Marceli Sommer, polityka

Dialektyka Marszu Niepodległości

AUTOR

Marceli Sommer

ur. 1988. Członek-założyciel “Nowych Peryferii”. Zwolennik światopoglądowej niekonsekwencji oraz spiskowej teorii dziejów.

Jak zwykle po 11 listopada jeszcze przez parę dni wydarzenia z warszawskich ulic nie schodziły z ust komentatorów (i nie tylko). Emocjonalna temperatura w publicystyce sięga w tym okresie zenitu, a nie wolne od niego – delikatnie mówiąc – są i materiały typowo dziennikarskie (polecam rzucić okiem na groteskową relację na żywo z wydarzeń tego dnia na portalu gazeta.pl, na kanwie której powstał zresztą okolicznościowy wiersz Ziemowita Szczerka). Nie raz już w kontekście Marszu Niepodległości emocje wzięły górę nad chłodną oceną i analizą rzeczywistości. I w tym roku nie zabrakło sióstr-trojaczek: bezsilnej pogardy, moralnej paniki i przedstawiania sukcesów politycznych przeciwnika jako efektów działań mistycznego zła, którego imię „faszyzm”. Jak dotąd efekty takiego podejścia do sprawy są z punktu widzenia lewicy dość opłakane – spróbuję więc zapisać parę spostrzeżeń w nieco innym tonie.

Problemy z Marszem Niepodległości są co najmniej trzy. Jeden to ideologia i geopolityka Ruchu Narodowego, projektowane i uprawiane przez liderów tego ugrupowania i sympatyzujących z nim publicystów. W tym zbiorze mamy i rozbudzanie ksenofobii wobec nielicznych w Polsce imigrantów oraz osób o „niewłaściwym pochodzeniu”, i „walkę z genderem, dewiacją i czerwoną hołotą”, i cokolwiek postmodernistyczną politykę historyczną (NSZ, Pakt Ribbentrop-Beck, ale i kult powstania), i liberalny populizm (fiskus wyklęty), i imperializm/rewizjonizm (nadal nie mogę uwierzyć, że media wszelkich nurtów politycznych tak gładko przełknęły wypowiedzi liderów Ruchu Narodowego o polskości Lwowa i Wilna, jakie padały na wiecu pod Stadionem Narodowym w kontekście trwającej właśnie kolejnej fazy kumulowania rosyjskich wojsk w Donbasie, czyli, inaczej mówiąc, wzrastającego prawdopodobieństwa nastąpienia kolejnego odcinka inwazji na Ukrainę). Nie będę się nad tymi sprawami rozwodził ani szczegółowo tłumaczył, dlaczego to są pomysły (i praktyki) głupie i szkodliwe, dlaczego są zastępcze, tj. nie rozwiązują kluczowych problemów społecznych, rozwojowych i politycznych Polski, generujących słuszne i niesłuszne gniewy i frustracje. Nie będę rozpisywał się o tym, że wyładowywać się na słabszym jest nieładnie, a nawet niechrześcijańsko, że poczucie siły, jakie dają takie zachowania jest, co tu dużo mówić złudne (i dotyczy to zarówno stosunków międzyludzkich, jak i międzynarodowych); o tym, że ostrze agresji i propagandy politycznych krewnych i sojuszników narodowców nierzadko trafia w mieszkających zagranicą Polaków; o tym, że „czerwona hołota” i „potwór gender” to wrogowie wyimaginowani, a prawdziwi czerwoni wywalczyli tym dupkom niepodległość; że patriotyzm do walki z systemem podatkowym państwa pasuje jak pięść do nosa; że obrona polskiej racji stanu nie polega na dawaniu tyłka (bądź, jak woli były szef dyplomacji, „robieniu laski”) innemu niż do tej pory mocarstwu ani na antagonizowaniu naszych zagrożonych przez to mocarstwo sąsiadów; że Rosja nie jest ostoją tradycyjnych wartości, Bruksela nowym Związkiem Radzieckim, a polityka uprawiana przez establishment III RP, to nie „socjalizm”. Są to albo sprawy oczywiste, albo po wielokroć już w innych miejscach opisane (zwykle z umiarkowanym skutkiem perswazyjnym). Wrócę więc do samego Marszu.

Drugi z nim problem, to fakt, że narodowcy stworzyli pod swoim szyldem wydarzenie, które (nie bez zasług cywilizowańszej prawicy, lewicy i centrum) stało się czymś w rodzaju popkulturowego święta dla co najmniej kilkudziesięciu tysięcy młodych ludzi. Nawet jeśli gros z nich chodzi o to, żeby się napić, pokrzyczeć i powałęsać po stolicy z dziesiątkami tysięcy sobie podobnych i z miłym odczuciem, że budzą respekt przypadkowego przechodnia, poczuć się dobrze i pewnie ze sobą itp., to jednak będzie się to wiązało z lojalnością wobec tych a nie innych środowisk i podatnością na te a nie inne hasła. Do tego środowiska narodowe mają w swojej orbicie istotną część kibicowskiej i subkulturowej chuliganerki&bojówkarstwa, która nie jest raczej w 100% zdyscyplinowana (stąd też zdarza się, że napsuje trochę wizerunku i trzeba się będzie od niej półgębkiem odcinać – drugim półgębkiem powtarzając te same co zawsze zaklęcia o „lewacko-policyjnych ustawkach i prowokacjach”), ale przeciwko takim czy innym wrogom da się ich w razie potrzeby napuścić. To oczywiście nihil novi, bo przyciąganie tego typu grup jest starą, sprawdzoną strategią europejskich radykalnych nacjonalistów i neofaszystów co najmniej od lat 70. Nawiasem mówiąc, po radykalnym poszerzeniu bazy MN, jakie nastąpiło po włączeniu się Wyborczej do „blokowania faszyzmu” 3 lata temu, w ostatnich latach chyba jednak na poły mityczne rodziny z dziećmi się w dużej mierze z marszu wykruszyły. Od sformowania Ruchu Narodowego na Agrykoli w zeszłym roku wchodzimy raczej w etap konsolidacji poparcia i wpływów wśród poszukującej wrażeń – ale i możliwości ekspresji autentycznych pokładów gniewu i frustracji – młodzieży z mniejszych i większych miasteczek i miast.

Trzeci problem, po wielokroć już podnoszony, to reakcje: wieloletnie wsparcie bądź bagatelizowanie po stronie centroprawicy, zaś w mainstreamie i części lewicy – panika moralna i/lub nieskrywana pogarda do przyjezdnej „hołoty”. Warto dodać, że z biegiem lat oburzenie wokół tego wydarzenia – przynajmniej w największych ośrodkach przekazu – w coraz większym stopniu koncentruje się wokół kwestii drugorzędnych (acz niezmiernie poruszających dla naszej wielkomiejskiej wanna-be klasy średniej): „zamieszkach z policją”, „niszczeniu miasta”, problemach komunikacyjnych, „atmosferze konfliktu w dniu święta” i wiecznych pytaniach: „Kiedy wreszcie świętować będziemy wspólnie, w zgodzie, z uśmiechem?” itp. Brakuje jeszcze tylko zwyczajowego „…jak na Zachodzie” – tyle że akurat konflikt, przemoc i demolka na demonstracjach to w zachodniej Europie chleb powszedni. A że u nas, nietypowo, pojawiają się one szczególnie w święto narodowe, to i dobrze, i źle, i ani dobrze, ani źle. Dobrze, bo pokazuje, że kwestie tożsamości i historii są dla ludzi ważne i żywe. Źle, bo tego samego ferworu polemicznego brakuje im do obrony własnych interesów. Ani dobrze, ani źle, bo to i tak – jak można domniemywać – tylko taki etap w rozwoju postkolonialnego społeczeństwa, a prędzej czy później spory wokół polskości będą chłodnąć.

Tymczasem jednak panika moralna i pogarda skutecznie uniemożliwiły liberałom i lewicy sensowne rozpoznanie sytuacji, i stworzenie adekwatnej strategii działania wobec zjawiska, jakim stał się Marsz. Strategią taką – o czym nie raz pisano, także na tych łamach – nie było z pewnością blokowanie, które w ostatecznym rozrachunku uznać należy za jeden z podstawowych czynników wzrostu rangi i popularności Marszu. Ktoś zapyta, jaka była adekwatna – skorom taki mądry i wyższościowo-protekcjonalny. Moja odpowiedź to mniej lub bardziej mozolne budowanie (i przypominanie) alternatywnych formuł patriotyzmu, które – podobnie jak ten neoendecki – zdolne będą nie tylko spełniać funkcję prowspólnotową i zarażać marzeniem o określonej wizji państwa, ale też będą wchodziły w spięcie ze status quo i dawały przestrzeń na wyrażanie gniewu. Niestety nie była to nigdy droga łatwa, a dziś jest być może trudniejsza niż kiedykolwiek. Znaczna część lewicy liberalnej i radykalnej nie jest zainteresowana bądź to (realnie istniejącą) wspólnotą, bądź gniewem wykluczonych (zwłaszcza jeśli jego ekspresja nie przybiera przewidzianej przez teorię walki klas formy).

Po stronie liberalnego mainstreamu podsycanie strachu i oburzenia ma zaś swoją polityczną racjonalność. Jak bardzo wyraźnie widać było w tym roku, największym beneficjentem 11-listopadowych „ekscesów” jest obóz rządzący (z dobrym wujkiem Bronisławem „zgoda buduje” Komorowskim na czele). To do marszu prezydenckiego przede wszystkim grawitują dziś „rodziny z dziećmi”. Oficjalne obchody, mimo ich skolonizowania przez jedno z partyjnych stronnictw, skutecznie stworzyły sobie wizerunek neutralnych politycznie, nastawionych na narodową jedność oraz syntezę różnych symboli i nurtów tradycji niepodległościowej, a w efekcie z roku na rok notują coraz wyższą frekwencję. Marzenie o spokoju, zgodzie i święcie radosnej – acz pustej – afirmacji bierze górę nad niezadowoleniem i gniewem – przynajmniej wyrażanym tak, jak wyrażają go uczestnicy Marszu Niepodległości, przynajmniej w Warszawie. Bo – to trzeba przyznać – Marsz Niepodległości do demonizacji nadaje się idealnie. Nasi rządzący nie mogli wymarzyć sobie lepszych kandydatów na wyrazicieli „ludowego gniewu” niż narodowcy. Dlatego też „obiektywnie” Ruch Narodowy służy w naszej ukochanej „republice okrągłego stołu” interesom elit władzy i pieniądza. Z tych samych powodów, jak to sformułowaliśmy przed rokiem w liście otwartym, działa on na rzecz „rzeczywistej faszyzacji kraju”. Rewersem mieszczańskiego marzenia o spokoju i jedności jest bowiem akceptacja dla zwiększania się represyjności państwa.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *