AUTOR

Aleksandra Bilewicz

Zawodowo socjolożka, pracuje na Uniwersytecie Warszawskim. Naukowo interesuje się historią i socjologią spółdzielczości, antropologią ekonomiczną, socjologią wsi. Stara się oddzielać pracę naukową od publicystyki, co nie zawsze do końca się udaje. Trochę postępowa, trochę konserwatywna.

A.B.: Kilka lat temu w „Polityce” ukazał się artykuł pod tytułem „Chłopom już dziękujemy” Cezarego Łazarewicza. Autor konstatował, że chłopi nie są już potrzebni, więc wkrótce po prostu znikną, stanowią bowiem schyłkową formację, przeżytek. Pisał m.in.: „Ze wszystkich badań socjologicznych wynika, że od lat polska wieś jest niechętna wszystkim społecznym przemianom, nieufna wobec władzy i domaga się przywilejów”, a chłopi „nie potrafili przystosować się do zmian zachodzących w gospodarce”. Czy wieś polska jest rzeczywiście skazana na swoiste wymazanie z mapy? Czy było to jednak swego rodzaju myślenie życzeniowe ze strony autora?

Prof. Izabella Bukraba-Rylska: Pamiętam ten artykuł, opierał się on na wypowiedziach paru dobrych badaczy wsi i rolnictwa – czołowych ekonomistów rolnych, socjologów. My w Instytucie Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN dopiero po paru miesiącach otrząsnęliśmy się z wrażenia, jakie ten tekst na nas zrobił. Argumentacja naukowa przybrała w nim niestety postać karykatury. I wtedy wezwaliśmy „na dywanik” pana Łazarewicza, staraliśmy się go „zreedukować” i pokazać, jakich uproszczeń się dopuścił, nie mówiąc już o tym ziejącym nienawiścią języku, jakiego używał.
Myślę, że na wieś patrzymy przez pryzmat jej obciążenia pańszczyzną. Zakładamy, że wpłynęła ona na chłopów, modelując ich mentalność, sposoby zachowania, praktyki. W swoich badaniach o pracownikach PGR-ów profesor Hanna Palska próbowała pokazać, że byli oni reinkarnacją tego, co kiedyś jeszcze Chałasiński nazwał „beznadziejnym proletariuszem”. I ta linia „beznadziejnego proletariusza” miała się ciągnąć od poddańczej roli chłopa wobec ekonoma i dziedzica, przez status wolnego najmity i pozbawionego jakichkolwiek praw pracownika na folwarku, który w kolejnym wcieleniu stał się tym pracownikiem PGR-u i wreszcie byłym PGR-owcem.
Natomiast charakteryzując w ten sposób ludność wiejską w całości, albo ogół byłych pracowników PGR-ów, zapomina się o tym, że relacja poddańcza bardzo niekorzystnie odcisnęła się także na mentalności drugiej strony tego układu społecznego – mianowicie szlachty, a później inteligencji, tworzącej swoiste getto inteligenckie, o którym pisał Chałasiński, pokazując ich niechęć do tych, których poprzednio uciskali, ich awersję do pracy fizycznej. Tu dopatrywałabym się źródeł tych nawracających uprzedzeń do wsi, wedle których jej mieszkańcy to z definicji osoby gorzej wykształcone, pewnych rzeczy nie rozumiejące. Myślę, że właśnie w tego rodzaju opiniach odbijają się echem wieloletnie nawarstwienia tego, co można potraktować jako odbicie stosunku pańszczyźnianego, czyli mentalności post-szlacheckiej.

Jak relacja pańszczyźniana odbiła się na mentalności szlachty, a później inteligencji?

Pańszczyzna była rodzajem niewolnictwa (choć istniały w tym systemie także pewne zabezpieczenia i regulacje, pewna odpowiedzialność pana). Należałoby na to spojrzeć przez pryzmat starych traktatów ekonomicznych. Panowie byli de facto właścicielami siły roboczej, ale jednocześnie właściciele czy ekonomowie nie dowierzali nigdy chłopom, czuli się zagrożeni przez tę siłę poddańczą, obawiali się ich „nieuczciwości”, sprytu i umiejętności lepszego gospodarowania na własnym kawałku gruntu, a więc oszukiwania właściciela. Takie przesłania znajdziemy choćby w traktatach Jakuba Haura czy Anzelma Gastomskiego, którzy mówią: podglądajmy, jak chłop robi na swoim, bo tak jak na swoim, to on na naszym nigdy nie zrobi, tylko odbębni; a ważne było, jak głęboko radli (obsypuje ziemią rośliny uprawne z pomocą radła), skrudli (bronuje) i orze; jakim ruchem rzuca ziarno – jak wykonuje szereg tych drobnych czynności, do których klasyczny inteligent ma awersję, bo ma je w głębokiej pogardzie.
Poza tym, panowie zawsze mogli być zagrożeni jakąś formą buntu, przynajmniej biernego. Np. pewnego dnia patrzą, a wieś się wyludniła, bo dała nogę na „dzikie pola”. Albo buntu bardziej aktywnego, co jest też mocno utrwalone w świadomości inteligentów, chociażby przez wydarzenia roku 1846. W bardzo nietypowej monografii Kazimiery Zawistowicz-Adamskiej, „Społeczność wiejska”, autorka nie tyle opisuje tę wieś, co swoje reakcje na to środowisko. W pewnym momencie wspomina na przykład, jak to zakwaterowała się we wsi Zaborów – to były lata przedwojenne, ale ona to pisze świeżo po wojnie. Opowiada, że kiedyś, wieczorem, przechodząca obok kawalerka stanęła pod oknami i zaśpiewała pieśń z rabacji: „Pamiętasz ty pani rok czterdziesty szósty, jak cię chłopi bili cepami w zapusty”. Myślę, że jest bardzo wiele poczucia, może podświadomego, zagrożenia, czy to ekonomicznego, czy nawet bezpośrednio, fizycznego. Przypomnijmy sobie teorię krążenia elit Pareto: to warstwy ludowe są tymi, z których dokonuje się nabór do elit. Bo one zawsze się kiedyś „wysferzą” – krążą, zużywają się i muszą wtedy być znowu wygenerowane przez jakieś środowisko. I klasy, które, jak mówi Pareto, pracują mięśniami, a przez pokolenia „dają wypoczywać umysłom”, w którymś momencie wydają ze swego łona energiczne jednostki, które raptem stają się zagrożeniem dla dotychczasowych elit. Więc być może jest tu też taki element – obawa przed konkurencją, potencjalną przynajmniej.

Warto zaznaczyć, że Zawistowicz-Adamska pisała również o tym, iż chłopi w czasach pańszczyzny inaczej nazywali pracę dla pana i pracę dla siebie czy dla własnej społeczności – ta pierwsza nazywana była gwałtami, tłoką, łaskami. Chyba trudno się dziwić, że przymusowej roboty u szlachty nie traktowali z przesadnym entuzjazmem…

Pamiętam ciekawe wyliczenia historyka gospodarki Jacka Kochanowicza, który na podstawie rejestrów oszacował stopień obciążenia siły roboczej pańszczyzną: wynosił on minimum 65% w przypadku siły męskiej. A więc było to prawie 2/3 ilości czasu, siły i możliwości, jakimi dysponował przeciętny człowiek. W związku z tym niewiele mu starczało czasu i energii na to, żeby zaspokoić potrzeby swoje i swojej rodziny.

Czy w okresie międzywojennym postępująca emancypacja chłopów (duża rola ludowych ruchów społecznych i politycznych, wprowadzenie częściowej reformy rolnej) przyniosła zmianę ich wizerunku w oczach inteligencji?

Na tę sprawę można spojrzeć z kilku punktów widzenia. Niewątpliwie, kiedy Polska wchodziła w niepodległość, byliśmy jeszcze społeczeństwem post-feudalnym. Zdecydowaną większość mieszkańców kraju stanowili chłopi. Warstwy rządzące, opinia publiczna, inteligencja zażarcie broniły wielkiej, szlacheckiej czy postmagnackiej własności ziemskiej, w przekonaniu, że to ona przesądza o etosie kultury narodowej, a także że większe formy własności, a nie ta „drobnica chłopska”, są bardziej przyszłościową formą gospodarowania, która zapewni Polsce, startującej z pozycji kraju rolniczego, lepsze podstawy. Wtedy to cenną rolę odegrały badania Puławskiego Instytutu Naukowego Gospodarstwa Wiejskiego (PINGW). Tamtejsi badacze wykorzystywali tzw. rachunkowiczów rolnych, czyli chłopów, którzy decydowali się na bieżąco, bardzo szczegółowo informować o tym, ile inwestują w swoje gospodarstwo i ile z niego otrzymują. I te badania wykazywały bardzo, można powiedzieć, kapitalistyczną i nowoczesną mentalność ówczesnych chłopów. Jedna z moich ulubionych publikacji, „Opis gospodarowania w gospodarstwach karłowatych”, wzmiankuje chłopa, który nawet kury obrączkował i zapisywał, ile każda znosi jaj. Bardzo precyzyjnie wyliczał koszty i zyski.
Chłopi się wtedy niewątpliwie emancypowali w sensie ekonomicznym. Okazywało się, że to oni płacą podatki, podczas gdy wielka własność zalega i nie płaci do budżetu państwa. Jednak dopiero w perspektywie „nawały bolszewickiej”, jak to mówiono, przegłosowano dokonanie reformy rolnej, parcelacji majątków ziemskich. Do tej pory, kiedy niebezpieczeństwo nie zaglądało tak silnie w oczy, opinia publiczna była temu przeciwna.
Mamy też emancypację społeczną – wystarczy przejrzeć cztery tomy „Młodego pokolenia chłopów” Chałasińskiego, w których pokazuje on, na czym polegał rozwój ruchu „wiciowego”, silnie aktywizującego młodzież wiejską. Wieś starała się przełamać wielowiekowe obciążenia, mając przeciwko sobie raczej nieprzychylną opinię publiczną. Musiała sama sobie wszystko wywalczyć. O tym też trzeba pamiętać – co się zmieniało, a nie tylko o ciążącym negatywnie, wielowiekowym dziedzictwie.

Wydaje się, że głęboko antychłopskie nastawienie szeroko pojętej inteligencji jest na tyle trwałe, że znajdowało ujście także w latach PRL-u. W jednym z artykułów cytowała Pani Czesława Hernasa, piszącego o „samowydziedziczaniu się kulturowym” chłopów w tym okresie. Czy to PRL-owskie deprecjonowanie wsi mogło wpłynąć na współczesny ich wizerunek?

Wtedy wynikało to z założeń ideologicznych. Chłop był zakałą nowego ustroju, ponieważ zdołał utrzymać własność prywatną i radził sobie na niej lepiej, niż rozmaite formy uspołecznionej czy upaństwowionej gospodarki rolnej. Z założenia miał tymczasem dobrowolnie „przestać istnieć” – dostrzegając, jak on sam się musi męczyć na własnym, świątek-piątek, bez urlopu, funduszu wczasów pracowniczych, a do lat 70. także bez opieki zdrowotnej. Miał sam dojrzeć do tego, że lepiej jest być pracownikiem państwowej firmy. I starano mu się to ułatwić na przeróżne sposoby.
Natomiast proszę zwrócić uwagę, jakie były tego mechanizmy. Na przykład zjawisko chłoporobotnictwa. Zakładano, że to będzie formacja przejściowa, tymczasowa, służąca do tego, żeby wyeliminować indywidualne rolnictwo. Peregrynując do miast, chłoporobotnicy mieli się przekonać, że gospodarka uspołeczniona jest bardziej przyszłościową formą zatrudnienia. Tymczasem m.in. z badań Marii Dziewickiej nad chłoporobotnikami wynikało, że ich liczba ciągle rośnie, aż do miliona ośmiuset tysięcy, że stają się trwałą grupą. Okazało się ponadto, że oni wcale nie nasiąkają mentalnością socjalistyczną, ale umacniają się jako gospodarze. Zarobione pieniądze lokowali przede wszystkim w swoich gospodarstwach, dokupując narzędzia, maszyny itd. Do tego dochodził słaby rozwój miast – industrializacja w niewielkim stopniu przekładała się na urbanizację. Miasta się zamknęły, nie przybywało infrastruktury, wiadomo, jaki był problem z mieszkaniami. Profesor Dziewicka pisała więc o chłoporobotnikach, że to jest właściwie bardzo dobry „wynalazek” w sytuacji spowolnionego rozwoju miast. To przecież czysty zysk, jeśli ludzie pracują w mieście, a jednocześnie sami się żywią, regenerują się na wsi.
W jakimś sensie odpowiednikami chłoporobotników są dzisiejsze słoiki. Oczywiście, należy rozumieć to trochę metaforycznie. Podobna jest aura wokół przyjezdnych. Wtedy też niechętnie patrzono na przyjeżdżających ze wsi do miast, teraz twierdzi się, że „słoiki” zabierają miejsca pracy w aglomeracjach. A przecież oni przyjeżdżają wykształceni, wykarmieni na koszt społeczności wiejskich czy mniejszych miast, aby pracować w mieście, w dodatku czasem przywożą ze sobą ową aprowizację.
Wracając jednak do przybyszów ze wsi do miast w okresie PRL-u: jak pokazał bardzo ciekawie profesor Andrzej Sadowski, niepełna urbanizacja w tym okresie była podszyta innym zjawiskiem, które nie zostało od razu zauważone – zjawiskiem ruralizacji. Ci nowi mieszkańcy miast nie tylko w początkowym okresie przywozili ze sobą świniaki czy króliki, ale także pewną mentalność, którą bardzo negatywnie charakteryzowano.

Jakie grupy szczególnie negatywnie odnosiły się do chłopów?

Ta aura była wytwarzana z jednej strony przez, nie tak wpływowe jak dziś, media, z drugiej – przez otoczenie miejscowych, mieszczan w drugim pokoleniu, których zachowania mogły nosić znamiona ostracyzmu. Kiedyś, robiąc badania nad kulturą społeczności lokalnych, analizowałam miasteczko Przedbórz, przed wojną zamieszkane w większości przez Żydów i niedużą grupę polskiej inteligencji oraz rzemieślników. Po tym, jak społeczność żydowska została wymordowana w czasie wojny, do miasteczka zaczęła napływać ludność wiejska. Ci „starzy” mieszczanie mówili o „chłopieniu” ich miasteczka. Pewna nauczycielka opowiadała o weselu, na które została zaproszona z rodzicami jako nastolatka. Mówiła: „proszę sobie wyobrazić, nam podano na osobnych naczyniach, ale większość gości dostała łyżki i wspólne miski. Taką wiochę tu przywieźli”. Podobne obserwacje często musiały stawać się udziałem sąsiadów, współpracowników. Choć z drugiej strony funkcjonowało przysłowie: „świetnie nam się żyje w mieście, jeśli na wsi żyją teście” – to przecież zapewniało aprowizację, cenną zwłaszcza w okresie kartkowym, wakacje dla dzieci itd.

Wydaje się jednak, że chłop w powojennej propagandzie pełnił dość istotną rolę. Jego postać często pojawiała się w socrealistycznej ikonografii, mówiono o sojuszu robotniczo-chłopskim. Rolnictwo nie zostało skolektywizowane, a jedną z pierwszych zasadniczych reform nowej władzy była wyczekiwana przed wojną pełna reforma rolna. Czy nie był to swego rodzaju kompromis między uznaniem chłopskości a budowaniem „państwa robotniczego”?

Gospodarstw nie skolektywizowano, bo chłopi się nie dali. Tolerancja dla chłopa i nawet jego ikonograficzne dowartościowanie ograniczało się tylko do tego, co można nazwać dowartościowaniem folkloru, a właściwie folkloryzmu. Obowiązywała doktryna, że ta kultura może być narodowa w formie, ale musi być socjalistyczna w treści. Więc poddawano kulturę chłopską daleko idącej selekcji, wyszukiwano w niej elementy, które nie kłóciły się z nowym ustrojem. Najczęściej były one następnie sprowadzane do rangi kostiumu czy ornamentu, do funkcji rozrywkowej, uświetniającej na przykład dożynki. Pomijano natomiast jakiekolwiek głębsze wartości światopoglądowe, np. nie pisano o etosie pracy chłopa, bo wiadomo było, że to był etos pracy na swoim.
Natomiast myślę, że był jeszcze jeden powód, dla którego symbolicznie wspierano chłopów: to, że byli wygodnym narzędziem do pokazywania, jaki poprzedni ustrój był fatalny, zwłaszcza sanacja, za czasów której chłopi byli gnębieni przez właścicieli folwarków, przez klasę posiadającą, no a teraz w ustroju socjalistycznym może jeszcze chwilę będą żyli w tym złudzeniu, że na prywatnej własności mogą budować swoją przyszłość. Potem jednak dojrzeją i przyłączą się do klasy robotniczej, będą pracować w państwowych zakładach.

Podkreśla Pani, że chłop zawsze chciał gospodarować „na swoim”. To jedna z cech, która piętnowana jest we współczesnym, potransformacyjnym dyskursie publicznym – chłopski „materializm”, kurczowe przywiązanie do ziemi i gromadzenia dóbr.

Proszę zwrócić uwagę, że te zarzuty pod adresem chłopów wzajemnie się zbijają. Z jednej strony często spotykałam się z opinią, że ta miłość chłopa do kawałka ziemi jest irracjonalna, że wynika z mistycznych, agrarystycznych przesądów, że chłop nie umie kalkulować. A z drugiej strony mówi się, że chłop jest zanadto przyziemny, materialistyczny i wszystko „pazurami zagarnia do siebie”.
Jeżeli już pozostać przy tych charakterystykach „przesadnej” materialności chłopa, można powiedzieć, że to jest doskonały zalążek mentalności kapitalistycznej, nad której brakiem ubolewało wielu polskich socjologów, piętnując gros polskiego społeczeństwa w kategoriach „homo sovieticusa”, wyuczonej bezradności, roszczeniowości, oczekiwania, że wszystko zostanie dostarczone przez państwo. Zapominano o tym, iż etos pracy rolnika indywidualnego mógł być potraktowany jako ekwiwalent opisanego przez Webera protestanckiego etosu pracy – kumulować własność nie po to, żeby jej używać, ale po to, żeby ją inwestować i dalej produkować.

Warto przy okazji zauważyć, że mimo obecności etosu pracy na własnym na wsi prężnie rozwijała się spółdzielczość, zanim została zniszczona w czasach PRL-u. Najwięcej spółdzielni w okresie międzywojennym zakładano na terenach wiejskich.

Owszem. To pokazuje, że kiedy tego typu pomysły realizują się oddolnie, dobrze się łączą z lokalnym kontekstem kulturowym. Wtedy mieszkańcy wsi nie czuli zagrożenia w tym, że zakładają spółdzielnie. Bardzo pouczające mogą być w tym kontekście wspomnienia Franciszka Magrysia, „Żywot chłopa-działacza”. Był on przez dziesięciolecia pisarzem swojej gminy, słynnej Handzlówki. Jego wspomnienia pokazują, jak chłopi organizowali wspólną przestrzeń, nie czekając, aż ktoś zrobi to za nich. Inaczej było w Liskowie, innej „wsi spółdzielczej”, gdzie struktury organizował, a następnie wpychał w nie chłopów niejako kolanem, ksiądz Bliziński. Tymczasem pamiętam, jak parę lat temu Instytut Spraw Publicznych wydał publikację „Budujmy nowy Lisków”. Ja wtedy trochę przewrotnie napisałam, że akurat Lisków nie jest najlepszym przejawem oddolnej, spontanicznej współpracy, samoorganizacji, która przybierała kształt spółdzielczości, bo tam to wszystko było odgórnie zaprojektowane przez pełnego jak najlepszych chęci księdza. Raczej powinniśmy budować współczesną, nową Handzlówkę – tam sami gospodarze szli do księdza proboszcza, który miał duży autorytet, i mówili, co jest potrzebne, a on to tylko przyklepywał. Więc myślę, że ciągle popełniamy błąd, czy w okresie PRL-u, czy dzisiaj, bardziej wierząc w odgórne planowanie społeczne.

Wracając do negatywnego wizerunku chłopa: sugeruje Pani, że we współczesnym dyskursie publicznym funkcjonuje pewien rodzaj uprzedzenia czy nawet „mowy nienawiści” wobec mieszkańców wsi…

Poddam Pani pod ocenę kilka takich określeń, które padały nawet w literaturze socjologicznej. Chociażby cytat ze wspomnianego profesora Sadowskiego, który napisał, że „chłopska genealogia polskiego społeczeństwa jest oczywista, ale nie ma się z czego cieszyć”. O czym to świadczy, jeśli socjolog pisze takie słowa? Albo następująca wypowiedź profesora Łagowskiego: „Polska wieś nie reprezentuje niczego wartościowego pod względem obyczaju, kultury czy moralności. Przeciwnie – jest widownią moralnego rozkładu i lumpenproletaryzacji”. Profesor Mokrzycki z kolei mówił, że drobni chłopi, rolnicy, to jest właściwie underclass. Twierdził też, że „następuje tam nieodwracalna degradacja tkanki społecznej. Uruchamiają się mechanizmy reprodukcji nieszczęścia, subkultura zależności i przestępczości; jest to przekazywane z pokolenia na pokolenie”. Oczywiście, pojawiają się też odmieniane przez wszystkie przypadki terminy, takie jak „wyuczona bezradność”, „roszczeniowość”, a nawet „klasy złodziejsko-żebracze”, które jakoby chętnie żebrzą u silniejszych, a okradają słabszych. To ostatnie pojęcie zaczerpnięto zresztą z „Widnokręgu spraw ojczystych” księdza profesora Tischnera. Wielu socjologów twierdzi zatem, że istnienie chłopów jest świadectwem zacofania kraju. Że mieszkańcy wsi albo w ogóle nie mają kapitału społecznego, albo, jeśli tak, to jest to kapitał wyłącznie negatywny, są to „brudne wspólnoty” o charakterze quasi-mafijnym. Wreszcie, zaczęto mówić, że stanowią one istotny balast rozwojowy, obciążenie dla społeczeństwa, które jeśli chce się rozwijać, musi takiego obciążenia i balastu jak najszybciej się pozbyć.
Zajrzałam do typowych opracowań o mowie nienawiści. Pojawiają się w nich nawet przykłady o wiele mniej wymowne od tych tutaj. Ogólna definicja jest taka, że to jest używanie języka w celu znieważenia, pomówienia, rozbudzenia nienawiści wobec pewnej osoby czy grupy. Można się zastanawiać, czy tego typu określenia, formułowane m. in. w opracowaniach naukowych, nie są takiej mowy nienawiści przejawem. Dość niepokojące jest także pojęcie „emigracji ostatniej”, które pojawia się w książce prof. Grabowskiej-Lusińskiej i profesora Okulskiego, właśnie pod takim tytułem. Autorzy negatywnie charakteryzują część współczesnych mieszkańców wsi, pokazując, że oni, z racji swoich przyzwyczajeń, nawyków, są obciążeniem dla modernizującej się Polski. Zbyt wielkie koszty wiązałyby się z dostosowaniem ich do nowych, kapitalistycznych warunków. Pada więc propozycja, aby 2,5 do 3 milionów „tradycyjnych chłopów” udało się za granicę i już nie wracało. Dobrze byłoby, żeby nas opuszczali słabsi, gorsi, niewydolni, bo wtedy Polska zyska „impuls modernizacyjny”.
Należałoby tu przypomnieć, że wcale nie tak dawno temu (bo przed drugą wojną światową) wybitni niemieccy specjaliści z zakresu socjologii, ekonomiki, rolnictwa, gospodarowania przestrzennego czy demografii, twierdzili, że spora część mieszkańców Europy Środkowo-Wschodniej to osoby skrajnie nieproduktywne, bo produkują tylko to, co same następnie zjedzą. W związku z tym, ich zdaniem, należałoby dokonać „pchnięcia modernizacyjnego”, jak to potem interpretował Dahrendorf, czy nawet Parsons, który mówił, że prawie się to udało, bo druga wojna była takim momentem, który bardzo przyczynił się do realizacji tych projektów „modernizacyjnych”. Niemieccy badacze mówili wprost, że gospodarka krajów Europy Środkowo-Wschodniej ma pełnić funkcję gospodarki komplementarnej, usługowej wobec gospodarek centrum. A więc jeśli się zastanawiamy, czemu dziś ma służyć taki język, to możemy mieć obawy, że może również właśnie praktycznym działaniom quasi-kolonizacyjnym, ale tym razem – o charakterze kolonizacji wewnętrznej.

Wynika z tego, że do budowania negatywnego, tendencyjnego wizerunku polskiej wsi przyczynili się w znacznym stopniu socjologowie. Dlaczego przyjęli taką retorykę?

Pewnie przyczyn było wiele, ale jedną z nich była stała zależność polskiej myśli społecznej od myśli zachodniej. Jeżeli socjologowie, mówiąc trywialnie, naczytali się tych podręcznikowych formułek, będących apologią liberalnego kapitalizmu, to siłą rzeczy w badaniach porównawczych wykazywano dystanse dzielące polskie społeczeństwo, polską gospodarkę od tych krajów zachodu, do których rzekomo powinniśmy wszyscy aspirować. Myślę, że to jest taki rodzaj mentalnej zależności elit, które zdaniem niektórych są typowymi elitami postkolonialnymi. To też mogłoby tłumaczyć ich awersję do takich bardziej zgrzebnych, związanych z tą lokalnością i partykularnością, tubylców, a zwłaszcza emblematycznych chłopów. Właśnie oni reprezentują bowiem coś, co jest elitom najzupełniej obce, i co w świetle tego, co uważają za słuszne, może się jawić jako szalenie ciążące na jedynie słusznej, ich zdaniem, ścieżce rozwoju.
Myślę, że socjologowie generalnie przyłożyli rękę do tego, że polska transformacja przybrała kształt rozwoju imitacyjnego. Można było pomyśleć inaczej zmianę, zachować cały szereg elementów, np. PGR-y, tylko usytuować je w nowym kontekście, zastosować nowe reguły. Ale nie: myśmy przyjęli koncepcję „big bangu”, czyli absolutnie wszystko, co stare, to do wyrzucenia na śmietnik historii.

Często pisze Pani o tym, że socjologia polska, nie tylko dotycząca wsi, wyzbyła się swojej własnej tradycji, zbyt rzadko sięga do swojego własnego dziedzictwa. Skąd bierze się ta swoista amnezja?

Nasza socjologia, zwłaszcza socjologia wsi, miała bardzo ciekawe dokonania, ale one były realizowane, przypomnijmy, przy pomocy gatunku dziś już trochę zapomnianego, jakim są monografie – bardzo szczegółowe, drobiazgowe opisy jakiegoś środowiska. Z drugiej strony mamy to, co robił chociażby Znaniecki: badania opierające się na dokumentach osobistych (w przypadku środowiska chłopów polskich w Ameryce). I tak, w latach bodajże 80. profesor Władysław Kwaśniewicz powiedział, że źle się stało, iż polska socjologia zaniechała uprawiania tych metod, które były, jak on to określił, jej wizytówkami. Mieliśmy tutaj prekursorskie i bardzo ciekawe osiągnięcia.
Myślę, że za tą amnezją stoi to, co już dawno temu napisał Jan Stanisław Bystroń: polskie nauki społeczne i humanistyczne przejawiają skłonność do rozwoju logicznego, czyli za granicą szukają nowinek i nimi się ekscytują, zamiast, oczywiście zwracając uwagę na to, co się tam dzieje, systematycznie rozwijać to, co było naszym dorobkiem, i nie tracić tej łączności, która by umożliwiała kumulowanie wiedzy. W bardzo podobnym stylu pisał zresztą socjolog wsi, prof. Franciszek Bujak, mówiąc, że naukę każde społeczeństwo musi, z lepszym czy gorszym skutkiem, uprawiać samo na własnym gruncie i własnymi siłami, bo w przeciwnym razie może wreszcie dojść do tego, że zacznie taka nauka patrzeć na siebie samą i na swoje społeczeństwo przez cudze okulary. I to zafascynowanie polskiej socjologii doktryną liberalną na początku transformacji skutkuje tym, iż rzeczywiście zaczęła ona patrzeć na swoje społeczeństwo cudzymi oczami, przez okulary na bieżąco uzupełnianej literatury zachodniej.

Ale przecież nauka też nie może rozwijać się w izolacji. Przywoływani przez panią klasycy socjologii polskiej często kształcili się za granicą i odnosili się do tworzonych tam teorii.

Oczywiście, że tak, w żadną stronę nie należy przesadzać. Ale sądzę, że mamy jednak większy problem z  brakiem dbałości o własny dorobek. Pamiętam, jak w czasie obrony doktoratu [w Instytucie Socjologii UW – przyp. red.] na Karowej ktoś spytał doktoranta, dlaczego nie uwzględnił takich to a takich koncepcji polskich. No i padła odpowiedź, że one nie weszły do obiegu światowego, więc on je pominął. Jak one mają wejść, jeśli socjologowie nie będą sami ich prezentować? Należałoby rzeczywiście wchodzić w partnerskie relacje, nie obarczone mikromanią czy kompleksami bycia prowincją.

Zastanawiam się, czy oprócz postkolonialnego charakteru elit polskich w sposobie opisywania wsi nie gra roli sam charakter nauk społecznych jako takich. Tradycje intelektualne z pozoru sobie przeciwstawne, jak na przykład liberalna i marksistowska, obie są w jakimś sensie anty-wiejskie. Czy nie można powiedzieć, że dążenie do modernizacji, któremu towarzyszył rozwój nauk społecznych (przypomnijmy sobie choćby Comte’a i jego koncepcję socjologii jako nauki pozytywnej, służącej postępowi, uprzemysłowieniu itd.) sprawia, że w samych korzeniach socjologii należałoby szukać uprzedzeń wobec wsi i chłopów?

Myślę, że pani ma całkowitą rację. Socjologia przecież powstała, tak ujmuje to chociażby Habermas, jako ideologia, jako wyraz dążeń pewnej klasy – klasy burżuazyjnej, która reprezentowała zupełnie inny niż społeczności wiejskie interes, inny kształt społeczeństwa i gospodarowania. Antywiejski wydźwięk pojawia się więc już w założeniach historycznych socjologii, mówiących, że cały rozwój społeczny idzie od wspólnot plemiennych czy tradycyjnych do form stowarzyszeniowych, a więc nowoczesnych, racjonalnych. Nawet w aparaturze empirycznej nauk społecznych wskaźniki są dobierane w taki sposób, żeby pokazywać, że istnieje nieuniknione kontinuum od jednego bieguna, który zniknie (oby jak najszybciej!), do drugiego, który jest tym zakładanym celem. Przykładem mogą być koncepcje ekonomistów rolnych, którzy próbują dowodzić, że liczy się efekt skali, że duże gospodarstwa, niechłopskie, są przyszłościowe. Tymczasem bardzo wiele badań wykazuje, że w dowolnym miejscu i dowolnym czasie to te małe były i są bardziej wydajne. One też generują środowiska kulturowe, społeczne, w przeciwieństwie do molochów, koncernów przemysłowych rolnictwa zindustrializowanego.
Drugi przykład to konceptualizacja pojęcia kapitału społecznego. W ogólnej literaturze socjologicznej stosuje się jako wskaźnik liczbę organizacji, fundacji, stowarzyszeń. Jeżeli ją przeniesiemy na grunt środowisk wiejskich, uzyskamy paradoksalne wyniki. Okazuje się, że jest tego kapitału najwięcej tam, gdzie rasowy socjolog wsi nie podejrzewałby istnienia szczególnie rozwiniętej samoorganizacji – tam, gdzie było kiedyś najwięcej PGR-ów. A to jest absurd, bo skądinąd wiadomo, że środowiska PGR-owskie nie generowały umiejętności współpracy, samoorganizacji. Natomiast jeżeli socjologowie zdecydują się poszerzyć swoją urbanocentryczną perspektywę rozumienia kapitału społecznego o te tradycyjne formy, nie zawsze sformalizowane, czyli np. straże pożarne, koła gospodyń, organizacje przy parafiach itp., to obraz będzie inny. Zresztą to by było zgodne z tym, co mówił Putnam w „Samotnej grze w kręgle”: NGO-sy są dla niego taką „socjologiczną sztuczną murawą”. Jego zdaniem, pojawiają się one raczej tam, gdzie nie ma kapitału, gdzie trzeba go dopiero zaszczepić.
O konflikcie wiejsko-miejskim ciekawie pisze też współczesny socjolog niemiecki Andreas Bodenstedt, kiedy mówi, że dziś przejawia się on w postaci szowinizmu anty-wiejskiego, właściwego środowiskom wielkomiejskim. Inteligencja, naukowcy, generalnie mieszkańcy miast uważają, że wieś jest miejscem mającym służyć metropoliom jako producent żywności oraz jako miejsce wypoczynku – wtedy się przydaje właśnie taka wieś „widokowa” i elementy folkloru (kiedy Hernas analizował „Pieśń świętojańską o sobótce” Kochanowskiego, mówił, że chłop w staropolskiej literaturze miał wydajnie pracować, ale jednocześnie, w miarę możności, podśpiewując i pogwizdując przy pracy, żeby to było przyjemne dla pana; zwłaszcza w chwili dożynek i innych uroczystości, miał zapewniać miły widok tym, którzy go obserwują). Poza tym, jak pisał amerykański socjolog William Kuvlesky, wieś to jest także miejsce składowania odpadków, których nie chce miasto, czyli np. wysypiska śmieci, odpady nuklearne, domy dla ludzi starych i chorych, zakłady dla przestępców.

Jakie jest dzisiaj miejsce socjologii wsi w ramach polskiej socjologii? Ma ona przecież bogatą tradycję badania wsi w sposób inny niż ten, o którym mówiłyśmy przed chwilą – np. monografie wspomnianego Franciszka Bujaka o Żmiącej i Maszkienicach, prace Ludwika Krzywickiego, który rozpisał konkurs na pamiętniki chłopskie, albo dorobek Znanieckiego, fundamentalny dla całej dyscypliny.

Myślę, że, w polskiej socjologii wsi mamy rzeczywiście trochę inne podejście do rzeczywistości wiejskiej, ale akurat pod tym adresem są często wysuwane zarzuty, że jej autorzy hołdowali sentymentom agrarystycznym czy chłopomanii, że było to absolutnie nienaukowe, bo jedynie słuszne jest to, co zawarto w paradygmacie nazwanym modernizacyjnym. Miało się na niego składać przekonanie, że prywatna własność jest czymś gorszym lub że mała własność jest mniej wydajna niż duża. Natomiast myślę, że ta nasza tradycja w zakresie socjologii wsi zostawiła nam dużo więcej, niż chce nam się dzisiaj korzystać – choćby prace fundatora polskiej socjologii, czyli Władysława Grabskiego, który znał realia wiejskie bardzo dobrze. Nie był on ani marksistą, ani nie hołdował ideologii modernistycznej, nie był też jakimś zaczadziałym agrarystą. Kazimierz Korab, który jest autorem powstałej kilka lat temu monografii Grabskiego, określał jego stanowisko jako „ruralistyczne”.
I to przenosi naszą uwagę na współczesną terminologię socjologii wsi. Dzisiaj wieś coraz częściej nie jest już wsią, tylko środowiskiem wiejskim, społecznością wiejską albo obszarem wiejskim. Mówiąc o wsi, socjologowie coraz częściej i chyba bezwiednie posługują się nowomową unijną, biurokratyczną. Przecież obszar to jest coś pozbawionego społecznej kwalifikacji. Możemy tam coś postawić, możemy zmeliorować czy przekopać. Natomiast Władysław Grabski podkreślał, i to mi się wydaje szczególnie cenne i – niestety – pomijane w dorobku polskiej socjologii wsi, że wieś jest przede wszystkim miejscem życia i pracy rodzin wiejskich. Mamy tu więc nie tylko kryterium produktywności i wydajności, ale też pewnego sposobu życia, który należałoby uszanować i docenić. Jeżeli weźmiemy pod uwagę chociażby to, co od roku 2000 pokazują demografowie, że rok w rok przybywa osób, które zostawiają środowisko miejskie i przenoszą się na wieś, to okazuje się, że elementy społeczne, humanistycznie i kulturowe środowiska wiejskiego mają dziś dużą siłę przyciągania. Socjologia zaczyna w związku z tym analizować wieś już nie tylko jako miejsce, gdzie jest produkowana żywność, zwraca uwagę na przykład na to, co faktycznie produkuje rolnictwo i jakiego rodzaju dobra publiczne dostarcza wieś. I wtedy się okazuje, że jest to cały szereg rzeczy dotychczas pomijanych, np.: czyste powietrze, krajobrazy, relacje sąsiedzkie… Raptem wieś okazuje się atutem, dobrem publicznym, które powinno być chronione jako coś, z czego wszyscy mają prawo korzystać. A źródłem tych wartości jest w zasadniczej mierze rolnictwo w swoim obecnym kształcie, czyli przy znacznym jeszcze udziale tych gospodarstw małych i średnich. Bo rolnictwo zindustrializowane rzeczywiście zamienia wieś w „obszary wiejskie”. Tam już są tylko pracownicy najemni, „mniejsza obsada na sto hektarów”, efekt skali, quasi-przemysł rolniczy, agrobiznes, ale już nie „owo środowisko pracy i życia rodzin”.

A czy pojawiają się współczesne opracowania nawiązujące do tradycji polskiej socjologii wsi?

Pozytywnym zjawiskiem jest trzecia monografia Żmiącej autorstwa Michała Łuczewskiego. Sądzę, że istotne wsparcie przyjdzie też ze strony tych koncepcji, które troszkę ukrócą tę ciągłą skłonność polskiej socjologii do mówienia o tym, co społeczne i o tym, co kulturowe w perspektywie ujęć świadomościowych, fenomenologicznych (teksty, dyskursy, narracje). Coraz wyraźniejsza wydaje się tendencja mówienia o społeczeństwach w aspekcie materialności, a nawet cielesności. Również z tego punktu widzenia może się przydać powrót do metody monograficznej, bo ona schodzi na ten poziom konkretu i staje się fundamentem socjologii nie reprezentującej coś, ale, jak to się mówi, „ewokującej”. Socjologia ewokująca przywołuje dany detal, a nie snuje jakichś refleksji na wysokim poziomie abstrakcji.

Czy widzi pani jakąś szansę zmiany wizerunku wsi, zmiany sposobu mówienia o niej w stronę, która oddalałaby się od stereotypowego obrazu? Czy szansą na tę zmianę może stać się na przykład wzmożone zainteresowanie zdrową, lokalną żywnością, jakie od pewnego czasu możemy zaobserwować w dużych miastach?

Być może. W pewnych momentach zaczynamy dostrzegać, że społeczeństwo stanowi całość. Że podziały są sztucznie eskalowane przez życie polityczne i media, które nagłaśniają mocno stereotypowe ujęcia. Dla mnie takim pierwszym przejawem solidaryzmu były wielkie powodzie lat 90. Przedtem, kiedy się pojawiała jakaś scenka wiejska w telewizji, to najczęściej był to chłop w bereciku z antenką, w gumiakach, coś bredzący o sznurku do snopowiązałki. Natomiast pamiętam, że w czasie tych powodzi siedzieliśmy w dużym towarzystwie przed telewizorem, a tam było rozpaczliwe wołanie rolnika, który mówił, że trzyma swoje siedem świń na strychu i nie ma im co dać jeść. I wtedy już nikt się nie śmiał – dotarła do ludzi groza tej sytuacji. Pojawiały się akcje przesyłania żywności, na przykład z Pomorza na Podkarpacie.
Czasem narodom, społeczeństwom potrzebne są klęski. W pewnych momentach przypominamy sobie, że wyrośliśmy ze wsi, z tych właśnie realiów. Być może fakt, że popularna staje się żywność ekologiczna, a także rozwój wczasów agroturystycznych, gdzie nie tylko się „konsumuje” walory naturalne wsi, ale także kulturowe czy społeczne, jest tego przejawem. W miastach pojawiają się kursy rzemiosła ludowego. Pozrywane, zaplątane nici zaczynają się odnawiać, ponownie nas jakoś łączyć. Byłabym dobrej myśli, choć nie liczyłabym tu na wsparcie środowisk naukowych.

Prof. dr hab. Izabella Bukraba-Rylska – absolwentka polonistyki, profesor socjologii. W Instytucie Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN zajmuje się polską wsią (m.in. opublikowała monografię „Socjologia wsi polskiej”, 2008), w Instytucie Socjologii UW propaguje socjologię organoleptyczną („W stronę socjologii ucieleśnionej”, 2013), a w wolnych chwilach prowadzi bloga (socjobloger.wordpress.com).

drukuj

KOMENTARZE

  1. Doskonały wywiad! Drobna korekta: tekst Tischnera nazywa się Widnokrąg pracy ojczystej, a nie „spraw ojczystych”.

  2. „Tradycje intelektualne z pozoru sobie przeciwstawne, jak na przykład liberalna i marksistowska, obie są w jakimś sensie anty-wiejskie. ”

    Mozna prosic o wytlumaczenie co anty-wiejskiego jest w klasycznym liberalizmie ?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *