AUTOR

Andrzej W. Nowak

doktor filozofii. Swoje zainteresowania dzieli pomiędzy socjologię wiedzy, społeczne badania nad nauką i techniką oraz problematykę peryferyjności i półperyferyjności.

Zacznę od trzech deklaracji. Po pierwsze, pochodzę z prowincji – kiedyś powiedzianoby, że pochodzę z rodziny robotniczo-chłopskiej (z akcentem na chłopskiej). Po drugie, cenię teksty Aleksandry Bilewicz o ruchach wiejskich i jej chęć odzyskania tego, co prowincjonalne. Po trzecie, niechętnie zabieram głos w sprawie aborcji. Boję się wyjść na mędrka, który poucza kobiety w kwestii tak złożonej, w której na dodatek kobietom odebrano prawo do decydowania. Zbyt wielu mężczyzn zbyt łatwo mówi o prawie kobiet do przerwania ciąży, najczęściej go zabraniając. Nie chcę się w to wpisywać.

Mam kłopot z tekstem Aleksandry Bilewicz – „Feminizm na nowy rok”. Mam wrażenie, że wkradł się do niego grzech fałszywej symetrii. Nie wiem, czy wypowiedź Katarzyny Bratkowskiej przyniesie prawom kobiet w Polsce dobre czy złe owoce, nie mam pieniędzy na dobre badania opinii publicznej. Nie będę bawić się we wróża.

Chciałbym zapytać Aleksandrę Bilewicz: kto przed okresem świątecznym zrobił sensację z aborcji i kwestii związanych z równouprawnieniem płci? Chyba nie były to feministki. Najpierw mieliśmy zmasowany atak na „gender”, później informacje o kolejnych zabiegach na rzecz zaostrzenia ustawy o dopuszczalności przerywania ciąży. Pojawiły się propozycje rozwiązań prawnych, które prawdopodobnie mogłyby zaowocować ciąganiem do prokuratury kobiet, które poroniły np. z powodu choroby czy wypadku.

Wbrew wyrażonej w tekście tezie, oś polaryzacji nie przebiega pomiędzy prowincją a miastem, elitą a ludem. Zoll, Żalek, Gowin to nie „ciemny lud”. To mężczyźni z wielkich miast, politycy, wykształceni inteligenci. Oni nie są żadną “solą ziemi”. Owszem, ich język, a także język „wojny o gender”, przenika do szkół, parafii, także na prowincję. Warto się jednak zastanowić, czy jest to głos oddolny czy efekt działania machiny medialno-hegemonicznej. Neokonserwatyzm to wymysł klas intelektualnych. Podobnie jest zresztą z fundamentalizmem religijnym czy “wynalezionymi tradycjami”. Zamachowcy z 11 września byli inżynierami, a nie prostymi pasterzami. “Lud” w PRL-u należał do ORMO albo chodził do Kościoła. Dziś czyta „Nasz Dziennik” albo śmieje się z antyklerykalnych dowcipów w „Nie” czy „Faktach i mitach”. To dwa ostatnie pisma nie dla inteligenckiej elity. Pospieszalski nie zaprasza katolików z małych miast i wsi, on promuje filmy i książki anglosaskich intelektualistów. Terlikowski to nie jest działacz z prowincjonalnej parafii, to doktor teologii, mężczyzna ze „wsi Warszawa”. To oni produkują tak dobrze opisany przez Davida Osta, a wcześniej przez Thomasa Franka, mechanizm przekierowywania gniewu klasowego. Owszem, zgadzam się z Aleksandrą Bilewicz, że feminizm nie powinien się do tego przyczyniać. Powinniśmy unikać wchodzenia w role wyznaczone nam przez naszych przeciwników. Ale często nie jest to łatwe. Sytuacja zdaje się być bez wyjścia. Odezwiesz się w wojnie kulturowej, to zepchną cię na pozycję „lewicy tożsamościowej”, będziesz milczeć – przegrasz kolejną potyczkę o język i kulturową hegemonię. Czas wyrwać się z tego klinczu.

Jak wyżej zauważyłem, antyklerykalizm ludowy koresponduje z postawą „niewierzący ale praktykujący”. Może podobnie jest z aborcją, trzeba by dobrych badań by wykryć Polski „praktykujące”, ale oficjalnie deklarujące się jako przeciwne przerywaniu ciąży. Założenie, że Polki – zarówno te na prowincji, jak i te z miast – są konserwatywne i automatycznie przeciwne przerywaniu ciąży, to założenie paternalistyczne, wielkomiejskie. Pewnie Polki nie są tak liberalnie wielkomiejskie, jak w wizji kapitalistek Środy i Bochniarz, ale nie ufam, że skonstruowanie ich jako „konserwatywnych” jest bardziej prawdziwe. Prawo do przerywania ciąży, możliwość wyboru, byłoby powiedzeniem „sprawdzam”. Czy stać nas na konfrontację z prawdą? Nie wiem dla której strony sporu okazałby się ona niepożądana. Może sam fakt istnienia prawa do przerywania ciąży zmienił by uzyskiwane w badaniach socjologicznych deklaracje?

Rozumiem intencje Aleksandry Bilewicz – też leży mi na sercu dotarcie z postulatami równouprawnienia do kobiet spoza wielkich miast. Chyba ta sama myśl, wbrew nieprzychylnym dla niej interpretacjom, przyświeca Katarzynie Bratkowskiej. To Bratkowska stała przecież za zorganizowaniem Manify poświęconej ubóstwie kobiet pod hasłem ‚Dość wyzysku, wymawiamy służbę’. Społeczno-lewicowe zaangażowanie przypłaciła niechętną reakcją liberalnych feministek, Szczuki i Środy, które nowe oblicze Manify określiły mianem „starolewicowej siermięgi”. Wypowiadając się na temat aborcji, Bratkowska wielokrotnie podkreślała, że działa w interesie kobiet z mniejszych miast, uboższych – tych, których nie stać na wyjazd za granicę, czy na skorzystanie z szeregu usług ginekologicznych (reklamowanych enigmatycznie jako „wznowienie cyklu”).

W pewnym sensie Aleksandra Bilewicz podejmuje ten wątek, gdy zauważa, że propozycja zaostrzenia ustawy aborcyjnej przyszła ze strony środowisk teoretycznie „liberalnych”. Może pójść dalej i warto by poddać dokładniejszej analizie dlaczego to Dominika Wielowieyska i Monika Olejnik – prokapitalistyczne, dobrze sytuowane liberałki z Warszawy – zaatakowały Bratkowską.

Wracając do tekstu Bilewicz – autorka chce nowego języka feminizmu, „którego potrzebujemy jak powietrza, by nie brnąć dalej w ślepą uliczkę zwalczających się <<ekstremów>>. Język, który nie przemawia z wnętrza oblężonej twierdzy, lecz przedstawia emancypację kobiet jako konsekwentną realizację pewnych uniwersalnych wartości. Taki, który wchodzi w twórczy dialog z tradycją zamiast ją upokarzać. Stanowczy, lecz dopuszczający odmienność; szanujący kobiety, które wybierają tradycyjny sposób życia, lecz nadal oferujący im możliwość poszerzenia swojej podmiotowości w ramach podjętego wyboru. Unikający upraszczających dychotomii (wolność i kariera kontra dom i macierzyństwo, prawa jednostki kontra religijny obskurantyzm, itp.).”

Zgadzam się, też chcę takiego języka. I taki język znajduję. Choć nie tak często jak bym chciał. Widzę go w filmie „Strajk matek” w reżyserii Magdy EM i Małgorzaty Maciejewskiej, który dotyka problemu samotnych matek strajkujących w obronie zajmowanych przez siebie pustostanów. Widzę ten język w wypowiedziach Elżbiety Korolczuk i w analizach socjologicznych Izabeli Desperak. Nieoceniona jest też pod tym względem praca ekonomistki Ewy Charkiewicz nad biedą i sytuacją polskich kobiet (raport tutaj). Polecam też tekst Moniki Bobako zatytułowany „Feminizm i pułapka religiofobii” czy prace teolożki Elżbiety Adamiak. Z kwestii peryferyjnych i socjalnych – sam znam ciekawy przykład spółdzielni założonych przez kobiety w małym mieście z Zachodniopomorskiem we współpracy z poznańska Barką. Pewnie znalazłoby się więcej takich przykładów. Może następne poszukiwania języka peryferyjnego feminizmu uwzględnią choćby tych kilka wymienionych powyżej głosów, tak na dobry początek.

Jestem człowiekiem, który woli strategię łączenia, a nie dzielenia. Zamiast dołączać do chóru medialnego głosów „wokół Bratkowskiej” (co jest tak niepokojąco łatwe), wołałbym, aby „Nowe Peryferie” promowały przykłady pozytywne, wyszukiwały te wciąż zbyt słabe, ciche głosy, które warte są wsparcia. Powiedzmy dość strategii dzielenia, starajmy się pokazać przykłady takich działań, które mogą nas łączyć.

drukuj

KOMENTARZE

  1. Dziękuję za ten tekst! Dodam, że z moich doświadczeń wynika, że często to właśnie kobiety mieszkające na wsi i w małych miasteczkach są bardziej przychylne feministycznym postulatom niż te, należące do wielkomiejskiej elity…. Miło, że w tekście pojawia się odniesienie do wywiadu ze mną – mam tylko prośbę, żeby uwzględnić to, że mam na imię Elżbieta a nie Ewa Korolczuk :) pozdrawiam, Elżbieta

  2. @ERwa
    Przepraszam, za pomylenie nazwiska, już piszę do redaktorów strony. Tekst pisałem „na gorąco”, żeby debata nie ostygła.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *