AUTOR

Aleksandra Bilewicz

Zawodowo socjolożka, pracuje na Uniwersytecie Warszawskim. Naukowo interesuje się historią i socjologią spółdzielczości, antropologią ekonomiczną, socjologią wsi. Stara się oddzielać pracę naukową od publicystyki, co nie zawsze do końca się udaje. Trochę postępowa, trochę konserwatywna.

Mówiąc całkiem szczerze, nie spodziewałam się, że moja notka, będąca w zamierzeniem swego rodzaju szkicem do myślenia o stanie polskiej humanistyki, wywoła reakcję w postaci poważnej polemiki – tekstu Piotra Graczyka i Mateusza Piotrowskiego pt. „Peryferyjna humanistyka: dobić czy leczyć?”. Mimo onieśmielenia tą sytuacją cieszę się jednak, że pozwoliła ona na doprecyzowanie stanowiska KKHP.

Na początek, spieszę z dwoma istotnymi wyjaśnieniami. Po pierwsze, nie apelowałam o dobicie humanistyki polskiej strzałem w tył głowy, przynajmniej nie całkiem poważnie. Po drugie, moje zarzuty nie były kierowane jedynie pod adresem Komitetu Kryzysowego, ale do szeregu wypowiedzi i tekstów, do których szczegółowo się nie odnosiłam. Jego przedstawiciele niesłusznie wzięli do siebie część mojej krytyki, która w istocie nie dla nich była przeznaczona i dotyczyła raczej ogólnego klimatu dyskusji.

Szeroka i demokratyczna debata o stanie humanistyki, prowadząca do wspólnego wypracowania zmiany, to rzecz niezmiernie ważna. Stąd też wartość inicjatywy Komitetu jest nie do przecenienia. Nie mamy jednak do czynienia z sytuacją na tyle podbramkową, jak zdają się sugerować autorzy tekstu, że „kto nie z nami, ten przeciw nam”. Nawoływanie do bezwarunkowego poparcia, poprzez porównanie wyboru za i przeciw Komitetowi do opowiedzenia się po stronie ukraińskiego Majdanu, gdzie ginęli ludzie, lub przeciw niemu, jest jednak nadużyciem, z przyczyn oczywistych. Przejdę zatem do odpowiedzi na konkretne zarzuty do mojego tekstu.

Wiedza kontra tłuczek do mięsa

Rzucając hasło o „upolitycznieniu” nauk humanistycznych miałam na myśli coś trochę innego, niż sugerują Graczyk i Piotrowski. Żeby było więc jasne: to bardzo dobrze, że w samym Komitecie, jak też i w inicjowanych przez niego działaniach i dyskusjach, biorą udział osoby z różnych środowisk i o całkiem nieraz od siebie odległych poglądach politycznych. Moja uwaga dotyczyła tego, że dyskusję o nauce w zbyt oczywisty sposób postrzega się przez pryzmat podziałów polityczno-publicystyczno-środowiskowych. Być może, zastanawiając się nad osłabieniem pozycji uniwersytetu, a w szczególności autorytetu nauk humanistycznych, należałoby zadać sobie pytanie: czy sami go przypadkiem nie podkopujemy, rozmywając granicę między dyscypliną uniwersytecką a działalnością społeczno-polityczną?

Mój pogląd na tę sprawę siłą rzeczy ogranicza się do dziedziny mi najbliższej – nauk społecznych, do nich się zatem będę odwoływać. Jest to, co więcej, perspektywa osoby, która ma wiele wątpliwości co do granic pomiędzy własną działalności społeczno-polityczną i publicystyczną a naukową.

Oczywistością dla każdego, kto zetknął się choćby pobieżnie z socjologią jest, że nie może ona być całkowicie wolna od wartościowania – słynny weberowski postulat rozdziału wyzbycia się „sądów wartościujących” na rzecz „sądów o wartościach” okazuje się w praktyce trudny do zrealizowania. Pojawia się jednak pytanie (na które, moim zdaniem, da się, a nawet powinno odpowiedzieć), na jakim etapie owo wartościowanie następuje i jak daleko przenika proces obmyślania badania, zbierania danych i interpretacji wyników. Mam wrażenie, że tej refleksji i świadomości brakuje, a coraz powszechniejszy trend w kierunku „socjologii zaangażowanej”, której ogólne założenia są zapewne godne poparcia, ma także pewne niepokojące aspekty. Rewersem zaangażowanych nauk społecznych jest bowiem socjologia reżimowa (świadomie posługuję się określeniem, które pozornie tylko może wydawać się przesadne) – czy to ta, która w latach dziewięćdziesiątych diagnozowała homo sovieticusa i usprawiedliwiała skrajne nierówności transformacji, czy ta w dzisiejszej odsłonie, służebna wobec wiodących partii (najbardziej znani i najchętniej przekraczający granice między publicystyką a nauką medialni socjologowie to przede wszystkim ci, którzy są twarzami Platformy Obywatelskiej i nieustannie zajmują się uzasadnianiem jej polityki). Kilka dni temu w Poranku radia Tok fm usłyszałam wypowiedź profesora Janusza Czapińskiego, który zastanawiał się nad zwycięstwem PO w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Powiedział, że jeśli do wyborów pójdą ludzie „myślący” i „świadomi”, jest szansa na zwycięstwo nad PiS.

Jeśli coś jest przejawem najgłębszego kryzysu polskiej humanistyki, to bodaj właśnie to. Głosowanie na rządzącą partię jako dowód na myślenie. Poranek radia Tok fm jako tłuczek do mięsa, wbijający zaspanym, spieszącym się do pracy ludziom jedynie słuszną prawdę.

I temu trzeba powiedzieć stanowcze nie. Powstrzymać nachalną, reżimową propagandę sączącą się z radia, zakwestionować autorytet nauki uprawianej-na-pasku establishmentu, gotowej do wszelkich ustępstw, do zadania pytań czy też przedstawienia wyników w takiej formie, która zadowoli czy to władzę, czy, czasami w jeszcze większym stopniu, żądne łatwej polaryzacji media. „Nie” ratujące nauki społeczne jako źródło rzetelnej wiedzy o procesach społecznych, wiedzy, która może posłużyć prawdziwemu zaangażowaniu na rzecz równości i sprawiedliwości. Stanie się ona jednak prawdziwie użyteczna tylko wtedy, gdy zachowa autonomię i rzetelność w oddzielaniu procedury badawczej od ewentualnych wartościujących ocen i rekomendacji.

Walka z tłuczkiem do mięsa nie będzie skuteczna, jeśli będziemy stosować podwójne standardy. Nie chodzi o to, żeby porzucić ideę zaangażowanych nauk społecznych, żeby zaprzestać prowadzenia badań dotyczących newralgicznych z punktu widzenia walki o szeroko rozumianą emancypację tematów. Jeśli jednak sami odmawiamy naukom o człowieku waloru obiektywności, jeśli dyskurs naukowy uznajemy w pełni za efekt wyboru którejś ze skonstruowanych „narracji”, świadomie stawiamy ją w jednym rzędzie z jakimkolwiek innym komunikatem. Tłuczek do mięsa może dalej walić na oślep, bo to jest ich tłuczek, a my mamy swój. W tym świecie nie ma miejsca na żaden autentyczny spór, pozostaje tylko rytualne odgrywanie własnych stanowisk. Jeśli, przykładowo, zżymamy się na to, że teorię feministyczną i badania na temat płci kulturowej ktoś zwie „ideologią gender”, to trochę poniewczasie, bo sami wcześniej ogłosiliśmy wszystko ideologią. Emancypacyjne postulaty uzasadnialiśmy demaskując konstruktywizm przekonań wyznaczających role społeczne; ale jesteśmy bezradni, kiedy konstruktywizmu używa się przeciw nam. Skazani zostaliśmy więc na brutalną walkę o hegemonię „naszej prawdy” w sferze publicznej; nie mamy już żadnej innej broni. Walcząc o pozycję humanistyki i humanistów trzeba zatem myśleć nad tym, jak uratować jej uprzywilejowany status epistemologiczny – i to miałam na myśli, pisząc o kłopocie z „postmodernistyczną perspektywą poznawczą”, której przejawem wydaje mi się postrzeganie przez humanistów samych siebie jako przede wszystkim reprezentantów określonych środowisk ideowych.

Praca na roli języka

W kwestii publikacji anglojęzycznych i krytyki ich premiowania – tutaj pragnę wyprowadzić autorów z błędu – moje zarzuty nie odnosiły się do KKHP. Miałam na myśli liczne wypowiedzi na ten temat, m.in. autorstwa Magdaleny Środy, która pisała: „Już reforma wprowadzana skwapliwie i z sukcesem przez prof. Kudrycką zrobiła z uniwersytetów fabryki produkowania punktów i miejsca intelektualnego wyrobnictwa nastawionego na zbieranie własnych cytowań (oczywiście w języku angielskim; pogarda dla języka polskiego jest dziś na uczelniach ogromna)”. Szczególnie osobliwie brzmi to, nawiasem mówiąc, w ustach osoby na co dzień przekonującej do modernizacji i raczej bezkrytycznego czerpania „oświeconych” wzorów z Zachodu. Z pewnością nie jest to jedyna tego typu wypowiedź.

Muszę przyznać, że nie pojmuję do końca argumentów autorów tekstu w „kwestii językowej”. Niechże i „praca prawdy” rozgrywa się w „języku społeczeństwa”. Przecież pisanie po polsku i w innych językach się nie wyklucza. Doprawdy trudno jednak do niej dotrzeć, zamykając się w autarkicznym świecie narodowej nauki. Nie rozumiem także, dlaczego publikowanie wyników badań w innych językach miałoby nas zmuszać do (cokolwiek miałoby to znaczyć) „myślenia po anglosasku” (choć, na poziomie konkretnego artykułu, rzeczywiście zmusza do niełatwego dostosowywania się do reguł publikowania w czasopismach międzynarodowych) czy też „formatowania naszych myśli zgodnie z tym, czego chce Centrum”. Jest wręcz odwrotnie! Centrum „chce”, żebyśmy trwali w swojej podległej, imitacyjnej niesamodzielności, także naukowej. Powiedziałabym wręcz, że warunkiem istnienia świadomej, narodowej nauki jest jej otwarcie na międzynarodowość. Nie ma to nic wspólnego z „umysłową ucieczką zagranicę”, co sugerują moi polemiści. I również nie globalny wyścig o granty miałam na myśli. Myśl humanistyczna, żeby być „nasza”, nie musi się zamykać – a może nawet właśnie jej zamknięcie powoduje jałowość, imitacyjność, niemożność samookreślenia się i tym samym służenia własnemu społeczeństwu. Z nauką nie jest tak samo jak z rolnictwem, jak próbują sugerować Piotr Graczyk i Mateusz Piotrowski (choć porównanie wydaje się kuszące) – podczas gdy to drugie ma się dobrze, kiedy jest lokalne, organicznie powiązane z najbliższym otoczeniem, paliwem tej pierwszej jest wymiana, cyrkulacja myśli i doprawdy, nie jest to wymysł neoliberalny, tak jak to miało miejsce w przypadku transformacji gospodarczej, której krytyczną ocenę dzielę z autorami polemiki.

Nasi recenzenci

Wróćmy jednak do „głosu w sprawie prawdy i głosu w sprawie urządzenia społeczeństwa”. Czy ta wzniosła „praca w języku” rzeczywiście dokonuje się tak, jak by chcieli tego autorzy? Kiedy czytam zdanie „Społeczeństwo polskie powinno być najważniejszym recenzentem książek i teorii powstających na polskiej akademii”, trudno mi gorzko się nie uśmiechnąć. Aby społeczeństwo stało się recenzentem, potrzebowalibyśmy języka, który byłby jasny, przejrzysty, zrozumiały dla grupy szerszej niż tylko wąska elita intelektualistów. Jeśli na czymś miałaby polegać „praca w języku” w odniesieniu do nauk humanistycznych, to tak właśnie ją widzę: jak skomplikowaną teorię czy interpretację wyników przedstawić w sposób przystępny. Tymczasem często mamy dziś do czynienia z czymś wręcz przeciwnym: z dążeniem do coraz większej hermetyczności i mętności wywodu, z mnożeniem pojęć ponad potrzebę. I to zwłaszcza w pracach krytycznych, zaangażowanych, tropiących rozmaite opresje systemu społeczno-gospodarczego, np. tych z dziedziny teorii feministycznej, socjologii miasta czy nowych ruchów społecznych. Czy zatem elementem odpowiedzi na kryzys humanistyki nie powinno stać się także przemyślenie i przebudowanie języka, którego uproszczenie stanowi prawdziwe wyzwanie, a które może też przecież, wbrew pozorom, oznaczać „poszerzenie granic tego, co można powiedzieć po polsku”? Oczywiście, nie oznacza to, że filozofia czy teoria społeczna stanie się od razu łatwa i zrozumiała dla wszystkich. Jasność nie ma oznaczać trywializacji. Ważna jest jednak praca popularyzatorska, która powinna sprawić, że skomplikowane teorie czy prace empiryczne staną się dostępne dla szerszej grupy odbiorców.

Co do większości postulatów Komitetu – walki z komercjalizacją, z prekaryzacją zawodów akademickich, obniżeniem znaczenia finansowania strukturalnego – nie ma między mną a autorami polemiki niezgody. To bardzo pozytywny sygnał, że w programie działań znajduje się też walka o otwarte procedury konkursowe i większą przejrzystość podejmowania decyzji. Jeśli tego nie zmienimy, to tak, jak byśmy nic nie zmienili.

Należy również przyznać, że trudno uprawiać całkiem niezależną, wysokiej jakości i jeszcze w dodatku umiędzynarodowioną humanistykę w warunkach, w jakich przyszło funkcjonować zmuszonym do pracy w pełnym wymiarze godzin poza uczelnią lub dorywczych „chałtur” doktorantom czy zatrudnionym na krótkich, niepewnych kontraktach młodym doktorom (ich sytuacja jest zupełnie inna od tej, w której znajdują się starsi pracownicy naukowi, to też należy podkreślać). W warunkach, w których granty dostają nieliczni, a zasady ich przyznawania często nie są jasne. A publikacje – tu znów zgoda – oceniane są na podstawie – ostatecznie mniej lub bardziej arbitralnej – punktacji, a nie ich rzeczywistej jakości i oryginalności. Trzeba walczyć o zmianę tej sytuacji – lecz nie za pomocą legitymizacji dokonującego się obniżenia standardu uprawiania rozmaitych humanistycznych dyscyplin (i znowuż: nie jest to zarzut pod adresem Komitetu, tylko ogólna ocena debaty na ten temat).

Ważne też, żeby jednoczeniu się przeciw destrukcyjnym zmianom towarzyszyło myślenie o tym, po pierwsze, jak odzyskać pozycję nauk humanistycznych jako rzetelnej, nieuwikłanej w bieżące układy wiedzy, a po drugie – jak uczynić z niej wiedzę rzeczywiście dostępną dla szerokich rzesz społeczeństwa. Mam nadzieję, że obrona praw humanistów będzie szła w parze z takim oddolnym ruchem odnowy. Pogłębionej, krytycznej refleksji nad jej stanem spodziewam się także po działaczach Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *