AUTOR

Agata Młodawska

urodzona w roku 1983. Absolwentka wiejskiej podstawówki oraz Instytutu Socjologii UJ, gdzie w 2007 roku obroniła pracę magisterską. Współzałożycielka i współpracowniczka Nowych Peryferii. Najczęściej mieszka w Hiszpanii, z kilkumiesięcznymi przerwani na wizyty w Polsce. Interesuje się teoriami postkolonialnymi, które stara się twórczo zmiksować z teoriami rozwoju, wskutek czego znajduje pewne podobieństwa między procesami społecznymi w różnych częściach globu. Duże wrażenie zrobiły na niej publikacje Fatimy Mernissi, Michaela Buroway’a, Elisabeth Dunn, Davida Osta, Brunona Latoura, Saskii Sassen, Edwarda Saida, Amartyi Sena, Chantal Mouffe, Juana Goytisolo, Pierra Bourdieu oraz Ani Loomby. Zawodowo zajmuje się realizacją i koordynowaniem badań społecznych, co sprowadza ją na manowce współpracy z rozmaitymi instytucjami (m. in. Bankiem Światowym). W wolnych chwilach blogerka i autorka reportaży.

    Fotografię Tadeusza Mazowieckiego pierwszy raz zobaczyłam pod koniec roku 1989 na bombce choinkowej umieszczonej na okładce jakiegoś czasopisma. Na choince z bombkami z twarzami znanych polityków był też Lech Wałęsa. W następnych miesiącach często słyszałam te nazwiska, nawet koledzy z zerówki krzyczeli: „Nie ma wolności bez Solidarności”.  Potem hasła ze słowem „solidarność” zostały wyparte przez  slogany reklamowe, powtarzane na wszystkich podwórkach w mojej rodzinnej miejscowości w świętokrzyskim. Pojawiła się nowość: reklamy można było oglądać w kolorze, w nowym odbiorniku telewizyjnym zakupionym na nowe czasy.

Obok reklam, dużą popularnością cieszyło się „Polskie zoo”, z żółwiem przedstawiającym subtelnego intelektualistę Mazowieckiego, który w międzyczasie przegrał ze Stanem Tymińskim i, zamiast prezydentem, został politykiem oraz niekwestionowanym autorytetem, często obecnym na łamach jedynej w domu gazety. Był elementem nowej rzeczywistości, podobnie jak kolorowe reklamy, miła odmiana po PRL-owskiej siermiężności. Wkrótce billboardy dostały nową funkcję: zaczęły przykrywać znikające instytucje i szare bloki. Tu było przedszkole, tam kino, a teraz jest reklama pubu.

Tylko znikającej fabryki nie dało się zakryć: z miejscowości będących kiedyś ważnymi punktami na mapie Centralnego Okręgu Przemysłowego zaczęły znikać zakłady przemysłowe, a wraz z nimi miejsca pracy. Możliwe, że nie wszyscy byli z tego układu zadowoleni i nie zachwycali się reklamami. Tych jednak wyśmiewano: my jesteśmy tu, gdzie teraz, oni tam gdzie stał ocet. Konieczność dziejowa, powtarzała jedyna obecna w domu gazeta. Pustka po zamkniętych fabrykach i szarzy mieszkańcy wyglądający spod reklam nie mieścili się w obliczeniach ekspertów gazety. Jeżeli reklamy reprezentowały konieczność dziejową to szara miejscowość i siermiężni mieszkańcy byli dziejową pomyłką.

Po kilkunastu latach funkcjonowania tego ustroju, Tadeusz Mazowiecki wciąż był jedną ze znaczących postaci kolorowego świata. Nieładnie, Tadek, nieładnie – groził palcem Tadeuszowi Kowalikowi na konferencji prasowej. To bardzo brzydko pisać, że stworzyłem najbardziej niesprawiedliwy ustrój w Europie. Kowalik, jak wyjaśnia w przedmowie do „Polskiej transformacji”, nigdy niczego podobnego nie twierdził, nurtowało go jedynie pytanie, jak wrażliwy humanista i zwolennik katolickiego personalizmu stał się jednym z symboli dalekiego od sprawiedliwości ustroju społecznego. Odpowiedzi na pytanie nie dostał, a znaczna część szarych mieszkańców siermiężnych miejscowości usłużnie przeniosła się za granicę, zostawiając pokolorowane za unijne pieniądze smutne szare bloki.

drukuj

KOMENTARZE

  1. „zamiast prezydentem został politykiem”

    ??? Jak to – został politykiem? A czy wcześniej nim nie był? Ot, choćby jako premier.

    „jedyna obecna w domu gazeta”

    Ponieważ to sformułowanie pada dwa razy przypuszczam że ma jakieś symboliczne znaczenie. Można wiedzieć jakie? Czy ktoś bronił autorce tekstu czytać więcej gazet niż ta jedna? Dwóch, trzech albo i pięćdziesięciu? Nawet jeśli w jej „miejscowości w świętokrzyskim” ewentualnie inne tytuły prasowe były w kioskach niedostępne (w co nawiasem mówiąc wątpię), to przecież w bliższym lub dalszym sąsiedztwie zwykle jest jakaś większa miejscowość, jakieś miasto, niechby tylko i małe, np. 10-tysięczne, gdzie „docierały” i „docierają” inne tytuły prasowe. Zresztą, a prenumerata? A czytelnia w bibliotekach publicznych (istniały i istnieją w każdej gminie, i miejskiej, i miejsko-wiejskiej, i wiejskiej). Co zatem kryje się za ową jedyną gazetą w domu?

    1. @marek
      Pewnie, że nikt nie zabraniał – ale wtedy tak nasz świat został ustawiony – że dla bardzo wielu – prawda to było to co było napisane w „jedynej obecnej gazecie w domu”. Gdybyś czytał cokolwiek innego byłbyś albo komuchem lub oszołomem. Wg mnie autorka ładnie to zilustrowała.
      Ja rozumiem Marku – że Ty byłeś zawsze uświadomiony i pozyskiwałeś informację o otaczającym, Cię świecie z wielu różnych źródeł i dlatego nic Cię nie dziwi i nie zaskakuje.
      Ale byli tez ludzie (choć pewnie niewielu) – którzy wierzyli w te prawdy objawione pisane w w/w gazecie – stąd gdy później przyszło pewne opamiętanie – pojawiło się poczucie nazwijmy to „zawodu”.
      Dzisiaj też nie jest formalnie zabronione czytanie innych gazet.

      pozdrawiam

  2. „byłeś zawsze uświadomiony i pozyskiwałeś informację”

    Tak prawdę powiedziawszy nie potrzeba było czytać żadnych gazet czy dajmy na to gapić się w telewizor by wiedzieć co się święci. Wystarczyła choćby zwykła intuicja (lub nazwijmy tak – instynkt klasowy).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *