AUTOR

Krzysztof Wołodźko

publicysta i dziennikarz "Nowego Obywatela" i "Nowej Konfederacji". Mniej lub bardziej regularnie gości także na łamach m. in.: "ZNAKU", "KONTAKTU", "Gazety Polskiej Codziennie", "Rzeczpospolitej".

Krzysztof Wołodźko: Zacznijmy od kwestii elementarnych. Czym jest suburbanizacja?

Katarzyna Kajdanek: Suburbanizacja to wieloznaczne pojęcie. Gdybyśmy wzięli pod uwagę opinie urbanistów czy architektów, mówiliby oni przede wszystkim o rozprzestrzenianiu się miejskich form zabudowy na tereny pozamiejskie. Z kolei geografowie mówiliby o suburbanizacji w kategoriach zmiany sposobu użytkowania ziemi. Wskazywaliby, że na terenach wiejskich coraz mniej jest ziemi przeznaczonej na uprawę roli.

Dla mnie suburbanizacja jest najbardziej interesująca z socjologicznego punktu widzenia. Obejmuje migrację ludzi na tereny podmiejskie, a wraz z nimi przenoszenie się stylów życia. W tym społeczno-geograficznym ujęciu ważny jest także wielowymiarowy proces łączenia się obszarów podmiejskich z „miastem centralnym”, coraz silniejsze funkcjonalne powiązanie z miastami terenów, które do niedawna określalibyśmy mianem wsi. Dziś trafniej byłoby mówić o obszarach wiejskich.

Przy okazji suburbanizacji muszę także wspomnieć o procesie, który jest najbardziej problematyczny i oceniany najbardziej negatywnie, czyli o rozlewaniu miasta (ang. urban sprawl). Polega to na ekstensywnym zagospodarowywaniu terenów podmiejskich w sposób, który przestaje przypominać zwartą, intensywnie użytkowaną strukturę. Mamy za to do czynienia z coraz bardziej rozproszoną lokalizacją, zarówno domów, jak i – nielicznych – elementów infrastruktury publicznej, usługowej. Wszystko to łączy, lepsza lub gorsza, sieć dróg. W kontekście amerykańskim będzie to rozbudowana sieć autostrad. Ludzie, którzy zamieszkują tereny rozlanego, „rozpełzniętego” miasta są bardzo mocno uzależnieni od transportu indywidualnego, od samochodów.

Jest Pani autorką dwóch książek poświęconych suburbanizacji. Jedna dotyczy podmiejskich osiedli Wrocławia, druga kilku niewielkich dolnośląskich miejscowości. Dlaczego warto analizować to zjawisko?

Chociażby dlatego, że ten proces przemieszczania się ludzi z miasta na tereny podmiejskie nabrał w ostatnich latach ogromnego przyspieszenia.

Najważniejszym argumentem jest jednak to, że suburbanizacja jest ważnym aspektem rozwoju miast. Mówiąc ściślej, jest składową procesu, który znamy jako metropolizację miast.

Czyli?

Metropolizacja  polega na tym, że miasto zaczyna bardzo silnie współpracować z innymi metropoliami z pominięciem regionu, w którym jest ulokowane. Strefa podmiejska stanowi jego bezpośrednie zaplecze. Metropolia karmi się swoimi suburbiami, tam coraz częściej lokuje się „kapitał ludzki”, ta relacja określa także swoistą redystrybucję. Metropolizacja to proces zmieniający charakter i siłę powiązań między ośrodkiem centralnym a otaczającym regionem. Na obszarach podmiejskich pojawiają się nowe funkcje uzupełniające albo dublujące funkcje miasta centralnego. Po drugie, następuje przeniesienie, poza ośrodek centralny, miejskiego stylu życia z zachowaniem zdecydowanej i wszechstronnej dominacji miasta centralnego.  Natomiast ze swoim regionem metropolia ma bardzo słabe powiązania.

O suburbanizacji jako aspekcie metropolizacji pięknie piszą geografowie warszawscy. Prowadzi ona do powstania, wedle ich określenia, „nowej formy miasta”, które można także ująć jako „międzymiasto”. Suburbium jest bardzo silnie powiązane z „miastem centralnym”, bo tam często pracują jego mieszkańcy, a rozlewanie się przedmieść poważnie wpływa na zagubienie ładu przestrzennego. Dodajmy do tego, że samo miasto nie jest w stanie zaoferować odpowiedniej ilości mieszkań dla swoich nowych lokatorów.

Polska suburbanizacja ma własną specyfikę?

Według mnie w skali Europy wyróżnia ją niezwykle żywiołowy i niekontrolowany charakter. Wymyka się ona regulacjom prawnym, urbanistycznym, prawidłom ładu przestrzennego. Niestety, koszty tego zjawiska będą coraz wyższe, jeśli jak najszybciej nie będą wprowadzane rozwiązania nastawione na cywilizowanie rozwoju podmiejskiego.
W ciągu kilku ostatnich lat zajmowanie się problemami miasta, przestrzeni publicznej, transportu stało się bardzo popularne. Ale mam wrażenie, że suburbia pozostają na marginesie myślenia ruchów miejskich, a przecież suburbanizacja i metropolizacja to procesy ze sobą ściśle powiązane i warunkujące współczesną miejską charakterystykę.

Czy możemy mówić o więcej niż jednym modelu podmiejskiego osadnictwa w Polsce?

Lepiej pytać o to, czy suburbanizacja wynika np. z działań dewelopera, czy jest to model osadnictwa oparty na prywatnym/indywidualnym wysiłku ekonomicznym, związanym z budowaniem domów. Tutaj różnice pomiędzy poszczególnymi przypadkami są o wiele wyraźniejsze.

Gdyby jednak odnieść się do kwestii podniesionych w Pana pytaniu, to sytuacja będzie następująca: sam mechanizm i istota tego procesu jest taka sama, niezależnie od tego, gdzie prowadziłam badania. Mamy zatem do czynienia z decyzją mniej lub bardziej racjonalnych podmiotów, w mniejszym lub większym stopniu przeprowadzających rachunek zysków i strat związanych z migracją. Ale tym, co różnicuje te osiedla – niezależnie od tego, czy dotyczy to większego czy mniejszego miasta – jest tkanka przestrzenna, która podlega suburbanizacji: typ zabudowy, rozległość i kształt wsi, powiązania komunikacyjne, obecność zieleni lub jej brak.

Drugim ważnym czynnikiem różnicującym jest tkanka społeczna, którą tworzy „ludność zastana” i ta, którą tworzą mieszkańcy napływowi. Tutaj pytamy o to, czy to wieś typowo rolnicza, czy może zamieszkuje ją ludność dwuzawodowa, a może mieszkają tam głównie osoby nie pracujące już w rolnictwie. Na to nakłada się nowa struktura społeczna. I w moim przekonaniu charakter tkanki przestrzennej suburbanizujących się wsi wpływa na to, kto je wybiera.

W jaki sposób?

Wieś położona bardzo blisko granicy z Wrocławiem, w okolicy w miarę dobrej, przepustowej drogi, oferująca ziemię w dość atrakcyjnych cenach (w porównaniu z miastem) staje się bardzo atrakcyjnym miejscem dla gospodarstw domowych we wczesnej – mówiąc naukowym żargonem – „fazie cyklu rozwoju rodziny”. Czyli choćby dla małżeństw z jednym dzieckiem, spodziewających się kolejnego potomka. Walory są następujące: stosunkowo łatwo jest dojechać do miasta, utrzymać dotychczasowe relacje związane z pracą oraz kontakty z rodzicami, którzy pomogą w wychowywaniu dziecka. Przykładem takiej lokalizacji jest choćby „młodsze osiedle” – podwrocławski Smolec lub Kruszyn, suburbium bolesławieckie.

Z kolei przykładem odmiennego rodzaju suburbium, które przyciąga inny rodzaj użytkowników, są wioski w gminie Długołęka. Tutaj także mamy do czynienia z dość dobrym powiązaniem transportowym (gmina położona wzdłuż trasy S8, w stronę Warszawy). Jest tam równocześnie bardzo dużo atrakcyjnych terenów zielonych. Charakter umiejscowionych tam wsi umożliwiał budowanie domów w pewnym oddaleniu od innych zabudowań, zatopionych w zieleni, zapewniających komfort pod względem – tak to nazwę – ekologicznym. Jest tam dużo ciszej, dużo bardziej „dziko”, o wiele mniejsza jest też szansa, żeby spotkać sąsiada. Takie lokalizacje przyciągały osoby i rodziny nieco starsze, szukające nie tyle atrakcyjnego cenowo miejsca do zamieszkania, ale lepszej jakości życia, za którą są gotowe odpowiednio zapłacić.

Jednak musiała Pani dostrzegać inną różnicę między wrocławskimi a małomiasteczkowymi dolnośląskimi suburbiami, skoro tym drugim poświęcona jest osobna praca.

Zdecydowałam się na kontynuację swoich badań podmiejskich na całym Dolnym Śląsku, bo szukałam pogłębionej odpowiedzi na pytanie: dlaczego właściwie ludzie się wyprowadzają?

Pierwsze, wrocławskie badania wskazywały oczywiście na wątek ekonomiczny, ale był on dość mocno obudowany narracją dotyczącą odrzucenia miasta rozumianego jako niesprzyjająca, hałaśliwa przestrzeń. Przynajmniej ten wymiar miejskości był zdecydowanie odrzucany. I w zamian pojawiała się opowieść, że w nowym miejscu znaleźliśmy cieszę, spokój. A dodam, że mieszkańcy dużych miast często wcale nie znają wsi, rzeczywistego życia na wsi – mają na ten temat wyobrażenia zaczerpnięte na ogół z mass mediów, stereotypy dobre i złe.

Przyznam, że zasugerowana tutaj wizja elementarnej nieznajomości wsi przez mieszkańców miasta brzmi dla mnie bardzo egzotycznie, ale to pewnie dlatego, że sam wychowałem się na wsi i trudno mi wyobrazić sobie takie zjawisko jako fakt społeczny..

Z jednej strony mam głębokie przekonanie, że mieszkańcy miast trochę udają, że nie znają wsi, że jest im kompletnie obca. Bo jeśli popatrzymy na podstawowe wskaźniki urbanizacji, dostrzeżemy, że jeszcze pokolenie moich rodziców (a urodziłam się w latach 80.) to są wychodźcy ze wsi. A moi dziadkowie żyli na niewielkim gospodarstwie rolnym prowadzonym  wyłącznie na własne potrzeby. I jeśli popatrzymy na wskaźniki dotyczące tego, ilu Polaków w latach powojennych żyło na wsi, a ilu w miastach to trzeba powiedzieć sobie wprost: nawet jeśli nie wszyscy jesteśmy z chłopów, to prawie wszyscy jesteśmy ze wsi.

Z drugiej strony pamięć o tym jest bardzo silnie tłumiona. Nie tak dawno w „Gazecie Wyborczej” ukazał się cykl artykułów dotyczący kwestii wiejskiego pochodzenia Polaków, na kanwie wydanej niedawno książki Andrzeja Ledera „Prześniona rewolucja”. Tytuły tekstów były znamienne: „Chłop chłopu wilkiem” czy „Chłop potęgą jest, nie miasta”. To pokazuje, że taka przeszłość w sensie makro mocno determinuje naszą współczesną osobowość narodową. Ale moje kontakty ze studentami, ale także ludźmi trzydziesto-, czterdziestoletnimi, którzy urodzili się we Wrocławiu, pokazują, że ich doświadczenie wsi jest bardzo często zapośredniczone, oparte na różnego rodzaju stereotypach. I wielu mieszczan chce wierzyć, że życie wiejskie wygląda jak w serialu „Ranczo”.

Wróćmy jednak do suburbiów.

Chciałam sprawdzić, czy w przypadku dawnych mieszkańców o wiele mniejszych miast niż Wrocław, którzy wieś mają „po sąsiedzku” i lepiej się orientują w jej realiach, również występuje motywacja związana z sielankowym obrazem wsi i odrzuceniem „hałaśliwego wymiaru” miejskości utożsamianej z hałasem zanieczyszczeniem, pośpiechem. Chciałam się też przekonać, czy pochodzenie z mniejszych miast ma wpływ na sposób opisywania decyzji przez osadników, a w konsekwencji, czy determinuje określone sposoby podmiejskiego życia.

Zauważyłam bardzo ciekawą tendencję. Otóż wielkomiejski typ osadnictwa i związane z nim motywacje opisywane były przez ankietowane przeze mnie osoby przy pomocy takich słów, jak „bajka”, „rewelacja”, „nasze miejsce na ziemi”. Ludzie żartowali sobie, że „teraz są wieśniakami”. Przypomina to trochę uprawianie chłopomanii, bo często ci ludzie żyją przecież bez kontaktu ze swoją wsią, jej starą społecznością.

W przypadku suburbanizacji małomiasteczkowej okazało się natomiast, że mieszkańcy wywodzący się z małych miast kierowali się przede wszystkim bardzo racjonalną – w danym momencie – kalkulacją ekonomiczną i w większości były to decyzje zupełnie pozbawione sentymentalnych tęsknot za „ekologiczną wsią”.

Stąd mój wniosek, że suburbanizacja „po polsku” nie zasadza się na ogół na negacji miejskości i afirmacji wiejskości. Bierze się przede wszystkim stąd, że ludzie mają dość niskiej jakości, niehumanitarnej przestrzeni mieszkaniowej typowej dla polskich blokowisk, dekadami nieremontowanych kamienic. Wieś nie jest tu bukoliczną sielanką, a miasto nie jest złe samo w sobie. Suburbanizacja po polsku to przede wszystkim wybór własnego domu na własnej działce, gdzie relacja metrażu do ceny jest korzystna i osiągalna ze względu na prawne uregulowania. Bo w obrębie miast nie ma dziś wystarczającej ilości działek pod zabudowę, które nie kosztowałyby koszmarnych pieniędzy.

Dobrym przykładem są choćby Polkowice, leżące na terenie legnicko-głogowskiego okręgu miedziowego (KGHM), gdzie ulokowane są także fabryki Volkswagena. Ludzie z tamtych terenów mówili wprost, że na przykład udało im się postawić na suburbiach swój pierwszy dom bez kredytu i planują go w przyszłości sprzedać, i kupić lub wybudować coś lepszego. Widać, że przesłanki do suburbanizacji są zatem bardzo pragmatyczne i wiążą się z odziedziczonym po okresie Polski Ludowej głodzie mieszkaniowym, fatalnym stanem zabudowy blokowej i kamienic.

Jakie granice czasowe są dla Pani istotne w badaniach nad polską suburbanizacją? Czy da się tu wyróżnić jakieś krótko- lub długofalowe procesy wpływające na zmianę jej specyfiki?

Jeśli popatrzymy na historię urbanizacji w Polsce po II wojnie światowej, to muszę powiedzieć o zjawisku ściśle powiązanym z doktryną PRL-owskiego socjalizmu. Myślę o formalnie egalitarnym charakterze nie tylko społeczeństwa, ale i przestrzeni. Zakładano wówczas, że nie może być rozwojowych różnic między miastem a wsią, że wieś ma się urbanizować. Zakładano także, że w obrębie miast sieć infrastruktury musi być możliwie równomiernie rozłożona, aby nie powstawały spolaryzowane bieguny rozwoju i niedorozwoju.

Rzecz w tym, że ten pierwszy, istotny dla naszej rozmowy cel osiągano niejednokrotnie w bardzo nieegalitarny sposób. Na przykład blokowano możliwość meldowania się ludzi w miastach, aby nie podwyższać liczby mieszkańców. Było to absurdalne, bo przecież w industrializujących się miastach występowało duże zapotrzebowanie na siłę roboczą. Ale w miastach panował równocześnie deficyt mieszkań. Pokazywał to serial z tamtych czasów, „Daleko od szosy”, opisujący m. in. perypetie jednego z głównych bohaterów, Leszka, który miał znaczne problemy, żeby zameldować się i znaleźć pracę w Łodzi.

I tak specyfika czasów PRL zrodziła zjawisko opisywane jako semiurbanizacja, analizowane przez geografów z ośrodka wrocławskiego, skupionych wokół prof. Stefana Golachowskiego, którzy zajmowali się głównie Śląskiem Opolskim.

Na czym to polegało?

Na bazie podmiejskich wsi powstawały osady, których rozwój brał się stąd, że ludzie nie mogli meldować się i mieszkać w miastach, w których pracowali. Wiązało się to z powstaniem nowej grupy społecznej, czyli ludności dwuzawodowej, która z jednej strony utrzymywała jakieś niewielkie poletka, a równocześnie podejmowała pracę w przemyśle. Dowodem na siłę tego procesu było powstawanie coraz to nowych domów w latach 60. i 70., budowanych metodami gospodarskimi na ówczesnych podmiejskich wsiach. Zaznaczę, że ta strefa podmiejska rozwijała się dzięki napływowi ludności z innych obszarów wiejskich. Inaczej niż obecnie, proces nie prowadził od miasta ku wsi, ale od wsi pod miasto.

Przedpole dla współczesnej suburbanizacji dawał także proces powstawania kontrkulturowych enklaw, zwłaszcza na Mazurach. Tworzyły je osoby, które chciały i mogły w jakiś sposób „wyłamać się z systemu”, odwrócić plecami do realiów PRL. Byli to zazwyczaj ludzie o bardzo dużym kapitale kulturowym, wywodzący się ze środowisk artystycznych, którzy – najprościej rzecz ujmując – wynosili się z Warszawy.

Pamiętam z dzieciństwa, że bardzo popularnym terminem w czasach PRL było słowo „dacza”. Jej posiadanie jednoznacznie wskazywało na wysoki status społeczny.

To odrębne zjawisko poprzedzające współczesną suburbanizację, które wciąż trwa, choć nie wiąże się już z takim prestiżem. Badają je naukowcy z Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN w Warszawie, prof. Krystian Heffner i dr Adam Czarnecki. Dacze to domy, w których spędza się czas wypoczynkowo, w weekendy, albo mieszka się tam w okresie letnim lub zimowym, w zależności od lokalizacji.

Suburbanizację jaką znamy przyniosła dopiero transformacja.

Początek współczesnej nam suburbanizacji datuję na późną drugą połowę lat 90. XX wieku. A jej nasilenie na okres po 2000 roku do kryzysu 2008 r.

Kładę nacisk na skalę, dynamikę i zasięg zjawiska jako ważnych czynników decydujących o specyfice „nowej suburbanizacji”. Sprzyjała mu reforma administracyjna, oddanie gminom pewnych kompetencji, mocy sprawczych. Ważne było także uwolnienie ziemi rolnej pod zabudowę, związane z obowiązkiem przygotowania miejscowych planów zagospodarowywania przestrzennego. Dodajmy do tego pewną łatwość zdobycia kredytów i coraz bardziej polaryzujące się szanse mieszkaniowe w miastach.

Wspomniałam o zasięgu suburbanizacji. To ważne, bo jeszcze do niedawna sądzono, że jest ona domeną wielkich miast. Sądzę, że udało mi się pokazać w swoich pracach, że to powszechny fenomen.

Gdy czytałem „Suburbanizację po polsku”, niejednokrotnie przypominała mi się moja rodzinna, popegeerowska wieś. Tam dokonała się suburbanizacja w skali mikro. Na byłym boisku szkolnym, które długo po zamknięciu podstawówki rozparcelowano na działki, powstały dwa domy. Są zupełnie odcięte od reszty wsi – formalnie stanowią jej część, ale odgradzają je od innych domów dawne budynki szkoły, małe ogródki przydomowe i zabudowania gospodarcze. Do tych nowych, znacznie bardziej komfortowych domów prowadzi wąska, nieasfaltowana droga, a ich mieszkańcy poruszają się po niej wczesnym rankiem i wieczorami chyba jedynie samochodami. Jeśli domów przybędzie, auta nie będą miały szans się minąć.

To dobry, posunięty już niemal do absurdu przykład tego co stanowi o specyfice suburbanizacji. I to mnie niestety nie zaskakuje, także jako ukazanie typowych sposobów życia na suburbium, określenie dystynkcji decydujących o praktyce społecznej takiego życia, na czele z samochodem, który pozwala „ominąć wieś”.

Nie mówiliśmy jeszcze o prestiżu związanym z tym rodzajem życia, który często próbują wykorzystywać marketingowo deweloperzy. Czy faktycznie jest tu miejsce na snobizm, ekspansję nowobogackiego stylu życia?

Suburbanizacja przybiera różne formy: bardzo pragmatyczne, związane z faktem, że wiele osób woli zaciągnąć kredyt na własny podmiejski dom z kawałkiem ogródka, niż na M-3 w bloku. Ale oczywiście można wybudować dom w takiej lokalizacji, gdzie metr kwadratowy ziemi kosztował 350 zł, a nie 50 zł. I ten dom (z basenem, kortem, garażem na dwa samochody) będzie zaprojektowany przez architekta i ulokowany w prestiżowej, podmiejskiej części miasta.

Trudno jednak o generalizację, że polska suburbanizacja jest prestiżowa, nawet jeśli dla wielu osób oznacza wyższą jakość życia. Ludzie, którzy naprawdę mają pieniądze, są w stanie kupić ziemię w mieście, albo stać ich na apartament, loft: blisko wszystkich usług, w pięknej lokalizacji, w otoczeniu zieleni miejskiej. I wtedy także niebotycznie wysokie ceny za metr kwadratowy decydują o prestiżu, choć np. jakość architektury nie zawsze idzie w parze z płaconymi pieniędzmi. We wrocławskiej przestrzeni miejskiej najlepszym przykładem jest Sky Tower, który kształtem przypomina męskie genitalia i tak też jest postrzegany przez wiele osób. To budynek postawiony przez Leszka Czarneckiego, jednego z najbogatszych Polaków.

Oczywiście, własny dom, podobnie jak drogi samochód, to marzenie wielu Polaków. I stąd też jego prestiż. Ale moje badania wskazały, że dla samych mieszkańców suburbiów to prestiż bardzo problematyczny.

Dlaczego?

Dobrze to widać na przykładzie osób, które już opuszczają suburbia. Bo okazuje się, że przerosły ich koszty ekonomiczne i społeczne zamieszkiwania tam. Niestety, jest trochę tak, że decyzje ekonomiczne, kalkulacje związane z przeprowadzką na suburbia obejmowały niekiedy bardzo doraźne koszta, czyli wiązały się wprost z relacją ceny ziemi (i domu) na wsi do cen mieszkań w mieście. Mam wrażenie, że rzadko kiedy brane są kwestie związane z zakupem dodatkowego samochodu, niedostatecznie kalkulowane były (rosnące) ceny benzyny, nietrafnie szacowano liczbę podróży, jakie w ciągu doby będzie trzeba odbyć, żeby zrealizować cele, potrzeby swoje, małżonka lub współmałżonki, dzieci. I mało kto brał pod uwagę koszty o charakterze społecznym.

Czyli jakie?

Mówię choćby o czasie spędzanym w „samochodowej banieczce”, poruszaniu się między miastem a podmiejskim domem. A także o pojawiającym się zmęczeniu związanym z życiem „pomiędzy”. Nie uwzględniano także wyższych kosztów związanych z utrzymywaniem dotychczasowych relacji społecznych.

Nawet jeśli ludzie nie chcą migrować z przedmieścia, to proces oswajania się z nowymi realiami jest bardzo mozolny. Ale nie chcę generalizować, bo spotkałam też na suburbiach wiele osób autentycznie szczęśliwych. A przynajmniej w ich relacjach nie dostrzegałam prób przeinaczania podmiejskich doświadczeń.

Na kartach „Suburbanizacji po polsku” stwierdza Pani: „Po 1990 roku trwałym elementem krajobrazu usług stała się niewłaściwa alokacja zasobów przeznaczonych na infrastrukturę społeczną. Samorządów nie stać na utrzymanie istniejących placówek (żłobków, przedszkoli, świetlic, domów kultury), nie budują też nowych. W efekcie takiej polityki polskie suburbia powstają w pustce instytucjonalnej i funkcjonalnej”. Zdaniem niektórych takie kwestie najlepiej reguluje rynek…

Uważam, że państwo ma pewne obowiązki w zakresie tworzenia jakości życia mieszkańców i powinno się z tych obowiązków wywiązywać. Niestety tak się nie dzieje. Oczywiście, istnieją nisze, w które wchodzi rynek – choćby punkty przedszkolne, bo ta potrzeba jest dojmująca, a rodzice są grupą gotową zapłacić duże pieniądze nie czekając na publiczne przedszkola czy żłobki.

Na suburbiach widać wyraźnie, jak dalece instytucje publiczne zawodzą jeśli chodzi o realizację swoich celów społecznych. Ale dobrze wiem, że to także problem w miastach, we Wrocławiu mamy mnóstwo tego typu przykładów na obrzeżnych osiedlach: nie ma dróg z prawdziwego zdarzenia, przychodni, ośrodków kultury – są tylko postawione przez deweloperów domy. Infrastruktura, która jest w gestii miasta, nie powstała i prawdopodobnie nigdy nie powstanie.

Tu pojawia się problem redystrybucji podatków pomiędzy podmiejską wsią, która jest miejscem zamieszkania, wobec której wysuwane są rozmaite roszczenia, np. dotyczące wyposażenia w infrastrukturę techniczną czy społeczną, a miejscem zameldowania – miastem centralnym, w którym się pracuje i konsumuje, ale nie obciąża się tego miasta kosztami użytkowania. Choć zdaję sobie sprawę, że samorządy objęte suburbanizacją mogą tu powiedzieć: weto wobec roszczeń nowych mieszkańców, niezadowolonych ze stanu lokalnej infrastruktury. A to z tej prostej i częstej przyczyny, że sub-gminy mają nowych mieszkańców, ale do lokalnych budżetów nierzadko nie płyną od nich podatki, bo ci ludzie wciąż rozliczają się z fiskusem w swoich poprzednich urzędach skarbowych. Wójtowie i sołtysi mogą powiedzieć: jeśli chcecie mieć chodniki, dobre jezdnie, ścieżki rowerowe, domy kultury, to się u nas zameldujcie, albo przynajmniej płaćcie u nas podatki.

Część nowych mieszkańców suburbanizujących się obszarów siłą rzeczy dostrzega problem braku infrastruktury w nowym miejscu, ale nie łączy tego ze swoją współodpowiedzialnością, własnymi decyzjami podatkowymi. Z moich rozmów z przedstawicielami władz lokalnych wyłania się niestety obraz nowych osadników – klientów, którzy oczekują, że usługa „zamieszkiwanie pod miastem” będzie realizowana na najwyższym poziomie. Oczywiście, to także kwestia prawdziwości tych opinii, ich skali – bo z reguły najwyraźniej słychać głosy ludzi niezadowolonych.

Inna rzecz, że domy na suburbiach powstają także w miejscach gdzie „nic już nie ma”, bo infrastrukturę zlikwidowano.

Tu wciąż odbija się negatywnym echem sytuacja gmin jeszcze z lat 90. XX w. Dodam, że bardzo wiele dobrego dla wsi zrobiły mechanizmy wspólnej polityki rolnej i środki, które przypłynęły w ramach Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich. Tak powstawały choćby świetlice wiejskie. Poprawiła się też w skali kraju infrastruktura techniczna (kanalizacja, oczyszczalnie ścieków) i transportowa, związana z oświetleniem, chodnikami, drogami. A dodam, że PROW jest jeden, bo administracyjnie przestrzeń Polski dzieli się na miasto i wieś. Nawet, jeśli jest to wieś podmiejska oddalona od miasta o 500 metrów i niczym się wizualnie od miasta nie różni, to i tak może z tego programu korzystać.

Trzeba pamiętać i o tym, że ci, którzy przeprowadzają się z miasta na wieś, mają wyższe oczekiwania. Dla nich naturalnym punktem odniesienia nie jest to, jak ta wieś do której przybyli wyglądała pięć czy dziesięć lat temu, ale ich aktualne wyobrażania i potrzeby.

W swoich pracach wskazuje Pani na ogromny deficyt więzi wspólnotowej na suburbiach czy wręcz „utowarowienie” relacji międzyludzkich, sąsiedzkich.

Zastanawiałam się, jak to jest, że ludzie wybierający określone miejsce do zamieszkania, którzy spotykają tam podobną pod względem społecznym ludność – „napływową”, o zbliżonych dochodach, na zbliżonym etapie rozwoju rodziny – nie są w stanie stworzyć jakiejkolwiek wspólnoty. Podkreślam: nie mówię tutaj o budowaniu jakiejś utopii, ale o zalążkach życia zbiorowego.

Wiele osób relacjonowało mi, że nie było w stanie tworzyć wspólnoty ze swoimi sąsiadami mieszkając w blokach, gdy mieszkania dostawano z przydziału, albo – w przypadku ludzi młodszych – dziedziczono po rodzicach. W wymiarze pochodzenia społecznego tych ludzi w wielkich blokach niewiele ze sobą łączyło. Stąd wydawałoby się, że o wiele bardziej zwarte społecznie suburbium stworzy im wreszcie odpowiednie warunki. Ale tak się nie dzieje. Muszę jednak zastrzec, że nie sprawdziłam, jak faktycznie wyglądało życie tych nowoosadników przed przeprowadzką. Bo może być tak, że po prostu powielają oni pewien atomistyczny wzorzec funkcjonowania.

Jakie jeszcze mogą być źródła tego „wspólnego wyobcowania” na suburbiach?

Moje badania pozwalają na dwutorową odpowiedź. Z jednej strony mamy deficyt więzi wspólnotowej, utowarowienie relacji, czyli skłonność do tego, by jak najszybciej oddawać wszelkie przysługi, by nie kumulować sąsiedzkich zależności. A wynika to z faktu, że ludzie definiują przeprowadzkę w kategoriach indywidualistycznych: „ja i mój dom”, „moja rodzina i mój dom”. Stąd myślenie o zamieszkaniu w nowym miejscu sprowadza się do przestrzeni okalającej działkę pod budowę.

Dodajmy do tego utrwalone przekonanie co do samego (braku) sensu sąsiadowania. Bo jeśli ktoś z otoczenia, w którym panuje przekonanie, że dobrosąsiedztwo to relikt przeszłości, to przenosi swoje doświadczenia w środowisko podmiejskie. Do tego jako wzorcowe przyjmowane są stwierdzenia: „wolnoć Tomku w swoim domu” i „my home is my castle”: jestem samowystarczalny, nie potrzebuję nikogo innego do szczęścia.

Z drugiej strony jest tak, że w suburbia nie tworzą sprzyjających warunków przestrzennych do tego, żeby nawiązywać jakiekolwiek relacje poza domem. Tam brakuje przestrzeni publicznych. Typowe suburbium to dom obok domu, działki, które dochodzą do drogi czy ulicy. Nie ma parków, skwerów, placów zabaw, albo są na tyle daleko, że dotarcie do nich jest problematyczne. Wtedy przestrzenią spotkań staje się płot: po jednej i drugiej jego stronie w najlepszym razie staną na chwilę sąsiedzi, wymienią kilka zdań.

To nie są obrazy i wzorce społeczne z niegdyś bardzo popularnego amerykańskiego serialu „Cudowne lata”…

Żeby było jasne – nie chcę tutaj krzewić naiwnej idei, że ludzie jak na amerykańskich suburbiach z lat 50. XX wieku będą zajmować się złożonym życiem społecznym, wszyscy będą się odwiedzać, podrzucać sobie dzieci do wychowania, itd., itp. Pytam o to, czy można mieszkańcom suburbiów umożliwić wyjście ze swoich domów i znalezienie się w przestrzeni, która da im szansę na kontakty z innymi, nawiązanie relacji, które będą szły nieco w poprzek podziałów wiekowych, społecznych. Chodziłoby o to, by starsi wiekiem mogli się spotkać z młodymi, pokolenie dziadków z pokoleniem wnuków, pokolenie rodziców z pokoleniem nastolatków. Jeśli zechcą z tego skorzystać – świetnie! Oczywiście może się też okazać, że taka przestrzeń będzie stała pusta. Wtedy będziemy mieli wyraźny argument na poparcie tezy, że żyjemy w zatomizowanym społeczeństwie, w którym ludzie zamykają się w swojej sferze prywatnej, rodzinnej. Wtedy trzeba będzie zastanowić się czy nie potrzebujemy wielkich społecznych projektów zmiany.

Wspominała Pani jednak, że powstają chociażby wiejskie świetlice.

Kłopot w tym, że te budynki stoją, wizualnie nieźle się prezentują, ale brakuje bardzo ważnego ogniwa – pomysłów na ich funkcjonowanie. Oczywiście, są takie miejsca, gdzie stowarzyszenia dla dzieci i młodzieży animują życie kulturalne i społeczne, gdzie swoją działalność prowadzą Koła Gospodyń Wiejskich, gdzie działają lokalni młodzi społecznicy – tam wiele się dzieje, życie buzuje. Ale w bardzo wielu przypadkach te wiejskie świetlice służą jako przestrzenie czysto komercyjne: miejsca wynajmowane na chrzciny, komunie, wesela. A program publiczny, otwarty dla wszystkich mieszkańców, jest albo szalenie okrojony, albo w ogóle nie istnieje: świetlica stoi zamknięta i nawet nie wiadomo, kto ma do niej klucz.

Czy na obszarach suburbanizowanych zanika kultura własna wsi?

Suburbanizacja nie wydarzyła się nagle, poza tym wsie jej poddane leżą w relatywnie niedużej odległości od miast i zawsze miały z nimi dość silny kontakt, choćby ze względu na dwuzawodowość mieszkańców. Zawsze tam występował transfer sposobów życia, przyjmowanych wartości. Dziś oczywiście możemy mówić o większej presji miejskich czy wielkomiejskich wzorców. Ale najbardziej zauważalna jest polaryzacja w obrębie tych miejscowości, ponieważ osoby, które tam się osiedlają są zazwyczaj trochę młodsze, trochę lepiej sytuowane i zazwyczaj lepiej wykształcone niż rdzenni mieszkańcy. Nazwałabym to różnicą o charakterze statusowym, ale nie wielką zmianą modernizacyjną.

Inna sprawa, że bardzo trudno mówić o ewentualnych zmianach w perspektywie zaledwie dziesięciu lat. Myślę, że za dwie dekady będziemy mogli mówić o tym, jak suburbanizacja zmieniła czy zmienia kulturowo przestrzeń obszarów podmiejskich. Na razie dysponujemy jedynie uczestniczącą obserwacją tego, co się dzieje i trudno prorokować, jakie będą długofalowe efekty. Tym bardziej, że pojawiają się zjawiska nieco zaskakujące, takie jak ruchy związane z powrotem z suburbiów.

Czy to obecne modele suburbanizacji prowadzą do kumulacji trendów aspołecznych, czy raczej specyfika zatomizowanego społeczeństwa czasów wciąż trwającej transformacji kształtuje „suburbanizację po polsku”?

Mieszkańcy suburbiów nie wzięli się znikąd. Nie powstali jako nowa kategoria społeczna, która nagle, „na hurra” postanowiła przenieść się poza miasto. Raczej jest tak, że osoby o określonych dochodach, na określonym etapie rozwoju rodziny, o konkretnej biografii mieszkaniowej (to pojęcie odnosi się do roli miejsca zamieszkania w kształtowaniu się historii życia człowieka) zdecydowały się na przeprowadzkę na obszary podmiejskie. Sądzę, że właśnie nagromadzenie dużych grup osób w miejscach, w których brakuje przestrzeni publicznych, uwypukliło skłonności do unikania kontaktu z innymi ludźmi i zamykania się we własnym świecie. Gdyby ta infrastruktura była, może rodziny nie pakowałyby się co weekend do samochodu, żeby spędzić czas w aquaparku. Ale z pewnością część tych zachowań społecznych odsyła nas do wzorców powstałych w pierwszym okresie transformacji czy jeszcze do okresu przed-transformacyjnego.

Pozwolę sobie na absurdalne z pozoru pytanie: czy nie należałoby mieszkańcom suburbiów zakazać używania samochodów, izolujących ich od najbliższego otoczenia? A może sami mieszkańcy suburbiów wyrażali wprost tęsknotę za dobrą komunikacją publiczną/masową?

Część moich rozmówców twierdziła, że wolałaby sprawną komunikację publiczną. Co więcej, w osiedlach podmiejskich niezwiązanych z wielkim miastem, ale mniejszymi ośrodkami, mieszkańcy nierzadko korzystają z transportu publicznego, co było dla mnie pewnym zaskoczeniem, bo sama jestem trochę zainfekowana myśleniem, że suburbanizacja równa się samochód. Okazuje się, że jeśli istnieje w miarę dobrze funkcjonujący transport publiczny, w miarę regularny i „gęsty”, to  część mieszkańców przedmieść, szacuję, że około jedna trzecia z nich, jest gotowa z niego korzystać.

Co więcej, w suburbanizujących się osiedlach małomiasteczkowych pojawiała się gotowość, by jeździć rowerem, gdyby tylko były dobre i bezpieczne ścieżki. Oczywiście, nie sugeruję, że rower jest dobry na każdą okoliczność.

Pojawia się też kwestia prestiżu, o którym już mówiliśmy – dla bardzo wielu mieszkańców suburbiów samochód jest czymś więcej niż dogodnym środkiem transportu. Jest czymś społecznie cennym, środkiem ekspresji własnego położenia społecznego, a rower czy komunikacja masowa – weekendową rekreacją albo środkiem transportu dla biedaków.

W zakończeniu „Suburbanizacji po polsku” stwierdza Pani, że temat przedmieść nie jest traktowany jako zagadnienie polityczne. Ludzie nie mają świadomości, że ich problemy są warte publicznej dyskusji?

Ta świadomość rośnie, ale jest wciąż niewystarczająca. Ostatnich kilka lat wiele w tej kwestii zmieniło. Wiąże się to z powstaniem ruchów miejskich, które podejmują także ten wątek, z dynamicznie postępującą w ostatnich miesiącach pracą nad założeniami Krajowej Polityki Miejskiej, gdzie ta sprawa jest także bardzo mocno podnoszona.

Ta świadomość budzi się jednak przeważnie w sytuacjach kryzysowych. Dyskusja wzmaga się na chwilę, gdy podtopione zostaną podmiejskie domy, bo wybudowano je na terenach wodonośnych, gdy pojawi się informacja, że przez bukoliczną wieś zostanie przeprowadzona sieć wysokiego napięcia albo powstają plany zbudowania w najbliższej okolicy autostrady. Gdyby jednak istniało rzeczywiste zainteresowania tematem i przemyślane strategie rozwoju, to do takiej niekontrolowanej suburbanizacji po prostu by nie doszło. Tymczasem pęd ku suburbanizacji jest wyraźnie widoczny. A wyniki niedawnego spisu powszechnego pokazują, że przesunięcie między miastem a wsią, ulokowane w strefie podmiejskiej, jest ogromne. Dotyczy ono około pół miliona Polaków. Mowa tu jedynie o liczbie osób, które pomiędzy spisem 2002 a 2011 przemeldowały się z miasta na wieś. GUS szacuje, że większość z nich zamieszkała właśnie na suburbiach miast, a nie na wsiach rolniczych. Dodatkowo – GUS opiera się na danych meldunkowych, a te są wielce niedoszacowane

Ludzie często myślą, że problemy z którymi się borykają to ich indywidualne zmartwienia. Nie łączą tego z zagadnieniami o charakterze strukturalnym. Wiąże się to także z tym, że nie znają swoich sąsiadów i nie rozmawiają z nimi. Nie widzą powszechnego wymiaru dotykających ich kłopotów, są osamotnieni, myśląc, że tylko oni mają problem, gdy dzieci skarżą się, że zostały zmuszone do mieszkania „w dziurze zabitej dechami” i że tylko oni robią za darmową taksówkę, starając się spełnić potrzeby potomstwa. Każdy martwi się na swoje konto, w czterech ścianach wybudowanego na suburbiach domu, a niewiele ma możliwości, żeby skonfrontować swoje kłopoty i dostrzec, że to nie tylko prywatne zmartwienie, ale problem społeczny.

A gdyby miała Pani sformułować polityczne postulaty Polskiej Partii Suburbiów, jak by one brzmiały?

[śmiech] Bardzo mi się podoba to pytanie. Odpowiem przewrotnie. Polska Partia Suburbiów mogłaby tak naprawdę nazywać się Partią Polskich Mieszkańców. Bo trzeba sobie powiedzieć, że zamieszkanie na osiedlach podmiejskich dla bardzo wielu osób było po prostu koniecznością. A opuszczenie miast nie oznacza, że problemy, które do tego doprowadziły, zniknęły.  Postulaty porządkowania i dogęszczania zabudowy, wprowadzania rozwiązań dla transportu publicznego i uzupełnianie infrastruktury usług na suburbiach powinny być popierane nie tylko przez mieszkających pod miastem, bo koszty rozproszenia  zabudowy ponosimy wszyscy. Jeśli nie odczuwamy ich jeszcze bardzo dotkliwie jako społeczeństwo, to tylko dlatego, że ten proces dopiero się zaczyna i będzie nabierał rozpędu.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Krzysztof Wołodźko

Wrocław, 22 czerwca 2014 r.

Katarzyna Kajdanek – (1981) doktor habilitowany nauk społecznych, adiunkt w Zakładzie Socjologii Miasta i Wsi Uniwersytetu Wrocławskiego. Specjalizuje się w socjologii miasta i socjologii społeczności lokalnych. Autorka książek „Pomiędzy miastem a wsią. Suburbanizacja na przykładzie osiedli podmiejskich Wrocławia” (2011) oraz „Suburbanizacja po polsku” (2012).

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *