intelektualiści w krajach centrum, nie oznacza widoczności. Zależność jest wręcz odwrotna. Polscy socjologowie mają znaczącą widoczność, ale przez to również ograniczoną autonomię. Ponieważ tak wiele osób z czołówki naszej socjologii, i w ogóle nauk społecznych, jest zaangażowanych w sferę publiczną, jest wywierana ogromna presja, aby wyrażały one stanowiska, które są wprost polityczne, albo łatwo przekładają się na jakieś polityczne oceny. I to potem zwrotnie wpływa na całe pole naukowe. Z kolei na przykład w USA socjologowie mają mniej widoczności, ale za to większą autonomię. Mało kogo poza ich środowiskiem obchodzi, co myślą, co robią. Tej autonomii zawdzięcza swoje istnienie silna lewicowa, skrajnie krytyczna, antykapitalistyczna część nauk społecznych. Niektórzy w ogóle są rewolucjonistami. Czekają, aż się kapitalizm zawali albo snują takie plany. Ale oni są traktowani jak niegroźni wariaci. Piszą książki, wydają w jakimś śmiesznym nakładzie, trochę zarażają tym studentów, ale w sensie wielkiej polityki mało kogo to obchodzi. U nas ceną widoczności jest to, że jeśli wchodzimy w tematy bardziej polityczne, trudno jest naruszać normy tego, co wypada mówić i robić. Gdy to robimy, i tak zwykle odczytywani będziemy politycznie, tzn. przypisywani do jednego lub drugiego obozu i z pozycji politycznych ganieni lub chwaleni. Ten mechanizm wiele osób „spycha” na pozycje coraz bardziej zależne od świata polityki: naturalnym jest, by podążać za głosami swych obrońców, gdy jest się głośno potępianym, a chęć publicznego zaistnienia jest naturalną pokusą, w szczególności dla naukowców społecznych, dla których przenikanie ich głosu do szerszych kręgów społecznych jest oczywistą wartością.

Wychodzi na to, że duża rola socjologów w sferze publicznej wiąże się z korzyściami dla jednostek. Robi z nich celebrytów, ale celebrytów służebnych.

Trzeba pamiętać, że ich przekazy są różne. Większość dużych sił politycznych ma, mówiąc w uproszczeniu, „swoich socjologów”. Jeśli rozumieć krytykę jako wybór którejś z tych opcji, to ona oczywiście istnieje. Ale jeśli szukać myślenia w kategoriach wykraczających poza ustalone nurty debaty politycznej, to jest z tym dużo trudniej.

W ostatnim tekście napisanym z Tomaszem Warczokiem dla „Stanu Rzeczy” wyróżniacie trzy nurty we współczesnej polskiej socjologii: modernizacyjny, heretycki i krytyczny. W jaki sposób są one umocowane politycznie?

Nurtem ortodoksyjnym jest w naszym ujęciu ten, który można określić jako liberalny, proeuropejski. Ten drugi, heretycki, mówiąc potocznie, jest „pisowski”, związany z obecną opozycją.

My byśmy chcieli plasować się w nurcie krytycznym, takim, który jest słabo wykształcony, mało widoczny w sensie publicznym. Jest krytyczny w sensie abstrahowania od tematów politycznych, nie chce się wpisać w żaden z tych obozów, a próbuje rekonstruować wspólne dla tych dwóch obozów założenia – coś, co Pierre Bourdieu nazywa „doksą”.

Jak Wam się udaje utrzymać autonomię?

Na poziomie indywidualnym jakoś się udaje. Dopóki mamy jakieś skromne dochody i etaty, możemy pisać artykuły. Nie wiem jednak, czy nasza praca ma przyszłość jako przedsięwzięcie szersze, publiczne.

Zmierzam do tego, o czym też trochę piszecie: że nawet socjolog krytyczny ma tendencję do zbliżania się do któregoś z tych biegunów. Gdzie w tym systemie umieścić coraz bardziej obecnie popularną socjologię publiczną w duchu Michaela Burawoya czy np. prace Macieja Gduli?

Jest za wcześnie na takie pytania, trzeba poczekać. Mam wrażenie, że polskim kontekście to jest na razie próba swego rodzaju importu intelektualnego, która się jeszcze nie zakorzeniła. W moim odbiorze socjologia publiczna Burawoya jest dość silnie upolityczniona, ale w zachodnich ramach odniesienia. To jest pewien projekt aliansu lewicy politycznej, ruchów społecznych, związkowych itp. ze zorientowaną antykapitalistycznie czy krytycznie wobec kapitalizmu częścią nauk społecznych pod socjologicznym przywództwem. Mam wrażenie, że w polskim kontekście nie do końca to będzie rezonować, tym bardziej, że jest to perspektywa silnie ekonomiczno-centryczna. Ale jak to się będzie rozwijać, nie wiadomo.

Jeśli zaś chodzi o Maćka Gdulę to, jak wiemy, jest związany ze środowiskiem „Krytyki politycznej”. Być może jego głos nie jest całkowicie reprezentatywny dla tego środowiska, ale jego myślenie związane jest, w mniejszym lub większym stopniu, z tym projektem politycznym. I jeśli to środowisko politycznie odniesie jakiś wymierny sukces, wprowadzi do przestrzeni publicznej swój sposób myślenia o świecie jako rozpoznawaną powszechnie alternatywę, to wtedy można się zastanawiać, czy oni też stworzą „nową” socjologię. Ale jeśli to się nie uda, to, co robi Gdula i jego koledzy, też pozostanie takim indywidualnym, czy raczej grupowym w wąskim tego słowa znaczeniu, projektem, nawet jeśli posiadać będzie on dość szerokie międzynarodowe powiązania.

W swoich książkach i artykułach odwołujesz się do teorii Pierre’a Bourdieu, dostosowując ją jednak do rzeczywistości europejskich peryferii. Jak koncepcje Bourdieu sprawdzają się w odniesieniu do Europy Środkowo-Wschodniej? W twoich wypowiedziach pojawiły się już takie pojęcia, jak np. doksa czy pole władzy, które warto by było przy okazji wyjaśnić.

W dużym stopniu opieram się na pomyśle Ivana Szelényi’ego i współpracowników (w szczególności G. Eyala i E. Townsley). Wydali oni w 1998 roku książkę „Making Capitalism Without Capitalists. Class Formation and Elite Struggles in Post-Communist Central Europe”, w której zaproponowali odniesienie teorii Bourdieu do Europy Środkowo-Wschodniej. Odnieśli się do trzech głównych typów kapitału, które wyróżnia Bourdieu: ekonomicznego, kulturowego i politycznego (przy czym kapitał polityczny rozpatrują jako jeden z typów kapitału społecznego, uznając, że w analizie tych krajów kapitał społeczny należy w dużym stopniu sprowadzić do politycznego). Ja ten model staram się rozwijać i nieco korygować. Szelényi i współpracownicy sugerują, że kapitał kulturowy jest w Europie Środkowej wyjątkowo ważny. W szczególności w Polsce i na Węgrzech, w mniejszym stopniu w Czechach.

W swoich klasycznych pracach Bourdieu opisuje społeczeństwo zachodnie na przykładzie Francji, gdzie według niego ma miejsce dominacja kapitału ekonomicznego. Kapitał kulturowy jest tam bardzo istotny, ale wtórny w stosunku do ekonomicznego. W modelu francuskim istnieje opozycja między kapitałem ekonomicznym, który dominuje, i kulturowym, który jest zdominowany. Tymczasem Szelényi ze swoimi ówczesnymi doktorantami sugerował, że w naszej części Europy kapitał kulturowy był ważniejszy, co jest związane ze znaną historyczną tezą, że nie powstała tu burżuazja jako ważna siła polityczna. Substytutem burżuazji jest inteligencja, czy, jak oni piszą, Bildungsbügertum. Historycznie, zamiast burżuazji ekonomicznej, mamy więc „burżuazję kulturową”. Oni pokazują, że ten rys był bardzo wyraźny już w okresie międzywojennym, a nawet wcześniej. Potem zaburzył to stalinizm. Wszedł model sowiecki, który zakładał dominację kapitału politycznego. Ale ta dominacja się powoli osłabiała. Po upadku komuny w Europie Środkowej nie udało się (jak udowadnia Szelényi w wielkim badaniu robionym razem m.in. z Wnukiem-Lipińskim i Jackiem Wasilewskim), uwłaszczenie nomenklatury (było to hasło, które pierwsza wylansowała chyba Jadwiga Staniszkis). Okazało się, że większość ludzi z dawnej nomenklatury, którzy nie mieli odpowiednich kompetencji, nie była w stanie utrzymać swoich zdobyczy ekonomicznych. Pokazuje to też w swoich pracach Krzysztof Jasiecki. Kluczowym problemem była niezdolność do przekształcenia uzyskanych w okresie upadku starego systemu zasobów w stabilne, nowoczesne i zdolne do ekspansji podmioty gospodarcze. Na przeszkodzie stanęły zarówno siły dawnej opozycji starające się utrudnić byłym komunistom uwłaszczenie oraz wykorzystanie państwa do konsolidacji swojej pozycji ekonomicznej, jak i międzynarodowe korporacje, które z końcem lat 90. zaczęły wypychać z rynku słabsze polskie podmioty. Ze względu na to, że to uwłaszczenie się nie udało, nie powstała nowa burżuazja. Wracamy więc do punktu wyjścia.

W tym wszystkim używam pojęcia „pola władzy”, które Bourdieu zaproponował jako nowy, neutralny sposób mówienia o elicie. W każdym społeczeństwie jest takie środowisko, w którym są przedstawiciele wszystkich właściwie istotnych sfer, którzy się znają bezpośrednio lub przynajmniej rozpoznają, czy są w stanie, gdy tylko zajdzie taka potrzeba, zidentyfikować wielu wspólnych znajomych. Pole gospodarcze, naukowe, artystyczne i tak dalej zwykle wchodzą w każdym społeczeństwie w rozmaite interakcje, a najważniejsze z nich odbywają się na poziomie bezpośrednich kontaktów dominujących aktorów z tychże pól. Łącznie tworzą oni wspomniane środowisko osób, w którym wszyscy ze wszystkimi się znają lub rozpoznają się wzajemnie, i to jest właśnie pole władzy. To tam ustalane są główne stawki polityczne, a także relacje pomiędzy poszczególnymi środowiskami elit, różnice pomiędzy którymi definiować można poprzez typy posiadanego kapitału, np. odróżniając frakcje zorientowane na kapitał polityczny czy ekonomiczny od tych zorientowanych na kapitał kulturowy, itp.

O doksie można powiedzieć, że to są to pewne założenia podzielane, przez wszystkich – brane za oczywiste, a więc niewidoczne. Są to założenia o budowie świata społecznego, które wszyscy uznają za wypływające ze zdrowego rozsądku czy powszechnie podzielanych wartości. Zapominamy zwykle, że to jest element pewnego konsensusu politycznego, który, ponieważ jest powszechny, jest niedostrzegany.

A jak się przejawia, twoim zdaniem, dominacja kapitału kulturowego w Polsce?

Można to obserwować na różnych wymiarach. Moim ulubionym jest wymiar długiego trwania, czyli przekazywania pozycji społecznej. Jak się spojrzy na ostatnie 100 lat albo więcej, to można zobaczyć, że żadna frakcja elity, osób, które miały wysoki status społeczny, nie była w stanie przekazać go swoim dzieciom inaczej niż za pomocą kapitału kulturowego. Ponieważ to jest jedyny zasób w naszej części Europy, który jest w miarę stabilny, można go w miarę stabilnie akumulować, a potem przekazywać. Przez kapitał kulturowy rozumiem nie tylko wykształcenie. Obejmuje on wiele nieformalnych kwestii związanych z socjalizacją: tak zwane „dobre wychowanie”, dobry smak, dobry gust, dobre, a więc uznawane za kluczowe w danym środowisku, wartości. Często także materialne przedmioty, jak książki czy pamiątki rodzinne. Kapitał ekonomiczny jest w zasadzie nieprzekazywalny, gdyż w naszej części Europy mamy co kilkanaście-kilkadziesiąt lat jakiś totalny upadek, wojny, kryzysy ekonomiczne, niezliczoną ilość dewaluacji, denominacji. Sam pamiętam hiperinflację, która towarzyszyła w Polsce upadkowi komunizmu. Również na poziomie politycznym trudno jest przekazać status społeczny. To nas odróżnia od Rosji i innych krajów byłego Związku Radzieckiego. Tam nomenklatura za komuny przekształciła się w samoreprodukującą się warstwę. Do dzisiaj wszyscy wiemy, że członkowie elity polityczno-gospodarczej Rosji to w dużym stopniu ludzie wywodzący się z rodzin, które były w nomenklaturze już w czasach sowieckich, podczas gdy w Polsce komuna nie wykształciła mechanizmu reprodukcji. Dzieci nomenklatury komunistycznej prawie nigdy nie dziedziczyły pozycji politycznych.

Ale na przykład liderzy protestów w marcu 1968, późniejsi przywódcy opozycji, to przynajmniej po części dzieci nomenklatury.

Tak, ale to jest już inny kapitał. Jeśli nie szliby w pisanie tych pisemek, w działalność intelektualną i nieformalną, a na przykład poszliby do ministerstw, nie zostaliby długo w polu władzy, bo by ich stamtąd wymyła kolejna czystka. Jeśliby nie weszli w role inteligenckie albo ich nie przejęli po swoich rodzicach, to by nie przetrwali. Komunizm w Polsce paradoksalnie wzmocnił znaczenie kapitału kulturowego, bo on się w PRL-u okazał jedynym trwałym zasobem. W Rosji został z kolei bardzo osłabiony. Przede wszystkim za sprawą wielkiej stalinowskiej czystki, która była nieporównywalna do tego, co działo się w Polsce. Tam zabito albo wysiedlono znaczącą część inteligencji, prawie całkowicie przerwano pamięć rodzinną. W ogromnej liczbie rodzin bano się mówić o rodzinnych tradycjach, w szczególności inteligenckich, mieszczańskich czy ziemiańskich. W Polsce takiej atmosfery nie było, co nie znaczy że w niektórych polskich rodzinach nie wypierano pewnych elementów tożsamości, np. niepolskiego pochodzenia przodków. Tradycyjne środowiska inteligenckie, czy też ziemiańskie, były często bardzo prześladowane, i zwykle się pozamykały, ale w kręgach rodzinnych ich pamięć była kultywowana. Bardzo wiele zdziałał tu oczywiście Kościół, wzmacniając autonomiczną sferę wokół części tych elitarnych środowisk. W efekcie w najlepsze trwała reprodukcja kapitału kulturowego.

Dominację tego typu kapitału można też pokazywać w innych wymiarach. Są ciekawe badania dotyczące szkolnictwa, selekcji na poziomie egzaminów. Na najlepsze uczelnie dostają się ludzie, którzy mają najlepszy kapitał rodzinny, kulturowy. Podczas gdy ludzie z dużym kapitałem ekonomicznym, owi „nowobogaccy przedsiębiorcy”, mają do nich o wiele bardziej ograniczony dostęp. Mogą posłać swoje dzieci na studia za granicę, ale wtedy mało kto wraca.

Jest jeszcze symboliczny wymiar sprawy. Cały system polityczno-kulturowy Polski pracuje na dowartościowanie inteligenckości. Prawie wszędzie obserwować można, nazywany takimi czy innymi słowami, ale wyraźny i kluczowy podział na „ludzi kulturalnych” (czyli, w domyśle, inteligentów), i „niekulturalnych”, czyli w brutalnym ujęciu „chamów”. I to jest zakodowane praktycznie we wszystkim: w naszej edukacji, w świętach narodowych. Wystarczy pójść na dowolną uroczystość na uniwersytecie, ale również dowolne obchody rocznicowe – to jest zawsze święto ku czci „inteligenckich tytanów”, zawsze się mówi, że to są jedyne wzory, jakie mamy.

Można by też pewnie pokazać – choć to są już spekulacje, ja tego nie udowodniłem – że ludzie, którzy robią karierę finansową, mają bardzo dobre posady w korporacjach i tak dalej, to też w dużym stopniu są inteligenci. Ludzie, którzy osiągnęli tę swoją bardzo dobrą pozycję dzięki umiejętnościom, kompetencjom kulturowym, kontaktom. To było oczywiste jeszcze w tych pierwszych latach, jak komuna upadała. To byli ludzie, którzy zawsze mieli dużo kontaktów za granicą, znajomość języków… Często te kontakty i doświadczenie zdobyte na zachodzie, a wówczas niedostępne dla innych, powodowały, że oni pierwsi byli wybierani do tego, żeby zakładać oddziały korporacji zachodnich. Uzyskali tym samym ogromną możliwość robienia kariery. Myślę, że oni instynktownie czują, że gra kulturowa jest dla nich bardzo ważna, że to jej zawdzięczają karierę, a dla zabezpieczenia pozycji kulturowej kluczowe jest kultywowanie inteligenckich wartości i przekazywanie ich następnym pokoleniom.

Mam wrażenie, że to, co mówisz, jest jednak bardzo odległe od potocznego obrazu, czy tego, jak same rodziny inteligenckie to widzą. Wydaje mi się, że panuje w nich raczej swoiste poczucie oblężenia, otoczenia przez morze chamstwa i hołoty. Inteligencja czuje się czymś w rodzaju samotnej wysepki na morzu barbarzyństwa. Takie podejście jest reprodukowane przez część mediów, myślę tu oczywiście na przykład o „Gazecie Wyborczej” (choć istnieje też elitaryzm mediów prawicowych). Bardzo wyraźnie to widać np. w kontekście dyskursu na temat Marszu Niepodległości.

Ja bym przewrotnie argumentował, że to jest częściowo hipokryzja, a częściowo natura konstruowania pozycji czy inteligenckiej dominacji. To musi być coś rzadkiego, elitarnego. W związku z tym dyskursy paniki moralnej są elementem podtrzymywania gry inteligenckiej: jesteśmy unikalni, wybitni, jesteśmy nosicielami jakiegoś „skarbu społecznego”, skarbu polskiego, więc jesteśmy oblężoną twierdzą. W innych formach panika zawsze towarzyszyła inteligenckiej świadomości. Komuniści też byli określani jako „chamstwo”, które opanowało również telewizję.

Często mówiono o tym w kategoriach estetycznych. Przypomina mi się słynny wiersz Herberta „Potęga smaku”: komuna jest zła, bo jest po prostu w złym guście, bo to są „chłopcy o twarzach ziemniaczanych” i „bardzo brzydkie dziewczyny o czerwonych rękach”.

Ten wiersz mi się też wielokrotnie przypomina, kiedy myślę o inteligenckości. Ta „kwestia smaku” jest sądem bezwarunkowym. Prawo do oceny estetycznej łączy się z prawem do moralnego osądu.

Kiedy dzisiaj mówię o inteligencji, ludzie często odpowiadają: „nie, nie masz racji, teraz rządzi pieniądz, ostatni inteligenci już umierają”. Ale wspominając ten czas, kiedy inteligencja miała się dobrze, mówi się o okresie komuny. Przyznaje się w ten sposób, że za komuny inteligencja była bardzo ważna, bardzo wpływowa. Tymczasem, gdybyśmy się przenieśli w tamte czasy, to też słyszelibyśmy inteligentów, którzy twierdzili, że są wymierającą, prześladowaną garstką. Wtedy też było „chamstwo”, które wszędzie się rozlewa, w postaci „docentów marcowych” i tak dalej. To ładnie pokazuje subiektywność tej oceny. Za 20 lat też pewnie będzie się mówić, że w latach dwutysięcznych to jeszcze byli inteligenci, robili jeszcze jakieś gazetki, ale to byli ci ostatni. Mam wrażenie, że w inteligenckości jest ogromny ładunek negacji swojej pozycji. Silny jest dyskurs upadku, ostatnich odchodzących. Jest taka książka rosyjsko-amerykańskiej publicystki Maszy Gessen o inteligencji – „Dead Again. The Russian Intelligentsia after Communism” – która pokazuje, że inteligencja od początku swojej historii „umiera”, „jest nieważna” – i że de facto jest to sposób na reprodukcję elitarności. Niezwykle ważne dla inteligencji są wszelkie uroczystości pogrzebowe czy wspominkowe – osoby, które w sposób najbardziej wyrafinowany mówią o tych, którzy odeszli czy odchodzą, ogłaszając, że nigdy już takich nie będzie, stają się nowymi liderami. Niewypowiedziana zasada jest taka, że kto w sposób najbardziej kompetentny widzi wartości tych, którzy odeszli, de facto jest najbardziej kompetentnym kontynuatorem. Dyskurs o upadku tak naprawdę podtrzymuje tę grę.

Czyli wspominanie jest według ciebie mechanizmem przejmowania władzy.

Tak, bo de facto ja wtedy mówię: ja znałem te osoby od dawna, często od dzieciństwa, a więc urodziłem się w dobrej rodzinie, a teraz społecznie buduję swoja pozycję używając słów, które mówią, że gry nie ma, że się skończyła.

Mam jednak wrażenie, że dzisiaj zanika autoidentyfikacja z inteligencją.  W młodszym pokoleniu mówienie o sobie „jestem inteligentem” się chyba prawie nie zdarza.

To prawda. Ale też w samej inteligencji jest bardzo silna presja na nieobnoszenie się swoją inteligenckością. Generalnie nie wypada. Podobnie jest w środowiskach arystokratyczno-ziemiańskich. Nikt, kto ma prawdziwy tytuł książęcy, nie będzie mówił, że jest księciem. To może ktoś szepnąć za plecami tej osoby. Co nie zmienia faktu, że gra w arystokrację trwa w najlepsze od wielu wieków. Występuje tu pełno eufemizmów. Dla inteligencji jest to np. „człowiek kulturalny”, „dobrze wychowany” czy „pochodzący z rodziny z tradycjami”. Mówi się często mimochodem: „to jest bardzo kulturalna osoba”.

Zastanawiam się, czy jednak nie przypisujesz kapitałowi kulturowemu zbyt dużej roli, zapominając o kapitale ekonomicznym. Czy nie jest tak, że w naszej części świata mechanizmy ekonomiczne, jak wszędzie, odgrywają zasadniczą rolę w podziale władzy? Podobny zarzut stawia ci zresztą Maciej Gdula, który pisze wręcz, że podtrzymujesz orientalistyczny podział na „duchowe” peryferie, związane z kulturą i „materialistyczne” centrum.

Maciek Gdula chyba nie do końca zrozumiał mój czy Szelényi’ego tok rozumowania. Chodzi o hierarchie pomiędzy kapitałami, jakimi dysponują miejscowe elity. Takie ujęcie nie oznacza, że nasze czy szerszej peryferyjne elity są bardziej „uduchowione” czy nawet bardziej „kulturalne” albo lepiej wykształcone, tylko że kapitał kulturowy jest dla nich najważniejszym i najstabilniejszym z zasobów w dłuższej perspektywie. Nie jest moim celem marginalizowanie zjawisk ekonomicznych. One są w moim ujęciu wspólne dla centrów i peryferii, bo, jak mówił Wallerstein, są to części jednego systemu społeczno-ekonomicznego. Zresztą inteligencja często ma też nie najgorsze zasoby ekonomiczne. W tym jest też często hipokryzja, że inteligenckość jest niby kwestią dobrego smaku, gustu, wychowania. Tymczasem jest to też kwestia zasobów materialnych, bo jest wiele rzeczy, które inteligent powinien robić, a które wymagają na przykład dużych rezerw wolnego czasu.

Myślę tu w szczególności o takim zasobie jak mieszkanie. Jego posiadanie lub nie może silnie zróżnicować pozycję dwóch podobnie wykształconych osób w dużym mieście. Mając własne mieszkanie, możesz mało zarabiać i mieć wciąż dużo czasu na zajmowanie się aktywnością „inteligencką”.

To prawda, jest to zasób ograniczony. Dodatkowo mieszkania stanowią często wartość kulturową: w dobrych dzielnicach, w dobrych kamienicach, wyposażone w różne obiekty kulturowe, takie jak książki.

Przechodząc jednak do poziomu makro, powiedziałbym, że w Polsce brakuje jednak silnej burżuazji, a ten brak uprzywilejowuje inteligencję. Nie anuluje to jednak ekonomiczności naszego społeczeństwa, gdyż tę polską burżuazję zastępują zachodnie korporacje. Tworzy się bardzo specyficzna sytuacja, że ludzie, którzy są właścicielami znacznej części polskiej gospodarki, są prawie nieobecni w Polsce – w sensie politycznym, kulturowym, a często też fizycznie. Reprezentują ich zarządcy i menedżerowie. Generalnie zasada działania tych korporacji jest taka, że one się nie mieszają w sprawy kulturowo-polityczne. Można mówić o takim milczącym pakcie między kapitałem zagranicznym a krajami peryferyjnymi.

Jak to? Muszą się mieszać politycznie, aby zapewniać sobie niski poziom opodatkowania i niskie płace.

Ale to jest kwestia ekonomiczna. My staramy się dla nich robić najlepsze warunki ekonomiczne, nie podnosimy sprawy własności kapitału, nie utrudniamy mu działania, ekspansji i tak dalej, ale z drugiej strony oni się nie mieszają wprost w politykę i w kulturę.

Czyli de facto inteligenci, o których twierdzisz, że pracują na wysokich stanowiskach w korporacjach, pełnią służebną rolę wobec kapitału ekonomicznego.

Moim zdaniem to zwiększa jeszcze widoczną rolę inteligencji. Inteligencja dostaje znaczną autonomię od kapitału i jej używa, choć ta autonomia w dużej mierze wydaje się symboliczna. Dotyczy w pierwszej kolejności inteligenckiej gry, która toczy się przede wszystkim w planie kulturowym, towarzyskim, częściowo politycznym.

Właśnie, więc ta gra kulturowa jest jednak jakimś pozorem.

Jest i nie jest. Jesteśmy już częścią świata zachodniego, więc możemy patrzeć na naszą inteligencką grę kulturową jako na taką zabawę – prawdziwa gospodarka jest gdzie indziej, a my sobie „robimy inteligenckie teatrzyki” w postaci sporów o to, kto z nas jest lepiej wychowany czy bardziej oczytany, co na prawdziwe mechanizmy ekonomiczne pozornie nie wpływa. Z drugiej strony trochę jednak wpływa, bo samo istnienie tej gry wiąże się z legitymizacją dla obecności kapitału zachodniego. Potencjalnie ta milcząca zgoda na jego obecność mogłaby być wycofana lub ograniczona. Wszystko zacznie się wyjaśniać i komplikować w momencie, kiedy panujący system zacznie się załamywać czy poważnie zacinać, na przykład przy następnym kryzysie gospodarczym, kiedy kapitał, dajmy na to, zacznie się wycofywać albo nastąpią jakieś międzynarodowe napięcia polityczne. Rola inteligencji jest większa, niż się może wydawać. W momentach kryzysowych okazuje się, że bez jej zgody politycznej i legitymizacji kulturowej funkcjonowanie takiej silnej zewnętrznej zależności jest niemożliwe. Ona legitymizuje ład, który jest obecnie bardzo stabilny, choć w dużym stopniu niewidzialny, ale przy silniejszym tąpnięciu okazuje się, że ona jest głównym graczem. Znaczenie owych mechanizmów widoczne było dobrze momencie kryzysu systemu komunistycznego, w szczególności właśnie wtedy, gdy utracił on milczące poparcie inteligenckiej większości, czyli gdzieś z końcem lat 70. W ostatnich latach swego istnienia funkcjonował on w efekcie z wielkim trudem, również z powodu braku legitymizacji, i jawił się powszechnie jako „irracjonalny” czy „absurdalny”, co wcześniej, nawet w czasach, gdy żyło się dość skromnie, nie było wcale takie oczywiste.

Ale czy nie jest jednak tak, że wraz z rozwojem kapitalizmu w Polsce powstaje jakaś opozycja wobec inteligencji w postaci rosnącej nowej klasy średniej? Ludzi, którzy budują swoją pozycję nie na kapitale kulturowym, ale na kapitale ekonomicznym – menedżerowie, przedsiębiorcy. Funkcjonuje też np. teza, że Unia Wolności była partią stricte inteligencką, a Platforma reprezentuje mieszczańską klasę średnią.

Wiele osób powie, że oni już są najważniejsi, że inteligencja jest gdzieś tam w cieniu. Ja bym jednak powiedział, że ta nowa klasa średnia wciąż nie ma realnej siły politycznej. Jej reprezentanci w większości są zwolennikami Platformy, idei wolnego rynku, ale Platforma jest też częściowo inteligencka. Wygrała ona co prawda swego czasu spór z o wiele bardziej otwarcie inteligencką Unią Wolności, ale następnie przecież w dużym stopniu tę ostatnią wchłonęła. Można więc powiedzieć, że było to pewne przesunięcie się w szerszym polu liberalnej inteligencji – od otwartego odwoływania się do „etosowych” tradycji, ku ekonomicznemu pragmatyzmowi, konsumpcjonizmowi. Ale tak czy inaczej Platforma nie jest partią burżuazyjną sensu stricto. Nie reprezentuje polskiego kapitału, który domagałby się przywilejów. To jest raczej inteligencka elita, mocno wolnorynkowa, liberalna, która podtrzymuje ten konsensus, że wielkie koncerny robią wielkie pieniądze, uprzywilejowana inteligencja też materialnie ma się nieźle (choć oczywiście w innej skali), a część z niej bawi się w politykę, w kulturę, ustawia całą sferę symboliczną. Ale to nie jest układ, w którym krajowa burżuazja domagałyby się realizacji swoich ekonomicznych postulatów. Jest to peryferyjna klasa średnia, która nie konfrontuje się z inteligencją, tylko częściowo przyjmuje jej dominację, a częściowo jej nie dostrzega. Najbogatsi Polacy też nie za bardzo tworzą grupę, która broniłaby wyraźnie interesów kapitału ekonomicznego. Mam wrażenie, że najbogatsi często się czują jeszcze bardziej prześladowani od inteligentów. Jak się posłucha tych polskich przedsiębiorców…

Ale to przecież nie znaczy, że są prześladowani naprawdę…

Może w pewnym sensie i są, bo skarżą się na przykład na złą pozycję w stosunku do korporacji zachodnich. Że korporacje mają o wiele lepsze warunki działania w Polsce, że dostają najlepsze kontrakty i są zwalnianie z podatków, a oni nie mają przełożenia politycznego i są dużo słabsi. Rosnąca świadomość tej słabości wśród polskich przedsiębiorców, co ciekawe, łączy się często z dość prostolinijną wiarą w retorykę wolnego rynku, leseferyzmu itp. Niektórzy np. te przywileje zachodnich koncernów, do których polskie firmy nie mają dostępu, interpretują jako naruszenie ideałów wolnego rynku. Jednocześnie jednak, jak pokazują np. ostatnie badania Juliusza Gardawskiego, w szczególności mali i średni przedsiębiorcy polscy stają się coraz mniej liberalni. Polski biznesmen jest ponadto w oczach dominującej „na salonach” i obsługującej wielkie korporacje inteligencji nieatrakcyjny, niekulturalny. On też często czuje słabość swojej pozycji symbolicznej, kulturowej, podczas gdy wielki kapitał ma pozycję symboliczną – to jest coś eleganckiego, czym się można pochwalić. A oni nie są siłą, która miałaby pozycję w polu władzy.

Ja bym argumentował, że nasza polityka toczy się wokół sporów inteligenckich. Te wszystkie kwestie pomnikowe, muzealne, które bez końca wracają. To są spory dotyczące tego, który typ inteligenckości powinien by postawiony najwyżej. Kulturocentryczność polskiej polityki też pokazuje rolę inteligencji.

Czyli tzw. lud smoleński też byłby wyrazicielem jakiejś inteligenckiej frakcji?

Oczywiście. Cały ten spór smoleński jest dla mnie sporem inteligenckim. Czy ucieleśnieniem najlepszego inteligenta jest ś.p. Lech Kaczyński czy może Bronisław Geremek albo Jacek Kuroń. Kto powinien mieć większy pomnik, kto powinien być gdzie pochowany, to są kwestie kluczowe dla polskiej polityki. Jest to bowiem ustawianie inteligenckiej hierarchii na dekady w przód. To potem przekłada się na to, jak definiować „dobry gust”, który jest najwyższej rangi przemocą symboliczną.

Pozostając przy ruchu smoleńskim: niewątpliwie są weń zaangażowane duże grupy społeczne, które nie mają dużego kapitału kulturowego – przysłowiowa „moherowa babcia”.

Ona jest ofiarą inteligenckiej hegemonii. Tak samo, jak jej przeciwnicy.

Chyba jednak trochę rolę inteligencji absolutyzujesz. Sprawa prezydenta i członków elity politycznej kraju, którzy zginęli tragicznie na terytorium obcego państwa, jest jednak sprawą polityczną i byłaby taką w każdym kraju.

Ale już kwestia, jak i gdzie prezydenta pochować, wynika z pewnej wersji inteligenckości, którą lansuje PiS. Po drugiej stronie niezbyt dobrze widziana, bo deprecjonuje ich bohaterów inteligenckich.

Cdn.

Zachęcamy do lektury drugiej i trzeciej części rozmowy.

Tomasz Zarycki socjolog i geograf społeczny. Absolwent, a obecnie profesor Uniwersytetu Warszawskiego i tamże dyrektor Instytutu Studiów Społecznych im. Profesora Roberta B. Zajonca.  Do jego głównych pól zainteresowania należą socjologia polityki, kultury, wiedzy i pamięci a także geografia społeczno-polityczną krajów Europy Środkowej i Wschodniej ze szczególnym uwzględnieniem Polski i Rosji. Zajmował się m.in. problematyką podziałów politycznych w Polsce i innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej, geografią polityczną i wyborczą regionu oraz  zastosowaniem do opisu jego zróżnicowań społecznych koncepcji kapitału kulturowego. Przedmiotem jego zainteresowani jest także analiza dyskursu, a także zastosowania teorii krytycznej (w tym studiów post-kolonialnych) do badań społeczeństw Europy Środkowo-Wschodniej. Lista publikacji dostępna na stronie: www.zarycki.pl.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *